23/03/20

Pod Psią Gwiazdą

Katarzyna Jakubiak

Strona cyklu

Obce stany
autorzy_leksykon_300x300_Jakubiak
Katarzyna Jakubiak

Urodzona w 1973 roku w Częstochowie. Pisarka, tłumaczka. Pracuje na Millersville University w Pensylwanii, gdzie wykłada min. współczesną literaturę amerykańską, brytyjską i postkolonialną. Naukowo zajmuje się głównie literaturą diaspory afrykańskiej i jej międzynarodową recepcją. Laureatka nagrody "Literatury na Świecie" w 2006 roku za przekład tomu wierszy Yusefa Komunyaki Pochwała miejsc ciemnych. Nominowana do Nagrody Literackiej Europy Środkowej “Angelus” oraz Nagrody Literackiej dla Autorki Gryfia za zbiór opowiadań Nieostre widzenia (2012). Mieszka w Pensylwanii.

9 stycznia, dzień po tym, jak Iran zaatakował amerykańskie bazy w Iraku – według prezydenta bez żadnych ofiar ‒ idę na wieczór literacki do Dogstar Books, antykwariatu położonego kilka przecznic od centrum miasta. Dopiero niedawno zainteresowałam się lokalnym życiem literackim okręgu Lancaster.  Po kilku latach, podczas których cały czas „wolny” od pracy pochłaniały mi dzieci, poprzedzonych latami, kiedy prawie wszystkie weekendy spędzałam w Nowym Jorku ‒ na obrzeżach tamtego życia literackiego – wśród literatów Lancaster czuję się prawie tak, jakbym zaczynała od nowa. Nowojorskie wieczory snują się już tylko mgliście w pamięci, jakby należały do wspomnień opowiedzianych mi przez kogoś innego. Tylko trochę tęsknię za tamtymi przeszłymi weekendami w metropolii. Pensylwańska prowincja emanuje ciekawą energią. Nie ma tu hierarchii i zamkniętych środowisk, ani przytłaczających cieni wielkich artystów, którzy tworzyli tu przed nami. Jest za to poczucie wzrostu i ruchu. To miasto dokądś zmierza, chociaż nie wiem jeszcze dokąd.

Ubiegłego lata kilka amerykańskich gazet okrzyknęło Lancaster „nowym Brooklynem” i już prawie dałam się zwieść iluzji, że oto Nowy Jork powraca do mojego życia. Jednak znajomi Amerykanie szybko uświadomili mi, że prasa w tym kraju stale wynajduje „nowe Brooklyny” w róznych miastach na północnym wschodzie, gdzie oferta restauracyjno-kulturalna jest ciekawa, a ceny mieszkań i domów nie osiągnęły jeszcze astronomicznych stawek. Podejrzewam więc, że miasto Lancaster nie na długo pozostanie „nowym Brooklynem”. W centrum, na miejscu nieczynnej od dziesięciu lat fabryki detonatorów, powstają właśnie nowe apartamentowce, w których najtańsze mieszkania, jak głosi plotka, kosztują milion dolarów.

Ale póki co idę do Dogstar Books na Lemon Street, ulicy pełnej domów i kamieniczek w stylu epoki króla Jerzego, na które dziś jeszcze stać tzw. normalnych ludzi. Spotkania w antykwariacie pod szyldem Psiej Gwiazdy odbywają się co miesiąc. Tym razem gościem wieczoru jest Pablo D’Stair, mąż mojej nowej koleżanki z wydziału, Sary. Zaintrygowało mnie to, co Sara opowiadała mi o Pablo – że zajmuje się wszystkimi gatunkami ‒ prozą, poezją, teatrem, komiksem, filmem, eseistyką. Że wydał własnym nakładem 40 książek, które, dzięki internetowi, przyniosły mu niespodziewaną sławę na Sri Lance. Jego ostatnia powieść liczy ponad 1400 stron.

W małym pomieszczeniu ze ścianami z książek i rzędami krzeseł ustawionych w literę L widzę kilka znajomych twarzy. Oprócz Sary jest jeszcze jedna osoba z wydziału ‒ mój przyjaciel Caleb, razem z żoną Doris. W ostatnim rzędzie krzeseł rozciera zmarznięte ręce oficjalna Poet Laureate okręgu Lancaster, Barbara Strasko. Narzeka na zimno, które po niedawnym wypadku rowerowym szczególnie dokucza jej w stawach.
‒ Nie mogłam przez to pójść na Penn Square, na protest – skarży się.
Penn Square to główny plac miasta – od ostatnich wyborów prezydenckich stałe miejsce protestów. Sama protestowałam tam w styczniu 2017 roku, w przeddzień prezydenckiej inauguracji, solidaryzując się z Marszem Kobiet na Waszyngton. Domyślam się, że ten ostatni protest, o którym nie wiedziałam, dotyczył prezydenckich decyzji w sprawie Iranu.
‒ Przyszło dużo ludzi – Doris próbuje pocieszyć Barbarę.
Na bruku Penn Square po ostatniej renowacji wyryto jeden z wierszy Barbary. Strofy wiersza ułożone są w linie imitujące meandry rzeki. Wyobrażam sobie, jak depczą je stopy tłumu protestujących: „We’ll wait in the square near the market/ eating bread and bright vegetables…”
Barbara patrzy na Doris z wdzięcznością.
‒ Byliście?
‒ Nie, akurat przejeżdżaliśmy.
Na dziś wieczór to koniec rozmów o grożącej nam wojnie. Lepiej zająć się literaturą.

