wywiady / o książce

Tęcza dotyka ziemi

Rafał Wawrzyńczyk

Wojciech Kopeć

Rozmowa Rafała Wawrzyńczyka z Wojciech Kopciem, towarzysząca premierze książki Wojciecha Kopcia Siedemnaście pieśni wyprowadzonych z przypadku, wydanej w Biurze Literackim 9 czerwca 2026 roku.

Rafał Waw­rzyń­czyk: Napi­sa­łeś Pieśni, podró­żu­je­my w nich po całym świe­cie i stu­le­ciach histo­rii bia­łe­go czło­wie­ka – zna­la­złem nawet cytat z Hezjo­da – oraz czy­ta­my o astro­lo­gii, pie­nią­dzu i flo­renc­kich ban­kie­rach. Ma się wra­że­nie, że lada moment zza rogu wyłoni się słyn­na USURA… Czy to wiel­ki powrót Poun­da na sce­nę pol­skie­go wier­sza?

Woj­ciech Kopeć: Czy powrót – może i tak, cho­ciaż Pound nie jest prze­cież zupeł­nie nie­obec­ny. Przy­po­mi­na mi się cho­ciaż­by 0°dll Patric­ka Leftwi­cha, on chy­ba moc­no inspi­ro­wał się Can­tos (przy­naj­mniej na tyle, na ile koja­rzę ten wątek z roz­mów z Patric­kiem). I dla Justy­ny Kuli­kow­skiej pew­nie też w jakimś stop­niu był to waż­ny poeta, sko­ro frag­ment jed­ne­go z jego wier­szy przy­ję­ła za mot­to swo­jej książ­ki. Ale rze­czy­wi­ście, cha­rak­te­ry­stycz­ny dla Poun­da histo­rycz­ny roz­mach w – prze­pra­szam bar­dzo za to okre­śle­nie – opie­wa­niu świa­ta to nie tak zno­wu czę­sta rzecz na naszym polet­ku. Ta zama­szy­stość poety­ki i ambi­cja, żeby np. pra­co­wać na wiel­kich poję­ciach, strasz­nie mi się podo­ba u Puwal­skiej (któ­ra jest teraz jed­ną z moich ulu­bio­nych poetek), ale ją inte­re­su­ją przede wszyst­kim „abs­trak­ty”. Zresz­tą moja poprzed­nia książ­ka też była moc­no abs­trak­cyj­na i chy­ba zaczę­ło mi bra­ko­wać kon­kre­tu – może się­gnię­cie po histo­rię było dla mnie jedy­ną moż­li­wo­ścią, żeby nie popaść w wydmusz­ko­wa­tość, jeśli mogę tak powie­dzieć?

Tak czy ina­czej, kie­dy pierw­szy raz pomy­śla­łem o tym, że mógł­bym napi­sać cykl poetyc­ki (żeby nie fik­so­wać się stric­te na książ­ce poetyc­kiej jako cało­ści), któ­ry był­by moż­li­wie odpod­mio­to­wio­ny (zno­wu: moż­li­we, że potrze­bo­wa­łem tego po bar­dzo pod­mio­to­wej książ­ce numer trzy), nie wie­dzia­łem, że zawę­dru­ję w oko­li­ce histo­rycz­no-ese­istycz­ne. Ale te bar­dzo mini­mal­ne zało­że­nia, któ­re powzią­łem (z grub­sza: cykl odpod­mio­to­wio­nych wier­szy o zewnę­trzu), w dość natu­ral­ny spo­sób zapro­wa­dzi­ły mnie i do Hezjo­da, i histo­rii gieł­dy. A, wcze­śniej była jesz­cze fascy­na­cja Pacy­fi­kiem, ale o tym może póź­niej. Wra­ca­jąc jesz­cze do Poun­da: impo­nu­je mi w jego pie­śniach to, jak potra­fił budo­wać nar­ra­cję na frag­men­tach – któ­re prze­cież nie były zupeł­nie odda­lo­ny­mi od sie­bie zda­nia­mi, wręcz prze­ciw­nie. Raczej fik­so­wał się na jakimś wycin­ku histo­rii albo, powiedz­my, jakimś zagad­nie­niu i te zda­nia two­rzy­ły coś w rodza­ju kon­ste­la­cji, może sło­wo: zarys albo szkic było­by tu odpo­wied­nie. I tego rodza­ju juk­sta­po­zy­cja, któ­ra nie pole­ga na zde­rza­niu ze sobą róż­nych porząd­ków, tyl­ko wła­śnie takim obry­so­wy­wa­niu zagad­nie­nia, wyda­ła mi się na pozio­mie pra­cy nad Sie­dem­na­sto­ma pie­śnia­mi czymś nie­zwy­kle inte­re­su­ją­cym.

