Katarzyna Skórska: Jak wyglądały Twoje pisarskie początki? Kiedy zaczęłaś pisać poezję?
Sabrina Giarratana: Zawsze lubiłam pisać. W dzieciństwie byłam bardzo nieśmiała, wrażliwa, miałam bujną wyobraźnię, a pisanie pozwalało mi w jakiś sposób się wyrazić, lecz zarazem trochę ukryć, poczuć się bezpiecznie. W szkole zadawano nam jako pracę domową „spisywanie myśli”, czyli krótkich tekścików, liczących dosłownie dwie lub trzy linijki, w których należało opowiedzieć o czymś, co się nam przytrafiło lub zrobiło na nas wrażenie. Chyba były to moje pierwsze próby poetyckie, choć jeszcze nie pisałam wierszem, bo kazały mi się skupić na wydarzeniach we mnie i poza mną, i odnaleźć kilka właściwych słów, by to opisać. Pierwszy wiersz, który pamiętam, napisałam kilka lat później, nosił tytuł „Obcy”. Poświęciłam go mojemu bratu Robertowi, który był wtedy nastolatkiem. Starszy ode mnie o pięć lat brat nagle stał się dla mnie jak przybysz z obcej planety. Ale w wierszu napisałam, że jest obcy, by się chronić, a nie obcy z natury. Bo z natury wydawał mi się kimś bardzo ludzkim, kto potrafi zgłębić istotę rzeczy.
Jak przedstawia się u Ciebie proces twórczy? Czy najpierw pojawia się temat, a potem wiersze? Czy może zbierasz w tomach teksty pisane na przestrzeni lat?
Proces twórczy nie zawsze przebiega tak samo. Jeśli chodzi o pierwszą książkę wydaną w duecie z Sonią Marią Luce Possentini Poesie di luce („Wiersze ze światła”, Giunti 2014) najpierw i w pewnych odstępach czasu napisałam trzy wiersze poświęcone światłu, po czym zdałam sobie sprawę, że tematyka światła fascynuje mnie od dziecka, więc zaczęłam pisać dalej, żeby zobaczyć, co z tego wyniknie. Tymczasem Wiersze z zieleni („Poesie nell’erba”, AnimaMundi 2021) zrodziły się przede wszystkim z chęci ponownej współpracy z Sonią nad książką poświęconą naszej wspólnej pasji, czyli przyrodzie. To pragnienie przez kilka lat nie mogło się spełnić. Latem 2014 roku starszy z moich braci, Daniele, z którym byłam bardzo związana, zmarł na białaczkę po dwuipółletnich zmaganiach z chorobą. Był to dla mnie długi czas niepisania i utraty wiary w słowo. Latem 2016 roku poczułam, że poezja w jakiś sposób chce mi pomóc odnaleźć utracone słowa i poczucie sensu, ale przede wszystkim rozniecić zachwyt w moich oczach, bo pomimo piękna przyrody, w której otoczeniu żyję, na długo przygasł. Poczułam, że powrót do źródeł miłości do natury przywróci mi zarazem energię i ukoi poczucie pustki, oraz pozwoli przeżyć na nowo najpiękniejszy okres dzieciństwa spędzony z braćmi, czyli od siódmego do około dziesiątego roku życia, kiedy zgodnie z marzeniem taty przeprowadziliśmy się z rodzinnej Bolonii do Livergnano, niewielkiej wioski oddalonej od miasta o dwadzieścia kilometrów, do domu położonego między górą a doliną. Co dzień po szkole wraz braćmi wyruszaliśmy na niekończące się piesze wyprawy. Kiedy myślę o dzieciństwie, myślę właśnie o tym dwuipółrocznym okresie, wszystko skupia się w ogromie otaczającej nas wtedy natury. Jak gdyby to, co działo się wcześniej i później, czyli na miejskim etapie mojego dzieciństwa, stało się jednym niewyraźnym wspomnieniem, nieco poblakłym i niezbyt interesującym, podczas gdy to, co wydarzyło się w ciągu tych blisko trzech dzikich lat wciąż było niewyczerpaną kopalnią wrażeń, przebudziło dar zachwytu, do którego dotąd się odwołuję, bo niesie mi ocalenie. Mam nadzieję, że w tych wierszach choć częściowo udało mi się wyrazić moją wdzięczność wobec natury za opiekę, jaką roztoczyła nade mną i moimi braćmi w dzieciństwie, za to, że nam towarzyszyła i karmiła nas swoim pięknem, ale też rzucała wyzwania i wzbudzała lęk, by potem dać pociechę i rozweselić, poza zasięgiem wzroku naszych rodziców, którzy szczęśliwie zajmowali się swoimi dorosłymi sprawami. I właśnie moim braciom, Danielemu i Robertowi, zadedykowałam Wiersze z zieleni.
