utwory / premiery w sieci

Szczeniak

Agnieszka Piotrowska

Mazen Maarouf

Fragment książki Mazena Maaroufa Szczury liżące uszy mistrza karate w przekładzie Agnieszki Piotrowskiej. Prezentacja w ramach projektu „Nowe głosy z Europy”.

Nie wiedzieliśmy, że Szczeniak był tak naprawdę szczeniakiem, dopóki nie ukradziono jego roweru. Nie odważył się wówczas zrobić nic, by go odzyskać. Rzucił tylko z okna swojego pokoju kilka sążnistych słów, a następnie położył się na ziemi na materacu z gąbki. Z otwartych oczu zaczęły mu lać się łzy, a on gapił się w sufit i bezgranicznie tęsknił za matką. Z pistoletem przy boku.

Rower był prezentem od matki. Ale tylko kilka razy widzieliśmy, jak na nim jeździ. Wystawiał go w prostokątnej szklanej budce w pobliżu szkoły znajdującej się na naszej ulicy. Żeby wszyscy widzieli. Jednak nikomu nawet przez chwilę nie przyszło do głowy, żeby się przyglądać. Gdyż w takim wypadku Szczeniak mógł się zdenerwować, przyjść nocą i zastrzelić cię śpiącego w łóżku. Podobnie jak zrobił to ze swoją starą ciotką, gdy pewnego wieczora zastał ją, jak usiłowała wyjąć z wanny jego dwie złote rybki, żeby się wykąpać. Zastrzelił ją ze swojego pistoletu. Szczeniak był w stanie to zrobić z łatwością, z jaką człowiek obcina paznokcie, ponieważ jego pistolet miał tłumik. Po fakcie pozbyłby się pistoletu, a w zamian nabyłby inny, jak każdy seryjny morderca poniżej szesnastego roku życia. Więc nikt nie był gotowy poświęcać życia dla roweru. Niektórzy nawet uśmiechali się do niego lub witali go skinieniem głowy, jakby był to wierny pies strzegący dzielnicy. Natomiast ja za każdym razem, gdy go widziałem, miałem ochotę rzucić się na niego i odgryźć kawałek. Rower ten sprawiał bowiem, że czułeś się głodny, tak bardzo był niesamowity. Chopper. Pomarańczowo-biały. Z dwoma brązowymi kołami połyskującymi latem i zimą jak czekoladowo-wiśniowe mleko. Przednie koło miał małe, a tylne duże. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że nie można było na nim za szybko jeździć, bo rozpłynąłby się z delikatności. Jakby zrobiono go ze sproszkowanych granulek do prania. Ale było na odwrót. Był wyjątkowo mocny. Z niklu i ołowiu. Do tego stopnia, że gdy wybuchł pierwszy samochód pułapka na najbliższym rondzie w okolicy, Szczeniak powiedział lekceważąco, że jego rower może wspiąć się na słup dymu, który każdy z dzielnicy widział w panice. Jakby samochód pułapka był częścią reklamy jego roweru.

Za to szklana budka, w której Szczeniak umieścił swój rower, przeznaczona była do wystawiania figury świętego Antoniego, patrona szaleńców. Jednak w dniu, w którym matka Szczeniaka trafiła do szpitala psychiatrycznego, syn wyjął patrona z budki i wstawił do niej swój rower. Miało to miejsce przed pierwszymi rozruchami wojennymi. Wśród mieszkańców naszej dzielnicy nie było chrześcijan, ale budkę i świętego podarowali nam mieszkańcy dzielnicy znajdującej się naprzeciwko, sąsiedzi, z którymi wojna kazała nam zerwać więzi. Ich dzieci, teraz uzbrojone, zdobyły się na odwagę i wślizgnęły się nocą do naszej dzielnicy, aby przejąć stojącego w budce Choppera w odwecie za zaginionego patrona, wykonanego z wosku świętego Antoniego. W tej sytuacji Szczeniak, wyjąwszy świętego, zmusił mnie jednym skinieniem głowy do tego, by przywiązać figurę do grubej podpalonej strzały i wystrzelić w powietrze w kierunku dzielnicy chrześcijan. Zrobiłem to na oczach wszystkich. Kilka godzin później mieszkańcy naszej dzielnicy zaczęli wznosić barykady.

