18/02/19

Okulary dla konia

Adam Poprawa

Strona cyklu

Niepogubione afekty
Adam_Poprawa_-_300x300
Adam Poprawa

Urodzony w 1959 roku, filolog, krytyk literacki i muzyczny, pracuje na wrocławskiej polonistyce. W ostatnich latach wydał tomy prozy Walce wolne, walce szybkie (2009) i Kobyłka apokalipsy (2014). Przygotował poszerzoną, odcenzurowaną edycję Pamiętnika z powstania warszawskiego Białoszewskiego (2014).

Eugenia Gumowska, która w okresie międzywojennym studiowała prawo na Uniwersytecie Wileńskim, wspomina po latach dydaktyczne (i w istotnym sensie również wychowawcze) dążenia swoich profesorów. Otóż starali się oni, by absolwenci „to nie byli ludzie w końskich okularach fachowości, ale posiadający możliwie szerokie rozeznanie we wszelkich problemach – społecznych, politycznych, psychologicznych”. Cytuję za biografią Miłosza autorstwa Andrzeja Franaszka. Ten pierwszy nieraz powracał do swoich studiów prawniczych, różnymi powodami tłumacząc wybór takiego właśnie kierunku. Owszem, podkreślał niezłą orientację w kilku ogólniejszych dziedzinach wiedzy – jak antropologia, socjologia, filozofia, a także matematyka – którą dawały niektóre wykłady. Zdarzały mu się jednak wyjaśnienia cokolwiek zaskakujące. W wywiadzie rzece z poetą Renata Gorczyńska zastanawia się, czy przypadkiem nie ma jakiejś prawidłowości w tym, że wielu pisarzy studiowało prawo. Na co Miłosz: „To jest taki wydział, na który idą ci, którzy nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Prawo jest ogólne”.

No tak, ale Miłosz znalazł się na prawie w 1929 roku. Obawiam się, że ci, którzy decydują się na ten kierunek studiów dzisiaj, już bardzo dobrze wiedzą, co ze sobą zrobić. Jeśli ktoś się nie domyśla, ale ma w domu gramofon, niech sobie puści pierwszą piosenkę z drugiej strony albumu Floydów Dark Side of the Moon. Albo ostatnią ścieżkę With the Beatles, tu już obojętnie, czy z płyty analogowej, czy kompaktowej. Parę lat temu we wrocławskim dodatku „Wyborczej” przeczytałem, że studenci prawa postanowili swoje studia zreformować. Nareszcie! Bo o tym kierunku słyszało się rzeczy zgoła nieakademickie: a to egzaminy wstępne w Hali Stulecia, a to osiemdziesięcioosobowe seminaria magisterskie, a to pewien mąż zadufania, dla którego zmieniono nazwę wydziału, żeby facet mógł po raz trzeci być dziekanem. No więc nareszcie, przynajmniej studenci się ruszyli. Tyle że o reformie było na początku artykułu w „Gazecie”, a potem się okazało, że studentom za dużo teorii i żądają zajęć praktycznych.

Nie żebym znał biografie wszystkich pisarzy, niemniej nie przypominam sobie zbyt wielu studentów prawa wśród dzisiejszych ludzi pióra. Zgoda, Kazimierz Orłoś, rocznik 1935, a wśród młodszych? Jest Piotr Siemion (1961), aczkolwiek on wybrał się na (amerykańskie) prawo parę lat po tym, jak został magistrem filologii angielskiej. No i Monika Mosiewicz (1975), adwokatka i poetka, która zresztą poza dobrym tomikiem debiutanckim w 2008 roku nic nowego dotąd nie wydała. W każdym razie nie będzie przesadą teza, w myśl której pisarzy, choćby i przyszłych, studiowanie prawa raczej dziś nie pociąga.

W ubiegłym roku ukazała się książka Katarzyny Grzybczyk Ikony popkultury a prawo własności intelektualnej. Jak znani i sławni chronią swoje prawa. O ile się orientuję, dzieło miało premierę na Krakowskich Targach Książki, w sieci można obejrzeć ponadpółgodzinny wywiad z autorką, zarejestrowany podczas imprezy. Pani profesor (pracująca na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego) mówi sporo ciekawych i sensownych rzeczy. Dodatkowym zaś walorem dokumentu jest teatr mimiczny: Katarzyna Grzybczyk żywo reaguje na pytania, komentarze i wtrącenia nadaktywnego werbalnie rozmówcy, stąd jej twarz wyraża zróżnicowane emocje – od zdziwienia, przez uśmiech politowania, aż do grzecznej powściągliwości.

