Adaptacja między społecznym negocjowaniem kanonu a budowaniem franczyzy
Jakub Majmurek
Głos Jakuba Majmurka w debacie „Granice literatury”.
strona debaty
Gdzie dziś kończy się literatura? Wprowadzenie do debaty „Granice literatury”Żaden film nie wywołał dotychczas w 2026 roku takich dyskusji – przynajmniej w anglojęzycznej prasie, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii – jak nowa adaptacja Wichrowych wzgórz. Reżyserce i autorce scenariusza Emmerald Fennel zarzucano, że w swojej adaptacji ogołociła literacki oryginał z całej jego klasowej i rasowej dynamiki, redukując literackie arcydzieło do taniego melodramatu na granicy soft porno. Lustrowano jej pochodzenie i przywilej, w jakim wzrastała, dyskutując przy okazji o szkodach, jakie brytyjskiej kulturze wyrządza zdominowanie zawodów artystycznych przez osoby wychowane wśród finansowych i społecznych elit oraz towarzyszące mu zamknięcie kanałów umożliwiających karierę reżyserską lub pisarską dzieciom klas niższych i średnich. Przyglądając się kolejnym, pełnym emocji, w przeważającej mierze negatywnym recenzjom Wichrowych wzgórz – pojawiającym się w mediach z całego polityczno-ideologicznego spektrum – można było poczuć, że literatura, w tym klasyki z epoki wiktoriańskiej, ciągle się liczy i ma znaczenie dla współczesnych.
Podobne dyskusje i emocje pojawiają się wielokrotnie, gdy kino, lub telewizja sięgają po dzieła o kanonicznym statusie, cały czas stanowiące punkt odniesienia dla narodowej kultury, z której się wywodzą. I kiedy zastanawiamy się nad tym, jaką rolę szeroko rozumiana produkcja filmowa – filmy kinowe i telewizyjne, seriale – odgrywają w społecznym obiegu literatury pierwsza odpowiedź, jaka się nasuwa brzmi: filmy i seriale, przenosząc na ekran literacką klasykę, ożywiają ją społecznie i rozpoczynają dyskusję na temat jej współczesnego znaczenia dla odbiorczej, najczęściej narodowej wspólnoty.
Adaptacja jako negocjacje społecznej lektury
Fennel podkreślała w wywiadach, że film nie jest dokładną adaptacją powieści, ale dziełem luźno nią inspirowanym. Powtarzała, że chciała przede wszystkim zwizualizować na ekranie swoje emocje z czasów, gdy po raz pierwszy przeczytała powieść Emily Brontë jako nastoletnia dziewczyna – zafascynowana głównie gwałtowną namiętnością między Kathy a Heathcliffem, a nie całym pojawiającym się w tle tej historii kontekstem polityczno-społecznym. Adaptacyjna strategia Fenell zderzyła się jednak czołowo z zupełnie odmiennymi oczekiwaniami publiczności co do tego, czym powinna być filmowa adaptacja klasyki.
Andrzej Wajda w swojej autobiografii Kino i reszta świata pisał o swoich obawach związanych z adaptacją mickiewiczowskiej epopei narodowej: „Realizując Pana Tadeusza, musiałem się liczyć z tym, że narzucam moją wizję poematu innym, ale wiedziałem, że żyjemy w wolnym kraju i Polacy zrobią z moim filmem, co chcą”. Być może właśnie jednak tego publiczność oczekuje od adaptacji dzieła z kanonu: jeśli nie od razu „narzucenia wizji”, to zaproponowania pewnej wspólnie dzielonej wizji literackiego tekstu, ustalającej jego współczesne znaczenie i sensy. I najlepsze filmowe adaptacje wielkich literackich dzieł działają społecznie o tyle, o ile uruchamiają taką dyskusję.
W silnie spolaryzowanych współczesnych społeczeństwach demokratycznych taka dyskusja wokół tekstu z kanonu łatwo może zmienić się w gwałtowny spór, w kolejną odsłonę polityczno-kulturowej wojny. W krytyce dzieła Fennel często wracał argument, że obsadzając w roli Heathcliffa białego Australijczyka Jacoba Elrodiego, reżyserka „wybiela” brytyjską historię i jej imperialne uwikłania. Rasowa tożsamość bohatera Brontë nie jest jasno określona, w najgłośniejszych adaptacjach powieści odtwarzali go biali aktorzy – Laurence Olivier, Ralph Fiennes – w tekście można jednak znaleźć tropy wskazujące, że znaleziony na ulicach Liverpoolu Heathcliff mógł być potomkiem ludzi, którzy do jednego z najbardziej ruchliwych portów imperium trafili z najdalszych punktów globu, penetrowanych przez brytyjski imperializm u szczytów jego potęgi. W takiej interpretacji Wichrowe wzgórza byłby powieścią o imperium, o wpisanych w nie rasowych i klasowych hierarchiach i konfliktach.