Wiedziałem, że budka i patron znalazły się w dzielnicy tylko dzięki mnie. Trafiły tu w moje urodziny. Były wyrazem litości mieszkańców dzielnicy chrześcijańskiej nade mną. To właśnie mówiły mi oczy fryzjera za każdym razem, gdy szedłem obciąć włosy. Mówiły też, że muszę jak najszybciej odzyskać siły, zanim wybuchną pierwsze walki. Wówczas mieszkańcy naszej dzielnicy oddadzą dzielnicy chrześcijan budkę i patrona w stanie nienaruszonym, być może z karteczką z podziękowaniem, a może nawet zorganizują grilla i zarżną baranka. W ten sposób całkowicie uchronimy naszą dzielnicę od wojny i unikniemy wielu walk, zadowalając się ścianami, które wybudowano na dachach kilku domów w naszej dzielnicy jako, w najgorszym razie, stanowiska dla snajperów. Powstał pomysł, aby tutejsze dzieci wraz dziećmi z dzielnicy chrześcijańskiej uwieczniały na nich czarną smołą wspólne wspomnienia, koncerty i imprezy publiczne oraz, o ile to możliwe, bieżące wydarzenia. A jeśli nie poddam się świętemu i nie zostanę uleczony, a wojna wybuchnie, figura nieodwołalnie ma zostać zniszczona, ponieważ jest chrześcijańska. A to rozjuszy sąsiadów. I zostanie uznane za pretekst do ewentualnego wdarcia się do naszej dzielnicy. Z tego powodu byłem pod presją. Ponieważ musiałem wyleczyć się z moich dolegliwości. I to jak najszybciej. Każdego dnia, gdy wracałem z pracy w zakładzie hydraulicznym, czułem na sobie cudze spojrzenia. Sklepikarza, mechanika, właściciela sklepu ze sprzętem sportowym oraz sprzedawcy pestek. Także dzieci. A jedno z nich zapytało mnie pewnego razu, gdy wchodziłem do budynku: „Dlaczego nie zdrowiejesz?”. Potem szedłem do domu, gdzie moja mama, dziadek i siostra spoglądali na mnie, a ich oczy mówiły: „Nie mamy innego miejsca, gdzie moglibyśmy się podziać. Musisz wyzdrowieć. Nie masz wyboru!”. Matka codziennie paliła kadzidła, masowała mi głowę i uciskała punkt pomiędzy oczami, mamrocząc wersety z Koranu, a kończyła słowami: „Bądź zdrów”. Wówczas zasypiałem. A jeślibym poszedł pooglądać ćwiczenia drużyny skautów, którzy teraz nosili stroje wojskowe w Al-Bura, to wszyscy na moment przestaliby trenować, spojrzeliby na mnie, a ich oczy zdawałyby się mówić: „Trenujemy, ponieważ wiemy, że nigdy nie wyzdrowiejesz”. Po czym wróciliby do swoich zajęć. W skrócie: figura z upływem dni i przesuwaniem się domów oraz ulic w kierunku młynka wojny stawała się ciężarem, zwłaszcza dla mnie. Dlatego byłem szczęśliwy, gdy przywiązywałem ją do podpalonej strzały i wysadzałem w powietrze. Jakbym sam tam wylatywał.

Jednakże Szczeniak był realistą. Jako jedyny zrozumiał, że nigdy nie wyzdrowieję. Mówił mi zawsze w salonie gier: „Jestem przekonany, że nigdy nie będziesz zdrowy. Dlatego noszę ze sobą ten pistolet. Patrz. Ta lufa jest po to, żeby nie hałasował. To oznacza, że gdybym do ciebie strzelił, nikt się nie dowie, że nie żyjesz. Nawet ty sam”. Ta część historii bardzo mi się podobała. Umrzeć tak, aby nikt nie wiedział, że umarłem. Więc zawsze, gdy go widziałem, prosiłem: „Opowiedz mi tę historię jeszcze raz. Że jak umrę, to nikt się nie dowie”. A Szczeniak wyciągał zwinnie zza pleców pistolet, wzbudzając strach wśród innych chłopców, odbezpieczał go, po czym wygłaszał: „To jest pistolet. A to jest lufa po to, aby nie robił hałasu. To znaczy, że gdybym zabrał cię w tej chwili do tych zagród i zastrzelił, nikt z obecnych się nie dowie, że nie żyjesz. Nawet ty sam”. Odczuwałem rozkosz sięgającą blizny na małym palcu, dreszcz wstrząsał moją głową, jak wtedy, gdy oddawałem mocz, i nagabywałem: „Weź mnie do tych zagród i zastrzel”. I wyglądało to tak, jakbym go wystawiał na próbę. Jednak on odpowiadał: „Musisz najpierw wyzdrowieć. Nie strzelam do osób, które nie są w pełni świadome”. A następnie kategorycznie kazał mi znikać.

