1
Lot łabędzia przecina pręgą niebo za plecami nomady. C. siedzi w wieży widokowej. Pod drewnianym sklepieniem jego czerep. Cienie lasu przed nim, refleksy światła słonecznego na wodzie, za jego tępo ciosaną potylicą. Widok z wieży wraz z ruchem kręgów szyjnych. Plaster okienka wycięty w ciemnym drewnie. Klangor żurawi niesie się szeroko, echo pierwotnego świata. C. łapie zanikający pogłos szóstym już chyba zmysłem. Widzimy wieżę z lotu ptaka. Obstąpiona wachlarzem listowia drewniana kopuła na tle leśnej scenerii. Delikatne ruchy powietrza. Korpus C. jest nieruchomy, a pustka wokół wyznacza terytorium jego samotności. To złudzenie, że dzieje się w nim albo wokół coś nadzwyczajnego. Choć na pierwszy rzut oka mogłoby się tak wydawać. Odgrywa jedynie rolę opuszczonego przez wszystkich nędznika. Czuje, a raczej wie, że czeka go trywialny los. Zaglądamy przez boczne okienko wieży widokowej. Patrzymy w oczy C. Są spokojne, wilgotne, melancholijne. Nozdrza nadymają się, C. przyjmuje w siebie zapach szuwarów.
2
Otwiera się perspektywa na ponury korytarz. Wodzimy wzrokiem. Bezpłciowo, niemrawo, niemal martwo. Piwniczna szaruga, półcień. Optyczna padlina. B. zamyka za sobą drzwi i zapala światło. Mętny blask ze starej żarówy pod sufitem. Nasze z początku zmrużone oczy, jakby musiały przyzwyczaić się do nieuniknionego, błądzą po omacku. Po chwili wyłapują kilka wiążących szczegółów. Staroświecki wieszak na ubrania w kącie, sflaczała piłka do kosza na tanim regale, zegar ścienny naprzeciwko drzwi wejściowych, który stanął, zanim na dobre wystartował czas. Po obu stronach korytarza ściany obite boazerią. W nich drzwi. Po prawej jedne, po lewej dwoje. Obok każdego skrzydła na podłodze zdezelowane obuwie. Sparciałe lub rozchodzone. Trzy pary. B. zzuwa tenisówki. Otwiera kluczem drzwi wbite w prawą ścianę. Wchodzi do środka, czuje zapach stęchlizny. Otwiera okienko piwniczne nad łóżkiem. Powietrze znad betonowego podjazdu wpływa do pokoju. Miesza się z odorkiem klitki, nie dając ukojenia, a jedynie okraszając zapachową trupiarnię komponentem spalinowym. Na światło słoneczne nie ma tutaj co liczyć. Od czasu do czasu wpływają jedynie czeznące promienie zmierzchu. Dusza B. skrzeczy z tęsknoty za otwartą, jasną perspektywą. Za wolnością, za bezmiarem, za rozległą przestrzenią po horyzont. Dlaczego mi to zrobiliście – myśli sobie. Dlaczego mu to zrobiliście?
3
A. jest jeszcze przed trzydziestką. Mieszka z rodzicami. To norma, fakt trywialny, los powszechny. A. kończy pisać doktorat. Na jednym z kierunków humanistycznych, na jednej z mniej lub bardziej prestiżowych uczelni, w jednym z większych miast Skraju. To przywilej. Chyba jedyny w jego życiu. A. ma dziewczynę, jest w kilkuletnim tak zwanym związku. Ta para to zagadka. Nie wiemy, czy A. ją kocha, brak ku temu stosownych danych. Dlaczego właśnie ona? Dlaczego on dla niej? Czy Ewa naprawdę coś czuje do tego neurotyka? Widzimy A. z profilu. Rysy twarzy sarmackie, skrajne, haczykowaty nos. A. otwiera drzwi swojego pokoju. Po prawej biurko zawalone papierami i książkami, po lewej łóżko. Podążamy za zmaltretowanym ciałem mężczyzny. Ciąży ono w lewą stronę. Perspektywa jest chwiejna. Jak tor myśli w mózgu przepracowanego neuronaukowca. A. pada na łóżko i prawie natychmiast zasypia. Trudy konferencji o posthumanizmie dały mu się we znaki. Dwie noce prawie w ogóle nie spał, tylko rozmawiał do rana i chlał nieszczególnie wyszukany alkohol w towarzystwie takich samych jak on odklejeńców. Śni mu się bioniczna kukła neopapieża, który stał się panseksualnym zwierzęciem na miarę nowych czasów.