Obsadzenie Elrodiego odcina wszystkie te konteksty powieści Brontë. Może też być odczytane jako polemika z wyraźnym, zwłaszcza w telewizyjnej produkcji brytyjskiej z ostatnich lat, trendem obsadzania nie-białych aktorów w filmach historycznych i adaptacjach literackiej klasyki, w rolach postaci, które wcześniej powszechnie postrzegane były jako białe. W wyprodukowanym przez BBC serialu Hollow Crown (2012–2016) – adaptacji wszystkich kronik królewskich Szekspira – w rolę małżonki Henryka VI, Francuzki Małgorzaty Andegaweńskiej, wciela się Sophie Okonedo, córka Brytyjczyka nigeryjskiego pochodzenia. Trudno też znaleźć w ostatnich latach adaptację prozy Agathy Christie, gdzie postaci ze świata angielskich klas wyższych sprzed stu lat nie odtwarzaliby nie-biali aktorzy.
Zwolennicy takich wyborów obsadowych przekonują, że film albo serial kierowany do współczesnej publiczności powinien odzwierciedlać ją na ekranie – w całej jej rasowej różnorodności. Przeciwnicy argumentują, że takie adaptacje wypaczają literacki oryginał oraz fałszują obraz historycznej epoki, w jakiej rozgrywa się akcja, utrudniając też w ten sposób imersję widza w świat przedstawiony. Spór nie pozostanie pewnie nigdy do końca rozstrzygnięty, dotyczy bowiem nie tylko tego, jak na ekranie przedstawiać literacką klasykę, ale też tożsamości współczesnych post-emigranckich społeczeństw, ich stosunku do własnej historii i fundacyjnych dla niej tekstów kultury.
Kino jako kustosz literackiego dziedzictwa
Kino, sięgając po literacką klasykę, wchodzi więc w rolę kustosza literackiego dziedzictwa – instytucji jednocześnie „ożywiającej” je dla współczesnej publiczności, jak i stojącej na straży jej utrwalonych znaczeń. Dlatego też zwrot kina ku literackiej klasyce kulturowego kręgu, w jakim kino to powstaje, niejednokrotnie bywa interpretowany jako symptom konserwatywnego zwrotu w kulturze. W ten sposób brytyjska krytyka odczytywała między innymi brytyjskie „kino dziedzictwa” (heritage film) powstające w czasach rządów konserwatystów w latach 80. i 90., chętnie sięgające po twórczość takich autorów jak E.M. Forster, John Galsworthy czy Jane Austen.
W podobnym kluczu Ewa Mazierska czytała polskie „kino dziedzictwa”, falę adaptacji literackiej klasyki powstającej na przełomie XX i XXI wieku. W opinii filmoznawczyni kino to, sięgając po takich autorów jak Mickiewicz czy Sienkiewicz, oferowało Polakom wychodzącym z transformacji i przygotowującym się do akcesji do Unii Europejskiej tożsamościową propozycję opartą o szlachecko-inteligencki kod kultury, który przedstawiało na ekranie w nowej, atrakcyjnej wizualnie formie.
Wcześniejsza fala wystawnych adaptacji literackiej klasyki przypada w Polsce na lata 70., na dekadę Gierka, gdy PZPR, budując swoją legitymację, coraz rzadziej sięga po marksistowską ideologię. Zamiast tego przedstawia się Polakom jako siła z jednej strony zdolna dzięki swojej technokratycznej kompetencji dostarczyć socjalistyczny dobrobyt, a z drugiej – dbająca o narodowe dziedzictwo. W ramach tego drugiego filaru państwo Gierka odbudowuje Zamek Królewski w Warszawie oraz, na przykład, finansuje supeprodukcje przenoszące na ekrany Sienkiewicza, Marię Dąbrowską, Reymonta.
Jednocześnie to „gierkowskie kino dziedzictwa” potrafiło twórczo zmierzyć się literackim oryginałem, używając go jako zwierciadła pozwalającego w metaforyczny sposób spojrzeć na czasy współczesne. Ziemia obiecana (1974) Wajdy jest oczywiście przede wszystkim filmem o bezwzględnym, drapieżnym, a przy tym fascynującym w swojej dynamice dziewiętnastowiecznym kapitalizmie, ale można też ją czytać jako spojrzenie na epokę Gierka. Jak w Kinie. Wehikule magicznym pisze Adam Garbicz, adaptacji Wajdy przyświeca też zamiar „krytycznego spojrzenia na bezmyślne przyspieszanie modernizacji kraju […] bez zadbania o kulturę przemysłową i z typową dla nuworyszy z awansu łapczywością – w tym, czy może przede wszystkim w korzystaniu z obcych finansów”.
