wywiady / o książce

Ryzyko poślizgu, raj utracony i pieśń o queerze

Michał Dziedzic

Patrycja Sikora-Tarnowska

Rozmowa Patrycji Sikory-Tarnowskiej z Michałem Dziedzicem, towarzysząca premierze książki Michała Dziedzica tajanie, wydanej w Biurze Literackim 10 marca 2026 roku.

Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

Nie wiem, co sobie myśla­łam, decy­du­jąc się na wej­ście w zmia­nę sta­nu sku­pie­nia ze swo­je­go sta­łe­go w Two­je taja­nie, ale na pew­no nie to, że skoń­czę ze sro­gą hipo­ter­mią. Krót­ko: jeśli debiu­to­wać, to właśnie tak. Jak się z tym debiu­to­wa­niem czu­jesz?

Chęt­nie się dowiem, pró­bu­jąc odpo­wie­dzieć na to pyta­nie. Czu­ję spo­kój od momen­tu, w któ­rym tak serio–serio dotar­ło do mnie, że książ­ka jest goto­wa. Mój aktu­al­ny vibe okre­ślił­bym jako lek­ko rwą­cą rze­kę (pozdra­wiam Prze­mka, on wie) w trak­cie roz­to­pów. Kry sobie pły­ną, obi­ja­ją się tro­chę i swo­bod­nie tają.

Towa­rzy­szy mi oczy­wi­ście też eks­cy­ta­cja. Dłu­go pra­co­wa­łem na debiut. Pierw­szy szkic jed­ne­go z wier­szy powstał w notat­ni­ku tele­fo­nu 4 paź­dzier­ni­ka 2020 r., a myśl o wyda­niu się na pastwę czy­tel­ni­ków z 2023 r. To wte­dy, latem, na kra­kow­skim Kazi­mie­rzu, w nie­ist­nie­ją­cej już knaj­pie na ul. Daj­wór, posta­wio­no dużą ścia­nę o powierzch­ni zdat­nej do pisa­nia po niej kre­dą. Na jej szczy­cie wid­niał napis „befo­re I die…”, a pod nim puste linij­ki do zapeł­nie­nia przez ran­do­mo­we oso­by odwie­dza­ją­ce to miej­sce. W pustej rubry­ce napi­sa­łem „wydać tomik poezji”. Mam do wie­lu rze­czy sła­bą sil­ną wolę, ale w tej kwe­stii byłem bar­dzo upar­ty.

Teraz zaczy­na się wła­ści­wy etap życia mojej książ­ki. Chcę oma­wiać te wier­sze, zde­rzać je z inny­mi tek­sta­mi, słu­chać skraj­nych opi­nii. Zro­bić z tego butlę z poetyc­kim tle­nem, a potem deep dive w bań­kę i poza nią. Skru­pu­lat­nie będę liczył bąbel­ki.

Pocho­dzisz z pod­kra­kow­skiej wsi Nara­ma her­bu „Nowi­na” (to ważne!). Wspo­mi­nam o her­bie, bo w 2013 r. miesz­kań­cy bar­dzo o nie­go zabie­ga­li, co zosta­ło wyeks­po­no­wa­ne na stro­nie inter­ne­to­wej www.narama.pl. Prze­pa­dłam tam. Cla­imem Two­jej wsi, rów­nież wyeks­po­no­wa­nym, jest: „Our swe­etest pla­ce in the who­le uni­ver­se”. Co Ty na to? Po prze­czy­ta­niu „taja­nia” nie była­bym tego taka pew­na.

Sza­nu­ję za ten rese­arch! Naj­pierw odnio­sę się do her­bu i histo­rii rot­mi­strza Nowi­ny. Nie będę uda­wał, że zna­łem dokład­nie jego dzie­je wcze­śniej, ale sko­ro już o nim mowa, to w skró­cie oddaj­my mu pola opo­wie­ści. Spo­iler: wie­le moty­wów pasu­je do taja­nia i wycią­ga na wierzch kolej­ne war­stwy zna­cze­nio­we. Wyzna­ję zasa­dy, że zna­cze­nie ma wszyst­ko i że nie ma przy­pad­ków.