Sny o M4
Przemierzałem mroczny las nocą. Czułem silny niepokój. Co ja tu robię? Przecież powinienem szukać dachu nad głową w mieście. Wiedziałem jednak, a była to wiedza przerażająca i wyzwalająca jednocześnie, że tu jest mój azyl. Mam go na wyciągnięcie ręki. Dotąd jedynie błądziłem, prawdziwa szansa stoi przede mną niczym czterolistna koniczyna do zerwania.
Nagle rozpętał się gwałtowny wiatr i na chwilę niebo zajaśniało śnieżnobiałym blaskiem. Był to momentalny i szokujący rozbłysk, który nie nosił jednak znamion nadciągającej burzy. W ogóle nie miało to nic wspólnego ze zjawiskami atmosferycznymi. Zajaśniało sztuczne, syntetyczne światło, jakby znak od niewiadomej, rozumnej siły. Musiałem znaleźć źródło tego znaku. Puściłem się nieprzytomnym pędem przez gęstniejącą z chwili na chwilę ciemność. Las był wielki, mało przyjazny i co najmniej stumilowy. Dało się posłyszeć przeciągłe dudnienie przypominające rytualne bębnienie.
Odnalazłem swoje ciało w norze. Patrzyłem na nie z zewnątrz. Leżało bezwładnie pod głazem. Czy to był obraz mojej śmierci? Czy metafora domu w Ziemi, ostatecznego zespolenia z materią planety? Pytania te nie zaistniały wewnątrz śnionego, wtedy byłem jedynie skonsternowany i bezradny. Chciałem się wydostać z nory. Nie wiedziałem jednak, jak to zrobić. Nagle z pomocą przyszło mi to widziane przeze mnie wcześniej światło. Rozbłysk przywiódł mnie do wyjścia, które okazało się wejściem do miejskiego parku.
Zza parkowych drzew przemawiały do mnie głosy bliskich. Nie rozpoznawałem wyraźnie konkretnych postaci mówiących, ale wiedziałem, że to ludzie, na których opinii i akceptacji mi zależy. Zdania były apodyktyczne i wypowiadane jak gdyby w formie napomnienia. Chciano, żebym wziął się w garść, poszedł po rozum do głowy i się ustatkował. Powinienem ich zdaniem jak najszybciej znaleźć sobie mieszkanie w mieście, w jednym z owych molochów z betonu. Ja jednak, mając świadomość wykroczenia poza obowiązujące status quo i cierpiąc z tego powodu, chciałem wrócić do nory i połączyć się z porzuconym w niej własnym ciałem.
*
Organizowano casting na mieszkańca. To była cicha, schludna i bogata dzielnica. Kandydatów zjawiło się tylu, że miało się wrażenie, iż wybór dotyczy głównej roli w wysokobudżetowym serialu. Mimo ogromnej konkurencji wiedziałem, że mam szanse. Więcej, byłem wręcz przekonany, że to ja wygram. Nowy mieszkaniec musiał spełnić szereg kryteriów, być wręcz idealnym nowym osadnikiem, modelowym przykładem dyskretnego i ułożonego mieszczucha. Współczesna inkarnacja Übermenscha. Mimo że z tyłu głowy wiedziałem, iż nie wpisuję się jakkolwiek w ten schemat, to moja pewność siebie paradoksalnie tylko rosła. Mam w sobie coś, co przekona jury, jakiś nienazywalny urok, wabik na mieszczaństwo, oddech boskiego pierwiastka wyczuwalny szóstym zmysłem w sensorium burżuja.
Będę tym wyjątkiem, który potwierdzi wszystkie istniejące reguły.
Tymczasem do sali castingowej wprowadzono pierwszą grupę ludzi. Na oko z pięćdziesiąt osób. Nie znajdowałem się wśród nich. Drzwi zamknięto i odseparowano napierający na nie tłum. Ludzie byli pobudzeni i jakby zdesperowani. Wymachiwali rękoma i wykrzykiwali kuriozalne hasła w stylu: „Pokój temu domowi i wszystkim jego mieszańcom”, „Gołąbek pokoju to wróbel na dachu krematorium”, „Kość w dom, Bóg w butonierce”. Po chwili za drzwiami dało się posłyszeć przeraźliwe jęki, wrzaski, odhumanizowane wycia. Byłem przekonany, że to odgłosy tortur.