Sara przedstawia mi Pablo. Zaskakuje mnie jego młoda twarz, ale zauważam też siwiznę przy skroniach i czuprynę ufarbowaną na rudy blond. Kiedy wstaje z krzesła, przeżywam kolejne zaskoczenie – wzrost! Jest ponadprzeciętnie wysoki i chudy; garbi się przy tym, jakby obawiał się, że uderzy głową w sufit. Marynarka narzucona na sweter w drobny wzorek, szare wełniane spodnie – hipsterski wygląd, który mogłabym pewnie zobaczyć w Nowym Jorku. Albo w Krakowie.

Wspomnienie Krakowa – jeszcze jednego z miejsc, w których toczyło się jakieś moje przeszłe życie ‒ powraca do mnie pełną siłą, kiedy Pablo zaczyna czytać. A dokładnie, kiedy zaczyna kołysać się przy tym do przodu i na boki w rytm swojego głosu. Podobnie kołysał się prawie 25 lat temu w Krakowie pewien młody polski poeta, którego nazwiska nie zdradzę. W sali bankietowej Collegium Maius przy elegancko zastawionym stole w obecności równie elegancko ubranych profesorów polonistyki oraz członków delegacji niemieckiego Związku Pisarzy. Miał na sobie długi czarny płaszcz, paznokcie pomalowane czarnym lakierem i kołysał się niebezpiecznie nad kanapkami i ciasteczkami, recytując wiersz, z którego po ćwierćwieczu pozostała mi w głowie tylko jedna niezapomniana strofa: „Idzie, idzie, idzie … [tutaj z emfazą] GÓWNO ulicą!”

Kołyszący się teraz Pablo nie używa aż tak drastycznych figur; gdzieniegdzie rzuca tylko niewinne fuck. Ma wyjątkowo niski tembr głosu. Nie wiem, czy tak mówi na co dzień, czy to tylko doraźny teatr, który dla nas wyreżyserował. Tym teatralnym basem przeciąga sylaby, robi dramatyczne pauzy, prawie śpiewa, uśmiechając się do 1400 stron swojej książki jak dziecko do otwartego pudełka z prezentami. Mimo pewnej atrakcyjności ta maniera mnie rozprasza. Nie potrafię skupić się na treści tego, co czyta. Ale rozumiem, że ma to być powieść totalna. „Biblioteka Babel” , Finnegan’s Wake i Infinite Jest w jednym. Główną bohaterką jest poetka, która dobiera słowa. A potem słowa i litery zyskują autonomiczne byty. Przykuwa moją uwagę opowieść o literze „b”, tak przyzwyczajonej do swojego miejsca w alfabecie, że oburza się, kiedy ktoś umieszcza ją w słowach , które zmuszają ją do intymności z nielubianym „t” ‒ doubt, unobtrusive, subterreanian.

Przez chwilę podążam za Pablo przez korytarze i sześcioboki języka, potem znów tracę wątek. Zerkam na dziewięcioletniego syna Sary i Pablo, który siedzi obok mnie – zaskakująco grzecznie jak na dziecko. Ma wyrazisty wygląd ‒ bardzo bladą cerę, zadziorną piegowatą buzię, jak u Marka Piegusa, i fryzurę też Marka Piegusa, z długą nierówną grzywką, tyle że włosy ufarbowane na jasnozielono. Trzyma w rękach szkicownik oraz ołówek i rysuje starannie najpierw równe kratki, a potem, według zaznaczonych na nich punktów, idealnie okrągłą kulę ziemską z zarysami kontynetów. Kiedy ojciec wypowiada słowo fuck, podnosi na chwilę głowę, a jego oczy ‒ nie usta ‒ się uśmiechają. Potem wraca do rysowania.

