Pieśń czwarta
Justynie Kulikowskiej
Kto umarł z przejedzenia, kiedy trzecie oko
Mijanego poranka zgasło we właściwym
Jedynie sobie czasie? Niech błogosławieni
Będą karmiciele i ichniejsze zwyczaje,
Spadający dzień na rzecz poławiaczy pereł.
Być może nikt nie umarł. Być może to cudza
Ręka sięgająca po białko, hydrolizat –
Być może o tym mówi metafora światła.
Śmierć i dłoń sięgająca do zgniecionych puszek –
Między nimi jaka jest relacja? Co wówczas
Zachodzi między nożem a świętym obżarstwem,
Kiedy ktoś w martwych palcach obraca miechunkę,
Także przecież cudzą? Jak zwykle – pod obrazem
Domu nie kryje się nic poza gośćmi. Poza
Tym, co obraca się jak płetwal po rubieżach
Fiszbin, co wypełnia, choć pozbawione miejsca.
Wyobrazić to sobie można jako zarys,
Ledwie wstęp do późniejszej praktyki jedzenia.
Drewniana kura oraz każdy rodzaj mięsa
Obsługujący inny znak zodiaku. Ledwie
Zarys – pochłaniać światło stacji benzynowej.
Trymalchion? Jestem w końcu postacią faktyczną,
Biorę następujący po tym kęsie sztuciec,
Połykam go przed sobą. Koszenila – czerwień
Fosforyzująca ku miastu, przełykowi
Z puszek, których nie zgniotło jeszcze białe morze;
Z niego łaskawie czerpie hojne oko. W dalszej
Kolejności: drożdżowy ekstrakt za królestwo
Zwierząt, wątroba, skóra, maltodekstryna, tłuszcz.
Pięćdziesiąt jeden procent udziałów w wodzie i
Soli morskiej przypadło wielorybnikowi
Z Kioto. A oprócz niego – czy ktoś potrafi wciąż
Rozniecać fioletowe niebo pod pozorem
Ochrony posiadania własności? A było
Dwóch braci urodzonych pod gwiazdą przypadku.
Przypadek to jest rzucić w formę dziękczynienia
Spadek po czerwonym dniu. Podążać za ścieżką
Znaczoną jęczmieniem i mlekiem, mieszkać w środku
Modlitewnego młynka i na jego wierzchu –
To również należy do fałszywej zbieżności.
Czasem tak jest, że widzi się jedynie plecy
Molocha. Ponad nimi sprzyjającą gwiazdę.
Pieśń szósta
Dla pierwszych dziewięciuset metrów głębokości
Przestaje istnieć państwo Kiribati. Serce
Atolu powiększone o trzydzieści jeden
Nieomal bezpańskich rąk – jeśli nie uznawać
Wypisu z czaszki tego poharatanego
Organizmu. Powoli gaśnie, pocałunki
Nadesłane z HMS Challenger niespiesznie
Domykają historię o lodowym dnie, tę
Niezborną astrologię z odwróconej gwiazdy.
To razem trzydzieści dwie anielskie pieśni o
Światłościach, o ciemnym, bo szemranym spadaniu
Z kompasu, stu dwudziestu latach, jakich nie da
Nikomu i niczemu ocean, choć dałby
Sam środek czegoś bliżej nieokreślonego
W symbolice okrętu. Podzielili się po
Pół, z grubsza, nie dbając o finezję w prawieniu
Sobie uprzejmości. Och, uśmierzony bólu,
Scedowany na jeszcze późniejsze adresy
Zamieszkania. Dzień po dniu rozbierana nocy –
Udław się w gardle statku. Rzecz prosta jak nazwa
Wyspy oderwana od swojego początku.
Tutaj nie ma ciemności: tylko głębiej, głębiej.

