Czy literatura jeszcze nas łączy
Inga Iwasiów
Głos Ingi Iwasiów w debacie „Czy jeszcze się słyszymy?”.
strona debaty
Czy literatura nas łączy? To pytanie jest osią wywodów teoretyków i praktyków od bardzo dawna, można by napisać podręcznik historii ze względu na kryterium tejże łączliwości. Jakie poematy stawiano w centrum dyskursów narodów, klas, ras, klas, estetyk, tożsamości? Które powieści nas rewoltowały? W 1980 roku ukazała się książka Stanley’a Fisha Is There a Text in This Class? The Authority of Interpretive Communities (Harvard University Press, 1980; wydanie polskie Interpretacja, retoryka, polityka. Eseje wybrane, red. Andrzej Szahaj, Universitas, Kraków 2002). Fish twierdził, że znaczenia tekstu nie wytwarza samotny czytelnik, lecz wspólnota odbiorców posługujących się podobnymi konwencjami i „strategiami interpretacyjnymi”. Dlatego różne, stosunkowo niewielkie grupy mogą czytać ten sam utwór odmiennie. Filozoficznie koncepcję tę podbudowały prace Richarda Rorty’ego, który pisał o wspólnotach uzasadniania. Rorty (Contingency, Irony, and Solidarity, Cambridge University Press, 1989, Przygodność, ironia i solidarność, przeł. Wacław Jan Popowski, W.A.B., Warszawa 1996) konstatował, iż nie istnieje ponadczasowe, obiektywne kryterium poprawnej interpretacji; uznajemy za prawdziwe lub przekonujące to, co potrafimy uzasadnić wobec określonej wspólnoty. Regulatorami odczytań są etnocentryzm, przygodne słowniki oraz solidarność.
Ten trzeci czynnik dawał mi zawsze nadzieję: choć jesteśmy częścią zdefiniowanych przez zewnętrze etni, posługujemy się uwarunkowanymi przez epokę i środowisko kompetencjami, dysponujemy zdolnością do solidarnego z innymi rozumienia tekstu. Czytamy więc ku komuś – nie dla czegoś. Ta idea, podszyta idealizmem, znalazła rozwinięcie w dyskursach emancypacyjnych, traktujących literaturę jako zbiór opowieści prezentujących świat z określonego punktu widzenia, dającego się zdekonstruować lub uznać za przyjazny.
We wstępach do książek akademickich, autobiografii feministek, osób queerowych, pisarzy i pisarek z krajów postkolonialnych często pojawiają się opisy momentu rozpoznania braku w głównym nurcie literatury. Braku opowieści, reprezentacji, scenariuszy przydatnych wspólnotom, których potrzeby nie mieszczą się w „normie” – narodowej, politycznej, seksualnej, zdrowotnej itp. Te grupy zostały symbolicznie odcięte, czasem bytują na marginesach literatury, przebywają w zamkniętych na cztery spusty bibliotecznych szafach. Mają jednak wyjątkową zdolność do empatycznych połączeń z innymi, ponieważ ich „interes” poznawczy i emocjonalny jest o wiele silniejszy od tego, który się krystalizował w kanonie kumulowanym przez lata.
Od lat osiemdziesiątych mówimy raczej o kanonach, nie o jednym, spójnym, elitarnym kanonie. Harold Bloom w The Western Canon: The Books and School of the Ages (New York: Harcourt Brace & Company, 1994; wyd. polskie Zachodni kanon. Książki i szkoła wieków, przeł. Bohdan Baran i Michał Szczubiałka, Warszawa: Wydawnictwo Aletheia, 2019) twierdził, iż rozluźnianie kryteriów kanoniczności jest zjawiskiem nieuniknionym, lecz negatywnym. Dziś tak autorytatywne stwierdzenia niczego już nie dają, gra toczy się na innym polu. Wysoki kanon odżywa w popkulturowych przetworzeniach, najgorętsze dyskusje wokółliterackie nie dotyczą konkretnych dzieł. Przez ostatnie dwie dekady przechylaliśmy szalę kultury wysokiej ku rejestrom popularnym. Statystycznie czytamy w Polsce właśnie literaturę popularną, to po nią ustawiają się kolejki do bibliotecznych wypożyczeń i targowych stoisk. Ma to dobre i złe strony.
