Agnieszka Będkowska-Kopczyk: Zdecydowałaś się na neologiczne tytuły dwóch części w tomie (mam tu na myśli Spotkaliska i Myślowiska towarzyszące Siedliskom). Jako tłumaczka miałam poczucie, że nie są to jedynie nazwy przestrzeni, lecz także sposoby istnienia. Jak rozumiesz relację między tymi trzema miejscami? Czy razem tworzą pewną drogę – od ciała ku myśli?
Kristina Kočan: Siedlisko (słow. selišče) oznacza miejsce, przestrzeń osiedlenia. Ponieważ centralnym motywem tomu są wszelkiego rodzaju przemieszczenia – nie tylko migracje ludzi, lecz także ruch ptaków, statków, meduz, a nawet wyspy czy dwojga, trojga osób szukających drogi do siebie – wydało mi się, że potrzebuję tytułu, który obejmie wszystko to, co w wydarza się w tym zbiorze: wszystko, co w taki czy inny sposób szuka miejsca osiedlenia. Również ze względu na efekt brzmieniowy potrzebowałam jeszcze dwóch tytułów, które oddziaływałyby podobnie jak Siedliska. „Spotkaliska” i „Myślowiska” są rzeczywiście neologizmami. Zgadzam się z odczytaniem, że z jednej strony chodzi o sposób bycia, o przestrzeń, którą pragnie zamieszkać dwoje ludzi – tym zajmuje się pierwszy cykl. Środkowa część tomu, „Spotkaliska”, dotyka fizycznego przemieszczania się wszystkiego, co możliwe. Trzeci cykl, „Myślowiska”, opisuje stany, które dopiero trzeba przemyśleć, a zarazem próbuje łączyć różne świadomości. Nieustannie działa tu pewna binarność przestrzeni i nie-przestrzeni. Te trzy części bez wątpienia tworzą drogę: od ciała ku myśli, od tego, co fizyczne do tego, co intelektualne, może nawet duchowe i emocjonalne, od konkretu ku abstrakcji.
W Siedliskach powraca pytanie, gdzie i jak „się osiedlamy”. Czy pisząc ten tom, traktowałaś go jako próbę odnalezienia własnego miejsca, czy raczej jako zapis nieustannego przemieszczania się między przestrzeniami?
Jedno i drugie, bez wątpienia. W tamtym czasie byłam w życiu wystawiona na przeciąg. Egzystencjalnie, duchowo, na wszystkich poziomach. Byłam gotowa wszystko przemyśleć i zbudować od nowa. Nieustannie przemieszczałam się między przestrzeniami, aby odnaleźć własne miejsce, dlatego temat ten tak mnie pociągał. W poezji nigdy nie chcę opisywać wyłącznie własnego doświadczenia, interesuje mnie doświadczenie Innego. Właśnie dlatego po raz pierwszy podczas pisania i tworzenia tomu konsekwentnie trwałam przy temacie i nie włączałam wierszy w sposób przypadkowy. Gdy oddałam rękopis redaktorowi, po raz pierwszy poczułam się spełniona. Kończąc poprzednie książki, zawsze miałam wrażenie, że czegoś brakuje. Tutaj natomiast osiedliło się we mnie poczucie satysfakcji. Przyjemne uczucie.
W Siedliskach zwierzęta – jelenie, bociany, czajki, meduzy – nie są metaforą, lecz pełnoprawnymi uczestnikami świata wiersza. Czy to odejście od antropocentryzmu (i nie-ludzka perspektywa) było świadome? Czy to dla Ciebie ważny gest poetycki?