Legen­da sła­wi męstwo rot­mi­strza Nowi­ny, syna kotla­rza, któ­ry pod­czas prze­gra­nej wal­ki Bole­sła­wa Krzy­wo­uste­go z Rusi­na­mi w 1121 r. oddał wład­cy wła­sne­go konia, ratu­jąc go przed nie­wo­lą. Następ­nie został poj­ma­ny i sku­ty wraz ze swym dowód­cą jed­nym łań­cu­chem. Nowi­na odciął sobie nogę, aby umoż­li­wić mu uciecz­kę, co upa­mięt­nio­no w her­bie, zwa­nym też Zło­to­go­leń­czy­kiem. Herb łączy sym­bo­le ucha kotła (od zawo­du ojca) i ukru­szo­ne­go mie­cza. Błę­kit­ne pole tar­czy her­bo­wej to z kolei upa­mięt­nie­nie prze­gra­nej bitwy. Inna wer­sja gło­si, że kale­ką Nowi­na został, bro­niąc pie­szo, po odda­niu konia Krzy­wo­uste­mu, swe­go pana albo na Psim Polu, albo w boju z Hali­cza­na­mi.

Teraz mam dla Cie­bie zada­nie. Posia­da­jąc tę wie­dzę, prze­czy­taj wier­sze: „łań­cuch”, „pod­da­nie”, „kar­ma” i „pyski”. Kolo­ry her­bu, nie­bie­ski i bia­ły, to kolo­ry maryj­ne, ale czy nie koja­rzą się tak­że z lodem?

Odpo­wia­da­jąc na pyta­nie – tak, to moje swe­etest pla­ce in the who­le uni­ver­se, raj utra­co­ny, kraj lat dzie­cin­nych i doli­na Issy pod­la­ne wywa­rem z pie­kiel­nych kotłów zam­ku z law.

Czy­ta­łam Two­ją książ­kę, korzy­sta­jąc z Google Stre­et View. Zor­ga­ni­zo­wa­łam sobie małą dro­gę krzy­żo­wą w Two­jej wsi i na sta­cji OSP Nara­ma wpa­dłam w trans z „lita­nią do dziur”. W tym wier­szu jest dosko­na­ła fra­za „poran­ku bez­dro­ży któ­ry pole­ru­jesz karo­se­rię świa­ta” – czym wje­chał­by na sygna­le pora­nek bez­dro­ży i co prze­pu­ścił­by nam na prze­glą­dzie, jeśli­by do tego doszło? 

Wje­chał­by Mer­ce­de­sem 190E (W201) 2.0 ben­zy­na w manu­alu, ciem­ny gra­fit. W środ­ku pięk­ne drew­nia­ne, lakie­ro­wa­ne wykoń­cze­nia i kubeł­ko­we fote­le w kra­tę. Na prze­gląd wbi­ja­my z dozwo­lo­ną pręd­ko­ścią, ponie­waż wozi­my się powo­li. Mamy wer­sję z ryn­ku wło­skie­go, dla­te­go pod­wo­zie jest w ide­al­nym sta­nie. Pie­cząt­kę w dowo­dzie reje­stra­cyj­nym dosta­je­my jak kujon szóst­kę z nie­za­po­wie­dzia­nej kart­ków­ki.

Jedy­nym minu­sem tego egzem­pla­rza jest fotel kie­row­cy z dwo­ma śla­da­mi po petach. Taki samo­chód miał mój tata. Kupił go od Wło­cha, kole­gi ciot­ki, a potem sprze­dał go za pięć tysię­cy zło­tych. Oddał­bym wie­le, żeby znów móc się nim prze­je­chać. Cie­ka­we, gdzie teraz stoi lub co z nie­go zosta­ło?

 A co czy­tel­nik może prze­grać w Two­im świe­cie? Sam suge­ru­jesz, że lek­tu­ra taja­nia jest ryzy­kow­na.