Było jasne, że Szczeniak mnie nie zastrzeli, choćbym bardzo o to prosił. Dla niego była to kwestia honoru. Pochwalił się tym nawet w liście do ukochanej, dziewczyny ze wsi, mieszkającej na parterze budynku, w którym sam mieszkał. Ona mi o tym powiedziała, gdy przepychałem odpływ w kuchni u niej w domu. Podeszła do mnie, kiedy trzymałem metalowy pręt, i wyszeptała: „Wiesz, to przez ciebie. Pokochałam Szczeniaka, odkąd mi napisał, że cię nie zastrzeli. Ponieważ wiedziałam, że cię nie zastrzeli, odkryłam, że jest naprawdę miły i wrażliwy”. Jego ukochana była szczupła. Miała tyłek w kształcie gruszki i piersi wielkości plastikowego balona od syfonu. Jej oczy dzień i noc były senne, a gdy mówiła, czuło się, jakby jej głowa była wsadzona do torebki. Powiedziała to z delikatnością, od której zakołatało mi serce, i zrozumiałem, że prędzej ludzie z naszej dzielnicy zamienią się w mydło, niż Szczeniak mnie zastrzeli. Nie było sposobu, by wejść do jego mieszkania na czwartym piętrze. Były tam drzwi pułapka, tak mówiono. Że jeśli ich przez przypadek dotkniesz, eksplodują. Gdyby nie to, można by z łatwością wejść do jego łazienki, wyjąć z wanny jego dwie złote rybki, a potem poczekać nago pod prysznicem, dopóki nie wróci do domu.

Od kiedy matka Szczeniaka trafiła do szpitala psychiatrycznego, w dzielnicy zaczęto mnie bić, zamiast tylko na mnie patrzeć. Fryzjer powiedział, że wszystko przez to, że nie wyzdrowiałem. I że przeze mnie święty Antoni nie błogosławi już dzielnicy. W innym wypadku matka Szczeniaka by nie oszalała. Następnie moja matka zaczęła denerwować się i płakać, a mój dziadek kaszlał jeszcze bardziej i wypluwał jeszcze więcej flegmy niż zwykle. Wiedziałem, że mnie obwiniają, ponieważ nie rozumieli powodu, dla którego toczyła się ta wojna. Nie podobało mi się takie życie. Jednak gdy Szczeniak umieścił swój rower w budce, naszła mnie błyskotliwa myśl. Wydedukowałem, że jedynym sposobem nakłonienia go do tego, by mnie zastrzelił, jest wsiąść w świetle dnia na jego Choppera. Wyjdę z domu, jakbym szedł do pracy. O ósmej trzydzieści rano. Ale zamiast skierować się do zakładu hydraulicznego, przetnę ulicę i po kilku krokach znajdę się wewnątrz szklanej budki. I co więcej, wsiądę na rower. I będę tak siedział, dopóki Szczeniak mnie nie zobaczy i nie zastrzeli. A może nawet załatwi mnie przez okno swojego pokoju, jeszcze w kalesonach i koszulce. Ważne, że kiedy umrę, nie będę wiedział, że nie żyję. Więc nie będę smutny. I nie będę czuł dłużej batów, które ciągle spuszczali mi mieszkańcy dzielnicy. A także nie będą już na mnie działać łzy mojej matki ani to, co o moim związku z figurą mówią spojrzenia ludzi. Zostanę też jedyną osobą z dzielnicy, która jechała na Chopperze.