Nie wiem, czy była to świadoma decyzja albo gest. Wiedziałam natomiast, że nie chcę jedynie metafory, że wszystko musi być żywe, zranione, krwawe, prawdziwe. Pojawia się na przykład jeleń: może być metaforą, symbolem, czymś, co mówi o relacji między dwojgiem ludzi, ale jest też jeleniem, który naprawdę zginął potrącony przez samochód. I tak, wprowadzam go do wiersza jako uczestnika, który rzeczywiście charczy w agonii… który nie jest jedynie narzędziem czy rekwizytem, lecz istotą mającą własny ciężar, nie tylko znaczenie.
Niejednokrotnie doprowadzasz język do granicy sensu: poprzez przestawienia, elipsy, neologizmy, naruszoną składnię. Czy pisanie jest dla Ciebie sposobem sprawdzania, jak daleko można przesunąć znaczenie? Czy taki sposób poetyckiego pisania był obecny również w Twoich wcześniejszych tomach?
Tak, już na początku chciałam testować granice języka, choć oczywiście wtedy brakowało mi jeszcze biegłości (śmiech). Wcześnie wyznaczyłam sobie kierunek, w którym chciałam podążać w poezji. Interesowały mnie współczesne podejścia, poznałam wiele poetyk mniejszościowych, które wykorzystywały rozmaite zabiegi. Te praktyki poetyckie bardzo mnie jako młodą poetkę inspirowały. Jednocześnie zawsze chciałam zaprosić czytelnika do dialogu, by sam wypełniał pewne miejsca, by decydował, jak będzie czytał i w którą stronę podąży. Umożliwić wielowarstwowość i wieloznaczność. To wydaje mi się piękną, subtelną grą. W Siedliskach doprowadziłam to tam, dokąd chciałam.
Twoje wiersze w głośnym czytaniu zyskują szczególną fizyczną intensywność. Jako tłumaczka często czułam, że muszę najpierw „usłyszeć” wiersz, zanim go przełożę. Jaką rolę odgrywa dla Ciebie brzmienie w procesie pisania?
Brzmieniowość w pewnym momencie rzeczywiście stała się dla mnie bardzo wyrazista, zwłaszcza podczas pisania Siedlisk. Wydawało mi się konieczne, by wszystko odpowiednio zabrzmiało, bo tylko w ten sposób mogę dotrzeć do sensu, którego szukam i do którego nie prowadzi utarte słownictwo. Z tej potrzeby wynikają również liczne neologizmy, które jednak mają brzmieć swojsko, a nie obco. Dochodzą do tego inwersje i inny, nietypowy szyk zdania, a także użycie polisyndetonu – wszystko to w celu ustanowienia określonego rytmu. Ważne jest dla mnie, by miało to ciężar i pełniło określoną funkcję, a nie było sztuką dla sztuki. Tego bym nie chciała. Jak pięknie powiedział słoweński poeta Boris A. Novak, znaczenie brzmi, brzmienie znaczy.
W tomie Siedliska pojawia się motyw migracji i wygnania – od Karyntii po Amerykę. Czy to echo rodzinnych historii, czy raczej refleksja nad współczesnym doświadczeniem przemieszczania się między językami i kulturami?
Z pewnością jedno i drugie. W rodzinie było wiele takich opowieści; znaliśmy wielu ludzi, którzy się przemieszczali, którzy czegoś szukali. To jednak także szersza refleksja nad językami, kulturami i granicami. To są tematy, do których wciąż wracam, które chcę przemyśleć również z pomocą poezji. Jak kiedyś powiedział inny słoweński poeta Uroš Zupan, poezja pomaga nam zrozumieć świat – czy gdy ją piszemy, czy gdy ją czytamy. Nigdy jednak nie chcę tych tematów omawiać zbyt dosłownie, wprost. Chcę, by dotykały czytelnika jak ptak dotyka wody – dostatecznie lekko, a jednak wystarczająco mocno, by na powierzchni powstał ruch, kręgi… by nie wchodziły z hałasem, lecz pozostawiały przestrzeń do namysłu.