Pieśń siedemnasta
Niezasiedlona jeszcze dzisiaj ziemia. Nagła
Teraźniejszość podróży i rozgrzany piasek
Unoszący się za dniem w powietrzu. W oddali –
Przesuwające się po rozwidlonym gryfie
Współbrzmienia okrętowych syren. Spływające
Błękitną strugą niebo – na czubki drzew oraz
Minuty odmierzane wewnątrz botaniki.
Trudy w rozpoznawaniu ulic. Poetyka
Lotu i znikające ślady stóp. Bagaże.
Rozebrane bagaże, opróżnione do snu,
Oddane nieznajomym ciałom obsługi i
Formularzom obsługi. Strzeliste arpeggia,
Wzgórza falujące za nową ziemią. Stara,
Niezasiedlona jeszcze ziemia. W tym momencie –
Dialog dwóch oddalonych o morza warunków
Latarni. Latarnie na wyspach, wyłączone
Z użycia, wskazujące zagubionym oczom
Kierunek zagubienia. Wyjątki na mapie.
Unoszące się widmo teraźniejszości. Duch
Prawa spadający na ramię państwa. Gęsta,
Legislacyjna mgła, a w niej zobowiązania:
Zobowiązany, aby przekazać na rzecz. Dno
Oceanu i na nim zbudowane miasto.
Na zawsze fikcja. Zejście na dno, portugalskie
Złoto. Lub brazylijskie złoto. Albo wełna
Za złoto. Opowieść o lizbońskich bankierach
Rozpuszczających złoto w winie. Palácio da
Bolsa. Umowy równie fikcyjne, co skarbiec –
Tam, trzynaście pokoleń wstecz. Trzęsienie ziemi,
Historia zatrzymana na wysokości gwiazd.
Kosmos. Sentymentalna barwa. Kasetowy
Odtwarzacz Sony TC-50. Apollo,
Łzawy ton thereminu. Muzyka z Księżyca
Prawie trzysta tysięcy kilometrów ponad
Powierzchnią Ziemi, dzisiaj, właśnie dzisiaj, jeszcze
Niezasiedlonej. Życie składające się z grot,
Jaskiń, eremitoriów, oranżerii, altan,
Świątyń, kwater o rzucie sześcioramiennych gwiazd.
Historyczne życie i teraźniejsze życie.
Zbankrutowane życie. Opuszczone sale
Sądowe i wyroki słane drogą morską.
Uśredniona historia. Nadymające się,
Ciągnące swoje długie warkocze komety.
Rozgwiazdy, ośmiornice. Fontanny, lipowe
Boskiety, taras górny oraz taras dolny.
Przerośnięty karmiciel. Załamujący się
Pod naporem złota most – wielki i drewniany,
Jednokierunkowy most. Odbicie całego
Państwa w spokojnej wodzie. Rozbieżne latarnie.
Łut szczęścia i dalekie, dalekie południe.
W tym samym czasie, kiedy kolejne setki spółek przystosowywały się powoli do nowych warunków życia – inne umierały, przepuściwszy przez siebie zlepek pieśni złożonych z co najmniej kilku nieprzystających do siebie światów – niezapełniona dotąd konturowa mapa, wisząca w jednym z gabinetów prezesa między tarczą do rzutek a oprawioną w szkło koszulką hiszpańskiego klubu, obradzała wątłymi jeszcze, ale już wwiercającymi się w wybrane punkty strategiczne, długimi mackami oraz towarzyszącymi im nazwami mórz, miast i jezior. Tak osiedlał się powoli na lądzie nowy morski moloch, którego narodziny powinien zwiastować osobny rozdział nauk kartograficznych, wyłaniająca się z pobocznych scenek zwierzęcych, zagęszczających się stopniowo bordiur, ozdobna litera „A”, od której w odpowiednich warunkach rozpoczęlibyśmy naszą historię. Być może nie da się opowiedzieć o losach spółki, w której byłem zatrudniony, poza mapą i atramentem, ale czy podjęlibyśmy się w ogóle próby rozstrzygnięcia sporu, co było pierwsze – ta jedna ośmiornica, której obraz powoli wyłaniał się spod gładkiej powierzchni arkusza, czy nasze przedsiębiorstwo? Może ktoś nas ubiegł albo znów byliśmy o kilka kroków za działaniami zarządu, kiedy kropla sepii zaczęła obrastać wrzecionowatą floraturą, rozgałęziać się, śmiało odkrywać nieznane pola pustych marginesów? Wyobrażamy sobie te niewyjaśnione narodziny, kiedy ośmiornica dociera także tu, do gabinetu prezesa – czy cezurą byłoby pierwsze uderzenie giełdowego dzwonu? A może pierwsze udane rozszerzenie kapitału firmy na sąsiednie państwa? Co z fundacjami wspierającymi spółkę, często już zagnieżdżonymi w krajach ościennych?
Choć opowiedzenie całej historii atramentu, wywiedzionej z niczego innego jak ze stałej obserwacji czerniejącej powoli plątaniny macek, mogłoby być samo w sobie wyjątkowo ekscytujące, to nas interesuje przede wszystkim ów szczególny moment zawiązywania się drapieżnych sojuszy, kiedy nic nie jest jeszcze przesądzone, ale wiemy doskonale, że coś na kształt ostrego zwarcia pomiędzy równorzędnie rozwijającymi się podmiotami tego sojuszu ostatecznie musi się wydarzyć. Uchwyćmy dobrze ten moment – mackom, które rozpoznajemy po niewielkich przyssawkach, w kartograficznej legendzie widniejących pod znakiem kropki, bliżej jest, póki co, do ozdobnego inicjału, rozrastających się skromnie pędów akantu niż do nagich mięśni wychylających się wprost z wnętrza oceanu. Jeszcze nie rozrośnięty dziko organizm, bijący na oślep swoją pomnożoną masą, a ledwie kilka chudych zawijasów – tak przynajmniej prezentuje się tajemnicze zwierzę, na które od czasu do czasu spoglądam znudzony, w trakcie pilnego spotkania zorganizowanego w najprzestronniejszym z biurowych pomieszczeń. Te z pozoru anemiczne ramiona, niemrawe kończyny mocujące się z morowym powietrzem, zdołały już jednak owinąć wokół siebie całkiem spory kawałek kraju, między innymi Olsztyn, Ostrołękę czy Ostrów Mazowiecką, a kilka miast wojewódzkich, które mają w najbliższym czasie paść łupem korporacyjnych Ośmiorniczek, ledwie wyślizgiwało się z ich uścisków. Wszystkie macki prowadzą do Bałtyku, gdzie ze szczytu rozwijającego się ornamentu spogląda na mnie ledwie wystająca ponad powierzchnię wody głowa, ośmiornica w fazie początkowej swojego rozwoju, czekająca na odpowiedni moment, żeby wyciągnąć pozostałe ramiona i zarysować niczym cyrklem swoją obecność w świecie. Dopiero po nieco bliższym spojrzeniu na tę wynurzoną delikatnie czaszkę zauważam, że będące jej przedłużeniem ramiona – już dość powykręcane, połamane – uginają się pod wpływem nieznajomej siły, jakby zapierając się trzymanego mocno skrawka ziemi; coś albo wciąga zwierzę z powrotem do wody, albo zmuszone balansować między lądem a jakimś nieodkrytym, podwodnym królestwem rozciąga się między swoimi dwoma przeciwieństwami.
Och, byleby tylko nasza nierozwinięta jeszcze do końca, papierowa ośmiornica odnalazła swoją zagubioną rodzinę – galerię wielkich postaci, które rysownicy tak ochoczo umieszczali na swoich szkicach dziesiątki lat temu, a z którymi kartografowie, nie stroniąc od gigantomanii, utożsamiali całe państwa. Żebyś, niewielki punkciku przesuwający się po horyzoncie biura, nie poddawał się do końca i w ślad za swoimi przodkami stworzył prawdziwe imperium – jak choćby to „Imperium na kółkach”, które trzęsło Nowym Jorkiem za czasów Van Wycka. Przypatrz się tylko temu wąsatemu mężczyźnie ze zdjęcia – jego podobiźnie uwiecznionej przed cudowną przemianą ramion w macki, a korpusu w trzęsącą się pod guzikowaną stalą maszynę parową – czy nie odczuwasz z nim głębszego powinowactwa nieskrępowanych ruchów, jakimi zaraz ten zagarnie dla siebie całe miejskie światło? „Manhattan i Brooklyn w kieszeni Williama Whitneya, wielkiego finansisty, właściciela i społecznika!” – głosiła prasa w 1899 roku, ujawniając nazwisko cichej, skromnej postaci odpowiedzialnej nie tylko za działanie każdej niemal latarni w Nowym Jorku, ale też między innymi za tory łączące to miasto z Bostonem. Czy nie widziałabyś siebie w starej angielskiej rodzinie, która najpierw wzbogaciła się na bawełnianej gorączce i przemyśle włókienniczym, później, gdy tylko stal i para opanowały Amerykę, oplotła sobie połączeniami kolejowymi, niczym lassem, ów kraj wokół palca, aż w końcu, gdy nie starczyło jej już miejsca na lądzie, musiała przenieść się ze swoimi transkontynentalnymi ambicjami na szerokie wody obu największych oceanów? Popatrz tylko, jak ów potężny głowonóg, pod postacią amerykańskiej floty ciągnącej ramionami swoich żołnierzy wszystkie trusty przemysłowego imperium Whitneyów, powraca w końcu do swojego naturalnego środowiska, wpływa między ośmiornice z innych krajów i swobodnie dryfuje po kipieli – bez kierunku, ale z pełną kontrolą nad ruchami wody. […]
Miejsca zebrane, elegia (fragment)
3.
To równie dobrze mógłby być początek późniejszej elegii:
Nikt nie wysyła już listów w państwie duńskim –
nocki, rozdzielanie paczek jako
podpora życia; wysyłanie,
odsyłanie, reklamacje.
Fatalne straty.
Przekształca się Pocztę Polską
w spółkę akcyjną dla uniknięcia strat.
Odtąd każdy wysyłany list był obciążony długiem,
w każdej kopercie – odliczone wykupienie z długu.
Dane liczbowe i wykresy – tak czule rozmówione
między sobą o stratach – wędrowały od martwego miasta
do martwych placówek.
Urzędy pocztowe, przeobrażone w końcu
w świątynie kredytu, stały się miejscem odkupienia,
gdzie pracownice przychodzą spłacać swoje długi
zaciągnięte pracą w publicznych usługach.
Tak, powinny były się spłacić.
Powinny były dokładać się do każdego nadania
albo ofiarować coś nadaniom od siebie.
Powinny były udzielać kredytów na imiona
swoich bliskich zmarłych.
Powinny były wpisywać je do ewidencji,
z modlitwą o pobożne prace po pięknej śmierci.
Powinny były odkładać dni na wykupienie,
a każdy niewykorzystany dzień spalać
jak nieważny pieniądz.
Powinny były sprzedać cały świat
dla wykupienia go z astronomicznego długu
(ponoć widocznego nawet z kosmosu),
dla wykupienia całych pokoleń
wychowanych na stratach i niespójności.
Powinny były zaciągnąć się na listy kredytowe,
zobowiązania hipoteczne na rzecz
fatalnych strat państwa.
Powinny były odkładać górę złota
sięgającą słońca spalonego długiem – najcenniejszego
spośród wszystkich paliw.
Powinny były sprzedać wieżę z kości słoniowej,
ucho igielne i przylądek Horn wraz z Przylądkiem
Dobrej Nadziei.
Powinny były zakopać się w wezwaniach do spłaty
jak w śmierci, tak,
powinny były.
To równie dobrze mógłby być początek późniejszej elegii:
Nikt nie odbiera już listów w państwie duńskim.