Do sali wprowadzono kolejną partię osób, mimo że tamci jeszcze nie wyszli. Ludzie przed drzwiami spotulnieli. Nagle w zadziwiający sposób jakby zeszło z nich powietrze, stracili energię do jątrzenia, protestów, dokazywania. W tym stanie powszechnego stuporu, który nie dotknął chyba tylko mnie, zapadła przerażająca cisza. Światła w poczekalni zgasły. Zza drzwi dobiegał jedynie ledwo słyszalny szmer, niby pracującej wentylacji. Po dłuższej chwili nastąpił pierwszy akord kolejnej części „obrad”. To był przeciągły jęk, jestem tego niemal pewien, szczytującej kobiety. Potem nastąpiła kawalkada, istna powódź: westchnień, krzyków, spazmów rozkoszy. Byłem przekonany, że to odgłosy orgii.
W następnej kolejce przyszła pora na mnie. Ludzie tylko wchodzili do środka, na casting, ale już nie wychodzili na zewnątrz. Wydawało się, że zostaną tam uwięzieni na zawsze. Niczym w potrzasku, w zawieszeniu pomiędzy bezdomnością a luksusem, wieczni petenci. Nie wiadomo było, czego doświadczają za drzwiami. Czułem się coraz mniej pewnie, właściwie byłem przerażony. Perspektywa ugrzęźnięcia w tym miejscu, wystawienia na wiecznotrwałą jurysdykcję arbitrów dobrego smaku, napawała mnie lękiem. Byłem przekonany, że muszę stamtąd uciec… Drzwi się otworzyły. Obudziłem się zlany potem.
*
Miałem tylko dla siebie zajefajny apartament z widokiem na Morze, tego tamtego, Bałtyckie. Cudnie jest pić kawusię z rana, a piwko wieczorem na wielgachnym jak hala produkcyjna tarasie. Wysokie, wysokie piętro. Tuż pod chmurami. Z rańca nie obudził mnie dzwon parszywego kościoła odbierający smak życia frajerom bliżej gleby, pędrakom, ryjom mrówkojada. Takie to było przewyższenie. Splunięcie z pyszczycha spadałoby na ziemię całe wieki.
W tym to apartamencie, odstawionym jak dla jakiegoś gwiazdora, influencera czy innego zjeba, stał przede mną klaun i śmiał się jak głupi do ementalera, ale śmiał się strasznie głośno. Jak potwór, kreatura obrzydliwa i smrodliwa. Nie wiedziałem, co mam robić ani jak się przed tym śmiechem schować. Nagle klaun wybuchł, rozleciał się na małe kawałeczki, ale nie do końca, bo to były takie małe klauniątka. Jedno małe coś, taka bździnka żałosna, zaczęło mi ubliżać w niewybrednych, tego tamtego, słowach. Powiedział mi, ten wypierdek cyrkowców, tego klauna minismark, ten, tego tamtego, sklauniały mikronapletek, powiedział mi: „Wynoś się stąd, siódma wodo po kisielu zaszlachtowanego, wpół drogi do Mlecznej Drogi, Marsjanina”.
Potem znalazłem się nagle w piwnicy tego apartamentowca, ale chyba nie w swojej piwnicy. To był schron właściwie, taki pod ziemią, tunelem połączony z tajną bazą. Z tej bazy przyjeżdżały dziwne łaziki, takie drony na kółkach. Przyjeżdżały do tego schronu i, jak by to powiedzieć, osaczały mnie. Niektóre robiły mi chyba pomiary, inne wczepiały się w moje ciało, najczęściej w łydę. W ogóle tego nie czułem, cielsko było jakby znieczulone. Nagle coś zawyło, rozbłysło, zaszumiało i zamiast tych dronów wielki ekran się pokazał, a na nim gęba jakiegoś generała, wodza, męża stanu, a że to szycha, to wiedziałem, bo takie rzeczy się we śnie rozpoznaje. I ta wielka gęba generalska z oczami generalskimi, generalskim wąsiskami, generalskim, tego tamtego, głosem zwróciła się prościutko do mnie, powiedziała mi takie słowa: „Synku, nie jestem z ciebie dumny. Zasmakuj frontu, by móc się tak szarogęsić na przypiecku Europy!”.