Największą zaletę rozwoju prozy gatunkowej i adresowanej do konkretnych grup wiekowych, płciowych, hobbystycznych widzę w tym, że budzi emocje i przytrzymuje ludzi przy książce – i to przede wszystkim w jej wydaniach papierowych. Dobrze, gdy popularyzuje ważne społecznie tematy. Źle, gdy na nich żeruje. Dobrze, jeśli jest poprawnie napisana. Fatalnie, jeśli zmontowana została z klisz, niezredagowana, wyprodukowana częściowo przez AI. Na te procesy nie mamy jednak większego wpływu. Najbardziej widoczne wspólnoty gromadzą się daleko od eksperckich dyskusji. Tworzą je miłośniczki Young Adult, czytający kryminały, cosplayerki i cosplayerzy, pożeracze tasiemcowych sag, romansów historycznych. Koła Związku Literatów Polskich, dające godną oprawę twórczości amatorskiej. Miłośnicy regionów, urządzający spacery szlakiem bohaterów i bohaterek prozy lokalnej. Nie wolno lekceważyć tych nowych sposobów przeżywania literatury – zarazem tradycyjnych i uprawianych dzięki technologiom. Mam na myśli strony internetowe, już nie tylko te umożliwiające publikację treści w bezpośrednim kontakcie z subskrybentami, w tym ruch fanfikowy, ale też strony pisarek i pisarzy popularnych, influencerek, internetowe czasopisma uniwersytetów trzeciego wieku i wiele innych form, korzystających w łatwej dostępności narzędzi komunikacyjnych.
A co z literaturą piękną, poezją, powieścią, dramatem? Czy wywołują emocje, skłaniają do zawierania sojuszy? Chciałabym, by tak było. Być może potrzeba Nobla, wzmocnień płynących z samej góry współczesnych areopagów, decydujących o tym, co warte jest uznania, byśmy odbywali dyskusję w starym stylu, to wciąż za mało? Przecież nasza noblistka, Olga Tokarczuk, choć krytycy poświęcili jej książki i artykuły, nadal omawiana jest chętnie bez czytania, z powodu pełnionej roli i poglądów, nie dlatego, że któreś jej dzieło transmitowało odczucia i potrzeby społeczności. Mam nadzieję, że nowa powieść Świata jest za dużo zmieni tę sytuację, pobudzi o takich sporów, jakie pamiętamy z lat dziewięćdziesiątych, gdy do głosu dochodziły podmioty wcześniej zrepresjonowane, pod naporem narracji padały kolejne współczesne tabu. Na pewno w perspektywie Ziem Odzyskanych wizja Olgi Tokarczuk będzie dziełem łączącym.
Wydaje się jednak, że najchętniej urządzamy czytelnicze watahy, gdy afera przekracza tekst. Z jednej strony nic w tym nadzwyczajnego, skandale niosą literaturę, w epoce nowoczesnej są wysokoenergetycznym paliwem sporów. Z drugiej – w ich brutalnych, zwłaszcza internetowych odsłonach trudno doszukiwać się czegoś pozytywnego.
Najżywiej dyskutujemy o adaptacjach. Nie tylko klasyki, a piszę te słowa już po wejściu na wizję netflixowej Lalki w reżyserii Maślony. Chętnie gromadzono się wokół Ślepnąc od świateł według Jakuba Żulczyka, Klary Izabeli Kuny. Kluby widzek i widzów; czytelników i czytelniczek nie rozstrzygały wizji świata, lecz decyzje castingowe. W tej perspektywie akceptacja lub odrzucenie dekonstrukcji Lalki, dokonanej przez Pawła Demirskiego i Macieja Maślonę, plasuje się na czele stawki. Najwięcej w niej argumentacji popartej wiedzą o literaturze, tradycji, przeszłości, współczesności. Może więc najgłośniej bywa na styku wielkich dzieł i masowego przekazu?
Wyciągając wnioski z fermentu wokół pojęcia kanonu/kanonów, podchodząc poważnie do demokratyzujących tendencji w dyskursie humanistycznym, widzę sieć rozdrobnionych zjawisk, składających się na obraz literatury. Moim zdaniem osiągnęliśmy punkt krytyczny i już nie możemy się spodziewać kontynuacji dawnych rytuałów. Wielkie dyskusje nie wrócą, bo nie ma już wielkich wspólnot. Nie ma też dysponujących władzą sądzenia gremiów eksperckich. Pożary informacyjne wydają się sztucznie rozdmuchiwane, więc warto kultywować małe spotkania sprowokowane przez czytanie. W świecie nadmiaru najlepiej działa umiar.
O AUTORZE
Inga Iwasiów
Profesorka Uniwersytetu Szczecińskiego, literaturoznawczyni, krytyczka literacka, poetka i prozaiczka. W latach 1999–2012 redaktorka naczelna Szczecińskiego Dwumiesięcznika Kulturalnego „Pogranicza”. Pomysłodawczyni oraz była przewodnicząca kapituły Ogólnopolskiej Nagrody Literackiej dla Autorki Gryfia, zasiada w kapitule Poznańskiej Nagrody Literackiej im. A. Mickiewicza. Członkini jury Nagrody Literackiej Nike, prezeska Polskiego Towarzystwa Autobiograficznego. W pracy naukowej specjalizuje się w zagadnieniach z zakresu historii literatury polskiej, historii literatury XX wieku i teorii literatury. Odznaczona Brązowym Krzyżem Zasługi (2001) oraz Brązowym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” (2005). W 2010 roku została uhonorowana tytułem Ambasadora Szczecina. Wyróżniona Nagrodą Artystyczną Miasta Szczecin (2008) i Zachodniopomorskim Noblem (2009).