W książce zaś autorka poświęciła jeden z rozdziałów Beatlesom. Zaczyna od części wprowadzającej:

„Jeśli chodzi o muzykę rozrywkową, najbardziej utytułowanym zespołem na świecie, który stworzył największą liczbę hitów muzycznych, są Beatlesi”. Tu następuje przypis; można się zatem dowiedzieć, że „pod wieloma względami był to zespół wyjątkowy, który doczekał się wielu analiz jako fenomen nie tylko muzyczny, lecz także kulturowy”. I jeszcze parę linijek z drugiego akapitu tekstu głównego: „The Beatles to brytyjski zespół rockowy założony przez czterech chłopaków z Liverpoolu, działający od 1960 do 1970 r. Członkami zespołu ostatecznie byli: John Lennon, Paul McCartney, George Harrison oraz Ringo Starr (naprawdę nazywał się Richard Starkey i dołączył do grupy jako ostatni)”. Autorka lojalnie odsyła do źródeł, z których pochodzą te informacje, to znaczy do Wikipedii tudzież do internetowej strony Radia RMF FM. Prawdę powiedziawszy, adresy tekstów drukowanych znajdują się jedynie w kilku spośród osiemdziesięciu przypisów rozdziału. A przecież biblioteka z książkami beatlesologicznymi jest potężna…

Wracając zaś do cytowanych sądów i faktów: nie żebym chciał z nimi polemizować, ale wydawałoby się, że takiej elementarnej wiedzy o kulturze nie trzeba powtarzać. Co prawda, jak można się dowiedzieć z okładki, książka adresowana jest do „prawników oraz przedsiębiorców działających w szeroko pojętym kręgu kultury”. Sama autorka mówiła zaś we wspomnianym wywiadzie, że prawodawcom brakuje szerokiej orientacji w kwestiach kulturowych, w których mają stanowić prawo. Poza tym także „Gazeta Wyborcza” w latach swojej świetności pod tekstami Kołakowskiego zamieszczała krótka notkę, kto zacz. Może więc chodzi tu o troskę ewangeliczną (Łk 14, 4-7), w myśl której jeden zabłąkany odbiorca liczy się bardziej niż dziewięćdziesięciu dziewięciu kompetentnych?

Ale nie dokończyłem adresu: dzieło zatem przeznaczone jest dla wymienionych już prawników i przedsiębiorców, „a przede wszystkim dla fanów, wyznawców i wielbicieli ikon popkultury”. Mocne i wesołe to wyróżnienie „a przede wszystkim”, prawda? Jeśli jednak idzie o tę drugą grupę, cóż: wielbiciele bywają różni, od, hmm, społecznych, którzy nie potrafią obejść się bez zaimka zwrotnego (że niby ho, ho, aaa, kiedyś w młodości się słuchało; tacy zresztą chyba książki nie kupią), do pojedynczych, którzy (na przykład) Beatlesami zajmują się od dekad i ich nagrania, filmy, historię, konteksty znają naprawdę dobrze.

Cieszmy się w każdym razie z tej jednej odbiorczej owieczki, która dowiedziała się, że był kiedyś taki zespół The Beatles. Kłopot jednak w tym, że czytelnikowi rozdziału o Fab Four będzie dane zapoznać się również z faktami, by tak rzec, mniej bezspornymi.

Brian Epstein miał zatem „przez zupełny przypadek zobaczyć ich [Beatlesów] kiedyś na scenie jednego z lokalnych klubów”. Mark Lewisohn w All These Years. Volume 1: Tune In (Londyn 2013; dotąd ukazał się tylko ten pierwszy tom) – a jest to monumentalna i najbardziej autorytatywna monografia Beatlesów – szczegółowo rekonstruuje okoliczności wizyty Epsteina w Cavern, na pewno nie była ona dziełem przypadku.