Cho­dzi mi o ryzy­ko pośli­zgu. Bo u mnie w książ­ce wcho­dzą zachwia­nia cza­su, zachwia­nia prze­strze­ni. I to jest ryzy­kow­ne, żeby się odna­leźć w tym wszyst­kim. Mówi się, że życio­wy par­kiet bywa śli­ski, tak­że uwa­żaj, jak tań­czysz. To tutaj też tak jest, wiesz, trze­ba uwa­żać, jak się tań­czy. I moż­na pole­cieć w róż­ne stro­ny. Masz opcję pój­ścia w stro­nę pre­hi­sto­rii, zwią­za­nej z łań­cu­chem DNA, z ewo­lu­cją. Możesz też się­gnąć do tych bar­dziej rodzin­nych pery­pe­tii. Możesz je łączyć, ale nie musisz. Możesz pójść dro­gą tro­pów wil­czych, leśnych. Albo czy­tać tyl­ko lodem, grze­ba­niem. Albo pie­śnia­mi kato­lic­ki­mi. Jest tu bar­dzo dużo miejsc, w któ­rych moż­na, a nawet trze­ba utknąć. I ryzy­kow­ne jest to, że zamkniesz sobie gło­wę tyl­ko na jed­ną wer­sję.

Wyko­rzy­stu­jesz mnó­stwo moty­wów biblij­nych i spraw­nie mik­su­jesz je z popkul­tu­rą. Czy to Two­ja meto­da na oswo­je­nie sacrum, któ­re przez lata mogło być narzę­dziem opre­sji?

Mam dużą potrze­bę odczu­wa­nia sacrum, oswa­ja­nia go, prze­kształ­ca­nia. Jeśli je pro­fa­nu­ję, to z wiel­ką czu­ło­ścią i sza­cun­kiem. To nic nowe­go pod słoń­cem, że popkul­tu­ra uwiel­bia two­rzyć nowe źró­dła świę­to­ści, sta­wiać kolej­ne pomni­ki ze spi­żu, a następ­nie je oba­lać i plu­ga­wić. Dualizm się potę­gu­je, zwie­lo­krot­nia, mie­sza, ewo­lu­uje. Wszyst­ko, co zbru­ka­ne, pocią­ga mnie dwa razy moc­niej. Pęk­nię­ta koro­na, boży syn na kola­nach, ale też psia śli­na na rękach Maryi oraz kamień w kształ­cie ser­ca – wiecz­ne sza­mo­ta­nie się od skraj­no­ści w skraj­ność. Ude­rzam w wyso­kie tony raz dla dra­ki, a raz total­nie poważ­nie, wyci­ska­jąc z nich ostat­nie kro­ple esen­cji, jak z toreb­ki her­ba­ty z żół­tą kar­tecz­ką parzo­nej trze­ci raz, bo tak każe zwy­czaj. Mając przed sobą szla­chet­ny arse­nał rytu­ałów, sym­bo­li i zna­ków, nie wyobra­żam sobie z nie­go nie sko­rzy­stać, aby wyci­skać war­stwa za war­stwą nowe zna­cze­nia aż po kres ery ludzi.

Jestem wdzięcz­ny za to, że wycho­wa­łem się w kul­tu­rze chrze­ści­jań­skiej. Dzię­ki niej mam punk­ty odnie­sie­nia, (nie)bezpieczny grunt. Zasta­na­wia mnie, kim był­by czło­wiek wycho­wa­ny bez żad­nej kul­tu­ry? Mam mam nadzie­ję, że nikt nigdy nie wyko­na takie­go eks­pe­ry­men­tu. Pozo­sta­ją domy­sły. Naśla­dow­nic­two to prze­trwa­nie – ucze­nie się na pamięć słów modlitw i pie­śni, wią­za­nia butów i tego kie­dy mówić, a kie­dy mil­czeć. Robi­łem, ba, robię to z odda­niem i pasją, a spo­łecz­ność, któ­ra oswo­iła mnie z sacrum, nie odpo­wia­da w żaden spo­sób za to, co oswo­iła. Oglą­da­jąc kolej­ny film z pre­hi­sto­rycz­ny­mi gada­mi, kla­skam jak dziec­ko na pla­ży w moim wier­szu.

