Czytanie kolektywne – od kontemplacji do uczestnictwa
Rafał Hetman
Głos Rafała Hetmana w debacie „Granice literatury”.
strona debaty
Gdzie dziś kończy się literatura? Wprowadzenie do debaty „Granice literatury”Razem i osobno
Babcia Krysia, rocznik 1940, opowiadała mi o swojej nauczycielce z wiejskiej, podzamojskiej podstawówki – pani Wolskiej – która w czasie lekcji, żeby być bliżej dzieci, siadała na pierwszej ławce, a potem opierała but o najbliższe krzesełko i zaczynała czytać na głos książkę – jedyny dostępny w okolic egzemplarz szkolnej lektury. „Po wojnie wsie były gołe” – mówiła babcia. „Deprywacja materialna dużych grup ludności” – pisał wiele lat później Marcin Zaremba w książce Wielka trwoga. Dlatego książki często czytano wspólnie, na głos – przerywając czasem czytanie, żeby podzielić się wrażeniami, skomentować rozwój fabuły.
Scena opisywana przez moją babcię nie jest jedynie świadectwem powojennej biedy ani anegdotą z historii edukacji. Jest przypomnieniem, że czytanie przez większą część swojej historii było czynnością wspólną, głośną i afektywną, a samotna, cicha lektura – dziś uznawana za normę – jest raczej wyjątkiem niż regułą.
Przyzwyczailiśmy się do obrazu czytelnika samotnego: pochylonego nad książką, wyciszonego, skupionego. Tymczasem taki model lektury wyłonił się wraz z pojawieniem się masowego druku i związanym z nim łatwiejszym dostępem do książek.
Nigdy jednak czytanie jako czynność indywidualna, nie wyparło całkowicie czytania kolektywnego, które trwało chyba najsilniej w świecie najmłodszych czytelników i czytelniczek, dzięki głośnemu czytaniu w przedszkolach, szkołach i rodzinach. Wspólne czytanie książek (przez dorosłych) i przeżywanie historii (razem z nimi) było dla większości z nas pierwszym zetknięciem ze słowem pisanym.
Ciążenie
W ostatnich latach obserwujemy przenoszenie środka ciężkości: od modelu czytania indywidualistycznego ku modelowi kolektywnemu, a więc od czytelników i czytelniczek nastawionych do lektury kontemplacyjnie ku postawom nastawionym zarówno na wspólne czytanie, jak i widzialne działanie.
Świetnie różnicę między tymi dwiema postawami naszkicował prof. Przemysław Czapliński, który w rozmowie z literaturoznawczynią dr hab. Dorotą Kozicką w ramach cyklu Pracowni Pytań Krytycznych Wydziału Polonistyki UJ stwierdził, że model czytania indywidualistycznego jest nastawiony przede wszystkim na zrozumienie lektury. „Jak już zrozumiemy, to wtedy, oczywiście, chcemy się z tym podzielić” – mówił Czapliński. Takiej postawie prof. Czapliński przeciwstawia postawę kolektywną, która zdaje się mówić: „Co to w ogóle za pomysł kontemplować literaturę. Nie. Daj mi coś do zrobienia z tą literaturą”. Kolektyw mówi literaturze przeżywanej w osobności: nie.
Kolektywy
Prof. Czapliński jako przykład postawy kolektywnej przywołał uczestników Pyrkonu. „Zjeżdżają się całe rodziny. Dwu‑, czasem już nawet trzypokoleniowe. Przebrani za wszystko, co tylko kultura wymyśliła: wiedźminy, Gwiezdne Wojny, Harry Potter. Wspaniałe jest to, że się w ogóle nie przejmują, wsiadają do tramwajów, idą ulicami miasta – idą się bawić, idą grać, odgrywać sceny z książek, spotkać się z takimi samymi ludźmi, ludźmi, którzy mają te same pasje” – mówił w czasie rozmowy z dr hab. Kozicką.
To jednak nie jedyne przejawy wspólnotowego przeżywania literatury. Spójrzmy na Wattpada, który jest jednym z najbardziej wyrazistych przykładów współczesnego czytania kolektywnego. To platforma, na której użytkownicy publikują przede wszystkim opowiadania i powieści (sporo tu fanfików), a jednocześnie uczestniczą w nieustannym obiegu reakcji, ocen i komentarzy. Wattpad różni się od innych portali literackich nie samą możliwością publikowania tekstów – ta istniała w sieci od dawna – lecz sposobem, w jaki lektura została tu zaprojektowana jako doświadczenie wspólne.