„W czerwcu 1961 r. po raz pierwszy zespół stanął w studiu muzycznym i wydał singiel My Bonnie, potem Please Please Me, ale dopiero kolejny, From Me to You, znalazł się na szczycie brytyjskiej listy przebojów”. Owszem, nagrania do SP My Bonnie (jeszcze z Pete’em Bestem i Stu Sutcliffe’em) pochodzą z czerwca, ale płytka ukazała się później. W zestawie brakuje Love Me Do, pierwszego singla Beatlesów w klasycznym składzie (plus udział Andy’ego White’a), niemniej owszem, dwadzieścia stron dalej płyta zostaje przywołana właśnie jako „pierwszy singiel zespołu”.

„W 1970 r. George Harrison jako pierwszy z Beatlesów wydał solowy album My Sweet Lord […]”. Po pierwsze, nie ma takiego albumu, chodzi zapewne o singiel wydany 23 listopada w USA. Do tego zaś czasu – po drugie – w solowych dyskografiach Beatlesów ukazały się trzy albumy: Wonderwall Music (1968) i Electronic Sound (1969) Harrisona, oraz McCartney McCartneya (1970). Pomijam trzy longplaye z lat 1968–1969, sygnowane przez Lennona i Yoko Ono.

W jednym z przypisów autorka (za polskim przekładem książki Waltera Isaacsona) przytacza słowa Steve’a Jobsa, ale ich nie komentuje. A miał on rzekomo powiedzieć, że „wszyscy Beatlesi chcieli być na iTunes”. Poważnie? Wszyscy?

W 1975 roku Frank Zappa zaskarżył Royal Albert Hall. Proces odbywał się przed Sądem Jej Królewskiej Mości. Artysta opowiedział o nim w swojej autobiografii. Cytuję przekład Roberta Sudoła:

Sędzia? Facet miał może z osiemdziesiąt lat. Wyglądał jak sędziowie z komiksów, nie miał tylko trąbki przy uchu. W czasie procesu jeden z adwokatów chciał włączyć do materiału dowodowego egzemplarz 200 Motels. Ujrzawszy płytę, sędzia Mocatta spytał: „Co to jest?”, „To jest płyta do fonografu, wysoki Sądzie” – padła odpowiedź.

PS A teraz jeszcze bardziej serio. Na stronie 287 książki Katarzyny Grzybczyk znajduje się taki akapit:

Do pierwszych tarć doszło w 1978 r., wkrótce po rozpoczęciu działalności przez Apple Computers, które zostało pozwane przez Apple Corps o naruszenie praw do znaku towarowego („Apple”). Proces zakończył się 3 lata później ugodą zawartą między podmiotami: Apple Computers zapłaciło Apple Corps 80 tys. dol., ale w ugodzie zawarto także postanowienie, w owym czasie niespecjalnie istotne. Apple Corps zobowiązało się do nieprodukowania sprzętu komputerowego w przyszłości, zaś Apple Computers – do niewprowadzania na rynek produktów związanych z muzyką. O ile jednak Beatlesi dotrzymali swojego zobowiązania, o tyle rozwój technologii doprowadził producenta komputerów do rynku muzycznego.

Na końcu akapitu autorka odsyła do przypisu, który z kolei odsyła do krótkiego tekstu z „The Telegraph”. Owszem, większość faktów się pokrywa, niemniej ciekawszy wydaje się fragment wspomnianej już biografii Jobsa (W. Isaacson, Steve Jobs, tłum. P. Bieliński, M. Strąkow, Kraków 2011, s. 527), w której można przeczytać:

Wszystko zaczęło się w roku 1978, gdy wkrótce po rozpoczęciu działalności przez Apple Computers, firma została pozwana przez Apple Corps za naruszenie znaku towarowego – w pozwie powołano się przy tym na fakt, że była wytwórnia płytowa Beatlesów nosiła nazwę Apple. Proces zakończył się trzy lata później, gdy Apple Computers zapłaciło Apple Corps osiemdziesiąt tysięcy dolarów. Ugoda obejmowała warunek, który wówczas wydawał się nieszkodliwy: zespół The Beatles zobowiązał się do nieprodukowania sprzętu komputerowego, zaś Apple – do niewprowadzania na rynek jakichkolwiek produktów związanych z muzyką. Beatlesi dotrzymali swojej części umowy. Żaden z nich nigdy nie wyprodukował komputera. Apple jednak zawędrowało w końcu do przemysłu muzycznego.

Znajdź i wypisz szczegóły, którymi różnią się oba fragmenty.