Oswa­ja­nie sacrum trwa, ale nie jest już narzę­dziem opre­sji. Było nim, gdy mama kaza­ła rano iść do kościo­ła, a ja czy­ta­łem ostat­nią część Har­ryego Pot­te­ra przez całą noc. To mnie ukształ­to­wa­ło i może to syn­drom sztok­holm­ski, ale jestem wdzięcz­ny za tę opre­sję.

Co nosi Bóg w Two­ich wier­szach – dres czy kostium z Sailor Moon?

Coś pomię­dzy. Mój Bóg nie ubie­ra się u Miuc­ci Pra­dy (choć chciał­by), a czę­ściej w lum­pie. Cza­sem coś zamó­wi z popu­lar­nych plat­form do elek­trycz­nej sza­fy z prze­gro­da­mi słu­żą­cej do odbie­ra­nia prze­sy­łek. Nosi taką samą truc­ker­kę jak Ash Ket­chum z serii ani­me Pokémon, trzy sze­lesz­czą­ce paski na dole oraz jakieś szyb­kie sne­aker­sy w neo­no­wych bar­wach. Na czar­nym teesie over­si­ze ma srebr­ny kaj­dan (gru­ba pan­cer­ka). Na to wszyst­ko obszer­ny pro­cho­wiec i jakiś cross­bo­dy koł­czan pra­wil­no­ści a.k.a. sasze­ta. W tym out­fi­cie wycho­dzi naj­czę­ściej do skle­pu z zie­lo­nym pła­zem w logo po pra­żyn­ki (za)duszki. Sty­lu się nie kupi.

Zostań­my jesz­cze przez chwi­lę przy reli­gii. Kon­tra­fak­tu­ry pie­śni reli­gij­nych w taja­niu są wybit­ne. Czy dopi­sy­wa­nie nowych tre­ści do sta­rych melo­dii to Twój spo­sób na odcza­ro­wa­nie dzie­ciń­stwa? Co się dzie­je z pod­mio­tem, gdy zaczy­na śpie­wać wła­sne sło­wa do np. „Ser­decz­na Mat­ko”?

Oprócz kon­tra­fak­tur są też frag­men­ty pie­śni wple­cio­ne w wier­sze. W obu przy­pad­kach nie jest to przy­pa­dek, jak wszyst­ko w tej książ­ce. Moim zda­niem prze­kształ­ca­nie to isto­ta sztu­ki, dla­te­go podej­mu­ję się tego wyzwa­nia i kom­bi­nu­ję, doci­skam te tek­sty kul­tu­ry do innych form, ale to nie tak, że to tyl­ko tyle – cyt, iskier­ka gaśnie. Nie. Pie­śni kościel­ne są jak zaklę­cia na nostal­gię – przy­wo­łu­ją dany moment, wspo­mnie­nie, ogrze­wa­ją ser­ce. W moim przy­pad­ku jest to sie­dze­nie z bab­cią w dru­giej ław­ce, po pra­wej stro­nie kościo­ła i śpie­wa­nie ze wszyst­ki­mi jed­ne­go utwo­ru. Czu­łem wte­dy moc, wspól­no­to­wość, jakiś rodzaj magii, któ­rej czę­sto mi bra­ku­je.

Prze­ra­bia­jąc pieśń na wła­sną modłę, godzę w sacrum, wie­rząc, że to tak­że for­ma kre­acji.

Twój pod­miot dora­sta na wsi, w kato­lic­kiej struk­tu­rze – jak bar­dzo to „taja­nie” było pro­ce­sem odmra­ża­nia wła­snej queero­wo­ści w miej­scu, gdzie tra­dy­cja raczej po kru­chym lodzie nie stąpa?

W takiej spo­łecz­no­ści trze­ba być z jed­nej tka­ni­ny, ale pozwo­lić jej się wycie­rać i strzę­pić przez lata. Dopie­ro pat­chwork dał mi peł­no­wy­mia­ro­wą narzu­tę, pod któ­rą mogę się ogrzać i spod któ­rej nie wysta­ją mi nogi. Musia­łem swo­je odta­jać. Wie­le razy chcia­łem wal­czyć, ale dopie­ro pod­da­nie, któ­re jest waż­nym moty­wem książ­ki, oka­za­ło się wła­ści­wą (może jedy­ną dostęp­ną) dro­gą.

