05/08/19

Matka patrzy na amerykańskie obozy Straży Granicznej

Katarzyna Jakubiak

Strona cyklu

Obce stany
autorzy_leksykon_300x300_Jakubiak
Katarzyna Jakubiak

Urodzona w 1973 roku w Częstochowie. Pisarka, tłumaczka. Pracuje na Millersville University w Pensylwanii, gdzie wykłada min. współczesną literaturę amerykańską, brytyjską i postkolonialną. Naukowo zajmuje się głównie literaturą diaspory afrykańskiej i jej międzynarodową recepcją. Laureatka nagrody "Literatury na Świecie" w 2006 roku za przekład tomu wierszy Yusefa Komunyaki Pochwała miejsc ciemnych. Nominowana do Nagrody Literackiej Europy Środkowej “Angelus” oraz Nagrody Literackiej dla Autorki Gryfia za zbiór opowiadań Nieostre widzenia (2012). Mieszka w Pensylwanii.

Kończy się rok akademicki, a moje główne zadanie na początek lata należy do całkowicie nie-akademickich rejestrów. Przepraszam, jeśli wzbudzę czyjś niesmak, ale muszę nauczyć mojego synka korzystać z toalety. Podczas semestralnego zabiegania moje dorywcze próby nauczenia go tej umiejętności zakończyły się klęską. Dlatego uciekam się do popularnej trzydniowej metody autorstwa samozwańczej Królowej od Nocników (Queen of Potty Training), która radzi tak: Muszę mieć trzy dni wolne od wszystkich innych zajęć – zawodowych i domowych, jak gotowanie czy sprzątanie. Nie mogę wychodzić z domu. Przez cały czas nie mogę odstępować synka na krok i mam być zawsze czujna, aby w razie „zewu natury” zareagować natychmiast i porwać go na nocnik.

A więc po dwutygodniowym maratonie sprawdzania studenckich prac semestralnych, po dniach wypełnionych czytaniem tez o postkolonialiźmie, feminiźmie, marksiźmie i intertekstualności, mam spędzić trzy dni w pokoju zabaw moich dzieci – który nazywamy sunroomem– przyklejona do synka i wsłuchana w jego potrzeby. Właściwie nie jest to niemiła odmiana. Mąż zabiera starszą córkę na specjalne „wyjście”, a ja wpadam w wir dziecięcej zabawy. Odgrywamy z synkiem prehistoryczne sceny plastikowymi dinozaurami; lepimy dinozaury (oraz rekiny i żółwie) z plasteliny; pomagam mu mieszać farby na plastikowej palecie, kiedy maluje sceny z epoki dinozaurów na kartonie. Od czasu do czasu biegniemy do toalety. Jeśli zdążymy, nagradzam go naklejkami, które przyklejamy do planszy z … dinozaurami oczywiście. Jeśli przybiegamy za późno, w kącie łazienki powiększa się sterta brudnych ubrań.

Po jednym dniu spędzonym w taki sposób, nie wytrzymuję i wbrew zakazowi sprzątania, wydanemu przez Królową od Nocników, postanawiam zaprowadzić ład wśród zabawek wsunroomie, o którym marzę od stycznia. Wysypuję zawartość pudełek z zabawkami na podłogę. Wypadają urwane kółka samochodzików, pojedyncze puzzle, kawałki ogonów niezidentifikowanych gumowych zwierząt. Przez jakiś czas, przytłoczona wielością rzeczy, siedzę wśród tego chaosu, jak na zajęciach z medytacji, jakbym próbowała ułożyć przedmioty w logiczne związki siłą samego spojrzenia. Widzę zbiorowisko drobiazgów, a w jego centrum dziecko, które muszę porwać w ramiona dokładnie wtedy, kiedy wyczuję, że tego potrzebuje. Ale widzę też, jak bardzo moja matczyna nocnikowo-dinozaurowa sielanka różni się od tego, co dzieje się na świecie poza naszym słonecznym pokojem.