A jed­nak pieśni są „wypro­wa­dzo­ne z przy­pad­ku”, jak stoi w tytu­le książ­ki. Wyja­śnisz, na czym pole­ga­ła jego rola? W sen­sie, rola przy­pad­ku. Być może ktoś się w tym momen­cie zasta­na­wia, jak moż­na go pogo­dzić z mniej lub bar­dziej sfor­ma­li­zo­wa­ny­mi zało­że­nia­mi kon­struk­cyj­ny­mi i obry­so­wa­niem zagad­nień.

Ta kwe­stia przy­pad­ku jest dość pod­chwy­tli­wa, a przy­naj­mniej chcia­łem, by taka była. Żeby nie zdra­dzić zbyt wie­le: moż­na „wypro­wa­dzać” z przy­pad­ku w sen­sie „wywo­dze­nia” (tak jak wypro­wa­dza się mate­ma­tycz­ne twier­dze­nie), ale moż­na też, bar­dziej dosłow­nie, „opu­ścić” przy­pa­dek, „odejść od” przy­pad­ku. I cał­kiem spo­ro jest momen­tów w książ­ce, w któ­rych sta­ram się tę przy­pad­ko­wość zba­dać – na ile rze­czy, któ­re za przy­pad­ko­we ucho­dzą, fak­tycz­nie takie są, a na ile deter­mi­nu­je je histo­ria, struk­tu­ry eko­no­micz­ne itd. Zesta­wia­nie ze sobą pozor­nie luź­no powią­za­nych ele­men­tów czę­sto pozwa­la te róż­ne ukry­te połą­cze­nia wydo­być. Ktoś mógł­by pomy­śleć, co mają zja­wi­ska pogo­do­we do flo­renc­kich ban­kie­rów albo do śre­dnio­wiecz­nych Kata­rów, a ja chcia­łem poka­zać, że jed­nak mają cał­kiem spo­ro.

Bar­dzo koja­rzy mi się to z tym, co dzie­je się w ese­jach Elio­ta Wein­ber­ge­ra.

O, to bar­dzo cie­ka­we, że o tym piszesz. Przy­znam, że nigdy nie prze­czy­ta­łem w cało­ści żad­nej z ksią­żek Wein­ber­ge­ra, choć roz­ma­wia­łem o Rze­czach pierw­szych z co naj­mniej trze­ma oso­ba­mi. I chy­ba pokło­siem jed­nej z takich roz­mów była myśl o napi­sa­niu tomu ese­jów, w mię­dzy­cza­sie poja­wi­ła się fascy­na­cja ryba­mi głę­bi­no­wy­mi i gło­wo­no­ga­mi (nawet zało­ży­łem z moim przy­ja­cie­lem Szy­mo­nem Domań­skim Jaw­ne Sto­wa­rzy­sze­nie Przy­ja­ciół Gło­wo­no­gów i Ryb Głę­bi­no­wych). Dla­cze­go ja wte­dy tego Wein­ber­ge­ra nie prze­czy­ta­łem w cało­ści? W sumie nie wiem. To tro­chę głu­pie, ale może bałem się, że zbyt łatwo pochło­nę książ­kę i cze­ka­łem na moment, w któ­rym moje zain­te­re­so­wa­nie tego rodza­ju ese­jem (rozu­mia­nym na tyle, na ile jestem w sta­nie zre­kon­stru­ować tek­sty Wein­ber­ge­ra z roz­mów z moimi zna­jo­my­mi, czy­li z jakiejś trze­ciej ręki) tro­chę opad­nie.

Ale wra­ca­jąc do pisa­nia: z jed­nej stro­ny po pro­stu chcia­łem spró­bo­wać cze­goś nowe­go, z dru­giej – w tam­tym momen­cie mia­łem już goto­wą zasad­ni­czą część książ­ki poetyc­kiej (zda­je się, że trzy­na­ście pie­śni), któ­ra moc­no cią­ży­ła w kie­run­ku cze­goś, co robo­czo nazwał­bym może „wier­szem ese­istycz­nym”. Wiem, że esej to strasz­nie pojem­na kate­go­ria, któ­ra w zasa­dzie nie wia­do­mo, co mie­ści. Ja mam na myśli zwłasz­cza wiersz tro­chę mean­dru­ją­cy, ale zako­rze­nio­ny w opo­wia­da­niu o jakimś kon­kret­nym zda­rze­niu, histo­rii, rze­czy itd. Tro­chę dys­kur­syw­ny, ale jak to w ese­ju – otwie­ra­ją­cy furt­kę na więk­szą swo­bo­dę myśli. W każ­dym razie – spo­sób pra­cy nad wier­szem, któ­ry wyma­gał ode mnie, żeby zro­bić rese­arch, poczy­tać o Kata­rach albo o tym, jak róż­nie opi­sy­wa­no w lite­ra­tu­rze ośmior­ni­ce (od Gre­ków, przez Dar­wi­na aż po póź­niej­sze, zwłasz­cza ame­ry­kań­skie przed­sta­wie­nia kon­cer­nów naf­to­wych), był dla mnie nie­sa­mo­wi­cie ożyw­czy. Przy poprzed­nich trzech książ­kach nawet by mi do gło­wy nie przy­szło, że two­rząc wiersz, mogę wyko­nać pra­cę podob­ną do tej, któ­rą zna­łem wcze­śniej tyl­ko z pisa­nia tek­stów nauko­wych czy ewen­tu­al­nie kry­tycz­nych.