W okre­sie dora­sta­nia i miesz­ka­nia na wsi bar­dzo powo­li dowia­dy­wa­łem się, kim jestem. Nie pozwo­li­łem sobie na otwar­tość, ponie­waż sam nie dopusz­cza­łem do sie­bie praw­dy. Nie byłem nie­szczę­śli­wy, ale czu­łem, że cze­goś wciąż mi brak (i już w gło­wie nucę z Beatą Kozi­drak), że jestem inny. Nigdzie jed­nak nie było wzor­ca do odtwo­rze­nia.

Mło­dych gejów nikt nie uczy miło­ści, pierw­szych kro­ków w rela­cji, oka­zy­wa­nia czu­ło­ści – nie ma tu punk­tu odnie­sie­nia, co uwa­żam za skraj­nie krzyw­dzą­ce. Miłość męż­czy­zny do męż­czy­zny rzą­dzi się inny­mi pra­wa­mi. Nie odgry­wa się tu ról, któ­re przez tysiąc­le­cia są dosko­na­lo­ne przez tra­dy­cję i ste­reo­ty­py w przy­pad­ku osób hete­ro. To zale­ta i wada jed­no­cze­śnie. Będąc oso­bą queero­wą, budu­je się sie­bie w cią­głym poczu­ciu stra­chu przed odrzu­ce­niem. To trzy­ma­nie gar­dy męczy, wynisz­cza, obra­sta czę­sto opry­skli­wo­ścią i sar­ka­zmem. Psie poka­za­nie mięk­kie­go pod­brzu­sza nie wcho­dzi w grę. Nie cho­dzi mi tu o współ­czu­cie, ale uświa­do­mie­nie tego, jak to jest nie móc dzie­lić się szczę­ściem z inny­mi.  Gdy nie ma uświę­co­ne­go rytu­ału cele­bru­ją­ce­go two­ją miłość, gdzie nikt ci nie bło­go­sła­wi na nowej dro­dze życia. W takiej sytu­acji rodzi się gniew, a ja go odrzu­cam.

Wybie­ram śpie­wa­nie wła­snych pie­śni, na cześć i chwa­łę swo­je­go imie­nia i imion moich osób bra­ter­skich, sio­strza­nych i po pro­stu bli­skich. Byli­śmy, jeste­śmy i będzie­my, i mamy swo­je pie­śni. I jeśli wie­je tu pato­sem, to trud­no – śpie­wam i wysła­wiam pod nie­bio­sa wła­sny queer!

Gdy­byś miał wybrać jeden wiersz z książ­ki, któ­ry prze­trwał­by pró­bę cza­su – który by to był i dla­cze­go aku­rat ten?

Wiersz ostat­ni – „strup”. Łączy się z całą książ­ką, ale mógł­by zostać ode­rwa­ny i być w jakiś spo­sób odczy­ty­wa­ny po pro­stu przez same­go sie­bie jako hołd do pod­wa­ża­nia rze­czy, któ­re zara­sta­ją stru­pem. Cza­sa­mi war­to go zerwać i dać się wylać rze­czom.

Ewen­tu­al­nie jesz­cze wiersz „kali­bra­cja”, bo wie­lo­war­stwo­wość wybrzmie­wa tu na wie­lu pozio­mach i to nie tau­to­lo­gia. Lubię ten tekst. Mógł­by funk­cjo­no­wać solo i dał­by sobie świet­nie radę w ode­rwa­niu od cia­ła książ­ki.

A czy Ty potrze­bu­jesz ode­rwa­nia i bycia solo, jeśli cho­dzi o sam pro­ces pisa­nia? 