Tego ranka ucałowałem śpiącą matkę, wymyłem pojemnik, do którego spluwał mój dziadek, a następnie odstawiłem go na miejsce, obok dziadka. Ale kiedy wyszedłem z domu, odkryłem, że roweru w budce nie było. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Byłem zszokowany i zdenerwowany, jakby był to mój rower. W oczach stanęły mi łzy, a broda zaczęła się trząść. Nie myśląc wiele, wszedłem do budki i zacząłem się rozglądać wkoło oraz wymacywać ręką powietrze i szklane ściany. Może rower gdzieś tu jest, ale nie mogę go zobaczyć. Wokół budki stało kilku mieszkańców. Patrzyli na mnie, ale żaden z nich nie odważył się przestąpić progu, aby mnie wyciągnąć. Nawet gdy ujrzeli nadchodzącego z daleka Szczeniaka, nikt nie powiedział: „Idzie Szczeniak. Szybko wychodź” lub czegoś w tym rodzaju. Szczeniak nadszedł zza moich pleców i mocno mnie uderzył. Upadłem na ziemię i znalazłem się na zewnątrz budki. Był wściekły, mogłem to odczytać z jego zaczerwienionych uszu. W ręku trzymał pistolet. Nie wiedziałem, że rower został skradziony. Sądziłem, że umieścił go w innej budce lub zabrał do domu. I to sprawiło, że zacząłem go błagać: „Proszę, wstaw Choppera z powrotem do budki”. Kiedy to powiedziałem, wrócił do swojego pokoju. Kilkakrotnie wystrzelił z pistoletu, wspomniał swoją matkę i zaczął płakać.

Muszę powiedzieć, że budka i święty nie wzięły się znikąd. Znalazły się tam dlatego, że chrześcijańscy sąsiedzi odczuwali wstyd i smutek z powodu tego, co spotkało mnie z rąk ich dzieci. A konkretnie syna właściciela grupy charytatywnej organizującej imprezy dla dzieci z niewydolnością wątroby. Byliśmy w salonie gier, który znajdował się pośrodku, pomiędzy naszymi dzielnicami. Miałem na sobie rękawice bokserskie. Choć nie były to rękawice profesjonalne, nawet nie amatorskie, to bardzo się nimi cieszyłem. Otrzymałem je w nagrodę od firmy produkującej herbatniki Rico w zamian za pięćdziesiąt pustych opakowań. Był na nich ten nieudolny rysunek herbatnika z krótkimi ramionami, który miał na sobie rękawice bokserskie i boksował. Ale nie obchodziło mnie to, gdyż były to pierwsze rękawice, które miałem na rękach. A ja zawsze chciałem być mistrzem boksu. Zbawić świat swoimi ciosami, nie wiedząc dokładnie, w co na tym świecie należy celować, żeby go ocalić. Być silnym, strasznym bokserem, który wali nie rękawicami, ale jakby trąbą słonia owiniętą wokół dłoni. Potem nadszedł syn właściciela grupy charytatywnej i poprosił, żebym mu pożyczył rękawice. Powiedział, że chce je wypróbować na urządzeniu do boksu w salonie z flipperami. Po niecałej minucie były już w jego posiadaniu. Ale kiedy włożył w nie swoje palce i obrócił wielkie dłonie, podarł rękawice, po czym odmówił zwrócenia mi pieniędzy za pięćdziesiąt opakowań herbatników Rico. Gdy pokonany wróciłem do domu, nie rozumiejąc, dlaczego to wszystko się wydarzyło, moja matka zacerowała rękawice igłą i nitką. Oczywiście nie z tego powodu zapadłem na ataki mózgowe, przez które nie byłem w stanie uwierzyć w nic, co usłyszałem lub zobaczyłem, lecz dlatego, że następnego dnia poszedłem w moich zacerowanych rękawicach Rico do domu syna właściciela grupy charytatywnej z postanowieniem, że jak tylko otworzy drzwi, uderzę go, a następnie ucieknę, i ujrzałem jego dziesięć palców porażonych prądem, gdy próbował przy pomocy prostownicy wyprostować włosy swojej młodszej siostry. Co więcej, dowiedziałem się, że jego palce były ze sobą sklejone i okrągłe jak piłka. Jak gdyby nadal tkwiły w zacerowanych rękawicach Rico. Jego bardzo smutne oczy spoglądały jak gdyby z wyrzutem na rękawice bokserskie, które miałem na rękach. Jego ojciec i matka również na nie patrzyli. Poczułem, że moją głowę przeszyła błyskawica. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się coś takiego. I od tego dnia miałem ataki. Podczas nich moja głowa, moje oczy, usta, uszy, brwi i dołeczki zastygały. Traciłem zdolność widzenia, słyszenia lub czucia czegokolwiek dokoła. A w szkole nie mogłem uwierzyć w to, co mówiła na lekcji nauczycielka, więc przestałem tam przychodzić. I chociaż chłopiec przeszedł operację palców, a jego ręce prawie wróciły do normalnego stanu, to ataki nadal mnie nękały. Więc opuściłem szkołę i zacząłem pracować w zakładzie hydraulicznym. Później zaczęto mnie nazywać „patronem zapchanej kanalizacji” z racji mojego talentu do wtykania spiralnego pręta do zapchanego odpływu i wyciągania jednym ruchem tego, co go zapychało. Ta intuicja odnośnie do zapchanej kanalizacji była moją jedyną korzyścią z ataków. Ale mieszkańcy dzielnicy chrześcijańskiej, którzy byli bardzo mili, nadal czuli się wobec mnie winni. Czasem nawet niektórzy z nich celowo zapychali otwory od umywalki lub pralki w swoim domu zwykłą chusteczką, torbą nylonową lub skarpetkami, żebym mógł przyjść i je przepchać. Tym sposobem dostarczali mi zajęcia. A w moje kolejne urodziny wysłali do dzielnicy budkę i patrona, świętego Antoniego.

Gdyby wybuchła wojna, byłbym jedynym, kto mógłby krążyć pomiędzy obiema dzielnicami. A to dlatego, że jedynymi uzbrojonymi ludźmi byli tam teraz syn właściciela grupy charytatywnej i jego przyjaciele. Żaden z nich nie był aktualnie zainteresowany tym, by mnie zastrzelić. Ponieważ gdy zabija się kogoś na wojnie, to robi się to w celu sprowokowania innych. A zabicie mnie nikogo by nie sprowokowało. Mimo że przywiązałem figurę świętego Antoniego do podpalonej strzały i wystrzeliłem w kierunku ich dzielnicy.

Właśnie przez to Szczeniak przyszedł do naszego domu i poprosił, żebym udał się do dzielnicy chrześcijan i odzyskał jego Choppera. Na jego widok mojej matce zdrętwiały kolana i nie mogła się podnieść. Dziadek strasznie kaszlał. Ale ja byłem bardzo, bardzo dumny. Otworzyłem nawet drzwi domu oraz trzy okna, żeby ludzie mogli zobaczyć, że jest u nas Szczeniak. Co więcej, nadymałem się też przed samym Szczeniakiem. Przerwałem mu i poszedłem wyczyścić pojemnik na plwociny dziadka. Oczywiście natychmiast przystałem na jego prośbę. Zgodziłem się pod jednym warunkiem. Szepnąłem Szczeniakowi: „Pod warunkiem, że mnie zastrzelisz z tłumikiem, gdy będę siedział na Chopperze”. Szczeniak pomyślał, spojrzał na mnie przeciągle, po czym powiedział, że byłaby to dla niego hańba, ale zrobi to nie ze względu na mnie, ale na rower, który ma odzyskać. I w miejscu, gdzie nikt nas nie będzie widział. Na placu zabaw oddziału przedszkolnego w pobliskiej szkole. Muszę być wykąpany, nie mogę zalatywać hydraulikiem i mam mieć na sobie duży fartuch, bo nie chce zaplamić Choppera moją krwią. Pomyślałem o fartuchu fryzjerskim, ale Szczeniak powiedział, że sam go przyniesie, na co przystałem.