Dobra, to co z tymi pró­ba­mi pro­za­tor­ski­mi? Coś tam sobie pobocz­nie, nie­zo­bo­wią­zu­ją­co pisa­łem – wciąż w dia­lo­gu z pie­śnia­mi. I nagle te pro­zy zaczę­ły się roz­wi­jać w nie­co nie­spo­dzie­wa­nym dla mnie kie­run­ku, zaczę­ły poja­wiać się strzęp­ki fabu­ły, tro­chę prze­my­śleń doty­czą­cych lite­ra­tu­ry w ogó­le, jakieś wąt­ki pole­micz­ne, gdzie indziej coś, co mia­ło być frag­men­tem dra­ma­tycz­nym. Tro­chę na takiej zasa­dzie, że jest jakiś tok nar­ra­cyj­ny i na potrze­by roz­wi­ja­nia się tegoż dobie­ra się róż­ne forem­ki, któ­re aku­rat pozwa­la­ją cie­ka­wiej uchwy­cić dany moment myśli. Wyda­je mi się, że Anne Car­son robi coś podob­ne­go i jest feno­me­nal­na. I chy­ba wte­dy, gdy ujrza­łem tę róż­no­rod­ność w powo­li rodzą­cej się książ­ce pro­za­tor­skiej, pomy­śla­łem: a jak­by spró­bo­wać zro­bić to samo na pozio­mie takie­go kon­struk­tu, jakim jest „książ­ka poetyc­ka”? Mam ostat­nio spo­ro myśli tyczą­cych się tego, jak roz­wi­ja­ła się na prze­strze­ni ostat­nich kil­ku­dzie­się­ciu lat idea książ­ki poetyc­kiej. Że w pew­nym momen­cie poja­wił się jej pro­to­typ w posta­ci trzy­dzie­stu paru wier­szy, zwią­za­nych dość luź­no jakimś jed­nym konceptem/tematem. Takich ksią­żek, zwłasz­cza parę lat temu, powsta­wa­ło bar­dzo dużo (tro­chę w opo­zy­cji do „tomi­ku” i „zbio­ru wier­szy” czy „książ­ki z wier­sza­mi”), a teraz mam wra­że­nie powsta­je coraz wię­cej pro­po­zy­cji, któ­rą sta­ra­ją się obejść ten para­dyg­mat. To zna­czy – cało­ścia­mi mogą być poema­ty, cykle, a nie­ko­niecz­nie „książ­ka poetyc­ka”. Myślę o tym, jak to funk­cjo­no­wa­ło w zło­tych cza­sach moder­ni­zmu, i prze­cież rzad­ko kie­dy myśli­my o kon­kret­nych książ­kach np. Ril­ke­go, raczej o jego cyklach, Ele­giach duinej­skich, Sone­tach do Orfe­usza itd. Podob­nie z wcze­śniej przy­wo­ły­wa­nym Poun­dem – oczy­wi­ście ujmo­wał kolej­ne pie­śni w ramach odręb­nych publi­ka­cji, ale był to raczej wtór­ny podział albo ina­czej: dość mało zna­czą­cy. I moje pró­by obej­ścia „książ­ki poetyc­kiej” na róż­ne spo­so­by (umiesz­cze­nie w cen­trum cyklu, róż­no­rod­ność gatun­ko­wa) to tro­chę wynik fascy­na­cji, że całość moż­na sobie róż­nie skon­cep­tu­ali­zo­wać. Bo osta­tecz­nie to, co w danym momen­cie histo­rycz­nym ucho­dzi za for­mę domi­nu­ją­cą, jest bar­dzo uza­leż­nio­ne od tego, w jakim sys­te­mie eko­no­micz­nym żyje­my, jak wyglą­da rynek wydaw­ni­czy, jak dzia­ła­ją maszy­ny pro­mo­cyj­ne i tak dalej. A myśl, że mógł­bym wypra­co­wy­wać sobie jakąś for­mę na potrze­by dane­go dzie­ła, tak jak­by każ­do­ra­zo­wo zasta­na­wia­jąc się, jak skon­stru­ować w jego obrę­bie świat przed­sta­wio­ny, wyda­je mi się nie­zwy­kle pocią­ga­ją­ca i dają­ca dużo swo­bo­dy.

Aha, a zaczę­ło się od Wein­ber­ge­ra, mam nadzie­ję, że w moich dygre­sjach znaj­dziesz odpo­wiedź na swo­je pyta­nie.

Sko­ro już wspo­mnia­łeś o Sto­wa­rzy­sze­niu Przy­ja­ciół Gło­wo­no­gów, to nie ma rady: musisz opo­wie­dzieć, jak to było z Two­ją fascy­na­cją „wiel­kim przed­się­wzię­ciem, kryp­to­nim »Pacy­fik«”, jak piszesz w wier­szu. No i oczy­wi­ście – o naczel­nej chy­ba figu­rze książ­ki, czy­li ośmior­ni­cy. Nie wiem, czy zda­jesz sobie spra­wę, że o Two­im tomie będzie się mówi­ło „ten z ośmior­nicą”, nie­ko­niecz­nie uży­wa­jąc jego peł­ne­go tytu­łu. Takie jest przy­naj­mniej moje pro­roc­two, haha.

Bar­dzo moż­li­we, że koń­co­wy pro­jekt okład­ki jesz­cze upraw­do­po­dob­ni two­je pro­roc­two. Ale nie mam nic prze­ciw­ko: o książ­ce Szy­mo­na Biry też się mówi­ło „ten z gory­lem na okład­ce” – nie 3.1., a to świet­ny tom. Mam zresz­tą doświad­cze­nie w sto­so­wa­niu trud­nych do zapa­mię­ta­nia tytu­łów; nie wiem, czy kto­kol­wiek z wyma­wia­ją­cych tytuł moje­go debiu­tu, zro­bił to pra­wi­dło­wo (przyj­mę? wyj­mę? odej­mę?).

Dobra, ale kro­to­chwi­le na bok. Żeby odtwo­rzyć całą histo­rię, jak to z tym oce­anem było, muszę zro­bić parę dobrych kro­ków wstecz, ale obie­cu­ję, że dobi­je­my do brze­gu. Gdzieś na pozio­mie dru­giej książ­ki zaczę­ły mnie inte­re­so­wać „sza­re pola” lite­ra­tu­ry. Książ­ki będą­ce z dzi­siej­sze­go punk­tu widze­nia zupeł­ny­mi ramo­ta­mi, któ­ry­mi nikt oprócz zapa­lo­nych pasjo­na­tów i stu­den­tów polo­ni­sty­ki się nie zaj­mu­je. Oświe­ce­nio­wa dra­ma miesz­czań­ska, Żywot czło­wie­ka poczci­we­go, powieść pro­duk­cyj­na, ale też: kalen­da­rze, porad­ni­ki, wróż­by, jakieś efe­me­rycz­ne dru­ki ulot­ne. Cały ogrom tek­stów, któ­re sta­no­wią histo­rycz­ne tło; nie są uni­wer­sal­ne, wręcz prze­ciw­nie – są cał­ko­wi­cie ule­pio­ne z cza­su, w któ­rym powsta­ły.

Kie­dy dotar­łem do tego miej­sca, któ­re robo­czo nazwa­łem sobie: „lite­ra­tu­ra użyt­ko­wa”, spo­strze­głem całe nie­od­kry­te prze­strze­nie podob­nie „użyt­ko­wej” muzy­ki. I to są nie­praw­do­po­dob­ne rze­czy. Muzy­ka lounge’owa, easy liste­ning, muzak, libra­ry music, no i w koń­cu – exo­ti­ca. Dowie­dzia­łem się o takim feno­me­nie jak kul­tu­ra tiki. Po dru­giej woj­nie świa­to­wej Ame­ry­ka­nie potrze­bo­wa­li cze­goś na kształt miej­sca, któ­re będzie poza cza­sem i prze­strze­nią, tro­chę na zasa­dzie „raj­skie­go” zewnę­trza: wiecz­ne waka­cje w sztucz­nie wypre­pa­ro­wa­nej, wydzie­lo­nej prze­strze­ni. Coś, co pozwo­li­ło­by im poczuć się jak w domu, przy jed­no­cze­snym wra­że­niu odda­le­nia, zamro­że­nia cza­su. Oczy­wi­ście stu­dia post­ko­lo­nial­ne, kry­ty­ki orien­ta­li­zmu itd. daw­no już to odkry­ły, nie będę więc się nie­po­trzeb­ne powta­rzał. Dla Ame­ry­ki lat 50. takim „dale­kim-ale-bli­skim miej­scem” były przede wszyst­kim trak­to­wa­ne zbior­czo kul­tu­ry naro­dów Pacy­fi­ku; powsta­wa­ły jakieś strasz­nie kiczo­wa­te rzeź­by mają­ce imi­to­wać reli­gij­ne posą­gi, miesz­kań­cy sub­ur­biów sta­wia­li je sobie w ogród­kach, roz­wi­ja­ła się cała kul­tu­ra kok­taj­lo­wa. Wte­dy też poja­wi­ły się na więk­szą ska­lę tury­stycz­ne loty trans­oce­anicz­ne. No i muzy­ka.

Exo­ti­ca, któ­ra powsta­wa­ła na począt­ku lat 50., to chy­ba pierw­sze jaskół­ki cze­goś, co moż­na nazwać „awan­gar­do­wym popem”. Zaczę­to two­rzyć muzy­kę ści­śle stu­dyj­ną – nagra­nia, któ­re nie są tyl­ko pro­stym prze­ło­że­niem żywe­go wyko­na­nia na pły­tę, ale w obrę­bie któ­rych kom­bi­nu­je się jakoś z brzmie­niem, korzy­sta się z nowych moż­li­wo­ści stu­dia, przede wszyst­kim ze ste­reo­fo­nii, mani­pu­lu­je się dźwię­kiem. W tych warun­kach naro­dzi­ła się prak­ty­ka słu­cha­nia muzy­ki w domu, w wydzie­lo­nej prze­strze­ni; sia­dasz przed zesta­wem ste­reo, zamy­kasz oczy i znaj­du­jesz się w Tokio, Hono­lu­lu, Hong-Kon­gu, gdzie tyl­ko chcesz. I jasne, że exo­ti­ca była muzy­ką korzy­sta­ją­cych z nie­praw­do­po­dob­nych uprosz­czeń kul­tu­ro­wych, ale był w niej ten nie­sa­mo­wi­cie fascy­nu­ją­cy nerw „wybie­ga­nia w przy­szłość” – adap­to­wa­nia awan­gar­do­wych tech­nik pro­duk­cji, pró­by wpla­ta­nia muzy­ki elek­tro­nicz­nej (the­re­min!), i to wszyst­ko w ramach w grun­cie rze­czy bzdur­ko­wa­tych kom­po­zy­cji; z dzi­siej­sze­go punk­tu widze­nia – zupeł­nie nie­atrak­cyj­nych sta­ro­ci.

Jesz­cze z innej stro­ny – czy Pacy­fik nie jest naj­zwy­czaj­niej w świe­cie PRZERAŻAJĄCY? Te wszyst­kie wysep­ki, ato­le roz­sia­ne po geo­gra­ficz­nej pust­ce; ogrom­na prze­strzeń, któ­rej nie jeste­śmy w sta­nie zigno­ro­wać, bo jak­kol­wiek byśmy pró­bo­wa­li wypie­rać ist­nie­nie tych wszyst­kich głę­bin i żyją­cych w nich gło­wo­no­gów i wie­lo­ry­bów, to one cały czas . I może­my myśleć o Pacy­fi­ku jako o błę­kit­nej pla­mie z bro­szur­ki zapra­sza­ją­cej nas na wcza­sy, jak o jakimś „nigdzie”, ale prze­cież upior­na mate­rial­ność tego „nigdzie” cały czas pra­cu­je. W wyni­ku glo­bal­ne­go ocie­ple­nia spo­rej czę­ści tych wysp (na przy­kład Male­di­wów) za sto lat nie będzie i to jest bar­dzo doj­mu­ją­ce.

Ha, czy­li być może brzeg nam już daw­no uciekł i nigdy do nie­go nie dobi­je­my.

No to co, tak w sumie chy­ba pły­wa się po tych oce­anach. Przy­po­mnia­łeś mi, że ciągle nie obej­rza­łem Paci­fic­tion Ser­ry; to jest film, któ­re­go ist­nie­nie od cza­su do cza­su wynu­rza się na powierzch­nię mojej świa­do­mo­ści, zbie­ram się wte­dy do zdo­by­cia go, robię jakieś zakład­ki w prze­glą­dar­ce, ale potem nie dopi­nam spra­wy, zapo­mi­nam, roz­wie­wa się to jak mgła w tro­pi­kach. Że tak poetyc­ko powiem. Chciał­bym, żeby­śmy pomó­wi­li jesz­cze o wąt­kach auto­bio­gra­ficz­nych w Two­jej książ­ce. Bo nie jest tak, że lata­my w niej tyl­ko po Mikro­ne­zji, ale, cze­mu nie, prze­dzie­ra­my się też przez chasz­cze przy opusz­czo­nej bocz­ni­cy w Tar­no­brze­gu. Albo słu­cha­my szu­mu open spa­ceu w call cen­ter.

Nie dość, że wąt­ki auto­bio­gra­ficz­ne, to jesz­cze ubra­ne w auto­fik­cję. Zatem jeste­śmy na anty­po­dach tego, co do tej pory pisa­łem; gdzie mi tam było do odsła­nia­nia, wywle­ka­nia rodzin­nych histo­rii. Ale pomy­śla­łem – a jak­by tę auto­fik­cję, któ­ra zresz­tą (podob­nie jak repor­taż) nie­szcze­gól­nie mnie inte­re­su­je jako czy­tel­ni­ka (moż­li­we, że nie­słusz­nie – nie chcę roz­strzy­gać tej kwe­stii), ugryźć od innej stro­ny? Stąd wziął się wiersz o tym, że u mnie w domu rodzin­nym nie było żad­nych demo­nów prze­szło­ści, że nie potrze­bu­ję ROZLICZAĆ SIĘ, bo to mnie nie bar­dzo obcho­dzi. I poja­wia się co praw­da wątek „powro­tu do domu”, któ­ry od Eri­bo­na prze­nik­nął na nasz pol­ski grunt i jest obra­ca­ny wte i wewte, ale mnie para­dok­sal­nie w auto­fik­cji bar­dziej inte­re­su­je tło niż „ja” i rela­cje rodzin­ne. Chcia­łem napi­sać o roz­pa­dzie rze­czy­wi­sto­ści, któ­ry ma tutaj kon­kret­ne reali­za­cje (zamknię­cie się kopal­ni, wylud­nia­nie się byłe­go mia­sta woje­wódz­kie­go, ero­zje). To „ja” raczej mean­dru­je, wyła­nia się co jakiś czas z tła – pod tym kątem bli­ska jest mi pro­za Sebal­da. O, jesz­cze waż­nym punk­tem odnie­sie­nia było dla mnie On Land Bria­na Eno. Intu­icyj­nie wyda­wa­ło mi się, że jest w tej pły­cie coś podob­ne­go do atmos­fe­ry roz­pa­du z Pierście­ni Satur­na, a potem oka­za­ło się, że i Eno, i Sebald opo­wia­da­ją o tym samym miej­scu, o Suf­folk. To jeden z naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­cych albu­mów, jakie znam.

Wąt­ki auto­bio­gra­ficz­ne, o któ­re pytasz, są też obec­ne w krót­kich pro­zach mean­dru­ją­cych wokół pra­cy w kor­po. Bar­dzo nie chcia­łem, żeby to były po pro­stu „udziw­nio­ne” opo­wia­da­nia wykrzy­wia­ją­ce nud­ną rze­czy­wi­stość. Podob­nie jak w tych frag­men­tach „tar­no­brze­skich”, waż­ne jest dla mnie tło; to, co mnie jako pod­miot prze­ra­sta, wszyst­kie te cyfry, dane prze­le­wa­ją­ce się gdzieś dale­ko ponad gło­wą i ja wynu­rza­ją­cy się z nich od cza­su do cza­su. Zale­ża­ło mi na tym, by nie popaść w pisa­nie rodza­ju: „och, moja pra­ca jest tak nud­na” albo „och, moja pra­ca jest tak cięż­ka”. Piszę z pierw­szo­oso­bo­wej per­spek­ty­wy, ale nie­ko­niecz­nie ta pra­ca, któ­rą opi­su­ję, jest moja. Albo ina­czej: to, czy jest moja, nie ma aż tak duże­go zna­cze­nia.

Tak tak, to jak­by nie budzi żad­nych wąt­pli­wo­ści w lek­tu­rze. Jest tyl­ko taki sil­ny kon­trast, wiesz, kie­dy prze­cho­dzisz z tych wyso­ko nastro­jo­nych pie­śni do dru­giej czę­ści tomu, Ele­gii, i tam pada na przy­kład „nikt nie bie­gał wście­kle napruty/ wszy­scy sie­dzie­li / i nic się nie dzia­ło”. Bar­dzo to jest ożyw­cze, moim zda­niem. W ogóle cały ten roz­bu­do­wa­ny utwór – czy cykl utwo­rów? – któ­ry idzie pod mia­nem Ele­gii jest dla mnie atrak­cyj­ny przez swo­ją poli­fo­nicz­ność, ope­ro­wość nawet… Mówisz tam języ­ka­mi, przy­mie­rzasz sty­li­sty­ki, demon­stru­jesz róż­ne sta­ny sku­pie­nia wier­sza. Tu i tam sły­sza­łem echa Sosnow­skie­go i pomy­śla­łem sobie, że to zabaw­ne, widzieć po latach jego wyna­laz­ki zatrud­nio­ne do innej pra­cy. Zabaw­ne, a może nawet poucza­ją­ce. W pew­nym momen­cie opi­su­jesz upa­dek pocz­ty takim puen­ty­li­stycz­nym wier­szem, któ­ry widzia­łem chy­ba w Tęczy. Czy Po tęczy, nie­waż­ne. No więc prze­bie­gło mi przez myśl: aha, tu jest poko­le­nio­wa zmia­na. Tęcza dotknę­ła w koń­cu zie­mi.

Świet­nie, że tak widzisz tę róż­no­rod­ność, mnie też się ona podo­ba, haha. Pew­nie dało­by się z samych pie­śni zro­bić książ­kę (poja­wia­ły się myśli prze­róż­ne: „zrób z tego mate­ria­łu dwa tomy…”), ale mogło­by to być tro­chę zbyt cięż­kie; ja sam jako czy­tel­nik lubię jak książ­ka gra na kon­tra­stach kom­po­zy­cyj­nych. Kie­dy już wyda­je ci się, że przy­swo­iłeś sobie mate­riał, i wte­dy poja­wia się coś, co cię z tego poczu­cia zupeł­nie wytrą­ca.

Sosnow­ski to wiel­ki temat. Nie powiem, że jakoś bar­dzo wni­kli­wie śle­dzi­łem (czy raczej ze wzglę­dów metry­kal­nych – rekon­stru­owa­łem) recep­cję, ale mam pew­ną intu­icję; popraw mnie pro­szę, jeśli się mylę. Czy Sosnow­ski nie był czy­ta­ny jesz­cze kil­ka­na­ście lat temu w duchu dekon­struk­cji i róż­ne­go rodza­ju waria­cje na temat tej poezji nie sku­pia­ły się przede wszyst­kim na „her­me­tycz­no­ści języ­ka”? Wiesz, nie mówię np. o Pió­rze, któ­ry zresz­tą jest wiel­kim jaj­ca­rzem pol­skiej poezji, ale gdzieś tam mi migo­czą róż­ne prób­ki z Poło­wów, jakieś poje­dyn­cze publi­ka­cje, i pisać w idio­mie Sosnow­skie­go zna­czy­ło przede wszyst­kim pisać o „języ­ku”.

Zresz­tą Puł­ka jest chy­ba dobrym przy­kła­dem – tyl­ko w jego poezji jest o wie­le, wie­le wię­cej niż tyl­ko to zafik­so­wa­nie się na moż­li­wo­ściach bądź nie­moż­li­wo­ściach języ­ka. Póź­niej sam Sosnow­ski był już ina­czej czy­ta­ny i chy­ba ta odmien­na lek­tu­ra nade­szła wraz z falą poli­tycz­ne­go zaan­ga­żo­wa­nia. W każ­dym razie, to bar­dzo waż­ny dla mnie twór­ca, ale nie­ko­niecz­nie czy­ta­ny jako wiel­ki dekon­struk­tor języ­ka. Mnie się sza­le­nie podo­ba poezja, któ­ra bie­rze sobie na tapet, daj­my na to, poję­cie „pięk­na”, i na serio zasta­na­wia się, czym ono jest (tak, cho­dzi o Kuli­kow­ską). Oczy­wi­ście nie mam na myśli pro­stej jed­no­znacz­no­ści, ale wpi­sa­na w pro­jekt poetyc­ki „skoń­czo­ność”, to że gdzieś osta­tecz­nie lądu­je­my, doty­ka­my tej zie­mi albo przy­naj­mniej pró­bu­je­my, mimo tego, że zie­mia się od nas odda­la, jest dla mnie istot­ne. W innym wypad­ku może­my skoń­czyć na wiecz­nej wędrów­ce wokół Miko­ło­wa.

Ja myślę, że mało kto daję radę być na serio ode­rwa­nym przez dłuż­szy czas, musisz mieć do tego dobrze prze­my­śla­ne, jak ruszać pió­ra­mi. I widzieć tam w górze jakieś dość kon­kret­ne jed­nak dla sie­bie rze­czy. Co jest może nawet jakimś para­dok­sem. Ina­czej powsta­ją róż­ne odpi­sy­wan­ka, naśla­dow­nic­twa, sło­mia­ne arte­fak­ty kul­tu car­go. Dużo by mówić. Ale patrz, zno­wu jeste­śmy na Pacy­fi­ku [śmiech]. Nie boisz się, że zosta­niesz uzna­ny za czo­ło­we­go eko­po­etę, bo zają­łeś sobie naj­więk­szy akwen na świe­cie?

Ja z rado­ścią przyj­mę i taką łat­kę, pyta­nie, czy eko­po­eci i eko­po­et­ki chcie­li­by mnie w swo­ich sze­re­gach. Ostat­nio czy­ta­łem Sola­ry­sze Mar­ci­na Mokre­go i jest to dość odważ­na pró­ba posze­rze­nia pol­skie­go wier­sza eko­lo­gicz­ne­go. Wycho­dzi mu to napraw­dę bar­dzo dobrze: odzy­wa­ją się w nich Sło­piew­nie Tuwi­ma, gdzie indziej pobrzmie­wa Leśmian. Może po oce­anie przyj­dzie czas na mniej­sze akwe­ny, na przy­kład rze­ki. Zoba­czy­my.