To jest przy­god­ne pisa­nie. Kie­dyś mia­łem tak, że sia­da­łem, pusz­cza­łem sobie smut­ną muzy­kę i mia­łem ten­den­cję do umar­twia­nia się. Zda­rza mi się wstać w środ­ku nocy, zapi­sać coś na tele­fo­nie. Póź­niej prze­pi­su­ję to na kom­pu­ter, cza­sa­mi robię to ręcz­nie albo w ogó­le zapi­su­ję ręcz­nie, a póź­niej to lądu­je w edy­to­rze tek­sto­wym. Lubię usiąść przy biur­ku, ale nie jest to namasz­czo­ne jakimś takim świę­tym cza­sem, rytu­ałem. Żyję z pisa­nia, zaj­mu­ję się nim zawo­do­wo. Potra­fię oddzie­lić te dwa rodza­je pra­cy – zarob­ko­wą i poetyc­ką. I obie trak­tu­ję tak samo poważ­nie. Poezja to świa­do­mie wybra­ny dru­gi etat, z któ­re­go nie utrzy­mam mojej rodzi­ny, ale za to utrzy­mam sie­bie w róż­nych sta­nach – tak­że sku­pie­nia.

A kon­struk­cja Two­jej książ­ki i for­ma wier­szy? Kon­cept typu świę­ty czy też nie? 

Myślę, że to jest wykształ­co­ny styl. Przez lata pró­bo­wa­łem róż­nych rze­czy. Wyróż­nia­łem dużą lite­rą wer­sy z każ­dej stro­fy, sto­so­wa­łem inter­punk­cję, ale w pew­nym momen­cie stwier­dzi­łem, że jest mi ona nie­po­trzeb­na i mnie roz­pra­sza. Wizu­al­nie bar­dziej podo­ba mi się wiersz, któ­ry jest zło­żo­ny z minu­skuł. Wte­dy wszyst­ko, co jest zapi­sa­ne małą lite­rą, może wybrzmieć tak samo i ma rów­ne szan­se. Lubię syme­trię w wier­szu. Dużą rolę odgry­wa­ją u mnie edy­tor­skie zabie­gi, że wer­sy się łamią, gdzieś tam tań­czą, zakrzy­wia­ją się.

[T]aja­nie jako gest – czym byłoby?

Bie­rzesz czy­jąś zmar­z­nię­tą dłoń i wkła­dasz sobie do kie­sze­ni razem ze swo­ją dło­nią. Wzię­cie kogoś tak wiesz, pod rękę, i pój­ście z kimś pośli­zgiem. I jesz­cze zagrza­nie zim­nej nogi wysta­wio­nej za koł­drę o czy­jeś cie­płe udo. Bo chciał­bym, żeby w ludziach… O jezu, teraz to będzie… Lubię patos. Chciał­bym, żeby w ludziach coś… Żeby ludzie coś w sobie też mogli skru­szyć, odta­jać, żeby w nich taja­ło po prze­czy­ta­niu tej książ­ki. Tro­chę jak „next level unloc­ked” i po pro­stu sytu­acja typu „odblo­ko­wa­no nowe wspo­mnie­nie”. Może nawet nie­po­dob­ne do tego, któ­re gdzieś tam krą­ży w książ­ce, ale to na pew­no był­by dla mnie taki malut­ki suk­ces, gdy­by oso­ba czy­tel­ni­cza sobie przy­po­mnia­ła na przy­kład taką chwi­lę ze swo­je­go życia, któ­ra nagle się w nim odmro­zi­ła.

Bo też o tym jest ta książ­ka: o prze­mie­rza­niu wspo­mnień, snów, mie­rze­niu się z upły­wem cza­su, prze­strze­ni. W jakiś spo­sób pró­bu­je zatrzy­mać rze­czy, któ­re odcho­dzą.

Ser­wu­jesz nam mock­ta­il z oni­ry­zmu, dra­pież­no­ści, pogru­cho­ta­nych kości. Jak uda­je Ci się utrzy­mać rów­no­wa­gę mię­dzy sen­ty­men­tem za lata­mi 90. a suro­wym, nowo­cze­snym obra­zo­wa­niem, któ­re nie daje czy­tel­ni­kom tary­fy ulgo­wej?