Dzieciaki z dzielnicy chrześcijańskiej nie oddały mi roweru pierwszego dnia. Powiedziały, że muszę przynieść figurę, gdyż i tak nie wyzdrowieję, i że mam wrócić jutro. Kiedy wróciłem następnego dnia, a było to wieczorem, figura zwisała w torbie na moim ramieniu. Była rozbita na pół, a może i na trzy kawałki, a jedna z jej kończyn stopiła się od podpalonej strzały. Ale Chopper już na mnie czekał. Jedwabisty, jak gdyby prosto ze szklanej budki. Czysty, nawet bez jednego zadrapania. Był to pierwszy raz, kiedy miałem go dotknąć. Zasłużyłem na to. Z nadmiaru entuzjazmu dostałem nawet erekcji, co rozbawiło chłopaków i uprzejmie kazali mi wyjść, mówiąc: „Nawet gdybyś sam został świętym Antonim, to i tak nie wyzdrowiejesz”. Skierowałem się ku przedszkolnemu placowi zabaw w szkole, gdzie czekał na mnie Szczeniak. Miał w ręku pistolet z tłumikiem, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Był srebrny i lżejszy niż poprzednie. Szczeniak spojrzał na Choppera i wręczając mi fartuch fryzjerski, oznajmił: „Nie używałem wcześniej tej broni. Ale od dziś nie będę używał innej. Obiecałem to mojej matce. Odwiedziłem ją dzisiaj w szpitalu. Wkrótce wyjdzie i pójdziemy razem w góry, jak kiedyś. A ja będę jechał przed nią na Chopperze. To jej dobrze zrobi”. Jednak ja czułem, że nie jestem tym wszystkim zainteresowany. Trzymałem rower i zastanawiałem się tylko, czy lepiej, żebym sam na nim usiadł, czy mam poczekać, aż Szczeniak mi najpierw pozwoli. Lecz Szczeniak przerwał moje rozmyślania, odbierając mi rower, i podał mi fartuch, który natychmiast założyłem, żeby zrozumiał, że jestem już gotowy do jazdy. Wyjąwszy latarkę i sprawdziwszy światłem każdą część roweru, powiedział: „Cóż, teraz możesz wsiąść, ale powoli”. Ja, który nigdy wcześniej nie jeździłem na rowerze, trzymając stopy na ziemi, starałem się go nie wywrócić. Jednocześnie Chopper po raz pierwszy wydał mi się mały. Miałem to właśnie obwieścić Szczeniakowi, że Chopper jest mniejszy, niż wydawał mi się w budce, ale on uniósł pistolet, wycelował lufę z tłumikiem w moją klatkę piersiową i wystrzelił. Ból rozprzestrzenił się naraz we wszystkich kościach. Jakby gryzł mnie legion karaluchów z kanalizacji. Natychmiast upadłem na ziemię, gdyż to właśnie dzieje się w takich okolicznościach. Szczeniak trzymał rower. I nawet przez chwilę na mnie nie spojrzał. Odwrócił Choppera, wsiadł na niego i zaczął powoli pedałować, oddalając się od placu zabaw. Ja natomiast rzuciłem ostatnie spojrzenie na niego i na rower, który zawsze tak mnie fascynował, aż nagle zauważyłem, że obok mnie leży mały przedmiot. Gorący, z którego unosi się lekki dym. To była kula. Gumowa. Kula od nowego pistoletu Szczeniaka, która wcale mnie nie przebiła, na fartuchu zaś nie było żadnej krwi. Czułem, że Szczeniak oszukał mnie i ze mnie zadrwił. Chciałem teraz wstać i go dogonić, ale nie mogłem opanować bólu w kościach. Byłem o krok od tego, by zacząć krzyczeć, żeby zwrócić jego uwagę, gdy rozległ się odgłos eksplozji w kierownicy Choppera, który zmienił się natychmiast we wrak, a po Szczeniaku nie pozostał nawet ślad.

O AUTORACH

autorzy_leksykon_300x300_Piotrowska
Agnieszka Piotrowska

Urodzona w 1979 roku. Doktor nauk humanistycznych, tłumaczka. Przełożyła na język polski m.in. Kair, historia pewnej kamienicy Ala’a al-Aswani (2008) i Bejrut jest gdzieś tam Youssefa Rakha (2010). Mieszka w Kairze.

UTWORY_Mazen_MAAROUF
Mazen Maarouf

Urodził się w Bejrucie w rodzinie palestyńskich uchodźców, którzy musieli uciekać z Tal el-Zaatar na początku libańskiej wojny domowej. Pisarz, poeta, tłumacz, dziennikarz. Autor trzech zbiorów poezji przetłumaczonych na kilka języków: The Camera Doesn’t Capture Birds, Our Grief Resembles Bread, An Angel Suspended On a Clothesline. W 2015 roku wydał debiutancki zbiór opowiadań Jokes for the Gunmen (Dowcipy dla strzelców). Pisze recenzje oraz tłumaczy na język arabski. Mieszka w Reykjaviku i Bejrucie.

powiązania

08_UTWORY__Mazen MAAROUF__DNA

DNA

utwory / premiery w sieci Agnieszka Piotrowska Mazen Maarouf

Premierowy zestaw wierszy Mazena Maaroufa w przekładzie Agnieszki Piotrowskiej. Prezentacja w ramach projektu „Nowe głosy z Europy”.

WIĘCEJ