Twoim wierszom towarzyszą ilustracje Sonii Marii Luce Possentini, tworząc z tekstami nierozerwalną całość. Jak przebiega Wasza współpraca? Czy możesz nam odsłonić kulisy Waszej pracowni?
W gruncie rzeczy pracujemy oddzielnie, są to dwa różne etapy. Najpierw ja piszę wiersze, następnie Sonia zajmuje się ilustracjami. Ta praca na dwóch różnych etapach, co jest zresztą częstym zwyczajem we Włoszech w wypadku książek ilustrowanych, wydawała mi się czymś szalenie dziwnym, kiedy zaczęłam wydawać swoje teksty. Przez wiele lat pracowałam w reklamie, gdzie zwykle pracuje się w tandemach, od narodzin pomysłu po jego realizację. Z czasem doceniłam wartość samotnej pracy, co przekłada się przede wszystkim na szacunek do pracy ilustratora oraz jego autonomiczność. Autor ilustracji musi swobodnie odbyć swoją twórczą podróż, autor tekstów nie powinien warunkować jego wyborów, choć z pewnością chciałby opowiedzieć, jak mu się widzą ilustracje.
Prawie zawsze oglądam efekty pracy Sonii dopiero na koniec, na krótko przed wydaniem książki. I za każdym razem Sonia wprawia mnie w zachwyt. Tylko w wypadku naszej drugiej wspólnej książki, Canti dell’attesa („Pieśni na oczekiwanie”, Il Leone Verde 2015), która opowiada o drodze ku narodzinom, poprosiłam Sonię o zmianę ilustracji na okładce, bo proponowana mnie nie przekonywała. Druga propozycja była naprawdę cudowna i znalazła się na okładce.
W Wierszach z zieleni pojawia się motyw śmierci i przemijania, dla dziecka przyswajalny raczej na płaszczyźnie intuicji niż rozumu. Z myślą o jakim czytelniku piszesz swoje wiersze?
Dziękuję za to pytanie, zacznę odpowiadać od końca. Kiedy piszę wiersze, staram się mówić do dziecka, które każdy nosi w sobie niezależnie od wieku. Czasem widzę je pod postacią dziecka siedmioletniego, innym razem – osiemdziesięcioletniego. Jeżeli moje wiersze są w stanie obudzić w nim zdolność zachwytu, owo wewnętrzne dziecko żyje, metryka przestaje mieć znaczenie. Jeśli chodzi o śmierć, dorośli często postrzegają ten temat jako trudny, starają się o niej nie rozmawiać z dziećmi. Może właśnie dlatego, gdy w szkołach pytam dzieci, który wiersz zrobił na nich największe wrażenie, niemal zawsze wskazują któryś z wierszy z wątkiem śmierci. Niektóre dzieci nawet zbierają się na odwagę i opowiadają mi o stracie babci lub dziadka, niekiedy o śmierci rodzica, innym razem o ukochanym zwierzątku, które odeszło. Dzieci łakną rozmowy o śmierci, bo często w domu temat jest nieobecny. Tymczasem doświadczenie śmierci jest przecież częścią życia, a rozmowa pozwala potraktować dziecko po partnersku i okazać szacunek jego wrażliwości i inteligencji oraz umiejętnościom rozumienia czegoś, co jest bolesne i niełatwe. Już od czasów dzieciństwa natura uczyła mnie godzić się ze śmiercią. Podczas spacerów z braćmi nierzadko napotykaliśmy martwe owady lub zwierzęta. Z początku wzbudzały w nas strach, lecz z czasem nawykliśmy do tego widoku. W przyrodzie śmierć jawi się jako część kręgu życia, to zarazem sens i piękno istnienia: ciało, które powraca do ziemi, może jutro stanie się drzewem. I z wolna coraz dobitniej dociera do nas myśl, że kiedy umieramy, przemieniamy się w coś innego, odradzamy się pod jakąś nową postacią. To piękne, dobre poczucie, które może nieść wielką pociechę, kiedy się je rozumie.