Czytanie na Wattpadzie nie kończy się na przeczytaniu tekstu. Każda historia (opublikowana tam powieść, opowiadanie czy ich zbiór) obudowana jest licznymi opcjami, z których może skorzystać czytelnik lub czytelniczka Mamy tu dobrze znane liczniki wyświetleń książek( np. „MAFIA BOSS ma 878 tys. wyświetleń”), możliwość wystawienia oceny tekstowi poprzez oddanie na niego głosu („MAFIA BOSS” zdobył 21 tys. głosów), opcję udostępnienia. Już ten zestaw narzędzi sprawia, że lektura przestaje być tylko prywatnym aktem – staje się wydarzeniem społecznym, rozgrywającym się na oczach innych.
Ale to nie koniec. Najważniejszy wydaje mi się rozbudowany mechanizm możliwość komentowania czytanych treści – nie tyle utworów, ale poszczególnych akapitów. Czytelnik czyta więc tekst i może go na bieżąco komentować lub/i czytać komentarze innych użytkowników. Często są to reakcje wyrażane bardzo bezpośrednio: zachwyty („Wow! no brak słów!”), rozczarowania (o bohaterce: „Ja pierdole ona jest zjebana.”), frustracje („ta zmartwychwstali kurwa mhm na pewno”), a także zupełnie luźne uwagi nie zawsze związane z tekstem książki, a dotyczące np. osobistego doświadczenia poszczególnych komentujących („We wtorek byłam na pogrzebie… bliskiej mi osoby”). W lekturę na Wattpadzie wpisany jest więc dialog między komentującymi, co sprawia, że sens fabuły rodzi się gdzieś na styku tekstu i zbiorowej reakcji, gdzie narracja splata się z biografiami odbiorców.
Komentarze często przeradzają się w rozmowy o relacjach, traumach, samotności czy codziennych problemach. Tekst literacki działa wówczas jak zapalnik: inicjuje działanie kolektywu. Sens przestaje być zamknięty w dziele – rozlewa się na to, co dzieje się między czytelnikami.
W tym sensie Wattpad nie jest jedynie platformą do publikacji swojej twórczości, ale laboratorium nowego modelu czytania. Lektura nie polega tu na kontemplacji skończonego tekstu, ale na uczestnictwie w procesie wspólnego czytania i komentowania, który trwa, zmienia się i negocjuje na bieżąco.
Maraton
Inną formą kolektywnego czytania, która zyskała popularność w ostatnich latach, są maratony czytelnicze głównie na YouTube, które bywają transmitowane na żywo lub relacjonowane w formie długich filmów. Choć na pierwszy rzut oka maratony wydają się powrotem do najbardziej tradycyjnego modelu lektury – długiego, skupionego obcowania z książką – w rzeczywistości wprowadzają istotne przesunięcie w samym rozumieniu czytania. Lektura zostaje tu bowiem wyjęta z prywatnej sfery i wystawiona na widok publiczny. A publiczność może być duża – np. film CZYTAMY PRZEZ 24 GODZINY 24H ALFABETYCZNY MARATON CZYTELNICZY ✨ na jednym z najpopularniejszych polskich książkowych kanałów youtubowych „Zaksiążkowane” obejrzano do tej pory 225 tys. razy.
Maraton czytelniczy nie polega wyłącznie na czytaniu. Jest wydarzeniem rozpisanym w czasie, z jasno określonym rytmem, zasadami i wspólnotą uczestników. Czytelnicy i czytelniczki umawiają się na wspólny początek, dzielą lekturę na etapy, raportują postępy, reagują na zmęczenie i frustrację, celebrują przekroczenie kolejnych granic wytrzymałości. Książka staje się tu osią, wokół której organizuje się doświadczenie zbiorowe – podobne raczej do wyzwania lub rytuału niż do klasycznej lektury.
Istotne jest to, że czytanie odbywa się w obecności innych, nawet jeśli ta obecność ma charakter zapośredniczony. Kamera rejestruje nie tylko książkę, lecz także ciało czytającego: jego skupienie, znużenie, przerwy, emocjonalne reakcje. To, co dotąd pozostawało niewidzialne – czas poświęcony na lekturę, wysiłek koncentracji, fizyczny aspekt czytania – zostaje ujawnione i udostępnione. W tym sensie maratony czytelnicze czynią z czytania praktykę performatywną.
Show i lifestyle z Instagrama
Obecność innych, nawet jeśli zapośredniczona za sprawą ekranu telefonu lub komputera, jest dziś nieodłącznym elementem czytania wielu, jeśli nie większości czytelników i czytelniczek w Polsce i na świecie. Czytamy, pokazujemy to, co czytamy (jakże popularny jest hasztag #terazczytam), zapowiadamy to, co będziemy czytać, podsumowujemy nasze dokonania czytelnicze – nawet jeśli nie jesteśmy lub nie chcemy być influencerami od książek. Czytanie to dziś pokaz – show w mniejszej lub większej skali, czasem dla przyjaciół i rodziny, czasem dla ogromnych rzeszy obcych ludzi. Ten wymiar czytania bywa łatwo zbywany jako powierzchowny, narcystyczny albo podporządkowany logice mediów społecznościowych. Owszem, bywa i tak. Jednocześnie warto zauważyć, że nie chodzi tu wyłącznie o autoprezentację.
Pokazywanie czytania jest również formą afirmacji samej praktyki lektury – sygnałem wysyłanym do innych, że czytanie wciąż jest czynnością wartą czasu, uwagi i wysiłku. Nawet jeśli odbywa się w estetyce instagramowego lifestyle’u, nie przestaje być gestem kulturowym.
W tym sensie czytanie jako „show” nie musi oznaczać jego banalizacji. Przeciwnie – przypomina, że lektura zawsze była osadzona w relacjach społecznych, że pełniła funkcję identyfikacyjną i wspólnotową. Zmieniła się nie sama potrzeba bycia widzianym jako czytelnik, lecz skala i medium tej widzialności. To, co dawniej realizowało się w wąskim kręgu – w szkole, w domu, w bibliotece – dziś rozgrywa się w przestrzeni publicznej sieci. Czytanie jest deklaracją przynależności, sposobem porządkowania codzienności, formą uczestnictwa w obiegu symbolicznym. Lifestyle’owy charakter współczesnego czytania nie znosi jego sensu – przesuwa go z wnętrza książki ku relacjom, które wokół niej powstają.
W sidłach algorytmu
Nie można jednak zauważyć, że we współczesnym świecie formy kolektywnego czytania są w dużej mierze stymulowane i sterowane przez rynek – duże firmy i wielkie korporacje. „Show”, jakim stało się czytanie, wykreowały przede wszystkim platformy społecznościowe, którym darmowy kontent wrzucany przez użytkowników jest potrzebny, żeby zarabiać. Świetnie, że poprzez pokazywanie swojego czytania, dzielenie się nim na różne sposoby, budujemy wspólnoty, ale musimy pamiętać, że w ten sposób budujemy również kapitał internetowych gigantów.
Ponadto od dawna to, co widzimy w mediach społecznościowych, nie jest tym, co chcielibyśmy widzieć – algorytmy pokazują nam treści, które długo utrzymują uwagę i budują zaangażowanie, dlatego nawet jeśli otrzymujemy od nich kontent książkowy, częściej będą to treści o silnym ładunku emocjonalnym, kontrowersyjnym, polaryzującym, a nie wyważonym i merytorycznym. Takich też treści wymaga się od twórców (również tych książkowo-literackich). Niestety, dziś zarówno jako twórcy treści w social mediach, jak i ich odbiorcy nie możemy myśleć o sobie jak o suwerennych podmiotach – naszymi zrachowaniami steruje algorytm. Stąd m.in. odczuwana przez twórców presji widzialności i zmęczenie odbiorców performatywnymi formami przekazu, a także ogólna poczucie emocjonalnej eksploatacji.
„[T]echnologia jest jak prawo: wyznacza granice pola gry” – napisał w swoim eseju Iluzja literatury – obiegi, granice i ekonomie uwagi Grzegorz Jędrek. Technologia, a więc i algorytm oraz, szerzej, struktury poszczególnych platform, mimo że dają poczucie nieograniczonej wręcz swobody, są także pewnego rodzaju ograniczeniem – zawężeniem, które buduje iluzję wolności.
Monetyzacja wspólnoty
Rynek – a konkretnie tradycyjny rynek wydawniczy – sięga też po teksty publikowane pierwotnie na Wattpadzie i wprowadza je do obiegu papierowego. Proces ten bywa przedstawiany jako dowód demokratyzacji literatury: oto oddolna twórczość trafia do księgarń, a autorzy i autorki zyskują szansę debiutu poza tradycyjnymi instytucjami. W rzeczywistości mechanizm ten odsłania raczej zmianę kryteriów selekcji niż ich zniesienie.
Dla wydawców Wattpad jest źródłem danych. Liczba odsłon, komentarzy, reakcji i obserwujących działa jak wstępna weryfikacja rynkowa: książka została już „przetestowana” na zbiorowym odbiorcy, a jej potencjalna sprzedaż da się wstępnie oszacować. Ryzyko zostaje zminimalizowane, ponieważ decyzja o publikacji zapada nie na podstawie oceny literackiej, lecz na podstawie mierzalnej popularności.
Chodzi więc o monetyzację istniejącej wspólnoty czytelniczej. Papierowa książka staje się przedłużeniem wcześniejszego sukcesu, jego materialnym potwierdzeniem i kolejnym etapem obiegu. To nie tekst zdobywa czytelników – to czytelnicy zostają zamienieni w rynek zbytu dla tekstu, który już wcześniej krążył w sieci.
Wydawca nie jest w tym przypadku arbitrem smaku, a operatorem przepływu: przenosi tekst z jednego obiegu do drugiego, z sieci do papieru, z relacji do produktu.
Paradoks polega na tym, że choć decyzja wydawnicza jest motywowana zyskiem, to sam zysk nie byłby możliwy bez wcześniejszego, intensywnego zaangażowania czytelników – książka sprzedaje się dlatego, że wcześniej była wspólnie przeżywana.
Spóźnieni
Na przesuwanie się środka ciężkości – z modelu indywidualistycznego ku kolektywnemu – najszybciej odpowiedział rynek. Wydawcy już kilka lat temu ruszyli po twórców i twórczynie publikujące na Wattpadzie, by wydawać ich książki w formie papierowej. Na targach książki to właśnie do autorów znanych z Wattpada ustawiają się najdłuższe kolejki. Zresztą targi książki to wydarzenia od lat korzystające z potrzeby kolektywnego przeżywania literatury, na których nie tylko dochodzi do spotkań w realu znajomych z wirtualu, ale gdzie uczestnicy otrzymują szeroką ofertę kolektywnych literackich przeżyć w czasie spotkań autorskich, warsztatów, zabaw okołoliterackich itd.
Jak z odpowiedzią radzą sobie instytucje związane z literaturą, w tym biblioteki? W corocznych badaniach czytelnictwa Biblioteki Narodowej od lat widać, że w obiegu czytelniczym kluczowi są najbliżsi. Wśród najpopularniejszych „źródeł informacji o czytanych książkach” niezmiennie od lat znajdują się znajomi (około 40 proc. w zależności od grupy wiekowej) i rodzina (około 30 proc.). „Społeczna wymiana informacji, rekomendacji i opinii o książkach jest najważniejszym impulsem do podjęcia lektury” – czytamy w raporcie BN dotyczącym roku 2024. I dalej: „Są̨ to wszystkie interakcje face-to-face oraz poprzez media społecznościowe z osobami zainteresowanymi czytaniem książek”. Dla porównania, z informacji na stronach internetowych wydawnictw, autora, reklam, prasy online korzysta mniej niż 20 proc. respondentów, z poleceń księgarzy natomiast ledwie 4–8 proc.
Zatem wiedza na temat trendów i trwałych zmian istnieje. Wiele bibliotek w Polsce stara się nadążyć za czytelnikami i czytelniczkami. Sam prowadzę szkolenia i warsztaty dla pracowników i pracowniczek bibliotek, w czasie których omawiam wspomniane badania oraz inne zmiany w praktykach czytelniczych zaobserwowane przeze mnie, a potem wspólnie staramy się przygotować ofertę biblioteczną tak, aby odpowiadała pojawiającym się potrzebom. Widzę więc, że wiele bibliotek jest chętnych do działania. Jednak skala tych działań ma zawsze charakter lokalny, uwzględniający miejscową specyfikę i profil biblioteki, a przede wszystkim owe działania są ograniczone zwykle niedużymi możliwościami finansowymi. Sukces jakichkolwiek innowacyjnych przedsięwzięć uzależniony jest przede wszystkim od zaangażowania samych pracowników i uzyskania dotacji. Dużo w tym niepewności. A planowanie długoletnich inicjatyw jest z tego powodu utrudnione, jeśli nie niemożliwe. Choć trzeba przyznać, że dyskusyjne kluby czytelnicze w wielu miejscach działają nieźle lub bardzo dobrze, tworząc trwałe relacje między ich uczestnikami oraz biblioteka.
Jak już wspomniałem, na zmiany najszybciej odpowiada rynek, instytucje, nawet jeśli zauważają wyzwania (np. dzięki badaniom BN), potrzebują czasu, by wdrożyć rozwiązania. Znów odwołam się do doświadczenia współpracy z bibliotekami. Jeśli jakaś biblioteka chce mnie zaprosić na warsztaty, żebyśmy wspólnie wypracowali nową ofertę dla najmłodszych czytelników i czytelniczek, bardzo często musi zwrócić się do ministerstwa po pieniądze w ramach jakiegoś projektu. Bardzo często jest więc tak, że zaproszenie do biblioteki pojawia się na mojej skrzynce mailowej w marcu, a samo szkolenie odbywa się rok później. Dopiero po szkoleniu – po kilku tygodniach lub miesiącach – biblioteka ma szanse faktycznie wdrożyć, to co wspólnie wypracowaliśmy.
Inaczej
Czy formy uczestnictwa w literaturze, które opisałem powyżej, osłabiają ją czy wzmacniają? A może nie powinniśmy zadawać pytania w ten sposób.
„Jest to inny sposób uczestnictwa w literaturze” – powiedział prof. Czapliński podsumowując wątek Pyrkonu w przytoczonej powyżej rozmowie.
A więc „inny” – po prostu inny. Taki, który nie tylko pozwala zinterpretować świat, ale też wytworzyć relacje i wspólnoty. Taki, w którym literatura nie jest celem samym w sobie, a czymś w rodzaju pretekstu do bycia i/lub robienia czegoś razem. Wattpadowa afektywność czy pyrkonowa performatywność jest raczej oznaką uwolnienia pierwotnej wspólnotowej energii, jaką literatura, zdaje mi się, powinna generować. Moja babcia w osiemdziesiątym szóstym roku życia nie pamięta już, jakie książki czytała na głos dzieciom pani Wolska – pamięta za to intymną atmosferę bliskości, przynależności, a przede wszystkim radość (która już nie pamięta z czego tak naprawdę wynikała) – radość, do której dziś tęskni.
Radość jest mocnym argumentem za. Warto jednak pamiętać, że zwrot w stronę kolektywności – który w gruncie rzeczy jest powrotem do relacyjnego sensu lektury – nie oznacza powrotu na stare śmieci. Funkcjonujemy w zupełnie innym świecie niż mała Krysia z podzamojskiej wsi: złapani w internetową sieć, przyklejeni do ekranów.
Nasze doświadczanie literatury, bez wątpienia radosne i intensywne, jest dziś także polem kontroli i czasem wyzysku silniejszych graczy, którym na literaturze wcale nie musi zależeć. Dlatego pierwszym krokiem nie jest odrzucenie kolektywności, lecz uważność: na to, kto ustala warunki tego doświadczenia i gdzie stawia nam granice. Od tej świadomości zależy to, jakie cele wytyczymy sobie – i literaturze – na przyszłość.
O AUTORZE
Rafał Hetman
Autor książek Izbica, Izbica i Las zbliża się powoli. Ta pierwsza znalazła się w finale Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego, otrzymała nominację do Nagrody Historycznej „Polityki” oraz Nagrody Literackiej im. Witolda Gombrowicza. Finalista Konkursu Stypendialnego im. Ryszarda Kapuścińskiego. Współpracuje ze Stowarzyszeniem Bibliotekarzy Polskich. Od 2013 roku w internecie opowiada o literaturze.
