Fotolotnia
Warszawa, Nowy Świat, głęboka noc i tylko jeden duch żywy, czyli ja. I wiatr. Porywisty. I zaraz deszcz. A ja bez parasola, więc szybko pod jakieś daszki, ale tak zacina, że moknę, więc płaszcz na głowę, żeby włosy nie zmokły. Żebym na zdjęciu nie wyszedł jak portret z pamięci.
Już zasypiałem, kiedy przypomniało mi się, że jutro ostatni dzień na wysłanie wniosku o nową legitymację dla „osób represjonowanych”, starą zgubiłem, a ruszyć się bez niej nie mogę, komunikację miejską w całym kraju mam dzięki niej za darmo oraz pięćdziesiąt dwa procent zniżki na koleje, sanatoria i uzdrowiska, ale zdjęcie trzeba dołączyć, a nie mam, więc muszę je zrobić, po co rano, kiedy mogę w nocy, co za różnica, czy w dzień, czy w nocy, rano wyślę już komplet.
Fotobudka na Chmielnej przy kinie Atlantic, ale zanim tam, to skręcam jeszcze na Foksal, rytuał. Idę do Amatorskiej, już zamknięta, i o to chodzi. Stoję przy oknie, gapię się do środka. Na puste stoły i krzesła. Ludzie i gwar mi niepotrzebni, mam to w głowie. Przy każdym stoliku z kimś, jedni wyjechali, drudzy nie żyją, fale z wczoraj podmywają mi grunt po nogami dzisiaj, zapadam się, tak wiele z wczoraj, tak mało z jutra.
Chmielna, przy kinie nowe drzewa, platany, nie każdy wie, ale ja tak, ja tak, one są ze szkółki spod Hamburga. Dlatego mam dwa miasta w jednym, miasto moje byłe w mieście teraźniejszym.
Odsuwam kotarę budki, na stołku śpi oparty o ścianę Bezdomny. Budzę go, wołam, szarpię, coś w końcu mamrocze, pomagam mu wstać, pomagam mu wyjść.
Siadam, zasłaniam kotarę. Ale wiatr, ten wiatr silny tak, że ona unosi się i furkocze, z zewnątrz muszę wyglądać, jakbym skrzydło miał. Szkoda, że po drugiej stronie mur, wtedy miałbym dwa, wtedy bym się uniósł. Rozejrzał po świecie. Nad Warszawą polatał. Na szczyt PKiN pod iglicę do sokołów zajrzał.
W obiektywie próbuję zmienić dziwaczny wyraz mojej twarzy, głowę przekrzywiam w lewo, prawo, jak kura, jakbym miał oczy z boku głowy, daremnie i teraz zza kotary pada „Deszcz, panie kochany, mokry jestem, a problem taki, że nie mam gdzie wyschnąć”. „Już, już” – wołam, naciskam przycisk, zdjęcia wylatują, biorę je, nawet nie patrząc, wychodzę, przepraszam Bezdomnego za najście, życzę wesołych świąt, chcę czym prędzej odejść, ale on mnie zatrzymuje. Pyta, czy nie chciałbym się z nim podzielić tym jajkiem, zaśmiałem się na taki żart, nawet serdecznie, bo przecież, powiedziałem, nie chodzę po świecie z jajkiem w kieszeni, i zaraz zamarłem, powiedział: „ale ja mam”. I zaproponował, żebyśmy w środku się podzielili, o nie, jakże zdradliwy potrafi być staw kontaktów międzyludzkich! Ile w nim żab, które trzeba przełknąć. No bo jak odmówić podzielenia się jajkiem z Bezdomnym? To przecież, było nie było, bliźni. Robię to dla siebie, żeby uniknąć tortur zadawanych przez wyrzuty sumienia.
Wchodzimy i stoimy w tej budce jak dwóch zapaśników sumo w klinczu. Wyciąga to jajko z kieszeni i odwija je z chusteczki x‑krotnego użytku, i mówi, że nie ma noża, a jajko trudno przełamać, więc żebym może ja ugryzł pierwszy, a on doje. Nadgryzam, nutka tytoniu w nim doprowadza mnie na brzeg torsji, klepię go w ramię i przeciskam się do wyjścia, szybko, żeby to wypluć, ale kiedy jestem na zewnątrz, część już rozpłynęła się w ślinie, pluję resztkami tego symbolu miłości i chce mi się wyć, ale nie mogę, tak mi każe etykieta, spłonę kiedyś na stosie poprawności, który sam sobie podpalam.