Twoja twórczość poetycka uruchamia każdy z pięciu zmysłów. Ale u każdego z nas zwykle jeden ze zmysłów przeważa nad innymi. Który ze zmysłów jest najważniejszy dla Ciebie jako pisarki?
Kiedy zastanawiam się, które zmysły są najważniejsze dla mnie, a zarazem dla moich wierszy, to przychodzą mi na myśl wzrok, słuch i węch. Gdybym jednak miała wybrać tylko jeden, ten, któremu pozwalam się prowadzić, kiedy piszę lub czytam na głos wiersze, to wskazałabym słuch. Słuch jest dla mnie najważniejszy, bo zanim jeszcze zapiszę wiersz, zaczynam słyszeć go w uszach, a kiedy piszę – czy to wierszem, czy prozą – zawsze muszę przeczytać na głos to, co napisałam, aby usłyszeć, jak brzmi, sprawdzić sens i rytm za pomocą słuchu. Podczas spotkań z gronem młodych i dorosłych czytelników często recytuję swoje wiersze z zamkniętymi oczami i proszę o zamknięcie oczu również słuchaczy, jeśli mają na to ochotę, bo czasem wzrok odciąga uwagę od słów. Mając zamknięte oczy, można lepiej się skupić nad brzmieniem i sensem każdego wyrazu, tonem głosu, intencjami towarzyszącymi wymowie poszczególnych wersów, a słuchając, możemy zanurzyć się w poetyckim strumieniu, pozwolić mu wpłynąć w nas, oswoić go i przeżyć do głębi, jeśli tylko wiersz nas poruszy.
We Włoszech proza ma zdecydowaną przewagę nad poezją w komunikacji z dziećmi. Jak wygląda odbiór tekstów wierszowanych wśród młodych czytelników? Jakie masz doświadczenia w tej mierze?