Na sam koniec znalazłem się w łazience tego niby mojego, tego tamtego, apartamentu. Leżałem sobie w wannie z jacuzzi, a cieplutka woda z bąbelkami pieściła mi karczycho i krzyż. Półdupki dupki przyjemnie odbijały się od dna, a plecy to jakby pieściła bogini wodociągów i wodotrysków. Relaksowałem się, odpoczywałem, odpływałem… nagle jednak coś zachrobotało, zaszamotało się dziko, chyba, tego tamtego, w rurach odpływowych, i z klopika wyskoczyło oślizgłe tałatajstwo, że to coś nie do wyobrażenia poza tym snem. Nawet opisać ciężko tę gnidę kostropatą. Coś pomiędzy wstrętnym wijem a rekinem, z domieszką yeti i rożkiem nosorożca. Bo to było, tego tamtego, włochate. I to tak stało, bulgotało, wiło się i się przygotowywało. Chyba żeby mnie pożreć albo coś mnie przekazać. Jedno albo drugie, albo to, albo tamto, tego tamtego. Nie dowiedziałem się, bo mnie parszywy budzik z tego snu wyrzucił, jak się wypluwa na glebę spleśniały kęs kaszanki.
Blok numer 6 przy ulicy Dąbrowszczaków, klatka D, mieszkanie numer 21. Mieszkaniec C.
Jak niewolnik, jak więzień. Niczym banita wewnątrz własnego poletka. Maleńkiego jak główka kolibra. Szczur zagubiony w nieoswojonej norze, na którego w każdym kącie czyha niezawodna pułapka. Doskonały mechanizm do miażdżenia tkanek. Obraz świata rozpada się na maleńkie kawałeczki. Być w końcu u siebie to odległy horyzont.
Jak mają mnie zadowolić te cztery liche ściany? Właściwie chyba powinny. Nie chcieć za wiele – podstawowa zasada. Postawa godna ponowoczesnego mnicha. Skończyłem trzydzieści jeden lat i mieszkam w pokoiku dwa na trzy. Powinienem być wdzięczny losowi za to, że mam dach nad głową i znośnych współlokatorów. Stać mnie na czynsz i pajdę falafela. Życie jest błogim snem… flippera?
Czasem w nocy nie potrafię zasnąć. Żołądek maltretowany przez złośliwy nerw. Jeśliś z mlekiem matki wyżłopał gen nieudacznictwa, to zdrowy sen jest przywilejem, wyjątkiem od reguły. Lecą w poduszkę dawno wyschnięte mokre sny i łzy frajera. Samotność jest chropowatą gliną, z której ulepię dzban dla przyszłych pokoleń. Będzie go można roztrzaskać na pniu ostatniego drzewa planety.
Wstaję wolno i nieporadnie, niczym skręcony w geriatryczną poczwarę starzec. Podłoga w przedpokoju jest brudna. Nie szuram kapciami, tylko zastępującymi kapcie zrogowaciałymi piętami. W tym domu oszczędza się na wszystkim, własną skórę mając za odzienie. Do stóp przyklejają mi się: piach z buciorów, okruchy, przywiędłe truchła much.
Wchodzę do klopa metr na metr. Jest duszno i ciemno, ale nie trzeba zapalać światła. Właściwie nie wolno. Oszczędzamy prąd. Po omacku podnoszę klapę sedesu. Jest na mokro obskurny, brudny, klejący się do spotniałej dłoni. Nie obchodzi mnie to. Nikt nie chce sprzątać, wszyscy musimy wydalać. Ściągam bokserki mechanicznym ruchem i opadam twardo na sedes. Syk i westchnięcie. Siur, siur, siur; kap, kap, kap. Ulga. Poezja klozetu.
Wracam do łóżka. Kładę się powolutku, ostrożnie, niepewnie. Jak zbutwiały tetryk bojący się o kruchą konstrukcję gnatów. Moszczę się, zagrzebuję w pielesze. Być może prędko zasnę. Robi się cieplutko… zasypiam. Przed ostatnim akordem jawy niedorzeczna właściwie myśl: właściciel nory forsował przelew forsy.