Mock­ta­il tyl­ko i wyłącz­nie, a rów­no­wa­gi nie ma i nie będzie. To jest jaz­da bez trzy­man­ki, gdzie musisz peda­ło­wać (hehe), aby jechać dalej. W tych wier­szach zna­cze­nie ście­le się gęsto i na tym pole­ga cała zaba­wa. Kon­stru­owa­łem tek­sty tak, aby mia­ły wie­le warstw, ale też pęk­nięć, szcze­lin, przez któ­re moż­na zaglą­dać do innych świa­tów. Dzie­ciń­stwo i mil­le­nial­ska nostal­gia za nim ma to do sie­bie, że łatwo się je przy­wo­łu­je za pomo­cą odpo­wied­nich arte­fak­tów. A ja jako naczel­ny mag mam peł­ny set, któ­ry daje mi dodat­ko­we punk­ty do uży­wa­nia tego rodza­ju magii. Cała zaba­wa pole­ga na kodo­wa­niu i deko­do­wa­niu połą­czeń, któ­re stwo­rzy­łem. Dzię­ki wyobraź­ni i alfa­be­to­wi (zna­kom) mogę two­rzyć to, co ma pra­wo bytu tyl­ko w moim tek­ście i jest moż­li­we do odczy­ta­nia przy odpo­wied­niej kon­struk­cji oraz woli czy­tel­ni­ka. Zapra­szam do łapa­nia tro­pów, podą­ża­nia nimi, gubie­nia się i odnaj­dy­wa­nia w tej na pozór mroź­nej kra­inie.

[T]aja­nie zgła­sza­łeś do trzech edy­cji „Poło­wu”. Jak bar­dzo zmie­ni­ła się Two­ja książ­ka od cza­su zło­że­nia pierw­szej pro­po­zy­cji wydaw­ni­czej? 

Ewo­lu­owa­ła jak Digi­mon – od słod­kie­go stwor­ka, przez mor­der­czą lodów­kę, aż po smo­ko-anio­ła z kara­bi­nem maszy­no­wym. Było wie­le zmian. Roz­bi­łem nie­je­den wiersz na dwa, usu­ną­łem kil­ka­na­ście tek­stów, doda­łem kolej­ne. Gru­cho­ta­łem wer­sy, zamie­nia­łem ich kolej­ność, wygrze­by­wa­łem ości, usu­wa­łem zbęd­ne spój­ni­ki i jakieś nie­istot­ne „się”. Dzię­ki festi­wa­lo­wym warsz­ta­tom mogłem pra­co­wać nad swo­imi tek­sta­mi pod okiem Joan­ny Muel­ler i Jaku­ba Pszo­nia­ka, a tak­że innych poetów. Bez tego nie było­by tej książ­ki. Nie raz zagry­za­łem zęby i uczy­łem się poko­ry, tego, że trze­ba znacz­nie wię­cej czy­tać niż pisać i cią­gle grze­bać, grze­bać, grze­bać i jesz­cze raz grze­bać w wier­szu. Wszyst­ko pod­da­wać pod wąt­pli­wość, a gdy jest się pew­nym, to zaja­dle bro­nić tek­stu. Wie­dzieć, co jest jego staw­ką.

Nie ma w tej książ­ce ani jed­ne­go tek­stu, któ­ry był­by taki sam od począt­ku. Ścież­kę roz­wo­ju nie­któ­rych wier­szy moż­na prze­śle­dzić, czy­ta­jąc moje publi­ka­cje w pra­sie lite­rac­kiej onli­ne, m.in. w biu­ro­wej biBLio­te­ce.

Czy poezja może być narzę­dziem do odzy­ski­wa­nia god­no­ści tam, gdzie pró­bu­je się ją ode­brać?

Wedle pra­wa god­ność jest przy­ro­dzo­na, nie­na­ru­szal­na, nie­zby­wal­na i sta­no­wi fun­da­ment oraz źró­dło wszyst­kich praw czło­wie­ka. Ma ją dziec­ko, ma ją oso­ba w kry­zy­sie bez­dom­no­ści i milio­ner wraz z pra­cow­ni­kiem sek­su­al­nym. Zbrod­nią jest ją odbie­rać komu­kol­wiek, ale tak się dzie­je. Nawet tu, w Pol­sce, w War­sza­wie i pew­nie nawet w Nara­mie.