O autorach i autorkach

Rafał Wawrzyńczyk

Ur. 1980 w Tomaszowie Mazowieckim. Pisuje o poezji i muzyce współczesnej. Laureat Grand Prix Konkursu Polskich Krytyków Muzycznych „Kropka” (2018), felietonista „Ruchu Muzycznego”. Razem z Miłoszem Biedrzyckim przełożył Błękitną wieżę Tomaža Šalamuna (2019), a z Dawidem Kujawą i Jakubem Skurtysem opracował wybór wierszy Jarosława Markiewicza Aaa!... (2020).

Wojciech Kopeć

Urodzony w 1998 roku. Poeta, redaktor wydawnictwa Kontent, krytyk literacki. Autor trzech książek poetyckich: przyjmę/oddam/wymienię (2021), jest taki konik (2023) oraz Klif, dywiz i sestyna (2024). Za tom jest taki konik otrzymał Nagrodę Literacką Gdynia (2024). Mieszka w Nowej Hucie.

Powiązania

Wahadło otwiera swoje pąki

recenzje / ESEJE Rafał Wawrzyńczyk

Recen­zja Rafa­ła Waw­rzyń­czy­ka, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki Pomyśl cia­ło jako czół­no, któ­re pło­nie Jaku­ba Gra­bia­ka, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 8 stycz­nia 2024 roku.

Więcej

Kiedy wydostaliśmy się w słoneczną przestrzeń

recenzje / ESEJE Dawid Kujawa Rafał Wawrzyńczyk

Posło­wie Rafa­ła Waw­rzyń­czy­ka i Dawi­da Kuja­wy do książ­ki Ra Grze­go­rza Wró­blew­skie­go, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 23 paź­dzier­ni­ka 2023 roku.

Więcej

Jeden z większych rewersów

wywiady / o książce Marlena Niemiec Wojciech Kopeć

Roz­mo­wa Woj­cie­cha Kop­cia z Mar­le­ną Nie­miec towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki cierp­kie, któ­ra uka­że się w Biu­rze Lite­rac­kim 28 listo­pa­da 2022 roku.

Więcej

Martwa natura ze spienionym mydłem

recenzje / ESEJE Rafał Wawrzyńczyk

Recen­zja Rafa­ła Waw­rzyń­czy­ka, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki Księ­ga rze­czy Ale­ša Šte­ge­ra w tłu­ma­cze­niu Miło­sza Bie­drzyc­kie­go, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 4 lip­ca 2022 roku.

Więcej

W sprawie pionu

recenzje / ESEJE Rafał Wawrzyńczyk

Recen­zja Rafa­ła Waw­rzyń­czy­ka towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki stresz­cze­nie pie­śni Jul­ka Rosiń­skie­go, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 21 mar­ca 2022 roku.

Więcej

Coś dla ojca

wywiady / o książce Marcin Mokry Rafał Wawrzyńczyk

Roz­mo­wa Rafa­ła Waw­rzyń­czy­ka z Mar­ci­nem Mokrym, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki żywe linie nowe usta, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 21 lute­go 2022 roku.

Więcej

Połów. Poetyckie debiuty 2005

dzwieki / WYDARZENIA Różni autorzy

Zapis całe­go spo­tka­nia autor­skie­go Domi­ni­ka Bie­lic­kie­go, Mar­ci­na Jago­dziń­skie­go, Łuka­sza Jaro­sza, Szcze­pa­na Kopy­ta, Rafa­ła Waw­rzyń­czy­ka, Mariu­sza Grze­bal­skie­go i Mar­ty Pod­gór­nik pod­czas Por­tu Wro­cław 2005.

Więcej

Dane są punkty A, B, C

recenzje / ESEJE Rafał Wawrzyńczyk

Recen­zja Rafa­ła Waw­rzyń­czy­ka, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki Utra­ta Ada­ma Kacza­now­skie­go, któ­ra uka­za­ła się w Biu­rze Lite­rac­kim 22 lute­go 2021 roku.

Więcej

Poetycka książka trzydziestolecia: rekomendacja nr 11

debaty / ankiety i podsumowania Rafał Wawrzyńczyk

Głos Rafa­ła Waw­rzyń­czy­ka w deba­cie „Poetyc­ka książ­ka trzy­dzie­sto­le­cia”.

Więcej

Karlheinz Rybicki

recenzje / ESEJE Rafał Wawrzyńczyk

Recen­zja Rafa­ła Waw­rzyń­czy­ka towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki Pod­ręcz­nik nauko­wy dla oni­ro­nau­tów (1998–2018) Rober­ta Rybic­kie­go, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 19 mar­ca 2018 roku.

Więcej

O Raju w obrazkach

recenzje / NOTKI I OPINIE Różni autorzy

Komen­ta­rze Kac­pra Bart­cza­ka, Ane­ty Kamiń­skiej, Kami­la Zają­ca i Rafa­ła Waw­rzyń­czy­ka o książ­ce Raj w obraz­kach D.J. Enri­gh­ta.

Więcej