Wspólnota jako praktyka uczestnictwa
Maria Deskur
Głos Marii Deskur w debacie „RazemOsobno: Czy jeszcze się słyszymy?”.
strona debaty
On natchniony i młody był
Ich nie policzyłby nikt
On im dodawał pieśnią sił
Śpiewał, że blisko już świt
Kilka dni temu, ku swojemu zaskoczeniu, odśpiewałam wraz z tłumem ludzi (pierwszy raz od ponad ćwierćwiecza) „Mury”. To było zakończenie poruszającej imprezy małopolskiego Stowarzyszenia Sieć Solidarności, które przyznaje medale „Dziękujemy za wolność”. Śpiewałam „Mury” i myślałam, jak niesłychany to jest tekst, jak strasznie aktualny, prawdziwie natchniony, powiedziałoby się.
Jako nastolatka w „Murach” słyszałam wyłącznie element „razem”. Widziałam poetę, który dodaje sił, jednoczy, tworzy nadzieję, czułam się częścią wspólnoty, która przeciwstawia się złu, która przeżywa tę postawę bardzo namacalnie „razem”, choć nie wiązało się to koniecznie z fizycznością manifestacji. Siła tego oddziaływania pochodziła z samego tekstu i melodii, ale na pewno też ze wspólnoty jego przeżywania, z tego, że nawet jeśli nie zawsze śpiewaliśmy razem, to wiedzieliśmy, że inni to śpiewają, że to nas łączy.
Na tej kanwie wracam do artykułu, w którym niedawno wyczytałam, że Dickensa w XIX w. czytało się powszechnie i wszyscy go rozumieli, a dziś badania wykazują, że ogromna część młodzieży amerykańskiej nie rozumie początku Klubu Pickwicka. Ten obrazek jest dla mnie zbyt prosty.
Doświadczenie wspólne?
Około 1840 roku oficjalne dane dla Anglii i Walii wskazywały, że 67% mężczyzn i 51% kobiet potrafiło się podpisać, zamiast wstawić X na akcie małżeństwa[1]. Czyli coś około 30% mężczyzn i ok. 50% kobiet w ogóle nie potrafiła czytać i pisać (oczywiście umiejętność podpisania się jest poszlaką jedynie, ale uznajmy, że na niniejszy użytek wystarczającą). Jeśli przyjmiemy zatem, że około 40% populacji nie miało w ogóle dostępu do języka pisanego, to raczej nie można wnioskować, że cała populacja zachłystywała się humorem, inteligencją i niuansami Dickensa.
Ostatni odcinek Klubu Pickwicka sprzedał się w 40 tysiącach egzemplarzy, ostatni odcinek Magazynu osobliwości w 70 tysiącach. To są nakłady, które imponują nam dziś oczywiście niezmiernie, ale potrzebuję także to zobaczyć w kontekście.
W połowie dziewiętnastego wieku w Wielkiej Brytanii ukazywało się średnio 7 nowych tytułów dziennie[2]. W 2023 roku według Nielsena ukazało się tam średnio 485 tytułów dziennie. To jest 70 razy więcej tytułów do wyboru.
W Polsce ukazuje się znacząco mniej nowości, ale też bardzo dużo. Opierając się na danych z Biblioteki Narodowej oraz Nielsen Polska wiemy, że jako czytelnicy mamy do wyboru circa 100 – 130 nowych tytułów dziennie.
I ten obraz (setki, czy wręcz kilkuset, zamiast kilku nowych tytułów dziennie do wyboru) w zestawieniu z pokoleniowym doświadczeniem czytelników Klubu Pickwicka, Potopu, a i kolejnych, łącznie z moim, które śpiewało „Mury” (i czytało Zniewolony Umysł, My, dzieci z dworca ZOO czy inne, które wspominamy jako lektury kultowe), wyświetla mi się jako kontekst, kiedy próbuję odpowiedzieć na pytanie Artura Burszty – czy literatura tworzy jeszcze wspólnotę?
Stwierdzenie, że żyjemy w czasach ogromnej produkcji (czy wręcz nadprodukcji) treści nie jest przecież w żaden sposób dowodem na to, że nie ma treści, które by łączyły bardzo wielu i wiele z nas.
Nadal ukazują się książki, które stają się kultowe – dla jednych będzie to Nadzieja w mroku Rebeki Solnit, dla innych Harry Potter, może trochę zapomniany dziś Zmierzch, a może Król Twardocha, może Pięćdziesiąt twarzy Greya… – żeby wziąć przykłady z bardzo różnych półek. Ostatnia część Pottera sprzedała się pierwszego dnia w UK w ponad 2,6 mln egzemplarzy, co po uwzględnieniu różnicy wielkości populacji między czasami Rowling i Dickensa jest nadal wynikiem piętnaście razy lepszym od jego Magazynu osobliwości.