Nie jesteś tylko poetką, lecz także tłumaczką poezji – między innymi Natalie Diaz, Valzhyna Mort i Carolyn Forché. Czy praca z tekstem innych osób piszących poezję wpływa na Twoje własne pisanie? Czym jest dla Ciebie tłumaczenie?
Tego zawsze się obawiałam: że gdy naprawdę zagłębiam się w poetykę innego twórcy w procesie tłumaczenia i w końcu rozumiem ją do głębi, ta inna poetyka zacznie zbyt silnie wpływać na moją. Oczywiście nie chcę udawać, że można całkowicie uniknąć wpływów – wystarczy wspomnieć słynne dzieło Harolda Blooma Lęk przed wpływem. Konieczne jest dobre poznanie tradycji, swoich poprzedników i współczesnych; wpływ zachodzi już na poziomie nieświadomym. On istnieje i trzeba to przyjąć, zaakceptować. Jednak gdy moja własna poetyka była już ukształtowana, gdy wiedziałam, czego chcę w poezji, przekłady przestały ingerować w moje pisanie. Tłumaczenie rozumiem więc jako formę gościnności, a nawet przywilej, który pozwala poszerzać horyzont poetycki i dogłębnie poznać określoną poetykę. Są to jednak u mnie procesy rozdzielone: gdy intensywnie tłumaczę, nie piszę – i odwrotnie. Z pewnością jednak te procesy wzajemnie się ubogacają, może nawet zapładniają.
Podczas pracy nad polskim przekładem często zastanawiałam się, co w tym tomie jest najbardziej „nieprzetłumaczalne”: neologizmy, gra składniowa czy może kulturowe zakorzenienie krajobrazu? Jak Ty – jako poetka i tłumaczka – patrzysz na przekład własnych wierszy?
Odpowiadając najpierw na pierwszą część pytania: myślę, że rzeczywiście jest tu wiele elementów trudnych do przełożenia, i zgadzam się, że wszystko to z pewnością stwarza problemy. Szczególnie wyróżnia się jednak gra składniowa, która dla wielu jest terytorium dość niedostępnym. Zauważam, że tłumacze mojej poezji (być może także z bezradności) zbyt szybko uciekają się do nadmiernej interpretacji, czując potrzebę wyjaśniania rzeczy swoim czytelnikom. Ja natomiast chciałam w tym tomie całkowicie tego uniknąć i zaprosić czytelnika, by wszedł do tekstu i sam podejmował decyzje. Tak jak ja mierzę się z pustą stroną, tak czytelnik powinien podczas lektury przyjąć własne wybory. Neologizmy są oczywiście osobnym wyzwaniem translatorskim. Jeśli zaś chodzi o drugą część pytania: tłumaczenie własnych wierszy wydaje mi się niemal niemożliwe, zwłaszcza gdy dobrze włada się językiem docelowym. Jako poetka miałabym bowiem pokusę, by napisać wiersz niemal od nowa. Dlatego uważam, że dobrze jest, gdy poezję przekłada ktoś o innym spojrzeniu niż sam autor.
W kwietniu będziesz gościć w Polsce, promując Siedliska. Czego oczekujesz od tej wizyty?
Inicjatywa przetłumaczenia mojego najnowszego tomu poetyckiego na język polski całkowicie mnie zaskoczyła i właśnie dlatego sprawiła mi jeszcze większą radość. Publikacja książki w przekładzie zbiega się z moim udziałem w festiwalu, na który już bardzo się cieszę. Lubię czytać polskie poetki i poetów, zwłaszcza odkąd przed laty ukazała się w Słowenii antologia poezji polskiej, dlatego z radością myślę o spotkaniu z nowymi polskimi głosami poetyckimi. Oczywiście ciekawi mnie także, jak książka zostanie przyjęta w przekładzie, jakie będą reakcje i jak zabrzmi w tym słowiańskim języku. Właściwie jestem przyjemnie podekscytowana, ponieważ Polskę odwiedzę po raz pierwszy.