Po występie Pablo jest „Open Mic” – czyli tzw. wolny mikrofon, chociaż pomieszczenie jest tak małe, że mikrofonu nam nie trzeba. Szczupły chłopak z brodą i w skórzanej kurtce jest najwyraźniej fanem Pablo. Kołysze się tak jak on, chociaż z mniejszym rozmachem, i czyta z podobnym zaśpiewem, w którym słyszę rzadki w naszych stronach południowy akcent. W jego wierszach nie występuje słowo fuck; występuje za to Jesus, wypowiadane w taki sposób, że brzmi jak coś sprośnego. Po nim czyta Barbara – wiersz-obraz o moście, na którym miała wypadek. Mówi, że wysyłała wiersz do burmistrza, który obiecał sprawdzić bezpieczeństwo mostu. Caleb prosi zebranych o chwilowe porzucenie cynizmu i czyta krótką, pełną czułości prozę o joggingu z córką. Potem chłopak w czapce z daszkiem, który wygląda tak znajomo, że zastanawiam się, czy to nie mój były student. Ale kiedy odczytuje wiersze ‒ sceny z życia mechanika samochodowego ‒ rozpoznaję w nim gościa z warsztatu, który wyśmiał kiedyś moją niewiedzę na temat opon. Bardzo chciałabym teraz dla rewanżu wyśmiać jego wiersze, ale nie mam się do czego przyczepić. Są dobre, przypominają mi celne obrazy pracy fizycznej z poezji Philipa Levina. Dokładnie widzę i czuję, jak to jest leżeć na rozgrzanym asfalcie w sierpniowe popołudnie i bać się, że spadnie na ciebie dwudziestoletni sedan.

Do czytania wstają kolejne osoby, ale ja znów mam problemy ze skupieniem. Zerkam więc jeszcze raz na „Marka Piegusa”, a raczej na jego szkicownik. Kuli ziemskiej przybyły oczy, nos i usta. Kontynenty mają zacienione brzegi. Zaraz, zaraz ‒ uświadamiam sobie powoli – to wcale nie miała być kula ziemska, ale… autoportret małego artysty. Idealna sfera to pyzata buzia. To, co wzięłam za kontynenty, to nierówno obcięta grzywka. Obok rysunku napis wykaligrafowany komiksową czcionką „Where am I?”.

Przychodzi mi do głowy, że jeśli z tego wieczoru zapamiętam coś na kolejne ćwierć wieku, to chyba przede wszystkim właśnie to pytanie. Odpowiada mojemu nastrojowi bardziej niż wszystkie literackie słowa, które dziś usłyszałam. Ja też, jak „Marek Piegus”, czuję się zagubiona pod tą Psią Gwiazdą. W głowie mam nieustępliwy strumień bieżących wiadomości: o zabiciu Sulejmaniego, o wiszącej nad nami wojnie, o ukraińskim samolocie, po którym zostały rozrzucone na trawie dziecięce zabawki. Szum strumienia wywołuje niepokój, przeszkadza w kontemplowaniu literackich konstelacji: Kto wie, jakie jeszcze niespodzianki szykuje ten ledwie rozpoczęty rok? A kiedy odwracam się od teraźniejszości w stronę wspomnień, mam wrażenie, że przeglądam fragmenty niepasujących do siebie układanek. Niepokój nie mija. W zbiorze wszystkich przeszłych wersji mojego życia – z różnych miejsc, środowisk, sytuacji politycznych – nie znajduję nic, co mogłoby mnie przygotować na obecne czasy. Ten mały, który siedzi obok mnie, jest w tym chaosie jednym z niewielu stałych punktów. Pewną ręką rysuje swoją twarz- świat na brystolu. Zadaje celne pytanie, w którym słyszę skargę: „Gdzie ja jestem? Gdzie przyprowadziliście mnie, dorośli?”.

Wieczór dobiega końca. Według przyjętego zwyczaju ostatnie słowo należy do zaproszonego gościa, więc Pablo czyta jeszcze jeden fragment swojego opus magnum. Tym razem poetka siedzi w sieciowej księgarni Barnes & Noble i klasyfikuje napotkanych tam ludzi według książek, które przeglądają. Już na samo zakończenie Pablo informuje zebranych, że jego dzieło jest do nabycia na Amazonie, ale on nie poleca, żeby czytać je od początku do końca.

Oklaski. Szuranie krzeseł przy wstawaniu, wymiana komplementów, ogólna powierzchowna amerykańska small talk. Sara przyjmuje komplementy dla męża, a ponieważ sama też jest pisarką, wdaję się z nią w krótką wymianę wrażeń z życia w literackich związkach. Ale rozmowę przerywa nam drugi syn Sary i Pablo, jedenastolatek, także z włosami ufarbowanymi na zielono.
‒ Patrz mamo, młody się pochorował – mówi, ciągnąc Sarę za rękaw.

Patrzę w kąt, który wskazuje szczupłą dłonią. Przy półce z literaturą dziecięcą, między dwoma rzędami krzeseł „Marek Piegus” klęczy skulony, prawie dotykając nosem wykładziny. Pokasłując cicho, wyrzuca z siebie wszystko, czym karmiliśmy go przez ostatnią godzinę – całą tę naszą literaturę, cały nasz dorosły, ciężkostrawny świat.