W połowie XIX w. 40% populacji Wielkiej Brytanii było analfabetami, w dwudziestoleciu międzywojennym w Polsce było to ponad 20% populacji. Ale dla pozostałych, czyli obywateli czytających w owych społeczeństwach, Klub Pickwicka i Potop były z pewnością potężnym doświadczeniem wspólnotowym i pokoleniowym. Wańkowicz cudownie opisał histeryczną modę na czytanie i odpytywanie się wzajemne z Potopu. Całe frazy Sienkiewicza weszły na pokolenia do języka potocznego. Do pewnego stopnia jest to porównywalne do niedawnej „potteromanii”.
Dziś, jeśli czytamy (bo przecież blisko 60% populacji Polski nie sięga po książkę w ogóle), to oprócz pojawiających się co jakiś czas „megahitów”, mamy faktycznie znacząco większy wybór niż kiedyś: możemy znać wymienionych już Solnit, Twardocha, Meyer, czy autorkę 50 twarzy lub jeszcze tysiące innych, choć z oczywistych powodów nie czytamy ich wszystkich. Ludzie czytający Tokarczuk nie muszą, ale przecież mogą być równolegle czytelnikami Meyer.
Na marginesie odnotujmy, że dziś możemy część z tych tekstów też obejrzeć w formie filmu czy spektaklu lub wysłuchać jako audio, co przyczynia się dodatkowo do uwspólniania kodów, przeżyć, tematów – ale w ten obszar już jednak nie wchodzę, pochylam się nad innym aspektem.
Rozważając wspólnoto-twórczą rolę literatury, zastanawiam się, czy oprócz samego wyboru czytelniczego (tego co czytamy i o czym dyskutujemy) sprawą fundamentalną, tworzącą być może zdecydowanie potężniejsze rowy we wspólnocie, nie jest postawa podstawowa: a mianowicie, czy w ogóle czytamy.
Wspólnota wewnętrznie spleciona
Bo ludzie regularnie czytający książki – czegokolwiek by nie czytali (i tu, świadoma tego, co piszę, używam jednak słowa „czegokolwiek”), to ludzie, którzy tą właśnie aktywnością ćwiczą swój mózg, pozyskują pewne kody kulturowe, językowe, składniowe, wiedzę, zdobywają kompetencje formułowania myśli, ubierania ich w zdania i argumentację, walki o swoje stanowisko. Dostrzegam pewien paradoks. Wydaje się nam, iż jesteśmy najdalej od tego drugiego plemienia, tych innych, którzy czytają nie to, co my uważamy za dobre, tylko coś innego (i to działa w obie/wszystkie strony), którzy walczą o te swoje lektury i wartości, z którymi się ścieramy i którzy są irytujący w stopniu doprowadzającym nas do ostentacyjnego wyrzucania ich ze znajomych na takim czy innym medium społecznościowym. A przecież to są ludzie, którzy nas rozsierdzili, ponieważ właśnie weszli z nami w debatę, bo mają kompetencje językowe, by to zrobić, bo nasze losy splotły się z nimi we wspólnocie języka i komunikacji. Czytają co innego, mają bohaterów, którzy nam zdecydowanie nie odpowiadają, mamy wrażenie, że mówią „innym językiem” ale czyż nasze z nimi starcia nie są dowodem na to, że właśnie z nimi jesteśmy – mimo wszystko – we wspólnocie, wewnątrz której debatujemy, walcząc o poglądy, gusta literackie, wybory, oceny?
Aż zobaczyli ilu ich
Poczuli siłę i czas
I z pieśnią, że już blisko świt
Szli ulicami miast
Zwalali pomniki i rwali bruk
„Ten z nami, ten przeciw nam!”
„Kto sam ten nasz najgorszy wróg!”
A śpiewak właśnie był sam.
Marc Lambert, mój kolega po fachu, szef Scottish Book Trust, opowiedział mi historię, która zostanie we mnie na zawsze. Jego organizacja pracuje w więzieniach i jeden z osadzonych powiedział do niego tak: „Wiesz Marc, dzięki Wam czytam i uczę się słów, znam ich coraz więcej. Gdybym znał te wszystkie słowa wcześniej, nie siedziałbym dziś. Wchodziłem w bójki, ponieważ nie potrafiłem wyrazić tego, co czułem i czego potrzebowałem, nie znałem słów, które są do tego potrzebne. Atak fizyczny był dla mnie jedynym sposobem wyrażania siebie”. Piszę te słowa i – choć je znam – nadal się trzęsę – ze współczucia i z oburzenia.