*

Poza tym pokojem, w którym siedzę przez trzy dni dobrowolnie uwięziona, uwaga świata, jak się wydaje, też skupia się na dzieciach. W amerykańskich podcastach i wiadomościach z Polski, których słucham, kiedy synek już śpi, nieustannie mówi się o dzieciach. Dzieciach mordowanych, dzieciach molestowanych, dzieciach-uchodźcach. W amerykańskich serwisach informacyjnych dominuje właśnie temat dzieci przetrzymywanych w nieludzkich warunkach w obozie Straży Granicznej w Clint w Teksasie. Przez te wszystkie dni, które spędzam z synkiem przy boku, historie tamtych dzieci całodobowo toczą się w tle naszych beztroskich zabaw. Niestety, jest to znajome tło. Rok temu pisałam już przecież tekst na podobny temat (Macierzyństwo kontra Trump). Po zeszłorocznych protestach przeciwko polityce „zera tolerancji”, praktykę rozdzielania rodzin miał zakończyć miłosierny prezydencki dekret. Ale okazuje się, że nic się nie skończyło. Dekret można obejść, powołując się na „wyjątkowe przypadki”, do których zalicza się na przykład niekoniecznie udowodnioną przynależność rodzica do gangu, chorobę rodzica, a nawet sytuacje, kiedy dziecku towarzyszy ciotka albo wujek.

W relacje z obozu w Clint niemal trudno uwierzyć: Dzieci od niemowlaków po nastolatki stłoczone w celach, śpiące na betonie pod foliami termicznymi, przy jarzeniówkach świecących 24 godziny na dobę, w ubraniach niezmienianych od wielu tygodni, pozbawione dostępu do mydła, pasty do zębów i pieluch. Głodne, bo wszyscy dostają te same porcje jedzenia niezależnie od wieku; codziennie to samo: płatki owsiane instant na śniadanie, zupka chińska na lunch, burrito z mrożonki na obiad i herbatniki na deser. Nastoletnie matki nie mają możliwości umycia butelek do karmienia niemowlaków. Starsze dzieci, już nawet siedmioletnie, zmusza się do opiekowania dwu- i trzylatkami, nawet jeśli nie są ze sobą spokrewnione. Nie nadzorują ich dorośli. Podobno małym więźniom wolno wychodzić na spacery przed budynkami, ale na zewnątrz panuje ponad czterdziestostopniowy upał. Za to w nocy w środku jest tak zimno, że dzieci nazywają te pomieszczeniahieleras − chłodnie.

Trzeba tu zaznaczyć, że fatalne warunki panowały w obozach Straży Granicznej jeszcze za prezydentury Obamy. Jednak pod rządami Trumpa czas przebywania dzieci w tych obozach znacznie się wydłużył. Obecny rząd USA postawił potencjalnym sponsorom dzieci dodatkowe wymagania (na przykład wymóg składania odcisków palców przez wszystkie osoby zamieszkujące gospodarstwo domowe sponsora); rozpatrywanie poszczególnych przypadków trwa więc dłużej. Wzrosła też liczba zatrzymywanych osób, bo imigrantom z Południa ogranicza się możliwość legalnego występowania o azyl. W rezultacie w obozach, takich jak Clint, które w założeniu zbudowano dla maksimum 106. dorosłych osób (głównie mężczyzn), przebywało jeszcze w czerwcu trzykrotnie więcej dzieci. Dzieci mieszkały w tych warunkach przez wiele tygodni, chociaż przepisy nakazują, żeby nikogo, nawet dorosłych, nie przetrzymywać tam dłużej niż 72 godziny (chyba że wystąpią „wyjątkowe okoliczności”).

Uderza mnie pewna zbieżność: 72 godziny to dokładnie tyle, ile zgodnie z metodą Królowej od Nocników przeznaczyłam mojemu synkowi na wyjście z pieluch. Góry zabrudzonych ubrań, które przez ten czas codziennie noszę do prania aż zbyt dobrze działają mi na wyobraźnię. Wyobrażam sobie te dwu- i trzylatki po wielu tygodniach wciąż w tych samych ubraniach, w których przekroczyły granicę. Pozbawione mydła i pieluch. Elora Mukherjee, prawniczka, która odwiedziła Clint, w wywiadzie dla „The Atlantic” przyznała, że przez wszechobecny smród trudno było jej rozmawiać z dziećmi tak, jak zwykle to robi w podobnych przypadkach: blisko, intymnie, żeby je ośmielić i zachęcić do mówienia.

*

Kongresmenka Alexandra Ocasio-Cortez nazwała obozy Straży Granicznej „obozami koncentracyjnymi”, wywołując tym oburzenie niektórych Republikanów i burzliwą dyskusję na Twitterze. Ale wiele osób poparło jej stanowisko, m.in. George Takei, były aktor serialu Star Trek, napisał: „Wiem, czym są obozy koncentracyjne. Byłem w dwóch, w Ameryce. I tak, teraz też mamy w Ameryce takie obozy”. Po ataku na Pearl Harbor Takei jako dziecko razem z rodzicami przetrzymywany był w obozach zorganizowanych dla wszystkich obywateli amerykańskich japońskiego pochodzenia tylko dlatego, że należeli do tej samej rasy, co wróg. W amerykańskich podręcznikach historii najczęściej określa się te japońskie obozy „obozami internowania”. Takei uważa, że to eufemizm, podobnie jak oficjalne nazwy tego, co przygotował obecny rząd dla imigrantów z Południa. Dziennikarz NBC News Andi Zeisler zauważył, że termin „obóz koncentracyjny” oznacza miejsce przetrzymywania bez wyroku sądu i w ciężkich warunkach członków jakiejś grupy mniejszościowej, którą równocześnie demonizuje się w dyskursie publicznym. Ta definicja bardzo dobrze pasuje do sytuacji przy południowej granicy USA.