Z pewnością proza przeważa nad poezją, większość albumów ilustrowanych pisana jest prozą, a dzieci przede wszystkim lubią poznawać nowe historie. W porówaniu z okresem mojego dzieciństwa we Włoszech wydaje się dziś o wiele więcej książek poetyckich kierowanych do dzieci. Doszło do tego z pewnością za sprawą rewolucji, jaką na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych wywołał we Włoszech poeta i prozaik Gianni Rodari. Byliśmy przyzwyczajeni do lektur i do uczenia się na pamięć utworów pisanych dla dorosłej publiczności autorstwa poetów jak Giovanni Pascoli, Giosuè Carducci, Giacomo Leopardi, Giuseppe Ungaretti, Eugenio Montale i Salvatore Quasimodo, aż tu nagle w podręcznikach szkolnych pojawiły się wiersze Rodariego i poczuliśmy, że jego pisarstwo adresowane jest do nas – dotyczy właśnie nas i ma nas rozbawić swoją ironią i fantazją, a zarazem każe się zastanowić nad niesprawiedliwością panującą na świecie. Jeśli włoskie dzieci mogą dziś znaleźć w podręcznikach więcej utworów poetyckich niż kiedyś, zawdzięczają to z pewnością Rodariemu, który utorował drogę włoskiej poezji dla dzieci. Myślę zarazem, że dzieciom należy dać możliwość odkrywania bezkresu świata poezji, i może nie tyle ma sens rozróżnienie między poezją dla dzieci i dla dorosłych, ile między poezją, która nas dotyka, i taką, która niczego nam nie przekazuje. Mówię tak, bo pierwsze spotkanie z poezją, które zostawiło we mnie ślad, to Homer czytany głosem Ungarettiego. Był rok 1968, miałam trzy lata, siedziałam z rodzicami przed telewizorem i czekałam na widowisko na podstawie Odysei. Na ekranie telewizora ukazał się poeta, Giuseppe Ungaretti, i przeczytał kilka wersów Odysei. Intensywność jego spojrzenia, powaga głosu wywarły na mnie wielkie wrażenie, chyba nawet większe niż czytane słowa, z których niedużo rozumiałam, a które mimo to zdołały rozpalić we mnie pragnienie, by zrozumieć i wsłuchać się w tę muzykę, w ten rytm, by poznać głębię, z którą wcześniej nie miałam do czynienia. Tak oto tajemnica sensu czytanych słów połączyła się u mnie z głębokim zachwytem. Jak gdyby ten poeta o żywym, znajomym spojrzeniu, które przypominało mi spojrzenie mojego wujka, nagle otworzył przede mną furtkę do tajemnicy świata i zabrał mnie tam za pomocą słów. Od tamtej pory wciąż zadawałam sobie pytanie, co znajduje się po drugiej stronie tej furtki, pragnęłam tam wrócić. Podobne uczucie głębokiego zachwytu towarzyszyło mi, kiedy nauczyciel w gimnazjum czytał nam na głos fragmenty Odysei. A także kilka lat później, gdy w liceum nauczycielka czytała nam Boską komedię Dantego. Te spotkania nie tylko pozwoliły mi pokochać poezję, ale także zrozumieć, że poezja, kiedy czyta ją ktoś, kto naprawdę kocha to, co czyta, potrafi wzbudzić w dzieciach i młodzieży szczególną uwagę wobec słów, rozpalić ciekawość wobec tajemnicy powstania języka, która łączy się z tajemnicą powstania świata. Kiedy spotykam się w szkole z dziećmi, ale także z osobami dorosłymi, magia moich dziecinnych spotkań z poezją roztacza się na nowo.
Twoja mama jest Holenderką i mówi w pięciu językach, co z pewnością pozostało nie bez wpływu na Twoją twórczość. Czy możesz nam opowiedzieć, jak się to objawia?