Adaptacja jako agon i kanibalizm
Adaptacja jako ożywienie tekstu literackiej klasyki, kino jako kustosz literackiego dziedzictwa – obie te formuły ustawiają kino jako sztukę służebną wobec literatury, jako narzędzie służące jej konserwacji i popularyzacji. Celem reżysera nie jest tymczasem pomaganie literaturze tylko nakręcenie filmu albo serialu będącego autonomiczną wypowiedzią artystyczną.
Warto przypomnieć, że adaptacja zawsze zawiera w sobie element agonu, starcia dwóch artystów i dwóch artystycznych wizji. Największy sukces filmowa czy serialowa adaptacja odnosi wtedy, gdy całkowicie przesłania literacki oryginał, pozwala o nim widzowi zapomnieć. Udana adaptacja jest aktem kanibalizmu, w którym literacki materiał zostaje „pożarty”, przetrawiony i zmetabilizowany tak, by dostarczyć witalnych energii wzrostowi zupełnie nowemu, filmowemu ciału.
Nie przypadkiem najwybitniejszym filmem powstałym w oparciu o prozę Stephena Kinga pozostaje Lśnienie (1980) Stanleya Kubricka, dzieło podobno wręcz znienawidzone przez Kinga, niezdolnego rozpoznać w nim swojej literackiej wizji. Kubrick, niezależnie po jaki literacki materiał by nie sięgał – pikarejską powieść Thackaraya, filozoficzne science fiction Arthura C. Clarke’a, wiedeński modernizm Arthura Schnitzlera – był w stanie całkowicie poddać go swojej filmowej wizji. Patrząc na zmagania swoich bohaterów chłodnym okiem entomologa, tworzył obrazy wręcz „lodowate” w swoim plastycznym pięknie, przepełnione głębokim pesymizmem co do ludzkiej natury. W polskim kinie Wojciech Jerzy Has posiadał podobną zdolność „metabolizowania” prozy tak różnych autorów jak Bolesław Prus i Bruno Schulz w materiał służący budowie własnej filmowej rupieciarni.
Jeden z najbardziej nagradzanych filmów zeszłego roku, Jedna bitwa po drugiej Paula Thomasa Andersona także daje się interpretować jako akt „pożarcia” przez film literackiej inspiracji, Winlandii Thomasa Pynchona. W tym, co widzimy na ekranie, bardzo niewiele pozostaje z literackiego pierwowzoru: pewne fabularne schematy, temat przegranej rewolucji, próba zmierzenia się z widmem faszyzmu ciągle nawiedzającego amerykańską demokrację, melancholia i charakterystyczne dla prozy autora Tęczy grawitacji przekonanie, że to paranoja jest kluczem do zrozumienia rzeczywistości dojrzałego kapitalizmu i masowej demokracji.
W uniwersum franczyz
Proces filmowej adaptacji dzieła literackiego zawsze miał nie tylko artystyczny, ale i ekonomiczny wymiar. Kino sięga po literaturę, stawiając na to, że inwestycja w prawa autorskie i produkcję zwróci się dzięki przyciągnięciu do kin czytelników książki. Polskie „kino dziedzictwa” z przełomu wieków można interpretować tyleż jako konserwatywną propozycję tożsamościową, co jako próbę odzyskania kontaktu z uciekającą z kin publicznością przez zagonienie przed ekrany szkolnych wycieczek.
Adaptacja tworzy od dawna układ, w którym film staje się reklamą książki, a książka filmu – często z okazji premiery pojawia się nowe wydanie z „filmową” okładką, np. przedstawiającą aktorów wcielających się w filmowe postaci. W produkcji audiowizualnej ostatnich dekad mamy jednak do czynienia z jeszcze nowym poziom komercyjnej relacji między literackim źródłem a jego filmowym przetworzeniem, związanym z rosnącą rolą filmowych i serialowych franczyz.
Popkultura co najmniej ostatnich dwóch dekad zdominowana jest bowiem przez franczyzy tworzące własne „uniwersa”, w których osadzone są kolejne filmowe czy serialowe produkcje, zaludniane przez te same postaci. Wiele tych „uniwersów” ma swoje literackie źródła: mamy np. „uniwersum Gry o tron”, wywodzące się z prozy fantasy George’a R.R. Martina czy „uniwersum Harry’ego Potttera”, na które obok powieści o przygodach nastoletniego czarodzieja składają się filmy z serii „Fantastyczne zwierzęta”, gry wideo, gadżety itd.