W windzie, która tak powolna, że można się w niej zestarzeć, zdjęcia z kieszeni wyciągam i natychmiast wpadam w popłoch. Bo na nich nie ja. Z nich patrzy na mnie ktoś, kto wygląda jak Wiesława Rudnicka. Matka moja urodzona we Lwowie w roku 1937. Zmarła w Kędzierzynie-Koźlu w roku 2018. Z martwych wstała w fotobudce na Chmielnej w pierwszy dzień świąt 6 kwietnia 2026.
Jak zostałem Nikim
I znowu wychodzę na nocny patrol. Sprawdzam, czy w centrum Warszawy wszystko na swoim miejscu. Jak anioł stróż, czytaj: cieć. Czasami poklepię coś poufale, że niby moje. Na Placu Trzech Krzyży pomnik Witosa. Na Rondzie de Gaulle’a palmę.
W nocy więc jako cieć, czytaj: anioł stróż, a w dzień? Jako listonosz. Ale bez poczty. Jedyny taki. Poczta padła jak powstanie, listonoszów zwolnili, o mnie zapomnieli. Co miesiąc dostaję wypłatę. Mam wyrzuty sumienia, że tak za nic, więc chodzę co drugi, trzeci dzień po moim rewirze, dzwonię przez domofon lub do drzwi mieszkańców i informuję, że dzisiaj nie ma dla nich żadnej poczty. Tak ich tym irytuję, że mnie przeganiają, zdarza się, że ktoś rzuci za mną psem lub poszczuje kamieniem.
Mam w rejonie opinię nieszkodliwego idioty. Kiedy wchodzę do sklepu i jest zimno, zawsze mówię do ekspedientek: „ale zimno”, gdy gorąco, mówię: „ale gorąco”. Słyszałem raz, jak jedna powiedziała do drugiej: „o, nasz odkrywca przyszedł”, a przecież. Przecież nie same czcze konstatacje pogodowe ważne, ale dzielenie się nimi, to ono ustawia nas do wspólnego zdjęcia, jako całość. Czyż nie rodzi się wtedy uczucie, że na jednym statku płyniemy, na jednej rzece, a nie, że każdy stoi osobno na swojej krze lodowej?
Dobra, no więc ten obchód. Zimno tak, że na Nowym Świecie ja jako jedyny duch żywy. Skręcam na Foksal, staję przy oknie Amatorskiej. Jeszcze otwarta, w środku jacyś ostatni, więc wchodzę, biorę wino grzane, siadam, wypijam, chcę iść, nie mogę wstać. Postrzał, lumbago.
Światła gasną, znak, że trzeba wychodzić. Podnoszą się ci ostatni i w pijanym ferworze podnoszą także mnie. Z krzesłem. I wynoszą na zewnątrz, i na chodniku stawiają, i odchodzą.
Siedzę, kostnieję, zamarzam. Rano słyszę pierwszych przechodniów. Dziecko: „Tato, kto to?”. Ojciec: „Nie kto, tylko co, nie widzisz? To jakaś bryła z lodu, skulptura, podobna do człowieka”. Dziecko: „A, to taki pan Nikt”.
Ptaki na mnie siadać zaczynają, psy obsikiwać, w nocy szczury po mnie łazić. Bywalcy Amy, których nic nie zadziwi, stawiają na mnie piwo, gaszą pety na głowie. Dzieci mi na kolana wchodzą, żadne nie chce zejść, w kolejce do mnie stoją.
Wtapiam się w otoczenie, przyzwyczajam, ludzie do mnie również. Głupio się chełpić, ale napiszę jedno: więcej sobie ze mną selfie robią niż z warszawską Syrenką. Jestem jak Skrzynecki pod Zwisem, z tą różnicą, że odlany w Warszawie.
Przychodzą ciepłe dni, przeklęta niech będzie wiosna. Zaczynam tajać. Podnoszę się jak robot i jego krokiem ruszam do domu. Sto pięćdziesiąt metrów do Nowego Światu trwało tyle, że nawet czas się zmęczył. Taję zupełnie i jest jeszcze gorzej, wlokę swoje ciało, jakbym ciągnął wóz drabiniasty pod górę. Tempo mam takie, że kiedy dochodzę do Placu Trzech Krzyży, wiosna już w pełni, w letnich ubraniach ludzie oglądają się za mną jak za człowiekiem, który przybył z epoki lodowcowej.
Przed moim sklepem jedna z ekspedientek pali papierosa. Rozpoznaje mnie, mówi: „Ale ciepło, co?”. Na co ja: „A wie pani, że lepiej być martwym i kimś niż żywym i nikim?”.