Ale dyskusja o właściwej terminologii odwraca tylko uwagę od sedna sprawy. Oczywiście, nikt raczej nie wątpi, że w odróżnieniu od nazistowskich obozów śmierci celem amerykańskich obozów Straży Granicznej nie jest „uśmiercanie”przetrzymywanych tam dzieci. Fakty jednak są takie, że w ciągu ostatniego roku z powodu warunków sprzyjających epidemiom, braku wykwalifikowanego personelu i utrudnionego dostępu do opieki medycznej siedmioro dzieci oddanych w kuratelę Straży Granicznej zmarło. W najdramatyczniejszym przypadku siedmioletnią Jaklin wieziono autobusem 145 kilometrów do innego obozu, chociaż jej ojciec jeszcze przed odjazdem powiadomił strażników, że dziecko jest chore. Po przybyciu na miejsce półtorej godziny czekała na pomoc medyczną.

Kryzys przy południowej granicy, spowodowany zwiększoną ilością migrujących rodzin trwa co najmniej od października ubiegłego roku. Mimo to rząd amerykański zrobił niewiele, aby poprawić warunki, w których przetrzymuje się imigrantów (zarówno dzieci, jak i dorosłych). Jak podaje „The New York Times”,urzędnicy Departamentu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (Homeland Security) w nieoficjalnych rozmowach tłumaczą, że lepsze warunki zachęciłyby kolejne fale imigrantów. W podtekście oznacza to, że złe warunki mają ich odstraszać. Jednak póki co ten sposób nie działa. A nawet jeśli zacznie działać, skuteczność tej polityki nie jest warta życia dzieci.

Amerykańskie prawo chroni dzieci obywateli i rezydentów USA. Za zaniedbania takie, jakich dopuściła się Straż Graniczna w ciągu minionego roku, rodzicom w Ameryce zwykle odbiera się dzieci. Nic nie może usprawiedliwić traktowania dzieci imigrantów według całkowicie innych standardów.

Przyznam, że zanim jeszcze wybuchła awantura o terminologię, mi samej doniesienia o warunkach w Clint przypomniały scenę z opowiadania Borowskiego Proszę państwa do gazu, które akurat w maju omawiałam ze studentami. Tę straszną scenę, w której obozowy kapo rzuca płaczące dziecko na ciężarówkę z więźniami przeznaczonymi do gazu. Być może nie jest to adekwatne porównanie, ale sam fakt, że podobne skojarzenia nasuwają się wielu obserwatorom, jest wskaźnikiem dziejącego się zła. Dziennikarz narodowego radia NPR, który rozmawiał z George’em Takei’em o twitterowej wojnie o terminologię stwierdził: „Nie mogę uwierzyć, że w ogóle spieramy się o to, do jakiego stopnia działania naszego rządu przypominają rządy Nazistów”.

*

A tymczasem niesiemy „kosze oliwek i cytryn/ (…) w wesołym gwarze”, jak pisał Miłosz w „Campo di Fiori”. Moje 72 godziny pod panowaniem Królowej od Nocników dobiegły końca. Mój syn, już ucywilizowany, nadal rysuje dinozaury. Dinozaury i inne prehistoryczne stworzenia to na razie limit tego, co on i jego starsza siostra wiedzą o historii świata. Jacy z nas szczęściarze, myślę, że jako rodzina możemy pozostawać z naszymi dziećmi w prehistorii! Tamte rodziny imigrantów wpadły w tryby innej historii, takiej, która miała nie powtórzyć się już „nigdy więcej”. Na rysunkach dzieci, które ostatnio pokazali mediom pediatrzy zajmujący się pacjentami wypuszczonymi już spod opieki Straży Granicznej, widać ludzi za kratami. I małe postacie leżące na ziemi pod białymi kwadratami, nad którymi górują groźni strażnicy.


Przy pisaniu tekstu korzystałam z następujących materiałów z mediów amerykańskich: