teksty / Esej

Urodzić język

Agnieszka Waligóra

Recenzja Agnieszki Waligóry, towarzysząca premierze książki Matkitaski Uljany Wolf w tłumaczeniu Karoliny Golimowskiej, wydanej w Biurze Literackim 3 lutego 2026 roku.

Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

Ulja­na Wolf to nie­miec­ka poet­ka i tłu­macz­ka z języ­ka pol­skie­go i angiel­skie­go. Jed­ną z naj­bar­dziej zna­nych cech jej pra­cy twór­czej jest eks­plo­ro­wa­nie wie­lo­ję­zycz­no­ści – war­to tu wspo­mnieć cho­ciaż­by książ­kę kocha­nie ich habe Brot gekauft. Wier­sze tej autor­ki są już zna­ne pol­skiej publicz­no­ści – poja­wi­ły się nie­daw­no w anto­lo­gii Sąsiad­ki. 10 poetek nie­miec­kich pod redak­cją Toma­sza Oso­siń­skie­go (Wydaw­nic­two War­stwy 2023), wcze­śniej zaś Wolf bra­ła udział mię­dzy inny­mi w pol­sko-nie­miec­kim pro­jek­cie Liry­ka extra, któ­re­mu patro­no­wał Insty­tut Goethe­go; dała się ona tak­że poznać jako tłu­macz­ka liry­ki Euge­niu­sza Tka­czy­szy­na-Dyc­kie­go.

Mat­ki­ta­ski to jej naj­now­szy tom poetyc­ki, prze­ło­żo­ny na pol­ski przez Karo­li­nę Goli­mow­ską. Książ­ka tyle roz­wi­ja moty­wy ist­nie­ją­ce wcze­śniej w twór­czo­ści Wolf, ile sta­no­wi świe­żą, ory­gi­nal­ną całość. Jest to przy tym publi­ka­cja sza­le­nie zło­żo­na, bo zawie­ra w sobie kil­ka róż­nych podejść do wier­sza, języ­ka i tytu­ło­wej figu­ry mat­ki, sym­bo­licz­nie dzie­lą­cych tom na kil­ka czę­ści: zbiór otwie­ra­ją trzy „luź­ne” wier­sze, po nich nastę­pu­je blok tytu­ło­wy, uzu­peł­nio­ny cyklem „Mother Mask”. Póź­niej otwie­ra się zaś część „Muta­tas”, w któ­rej znaj­dzie­my serie „Cór­ki z höh­szych sfer”, „Plo­tecz­ki z boha­te­ra­mi mórz­li­wo­ści lub fli­st­bu­stie­ry Höl­der­li­na” i wresz­cie „Matriosz­ki”. Całość wień­czy komen­tarz autor­ki do wybra­nych tek­stów, wyja­śnia­ją­cy nie­któ­re odnie­sie­nia kul­tu­ro­we czy inspi­ra­cje do kon­kret­nych tek­stów.

Opi­su­ję podział Matek­ta­sek (Matek­ta­sków?) tak skru­pu­lat­nie, by zobra­zo­wać, jak wie­lo­wąt­ko­we jest to dzie­ło. Tym, co spa­ja­ło­by je w całość, było­by zapew­ne sze­ro­ko poj­mo­wa­ne doświad­cze­nie kobie­ce, widocz­ne już od pierw­szych tek­stów, oraz fakt, że wszyst­kie wyróż­nio­ne cykle wier­szy mie­rzą się z pro­ble­mem sze­ro­ko poję­te­go języ­ka. Pisar­stwo Wolf jest lin­gwi­stycz­ne w sto­sun­ko­wo dobrze nam zna­nym zna­cze­niu – koja­rzy się nie­co z twór­czo­ścią Joan­ny Muel­ler, gdzie mowa trak­to­wa­na jest jako zja­wi­sko mate­rial­ne, moż­li­we do kawał­ko­wa­nia, defor­mo­wa­nia i rearan­ża­cji. U nie­miec­kiej poet­ki komu­ni­ka­cyj­ne kody są trak­to­wa­ne mniej cie­le­śnie i pod­mio­to­wo, choć nadal kon­cen­tru­ją się wokół somy; twór­cze cele poet­ki wybie­ga­ją jed­nak wyraź­nie ku kwe­stiom zwią­za­nym z onto­lo­gią, kul­tu­ro­wym uwa­run­ko­wa­niom pozna­nia czy ról spo­łecz­nych. Jawi się ona przy tym jako peł­no­krwi­sta eks­pe­ry­men­ta­tor­ka – liry­ka ta pozo­sta­je opar­ta raczej na zakłó­ce­niu i pęk­nię­ciach niż swo­bod­nym, gład­kim pły­wie ryt­mu, ale jej awan­gar­do­wość nie zaprze­cza sto­sun­ko­wej komu­ni­ka­tyw­no­ści. Jako cechę roz­po­znaw­czą tego pisar­stwa poda­ła­bym tak­że tona­cję para­dok­sal­ne­go żar­tu i lek­ko­ści sty­li­stycz­nej. Nie są to z pew­no­ścią tek­sty doty­ka­ją­ce spraw lek­kich, ale posia­da­ją pew­ną skocz­ność i figlar­ność, któ­ra kon­se­kwent­nie roz­bi­ja poważ­ne reje­stry.

Widać to zresz­tą już w tytu­le: taski to, jak może­my się domy­ślać za angiel­skim źró­dło­sło­wem, zada­nia czy wyzwa­nia. Są one w oczy­wi­sty spo­sób powią­za­ne z macie­rzyń­stwem, nie jest to jed­nak książ­ka doty­czą­ca typo­wo codzien­nych trud­no­ści rodzi­ciel­stwa – choć i ich wąt­ku nie zabrak­nie – ale raczej wie­lo­wąt­ko­we podej­ście do figu­ry mat­ki i uru­cha­mia­nych przez nią sko­ja­rzeń: płod­no­ści, stwo­rze­nia, dzie­dzicz­no­ści, przy­na­leż­no­ści czy wycho­wa­nia. Kate­go­rie te prze­ci­na­ją przy tym roz­ma­ite sfe­ry ludz­kie­go doświad­cze­nia: rodzi­ny, reli­gii, wia­ry, sztu­ki, poli­ty­ki i histo­rii, a wresz­cie i wspo­mnia­nej mowy. Jest to więc pro­jekt eru­dy­cyj­ny i skom­pli­ko­wa­ny, lecz pozba­wio­ny sztucz­ne­go inte­lek­tu­ali­zmu i nie­jed­no­krot­nie odwo­łu­ją­cy się do czy­tel­ni­czych afek­tów: z tego wzglę­du pozo­sta­je on wciąż przy­go­dą poetyc­ką, a nie pro­jek­tem filo­zo­ficz­nym roz­pi­sa­nym na wer­sy.

Moż­na doce­nić to w peł­ni dopie­ro po wni­kli­wej lek­tu­rze, przyj­rzyj­my się więc po kolei wszyst­kim wymie­nio­nym dzia­łom. Mat­ki­ta­ski roz­po­czy­na­ją trzy tek­sty, któ­re loku­ją wspo­mnia­ną tema­ty­kę kobie­co-macie­rzyń­ską, jed­nak nie w spo­sób ukon­kret­nio­ny i indy­wi­du­al­nie zlo­ka­li­zo­wa­ny, tyl­ko z odwo­ła­niem do mito­lo­gicz­nych począt­ków świa­ta – oto począ­tek wier­sza „ate­na mówi”:

ha, ha, jowial­ny jowisz. albo zeus zaświn­tu­szy żar­tem.

naro­dzi­ny z gło­wy, poród gło­wą, jasna spra­wa. zawsze jego.
lecz wiedz­cie, że naj­pierw napy­cha się on:

cię­żar­ną żoną swą mety­dą, mat­ką zbyt mądrą
a w niej wto­pio­nych dwóch potom­ków vel poziom­ków

wszyst­ko to wchła­nia on, paku­je w strach
przed wynisz­cze­niem, jak w tor­bę, wędru­ją­cy

organ, któ­ry dzia­dek kro­nos daw­no temu scho­wał w nim
postą­piw­szy tak samo ze swo­imi poziom­ka­mi:

otchłań bez pamię­ci, dostęp mają tyl­ko duchy
jak sza­fa wnę­ko­wa, a w niej poukła­da­ne dzie­ci (…).

Dalej poja­wią się tak­że nawią­za­nia do Owi­diu­sza, a w „camp corinth”, „mede­ated” per­spek­ty­wa kosmo­go­nicz­na – zgod­nie z wyja­śnie­niem autor­ki wiersz odno­si się przy tym do straj­ku gło­do­we­go w Koryn­cie w 2014 roku:

& tak jak mero­pe, powsta­ją­ca z zaszy­ty­mi usta­mi
z bie­sia­dy euro­py
mat­ka odu­rzo­nej glau­ke, któ­ra jest
aste­ro­idą, i zwie się podob­nie do gwiazd
może też podob­nie do snu
bo cór­ka w swo­jej bia­łej suk­ni
tak leni­wie się obra­ca jak żad­na inna (…)

Mito­lo­gia Wolf nie ma cał­ko­wi­cie poważ­ne­go cha­rak­te­ru, mie­sza powa­gę z kam­pem, a momen­ta­mi wręcz queerem: pomyśl­my o Ate­nie i Zeu­sie, któ­ry sta­je się sub­wer­syw­nym sym­bo­lem płod­no­ści i zara­zem prze­mo­cy domo­wej. Mamy tu więc waria­cję na temat stwo­rze­nia i jego prze­mian, z odwo­ła­niem do sta­ro­żyt­nych pre­fi­gu­ra­cji i zara­zem swo­istym pod­wa­że­niem ich sta­tu­su. Zwra­cam uwa­gę na dow­cip – „poto­mek” mie­sza się z „poziom­kiem”. Jed­no­cze­śnie jed­nak histo­ria nadal jest poważ­na, żar­to­bli­wość nie zaprze­cza monu­men­tal­no­ści – głód jest gło­dem, a cier­pie­nie Medei pozo­sta­je cier­pie­niem.

Dalej prze­no­si­my się do współ­cze­sno­ści, ale nadal jest kam­po­wo – tu już tytu­ło­wy dział i wiersz „mat­ki­ta­ski (etiu­da w tede­sco)”:

sit­ting on my tede­sco desk
wri­ting some­thing ted­dy­esk
thin­king disco fre­sco fresh
wri­ting my tede­sco mess

Uwi­dacz­nia się w nim wspo­mnia­na wie­lo­ję­zycz­ność tomu i zno­wu jego sty­li­stycz­na lek­kość. Póź­niej per­spek­ty­wa kosmicz­na zosta­je zesta­wio­na z pry­wat­ną i choć dalej ope­ru­je­my tu na pozio­mie odle­głych, cza­sem ryzy­kow­nych aso­cja­cji poję­cio­wych (jak poni­żej: mle­ko – woda – wiecz­ność – codzien­ność – ulot­ność chwi­li), do gry w koń­cu wcho­dzi intym­ność spoj­rze­nia. Oto „mat­ki­ta­ski, mity, bak”:

to mle­ko odli­cza nocą czas. jak liczy mle­ko?
to bia­łe ruchy pal­ców u nóg, cał­kiem ukwiał.

pal­ce u rąk poru­sza­ją się też, paprot­ko­wa­to. cóż to za pal­ce?
pod­wod­ne prze­zro­czy­ste grze­bie­nie, wło­sy two­je znaj­dą

pre-chwy­cą wer­sy. tak po pro­stu z powie­trza?
jaki musi być jego ogrom. to w nim mie­nią się

samo­lo­ty lecą­ce w kie­run­ku queens, przez okno, do łóż­ka
infant­ki. skąd się wzię­ła infant­ka? z księ­ży­ca

liczą­ce­go morza. dla­te­go zna się na spa­niu
mlecz­nym, na akwa­riach. dla­te­go zni­ka­ją, kie­dy je

obci­nasz, strzęp­ki jej malu­sień­kich paznok­ci
jak mru­gnię­cia, pod świa­tło samo­lo­tów lecą­cych na queens.

Powra­ca­my tu do roz­wa­żań nad poję­ciem tasków, rze­czy do zro­bie­nia. Wolf wciąż mniej inte­re­su­ją jed­nak typo­wo codzien­ne zobo­wią­za­nia, zda­je się szu­kać raczej wiel­kich kre­acyj­nych zadań matek – stwo­rzy­cie­lek świa­ta, rodzi­cie­lek ludz­ko­ści i, co chy­ba naj­bar­dziej wywro­to­we, kom­po­zy­to­rek języ­ka, kul­tu­ro­wo pozo­sta­ją­ce­go wszak prze­strze­nią męską. Podob­ne moty­wy widzi­my mię­dzy inny­mi w „jane wła­da mat­czy­zną”, gdzie to wła­śnie mowa – nie język Ada­ma, a sło­wa nie­ustan­nie poświę­ca­ją­cych się pro-kre­acyj­nej pra­cy kobiet – sta­je się punk­tem odnie­sie­nia:

mat­ki­task to było to cze­go
pokrę­tło pozba­wi­ło jed­ną było ała było
codzien­nym dokrę­ca­niem
x razy wokół draż­li­wiut­kich kciu­ków
było uchwy­co­nym i naby­tym
nu vot. wie­czo­ry poszły w dal
poran­ki poszły w dal. wszyst­ko
co bez­piecz­ne samo z sie­bie
tyl­ko nie­ubez­pie­czo­ne. musisz
dodać ani­mu­szu. ach tak. ani­musz już

Utwór, z któ­re­go zacy­to­wa­łam wyłącz­nie począ­tek, opo­wia­da zresz­tą znacz­nie bar­dziej roz­bu­do­wa­ną histo­rię: wymia­nę pojęć wyzna­cza­ją­cych rytm życia kobie­ty (od maid, bycia hor­ny, przez cią­żę, utra­tę self, po bycie mad mamą). „Mat­czy­zna” to zatem zarów­no nar­ra­cja o kobie­co­ści czy doj­rze­wa­niu, jak i wyka­za­nie roli języ­ka w pro­ce­sie adap­ta­cji okre­ślo­nych ról do nasze­go życia. Zagad­nie­nie to poja­wi się rów­nież w „miód­der ton­gue madre­gał”: „i made u child and u made me mother then/ u made mi miód and worl­ding”. Mat­ka więc nie tyl­ko two­rzy, lecz tak­że jest two­rzo­na – przez mate­rial­ną rela­cję i jed­no­cze­śnie mowę: maszy­ne­ria języ­ka spra­wia, że aby być mat­ką, trze­ba mieć dziec­ko, zaś dziec­ko, aby być dziec­kiem, musi posia­dać mat­kę. Per­spek­ty­wa jest więc odwra­cal­na i zwrot­na, macie­rzyń­stwo oka­zu­je się zarów­no real­nym zja­wi­skiem, jak i czymś wytwo­rzo­nym w komu­ni­ka­cji. Owo napię­cie mię­dzy kon­struk­ty­wi­zmem pojęć a kobie­cą meta­fi­zy­ką wyda­je się zresz­tą ujmu­ją­ce – na prze­strze­ni wier­sza sprzecz­ne dys­kur­sy dzia­ła­ją wspól­nie, łączą per­spek­ty­wy kie­dy indziej anta­go­ni­stycz­ne.

Ten wątek roz­wi­ja zresz­tą część „Mother Mask” poświę­co­na nie­ja­kiej Jean Hic­kok McCor­mick, któ­ra, jak czy­ta­my: „ogło­si­ła w ame­ry­kań­skiej audy­cji radio­wej «We the People», że jest cór­ką wester­no­wych boha­te­rów Cala­mi­ty Jane i Wild Bil­la Hic­ko­ka. Owa kobie­ta, pra­cu­ją­ca wte­dy jako pomoc­nicz­ka nauczy­ciel­ki i far­mer­ka w Bil­lings w sta­nie Mon­ta­na, jako dowód przed­sta­wi­ła odręcz­nie napi­sa­ne pamięt­ni­ki i listy od mat­ki zaadre­so­wa­ne «Dro­ga Janey».”. Mamy więc cór­kę poszu­ku­ją­cą mat­ki; mat­kę jako punkt poszu­ki­wa­nia czy doj­ścia, a nie wyj­ścia. Autor­ka sko­men­tu­je to tak­że w tek­ście „Wiersz na ante­nie | Wiersz o powie­trzu (autor­stwa Jane Flow | w tłu­ma­cze­niu Ulja­ny Wolf”): „To nic że zosta­ła wymy­ślo­na przez córkę:/ wszy­scy byli­śmy zmy­śle­ni, lecz nikt z nas tak sub­tel­nie, tak fał­szy­wie”. Histo­ria owe­go macie­rzyń­skie­go fał­szer­stwa uzu­peł­nio­na jest dwu­dzie­sto­ma pię­cio­ma found poems, napi­sa­ny­mi w opar­ciu o listy Cala­mi­ty Jane do cór­ki – listy autor­stwa samej McCor­mick. Wolf nie tyle więc przyj­mu­je macie­rzyń­stwo jako zawsze natu­ral­ny, goto­wy stan rze­czy, ile poka­zu­je je jako pro­ces, pew­ne­go typu wymia­nę zależ­no­ści. Nie tyl­ko zada­nia matek są więc wytwa­rza­ne kul­tu­ro­wo, lecz tak­że sama „mat­ka” bywa po pro­stu kon­struk­tem, poję­cio­wym i mate­rial­nym odnie­sie­niem, potrzeb­nym nam do usta­le­nia swo­je­go miej­sca w świe­cie. Jed­no­cze­śnie macie­rzyń­stwo nadal ma w sobie walor meta­fi­zycz­ny. Krą­ży­my więc od mito­lo­gii do nie­mal Wit­t­gen­ste­inow­skich ujęć języ­ko­wych gier.

Na tym koń­czy się pierw­sza, bar­dziej „anglo­sa­ska” część książ­ki, a zaczy­na dru­ga, wyraź­niej „nie­miec­ka”, gdzie wraz z umo­co­wa­niem trze­cie­go języ­ka jesz­cze sil­niej roz­bu­do­wa­ny zosta­je pro­blem mowy i innych mediów. „Cór­ki z höch­szych sfer” to tyle nawią­za­nie do spo­łecz­nej wyż­szo­ści i norm wycho­wa­nia kobiet (höch to po pro­stu wyso­ki), ile hołd dla nie­miec­kiej artyst­ki eks­pe­ry­men­tal­nej Han­ny Höch, sta­no­wią­cej pew­ne­go typu figu­rę este­tycz­nej matron­ki. Cały dział jest zaś w grun­cie rze­czy serią wier­szy-stu­diów, któ­rych głów­nym tema­tem wyda­je się natu­ra jako kolej­ne wcie­le­nie mat­czy­no­ści, tra­dy­cyj­nie prze­ciw­sta­wia­ne poję­ciu kul­tu­ry. Poet­kę fra­pu­je pyta­nie o moż­li­wo­ści arty­stycz­ne­go uję­cia twór­czych sił przy­ro­dy i demiur­gicz­ne­go poten­cja­łu czło­wie­ka, lecz nigdy nie popa­da w pro­ste opo­zy­cje – cywi­li­za­cja nie jest tu gwał­tem na naiw­nym sta­nie natu­ry, funk­cjo­nu­ją one raczej jako splot war­to­ści. Tak wybrzmie­wa na przy­kład w roz­po­czę­ciu „stu­dium futra dla emmy hen­nings”, odwo­łu­ją­ce­go się do artyst­ki kaba­re­to­wej, któ­ra wyko­rzy­sty­wa­ła wła­sne wło­sy do two­rze­nia kostiu­mu sce­nicz­ne­go:

jak ty w ber­liń­skim heili­gen­see? odpo­wiedź: co się zako­pie

w zie­mi, co się dłu­go ze sobą sklei. pyta­nie: jak mam
dalej żyć, czy sło­wo klej może w wier­szu być?

Póź­niej nastę­pu­ją zaś stu­dia leśne, oto­czo­ne mot­tem z Maxa Ern­sta i chmur­ne, z odnie­sie­niem do malar­stwa Maxa Beck­man­na. Są one roz­wa­ża­niem moż­li­wo­ści przed­sta­wie­nia i zara­zem dekon­struk­cją języ­ka w kon­tek­ście jego kon­wen­cjo­nal­no­ści. Tu frag­ment „stu­dium chmur”:

myśl o sło­wie zgiełk. sło­wie zwiać
potem doszło sło­wo grze­bień fal, jak

ten sza­le­niec myśleć ma, co nadmu­cha­ny
pełen pary nad kolo­sem chmur kró­lu­je:

grze­bień fal = roz­wle­kła dal. bia­ły skurcz
trój­pal­cza­sty jakiś, w wodę wcze­pio­ny. ok

rozu­miem, ten obraz to bitwa, tak
myśli nasz wietrz­ny wariat, pogo­do­wy bachor, tak

spoj­rzał na nasz wiek. chmu­ra = czasz­ka.
kolor = pięść. bar­ka na brze­gu = nie­świe­cą­ca

już część. a potem przy­szło sło­wo ucie­kać. sło­wo
pułk. potem pyta­nie: w czym grze­bie grze­bień?

Widać w owym wier­szu kolej­ne wiel­kie zagad­nie­nie pod­ję­te przez autor­kę – pocho­dze­nie języ­ków: jak w poprzed­nich par­tiach książ­ki podob­ne kwe­stie poja­wia­ły się w kon­tek­ście mito­lo­gicz­nej wyobraź­ni, kosmo­go­nii i filo­zo­fii stwo­rze­nia, tak tutaj rzecz wyda­je się ści­ślej nakie­ro­wa­na lin­gwi­stycz­nie, poświę­co­na kło­po­tli­wej mat­czy­no­ści mowy. Wolf mie­rzy się nie tyl­ko z ety­mo­lo­gią, lecz tak­że zagad­nie­niem reflek­syj­nych ram, któ­re prze­no­szą języ­ki, pyta­jąc o ich umow­ność, per­for­ma­tyw­ność i spraw­czość. Nie jest to jed­nak typo­wy powrót do świet­nie już zna­nych roz­wa­żań post­mo­der­ni­stycz­nych, ani nawet wskrze­sza­nie moder­ni­stycz­ne­go namy­słu nad sło­wa­mi przy­sta­ją­cy­mi do rze­czy. Celem nie­miec­kiej poet­ki wyda­je się raczej autop­sja języ­ka – mno­gich języ­ków – w uży­ciu czy dzia­ła­niu, przez pry­zmat ich trans­gra­nicz­nej poten­cjal­no­ści, jak­by wyła­py­wa­ła punk­ty wspól­ne pomię­dzy mowa­mi naro­do­wy­mi, ujaw­nia­jąc wspól­ne dla nich obra­zy świa­ta i zara­zem rady­kal­ne róż­ni­ce w ich por­tre­to­wa­niu. Widać to zresz­tą świet­nie na pozio­mie poety­ki cyto­wa­nych wier­szy, gdzie regu­lar­nie prze­ry­wa­ne są natu­ral­ne podzia­ły skła­dnio­we, prze­rzut­nie roz­ci­na­ją związ­ki fra­ze­olo­gicz­ne, rymy koń­czą w środ­ku wer­su, a same zda­nia wyda­ją się w grun­cie rze­czy nigdy nie zaczy­nać i rzad­ko wyraź­nie koń­czyć, jak­by sygna­li­zo­wa­ły wiecz­ną pra­cę słów i pojęć. Ich nie­ustan­ne mie­sza­nie się, prze­miesz­cza­nie czy roz­pły­wa­nie pod­wa­ża sta­tus moc­nych kate­go­rii, takich jak meta­fi­zy­ka czy praw­da, jed­no­cze­śnie pod­da­jąc je wni­kli­we­mu bada­niu.

Ów pro­blem poten­cjal­no­ści języ­ka roz­wi­ja dział „Plo­tecz­ki z boha­te­ra­mi mórz­li­wo­ści lub fli­st­bu­stie­ry Höl­der­li­na”, obda­rzo­ny mot­tem z „Kolum­ba” słyn­ne­go nie­miec­kie­go poety: roz­wi­ja­ne są tu moty­wy akwa­tycz­ne, ale ta bądź co bądź męska wizja „mor­skiej” poezji jest swo­iście kon­tra­punk­to­wa­na przez kon­tekst hydro­fe­mi­ni­stycz­ny. Nie­ustan­nie posłu­gu­je­my się tu höl­der­li­now­ską poetyc­ką „morze­tą”, czy­li lune­tą, jako tra­dy­cyj­nym sym­bo­lem poszu­ki­wa­nia nowych lite­rac­kich świa­tów i natę­że­nia uwa­gi, a zara­zem wciąż odwo­łu­je­my do figu­ry mowy-mat­ki i jej lirycz­ne­go potom­stwa:

śpie­wać chcę o ryma­rzu boha­te­rze mórz­li­wo­ści
przez „rz”, dla wszyst­kich, co wła­śnie słu­cha­ją, a

sami nie mogą na wła­sne oczy śle­dzić z bli­ska
tego, co oczy­wi­ste (Slow the eye I bro­ught

with me from Ger­ma­ny). sat­tle­ro­wy boha­te­rze
nano­wi­cie bij się z cho­rą­giew­ką z piór, roz­klek­sa­mi

migot­ka­mi, przy­cią­gaj skar­by, twój lite­ro­wy łup
ostro wie­jąc wokół, w sie­ciach albo śmie­ciach

grzmią­cych okrę­tach śmia­ło w hiper
zawie­sze­niu jed­nej stro­ny, a decy­zja tyl­ko two­ja

któ­re­go sło­wa (łupu) są dzie­cię­ciem (…)

Motyw dzie­ciń­stwa powra­ca tym razem dzię­ki posta­ci dziec­ka-podróż­ni­ka po języ­ku: w całej czę­ści prze­wi­ja­ją się zresz­tą wizje róż­no­rod­nych, auto­te­ma­tycz­nych poszu­ki­wań pisar­skich („naj­pierw zapi­sa­łam kon­sto­nan­ty. rozproszyłam/ ich zabu­rzo­nym brzmie­niem mą uwa­gę”; „gdzie mogę odna­leźć ten zapis, zawa­lić napis/ i kto mi uwie­rzy, że nie wymy­śli­łam tego wer­su”; „przy­zna­ję: tyl­ko sobie maj­ster­ku­ję”). Pisa­nie jako odnaj­dy­wa­nie się w języ­ku jest tu porów­ny­wa­ne do pirac­twa, utrzy­ma­ne w tonie dzie­cin­nych prób, wol­ne­go od kon­wen­cji poetyc­kie­go dry­fo­wa­nia i dezyn­wol­tu­ry, któ­ra cza­sem słu­ży auto­kry­ty­ce (nie bez przy­czy­ny ostat­ni wiersz cyklu nosi tytuł „nie­zda­ra”). Jak wyja­śnia poet­ka w swo­ich komen­ta­rzach, punk­tem wyj­ścia dla jej reflek­sji było eks­pe­ry­men­tal­ne wyda­nie ręko­pi­sów Höl­der­li­na z róż­ny­mi warian­ta­mi czcio­nek i warian­tów orto­gra­ficz­nych.

Wresz­cie nad­cho­dzi ostat­ni, nie­ja­ko łączą­cy wszyst­kie poprzed­nie czę­ści blok tek­stów, „Matriosz­ki”, gdzie mowa przede wszyst­kim o wymia­nie poko­le­nio­wej i macie­rzyń­sko-cór­ko­wej odwra­cal­no­ści: całość uję­ta jest nie­mal mecha­ni­cy­stycz­nie, przez meta­fo­ry skła­da­nia i roz­kła­da­nia, bo cór­ka mie­ści się w mat­ce, ale mat­ka, jako poję­cie, mie­ści się tak­że w cór­ce. W koń­cu dosta­je­my zaś pozba­wio­ny osob­ne­go tytu­łu cykl wier­szy „gram­mar­girls”, gdzie głów­ną boha­ter­ką oka­zu­je się infant­ka – i jest to osta­tecz­ne połą­cze­nie moty­wów rodzi­ciel­stwa, dzie­ciń­stwa, języ­ka, pozna­nia, mito­lo­gii i wyobraź­ni. Tu na przy­kład począ­tek wier­sza „infant­ka tłu­ma­czy”:

gram­mar­girls prze­li­te­ruj a zoba­czysz moc słów i magię mocy
gram­mar­girls prze­li­te­ruj mocą słów któ­ra mocu­je magię w nocy
gram­mar­girls mocu­ją sło­wa­mi moc liter by machać magią
gram­mar­girls mach­nę­ły­by zupę liter­ko­wą ale nie cier­pią mag­gi

Czy koń­ców­ka wier­sza „infant­ka rośnie”:

moja ter­mi­no­lo­gio szkol­na moja ramie-
nio­lo­gio wol­na chodź utul i uko­łysz mnie
daj mi zbro­ję na moje języ­ko­we pod­bo­je

Poszu­ku­ją­ce języ­ka-mat­ki, języ­ka i mat­ki dziec­ko zosta­je więc wrzu­co­ne w świat pełen zasad gra­ma­tycz­nych i spo­łecz­nych i mito­lo­gi­zu­je wła­sną podróż po ich mean­drach, sytu­ując się w roli nie­co zbun­to­wa­nej księż­nicz­ki, nowej mito­lo­gicz­nej czy baśnio­wej odkryw­czy­ni. Przy tym wszyst­kim Wolf uni­ka pro­stej infan­ty­li­za­cji, nie popa­da w utar­tą meta­fi­zy­kę dzie­ciń­stwa, macie­rzyń­stwa czy kobie­co­ści, choć wca­le od podob­nych kon­tek­stów nie stro­ni. Znów: łączy naiw­ność z wni­kli­wo­ścią, a meta­fi­zy­kę z kon­struk­ty­wi­zmem – jako towa­rzy­szą­ce sobie żywio­ły, nie sprzecz­ne bie­gu­ny.

Mat­ki­ta­ski są więc – w pró­bie pod­su­mo­wa­nia – niczym tek­sto­wa maszy­ne­ria, któ­ra wchła­nia w sie­bie i mik­su­je ogrom­ną pale­tę odnie­sień, inspi­ra­cji i moty­wów ima­gi­na­cyj­nych. Te poza­ma­te­rial­ne mie­sza­ją się z mate­rial­ny­mi na rów­nych pra­wach, inte­lek­tu­alizm nie wyklu­cza tu wagi doświad­cze­nia czy prze­ży­cia i chy­ba wła­śnie to prze­są­dza o war­to­ści owej książ­ki, wcią­ga­ją­cej nie­zli­czo­ną ilość reali­za­cji wyobraź­ni macie­rzyń­skiej w jeden lite­rac­ki wir[1]. Z plą­ta­ni­ny reali­za­cji moż­na było­by wysnuć kil­ka­na­ście osob­nych inter­pre­ta­cyj­nych histo­rii i każ­dej przy­znać sta­tus nie­za­leż­nej, lecz na prze­strze­ni tek­stu dzia­ła­ją one wspól­nie. Nie jest to łatwy sojusz – wier­sza­mi rzą­dzi glitch czy zabu­rze­nie, w takiej for­mu­le wier­sza gład­ki potok mowy zda­rza się rzad­ko. Nie przez bra­ki warsz­ta­tu, tyl­ko dzię­ki przy­ję­te­mu porząd­ko­wi reflek­syj­ne­mu: mowa nie jest spój­nym nur­tem, tyl­ko zara­zem jed­no­li­tym i poka­wał­ko­wa­nym cią­giem, gdzie jed­nej war­stwy nie wcie­la się do dru­giej, lecz poka­zu­je ich roz­łącz­ną łącz­ność. Jak­by zada­niem języ­ka było tu nie­ustan­ne rodze­nie same­go sie­bie.


Przy­pi­sy:
[1] Tu na mar­gi­ne­sie war­to zauwa­żyć, że cał­kiem nie­daw­no mie­li­śmy podob­ną, choć mniej roz­bu­do­wa­ną pró­bę wytwo­rze­nia lite­rac­kiej mat­ki-machi­ny – w książ­ce Moni­ki Gro­ma­li mat­ka jest (WBPi­CAK, 2021).

O autorze

Agnieszka Waligóra

Literaturoznawczyni, krytyczka literacka i tłumaczka. Ukończyła filologię polską i filozofię. W 2022 roku obroniła na Wydziale Filologii Polskiej i Klasycznej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu rozprawę doktorską poświęconą metarefleksyjności polskiej poezji najnowszej. Jej zainteresowania badawcze koncentrują się głównie wokół metodologii badań literackich, liryki XX i XXI wieku (jej kontekstów teoretycznych, filozoficznych i politycznych) oraz przekładoznawstwa. Laureatka Diamentowego Grantu na lata 2018-2022. Redaktorka naukowa książki Nowy autotematyzm? Metarefleksja we współczesnej humanistyce (Poznań 2021). Autorka monografii Nowy autotematyzm? Metarefleksja w poezji polskiej po roku 1989 (Kraków 2023). Teksty naukowe publikowała między innymi w „Porównaniach”, „Forum Poetyki”, „Wielogłosie”, „Przekładańcu” i „Przestrzeniach Teorii” oraz w monografiach wieloautorskich. Jej teksty krytyczne można znaleźć m. in. w „Twórczości”, „ArtPapierze”, „Kontencie”, „Notatniku Literackim” czy „Czasie Kultury”. Stale współpracuje z Wydawnictwem WBPiCAK w Poznaniu oraz angażuje się w poznańskie i ogólnopolskie życie literackie i kulturalne jako animatorka czy prowadząca spotkania  autorskie. (Współ)tłumaczyła na polski teksty Elaine Showalter, Emily Apter i Rity Felski.

Powiązania

Przyszłość poezji – forma przetrwania czy pole eksperymentu?

debaty / ankiety i podsumowania Agnieszka Waligóra

Głos Agniesz­ki Wali­gó­ry w deba­cie „Gra­ni­ce lite­ra­tu­ry”.

Więcej

O krok od porcelany

recenzje / ESEJE Agnieszka Waligóra

Recen­zja Agniesz­ki Wali­gó­ry, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki Połów. Poetyc­kie i pro­za­tor­skie debiu­ty 2023, któ­ra uka­że się 1 lip­ca 2024 roku.

Więcej

Serce poezji

recenzje / ESEJE Agnieszka Waligóra

Recen­zja Agniesz­ki Wali­gó­ry, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki Czer­wo­ny śli­ski pałac Ievy Tole­iky­tė w tłu­ma­cze­niu Domi­ni­ki Jagieł­ki, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 5 lute­go 2024 roku.

Więcej

Słodycz mroczna i zabójcza. „jesteśmy pierwszą ciemnością tego lata” Oli Lewandowskiej

recenzje / ESEJE Agnieszka Waligóra

Recen­zja Agniesz­ki Wali­gó­ry, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki jeste­śmy pierw­szą ciem­no­ścią tego lata Oli Lewan­dow­skiej, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 15 stycz­nia 2024 roku.

Więcej

Poezja pozwala językowi nie być sobą

wywiady / o książce Artur Burszta Uljana Wolf

Roz­mo­wa Artu­ra Bursz­ty z Ulja­ną Wolf, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki Mat­ki­ta­ski Ulja­ny Wolf w tłu­ma­cze­niu Karo­li­ny Goli­mow­skiej, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 3 lute­go 2026 roku.

Więcej