Przede wszystkim, kiedy byłam mała, we Włoszech, inaczej niż dziś, nie było zbyt wielu obcokrajowców. To, że moja mama jest cudzoziemką, dawało mi poczucie, że jestem inna, że się wyróżniam, czasem w sensie pozytywnym, a czasem negatywnym, i ja też po trosze czułam się cudzoziemką. Może wzmagało to moją nieśmiałość i wreszcie skłoniło do próby odnalezienia w pisaniu sposobu na wyrażenie siebie. Niestety mama nieczęsto odzywała się przy nas w innych językach, mówiła do nas po włosku, były to zresztą głównie proste zwroty, bo języka wciąż się uczyła, nierzadko z trudem odnajdowała właściwe słowo. Czasem wymyślała jakieś niedorzeczne słowa, co bardzo nas śmieszyło, czasem czułam, jak cierpi, bo nie może odpowiednio wyrazić po włosku swoich myśli. Niekiedy starałam się jej podrzucić jakieś słowo, zdarza mi się to do dziś. Kiedy jednak rozmawiała po niderlandzku z moją babcią lub ze swoim rodzeństwem, albo po angielsku z rodziną rozsianą po świecie, wydawało się, że w jakiejś mierze się odradza, a jej sposób mówienia stawał się swobodny i radosny. Cała moja uwaga skupiała się wtedy na dźwięku słów w nieznanych językach, słuchałam ich z zachwytem, nie rozumiałam ich znaczenia, ale były dla mnie jak muzyka. Mama porozumiewała się z nami po niderlandzku tylko czasami: gdy śpiewała kołysankę (bardzo ją lubiłam, śpiewała mi ją chyba do piątego czy szóstego roku życia) lub kiedy traciła do nas cierpliwość i wpadała w złość (nie chciała nam potem tłumaczyć, co mówiła, twierdziła, że to brzydkie słowa, których nie powinniśmy znać). Zdarzały się też rzadkie chwile, w których mama czytała nam angielskie książki i tłumaczyła je na głos. Moja ulubiona to A Child’s Garden of Verses Roberta Louisa Stevensona, czyli tomik wierszy dla dzieci (który mama przywiozła ze Stanów Zjednoczonych, gdzie przebywałam podczas wojny), zilustrowany wspaniałymi zdjęciami autorstwa Toni Frissell. Zdjęcia przedstawiały dzieci w otoczeniu przyrody, w miejscach, w których bardzo chciałam się znaleźć. Mam tę książkę do dziś. Z pewnością wiersze z tego tomiku czytane przez mamę miały na mnie ogromny wpływ.
W Polsce dużo czyta się dzieciom, prócz autorów polskich popularnością cieszą się również autorzy obcojęzyczni w przekładach na polski – spośród autorów literatury niderlandzkiej np. Annie M.G. Schmidt. Po jakie książki sięgałaś jako dziecko? Czy bliższa jest Ci literatura włoska, niderlandzka czy może jakaś obca? Kto należy do Twoich ulubionych twórców?
Oprócz A Child’s Garden of Verses Stevensona i kilku innych anglojęzycznych książeczek, które należały do mojej mamy w dzieciństwie, czytałam głównie w języku włoskim, czasem były to książki włoskich autorów, a czasem obcych, tłumaczone na włoski. Ulubione książki mojego dzieciństwa to Pinokio Carla Collodiego, Hans Brinker, or The Silver Skates Mary Mapes Dodge, powieść osadzona w Holandii, Małe kobietki Louisy May Alcott, Alicja w Krainie Czarów Lewisa Carrolla, Piotruś Pan Jamesa Matthew Barriego, a potem Dziennik Anne Frank. Moją ulubioną historią jednak była chyba Odyseja, którą poznawałam dzięki telewizyjnemu widowisku w odcinkach i potem w gimnazjum, gdy nauczyciel czytał nam fragmenty włoskiego przekładu. Gdybym miała wymienić dzieło literackie, które pozostało ze mną do dziś, wskazałabym właśnie Odyseję Homera.
Jakie są Twoje najbliższe plany? Zajmiesz się raczej poezją czy prozą? Zamierzasz pisać dla dzieci czy dla dorosłych?
We Włoszech ukazała się właśnie moja nowa książka, zatytułowana Poesie d’inverno („Wiersze z zimy”), ponownie zilustrowana przez Sonię Marię Luce Possentini i wydana przez AnimaMundi. Obecnie mam dużo spotkań z młodymi i dorosłymi czytelnikami, pomagam tej książce stawiać pierwsze kroki w świecie. Wśród najbliższych projektów jest niewielki szkic adresowany do dorosłej publiczności, za jakiś czas nowy tomik poezji, a za czas nieco dłuższy – nowa powieść dla dorosłych czytelników.
Bardzo dziękuję za pytania.
Chciałabym podziękować za wszystko wydawnictwu Biuro Literackie i Tobie za przekład. Bardzo się cieszę, że wkrótce moje Wiersze z zieleni trafią w ręce polskich czytelników.