Dlaczego jako społeczeństwa tak doskonale rozwinięte, społeczeństwa, które otoczone są bogactwem, wieżowcami, technologią i nie wiem czym jeszcze, nadal nie potrafimy dopiąć tej prostej rzeczy i wesprzeć każde dziecko bez wyjątku, by je wyposażyć w kompetencje językowe w stopniu wystarczającym do prawidłowego funkcjonowania w społeczności?!
Czytam od nowa tekst „Murów” i widzę w nim zupełnie inne treści niż dawniej. Widzę ludzi pozostawionych samych sobie, ludzi, których jako społeczność nie wsparliśmy, których zignorowaliśmy w pogoni za swoimi sprawami, jakimiś mirażami rozwoju. Jest ich nawet dużo, „zobaczyli ilu ich…”, ale nie stali się wspólnotą, która coś razem buduje, obalając podziały, „poczuli siłę”, ale nie weszli w debatę, nie zaangażowali się w proces ścierania się poglądów, gustów literackich, walki o lektury, „zwalali pomniki, rwali bruk”.
A mury rosły, rosły, rosły
Łańcuch kołysał się u nóg
Przestaję wielbić moją kultową pieśń młodości, choć dostrzegam straszliwą prawdę tego obrazu. Społeczeństwo niezauważające osób, które potrzebują wsparcia, niedbające o budowanie prawdziwej podmiotowości każdego i każdej ze swoich mieszkańców, to społeczeństwo, które samo tworzy fundamenty murów i które następnie dziwi się, że one rosną.
Oczywiście świadomość tego, jak krytycznie ważne dla naszych możliwości budowania wspólnoty i uczestniczenia w niej są kompetencje językowe – jest dość świeża. Absolutnie nie jest moją intencją krytykowanie poprzednich pokoleń, to my jesteśmy pokoleniem, które już tę wiedzę ma i którego zadaniem jest odpowiednio zareagować. Nie krytykujemy lekarzy reklamujących papierosy w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku, ale lekarz, który robiłby to dziś, pewnie straciłby prawo do wykonywania zawodu.
Wspólnota włączająca
Zmarła niedawno Dolly Parton stworzyła w 1995 roku Dolly Parton Imagination Library i od tego czasu rozdała 330 milionów książek. Mówiła wielokrotnie, że inspiracją do tego działania był jej wspaniały i bardzo inteligentny ojciec, który nie potrafił czytać ani pisać. Uważała, że mógłby osiągnąć dużo więcej, gdyby ktoś mu dał książki w dzieciństwie. A on jej mówił, że jej działalność proczytelnicza jest dużo ważniejsza niż jej kariera królowej muzyki country. Parton była fenomenem trudnym do opisania; jako jedna z niewielu połączyła Amerykę ponad podziałami, a jej wpływ na przybliżanie się realizacji postulatu o wspólnocie, która nikogo nie pozostawia poza swoim kręgiem, był namacalny.
Opowieść o więźniu dostrzegającym związek przyczynowo-skutkowy między swoim funkcjonalnym analfabetyzmem a osadzeniem nie stoi w sprzeczności z obrazem bardzo inteligentnego i dobrze funkcjonującego analfabety, ojca Dolly Parton. Pierwszy jest ilustracją tego, co widać w statystykach (że osoby nieczytające częściej trafiają do więzień niż czytający), drugi jest genialnym przykładem osoby wymykającej się statystykom, która stworzyła wspaniałą wspólnotę rodzinną, pozostając poza obiegiem literatury pisanej („pisanej”, bo nie wiemy, jak funkcjonowała opowieść przekazywana ustnie w tej rodzinie, gdzie Dolly była jedną z dwanaściorga rodzeństwa – jest spora szansa, że opowiadali sobie bardzo dużo historii i mieli mocno rozwinięte kompetencje językowo-komunikacyjne…). Statystyki pokazują nam, że coś się wydarza z takim czy innym prawdopodobieństwem, istnienie przypadków o trajektoriach niezgodnych ze statystykami nie zaprzecza prawdziwości statystki: istnienie rudych Polaków nie zaprzecza stwierdzeniu, że większość za nas ruda nie jest.