Odzy­ski­wa­nie god­no­ści jest jak wytwa­rza­nie nowych orga­nów przez akso­lo­tle. Cho­ler­nie trud­ne, ale moż­li­we i powin­no być postrze­ga­ne jako super­moc. Poezja może w tym pomóc. Być for­mą komu­ni­ka­cji, gdy nie ma się siły lub odwa­gi na uży­cie jej innych form. Jako świa­do­my ide­ali­sta nie zamie­rzam wal­czyć poezją, ale wiem, jaką moc ma sło­wo. Uży­wam ich z peł­ną odpo­wie­dzial­no­ścią i będę nimi godzić w każ­de­go, kto nie godzi się na usza­no­wa­nie god­no­ści innych.

Gdy­by taja­nie mia­ło być ścież­ką dźwię­ko­wą, co byś na niej umie­ścił? Orga­ny kościel­ne zmik­so­wa­ne z glit­chy tech­no, czy może 8‑bitowa muzy­ka z game­boya prze­ry­wa­na odde­chem kogoś, kto wła­śnie wyszedł z lodo­wa­tej wody i nie było to mor­so­wa­nie? 

Chęt­nie zro­bił­bym plej­kę do czy­ta­nia taja­nia, ale na takiej plat­for­mie, któ­ra god­nie pła­ci arty­stom. Fun fact jest taki, że kie­dyś do każ­de­go wier­sza dopi­sy­wa­łem tytuł utwo­ru, któ­re­go słu­cha­łem w trak­cie pisa­nia. Już tak nie robię, ponie­waż wiersz czę­sto powsta­je na prze­strze­ni tygo­dni, mie­się­cy, a nawet lat, a pio­sen­ka może cią­żyć zna­cze­nio­wo nad moim tek­stem.

Do ścież­ki dźwię­ko­wej dodał­bym peł­no muzy­ki roz­ryw­ko­wej, popo­wej, impre­zo­wej, kawał­ki, któ­re nuci się w samo­cho­dzie przy otwar­tej szy­bie i się po pro­stu jedzie z zim­nym łok­ciem. Do tego pew­nie mnó­stwo pio­se­nek aku­stycz­nych na gita­rę ze smut­nym tek­stem. Ale były­by też kolę­dy, były­by też pio­sen­ki śpie­wa­ne przez dzie­ci. Mamy to.

O autorach i autorkach

Michał Dziedzic

Urodzony w 1992 roku w Krakowie. Poeta i specjalista public relations. Finalista XXIX OKP im. Jacka Bierezina, laureat projektu „Połów. Poetyckie debiuty 2026”. Publikował w prasie literackiej. [T]ajanie to jego książkowy debiut. Pochodzi ze wsi Narama, mieszka w Warszawie.

Patrycja  Sikora-Tarnowska

Pisarka. Nominowana do Paszportu „Polityki” za debiutancki tom poetycki Instrukcja dla ludzi nie stąd (2020, WBPiCAK). Autorka książki Wszyscy o nas mówią (2022, WBPiCAK) i Ekonomia darów (2025, Fundacja Lesbikon im. Gochy Pawlak). Redaktorka działu poetyckiego magazynu „LesBiLans” i kwartalnika literackiego „Strona Czynna”. Po godzinach las, techno, slamy, hōjicha, Bałtyk i Sudety.

Powiązania

tajanie

utwory / premiery w sieci Michał Dziedzic

Pre­mie­ro­wy zestaw wier­szy Micha­ła Dzie­dzi­ca taja­nie. Wyróż­nie­nie w ramach pro­jek­tu „Pra­cow­nie otwar­te wier­szem 2023”.

Więcej

Zaproszenie do wspólnej podróży

recenzje / ESEJE Jakub Pszoniak

Impre­sja Jaku­ba Pszo­nia­ka na temat poezji Micha­ła Dzie­dzi­ca, wyróż­nio­ne­go w ramach pro­jek­tu „Pra­cow­nie otwar­te wier­szem 2023”.

Więcej