W tym modelu literacki oryginał jest przede wszystkim cenną własnością intelektualną, którą producenci nabywają, by maksymalnie wyeksploatować możliwości, jakie stwarza, we wszelkich dostępnych mediach. W 2017 roku Amazon nabył prawa do spuścizny J.R.R. Tolkiena za 250 milionów dolarów. W jego wyniku powstały na razie dwa sezony serialu Władca pierścieni: Pierścienie władzy (2022–24), powstałe głównie na podstawie dodatków do trylogii Władca pierścieni. Akcja produkcji rozgrywa się kilka tysięcy lat przed akcją tolkienowskiej trylogii. Amazon próbuje więc wycisnąć maksymalną ekonomiczną wartość z „marki Tolkien”, eksplorując przywiązanie fanów pisarza do każdego elementu niezwykle bogatego tolkienowskiego świata przedstawionego i jego mitologii.
Czy polskie kino i literatura są dziś sobie potrzebne?
Adaptacja jako wspólnotowe odczytanie narodowej klasyki; adaptacja jako twórczy agon i kanibalizacja oryginału; wreszcie adaptacja jako merkantylny układ lub budowanie franczyzy to cztery podstawowe tryby adaptacji literackiej we współczesnym kinie. W jaki sposób funkcjonują one obecnie w kinie polskim?
Falę wystawnych adaptacji klasyki z przełomu wieków kończy Stara baśń. Kiedy słońce było bogiem (2003) Jerzego Hoffmana – później mieliśmy w zasadzie tylko „malarską” animowaną adaptację Chłopów (2023) DK i Hugh Welchmanów. Czy pojawi się nowa fala ekranizacji klasyki, zależeć zapewne będzie od losów obu nowych adaptacji Lalki Prusa.
Popkulturowe franczyzy wymagają globalnej skali, a polska popkultura pozostaje raczej lokalna – z wyjątkiem wiedźmina Geralta, który dzięki serii gier wideo stał się na tyle rozpoznawalnym na całym świecie fenomenem, że Netflix zdecydował się przenieść na ekran w anglojęzycznej produkcji świat z prozy Andrzeja Sapkowskiego. „Uniwersum Wiedźmina” pozostaje i pewnie długo pozostanie jedynym z uniwersów współczesnej popkultury mającej źródło w polskiej literaturze.
Co z autorskimi, agonicznie mierzącymi się z literackim oryginałem filmowymi adaptacjami literatury? Od czasu Szkoły Polskiej to one były postrzegane niemalże jako główne źródło siły polskiego kina. Chyba ostatnim filmem, któremu udała się sztuka takiej adaptacji, była Wojno polsko-ruska (2009) Xawerego Żuławskiego.
Dziś trudno powiedzieć, by polskie kino – to, co w nim artystycznie najbardziej istotne – czerpało swoje żywotne soki ze związków z literaturą. Najciekawszy dziś aktywni autorzy filmowi – Piotr Domalewski, Bartosz M. Kowalski, Jan Komasa, Paweł Maślona, Łukasz Ronduda, Wojciech Smarzowski, Jagoda Szelc – pracują na oryginalnych scenariuszach. Adaptacje głośnych, nagradzanych powieści – Prowadź swój pług przez kości umarłych Olgi Tokarczuk, Ciemno, prawie noc Joanny Bator czy dzieł literatury faktu, jak Żeby nie było śladów Cezarego Łazarewicza, nie spotkały się raczej z entuzjastycznym przyjęciem.
Po literaturę częściej sięga polska produkcja serialowa. Twórcy chętnie szukają historii u takich autorów jak Marek Krajewski, Szczepan Twardoch czy Jakub Żulczyk. Jednak poza wybitną adaptacją Ślepnąc od świateł (2018) tego ostatniego – bardzo autorsko przetworzoną przez Krzysztofa Skoniecznego – większość tych spotkań mniej lub bardziej rozczarowuje. Często dlatego, że polska produkcja serialowa na czysto technicznym poziomie okazuje się niezdolna, by poradzić sobie z przeniesieniem powieściowego historycznego świata przedstawionego na ekran – co szczególnie widać było w Królu na podstawie powieści Twardocha.
Jednocześnie w środowiskach krytyki filmowej ciągle wraca pragnienie kina funkcjonującego – jak w latach 50. i 60. – w bliskim związku ze współczesną literaturą polską. Z pewnością nie brakuje w niej powieści, które wydają się bardzo „filmowe”. Przynajmniej na razie to, co najciekawsze w kinie polskim kinie i literaturze, idzie obok siebie dość równolegle.
O AUTORZE
Jakub Majmurek
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Związany z redakcją „Krytyki Politycznej”, publikuje regularnie także w „Newsweeku”, Wirtualnej Polsce, „Kinie”, Filmwebie i „Dwutygodniku”.