A zatem, kompetencje językowe (z którymi się nie rodzimy, tylko musimy je zbudować dzięki rozmowie, czytaniu, pisaniu) to fundament, bez którego nie jesteśmy w stanie we wspólnocie funkcjonować. Czytanie, rozmowa, środowisko językowe najpierw je wspiera, a następnie doskonali. To dzięki nim potrafimy współtworzyć sploty debat, którymi nasza społeczność żyje. Literatura sama w sobie tworzy pewne więzi już na poziomie wspólnoty języka i imaginarium, ale głęboka wspólnota tworzy się w kontakcie: dzięki naszym umiejętnościom komunikacji (potrzebujemy słów jako narzędzia komunikacji) prowadzimy debaty, w dużej części skupione wokół tekstów (ich treści, formy, naszych wrażeń i przeżyć wokół nich), wymieniamy się myślami, wspólnie rozważamy, tworzymy idee i ideały, budujemy nowe pomysły, zaczynamy być gotowi do wcielania ich w życie, podejmujemy działania. Literatura i powyższe procesy społeczne, które są niejako efektem jej czytania, to jeden z fundamentów wspólnotowości i warunków rozwoju naszej cywilizacji.
Myślę, że nie tylko stać nas dziś na to, ale że wręcz w najlepiej pojętym interesie naszej społeczności (czy będzie nią Polska, czy Europa, czy Mazowsze, czy jakaś inna społeczność, na którą mamy wpływ) leży, by dostrzec tych „pozostawionych samym sobie” i wdrożyć działania mające na celu skuteczniejsze włączenie ich w splecioną wspólnotę czytających.
Wyrwij murom zęby krat
Niedopuszczanie do tworzenia się murów to oczywiście proces, nie da się tego załatwić jednym rozporządzeniem. Mówimy nie tylko o wdrożeniu takich czy innych działań, ale o pewnej zmianie myślenia. Z takim celem działa między innymi Koalicja Czytająca Polska. Wypracowujemy i krok po kroku staramy się wprowadzać rozwiązania, które temu służą.
W publikacji „Czytająca Szkoła” sformułowaliśmy postulat, by szkoła stawała się ekosystemem czytelniczym, w którym każde dziecko wchodzące do pierwszej klasy z niskimi kompetencjami językowymi otrzymywałoby wsparcie: by wyrównywać jego czy jej szanse w porównaniu do kolegów z rodzin, gdzie się dużo czytało. Zapraszam tutaj: Czytająca Szkoła – Fundacja Powszechnego Czytania.
W opublikowanej niedawno broszurze „Czytające Państwo” kreślimy wizję wspólnoty, która angażuje swoje bardzo różnorodne zasoby na rzecz przekształcania się w społeczność, w której żadne dziecko nie zostanie bez wsparcia. Zapraszam tutaj: Czytające Państwo – Fundacja Powszechnego Czytania.
Jako Koalicja Czytająca Polska wyznajemy zasadę, że każdy i każda z nas ma wpływ – czy jesteśmy samorządem w Zabrzu, czy biblioteką w Choszcznie, żłobkiem z Poznania, czy szkołą w Katowicach, rodzicem z Lublina czy firmą z Łodzi – skądkolwiek jesteśmy i gdziekolwiek pracujemy – możemy mieć wpływ. Literatura czytana i przeżywana może naszą wspólnotę scalać, odnawiać, ożywiać i wzbogacać.
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat!
W słowach Kaczmarskiego na koniec „mury rosły, rosły, rosły”, ale czytanie literatury to nie wdrażanie rozporządzeń. To przetwarzanie pokarmu, który nas wznosi do podmiotowości i buduje sprawczość naszych własnych decyzji i działań. Oświetla drogę, dzięki czemu sami wybieramy kierunki i możemy wybierać dla naszego świata inne zakończenia.
Przypisy:
[1] Drew J. The newspaper and periodical market. In: Ledger S, Furneaux H, eds. Charles Dickens in Context. Literature in Context. Cambridge University Press; 2011:109–116.
[2] Charles Knight, The Old Printer and the Modern Press, 1854, https://www.gutenberg.org/ebooks/59966
O AUTORZE
Maria Deskur
Wydawca, ekspertka upowszechniania czytania. Absolwentka romanistyki UJ, Literatury francuskiej na Sorbonie oraz komunikacji społecznej na Université Lumière w Lyonie. Współzałożycielka wydawnictwa Muchomor, współtwórczyni serii „Basia” i „Czytam sobie”, wieloletnia dyrektor zarządzająca wydawnictw: Egmont oraz Burda, współfundatorka i prezeska Fundacji Powszechnego Czytania. Zwyciężczyni konkursu Zwyrtała 2019 na najlepszy pomysł na promocję czytelnictwa za akcję „Książka na receptę. Recepta na sukces”, autorka poradnika upowszechniania czytania Supermoc książek oraz współautorka poradnika Supermoc książek. #TataTeżCzyta, Ashoka Fellow od 2023 roku. Prywatnie – mama czwórki dzieci, rowerzystka.
