książki / PROZA

Kwadraty i trójkąt

Marcin Czerniawski

Fragmenty książki książki Marcina Czerniawskiego Kwadraty i trójkąt, wydanej w Biurze Literackim 8 września 2026 roku.

Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

1

Lot łabę­dzia prze­ci­na prę­gą nie­bo za ple­ca­mi noma­dy. C. sie­dzi w wie­ży wido­ko­wej. Pod drew­nia­nym skle­pie­niem jego cze­rep. Cie­nie lasu przed nim, reflek­sy świa­tła sło­necz­ne­go na wodzie, za jego tępo cio­sa­ną poty­li­cą. Widok z wie­ży wraz z ruchem krę­gów szyj­nych. Pla­ster okien­ka wycię­ty w ciem­nym drew­nie. Klan­gor żura­wi nie­sie się sze­ro­ko, echo pier­wot­ne­go świa­ta. C. łapie zani­ka­ją­cy pogłos szó­stym już chy­ba zmy­słem. Widzi­my wie­żę z lotu pta­ka. Obstą­pio­na wachla­rzem listo­wia drew­nia­na kopu­ła na tle leśnej sce­ne­rii. Deli­kat­ne ruchy powie­trza. Kor­pus C. jest nie­ru­cho­my, a pust­ka wokół wyzna­cza tery­to­rium jego samot­no­ści. To złu­dze­nie, że dzie­je się w nim albo wokół coś nad­zwy­czaj­ne­go. Choć na pierw­szy rzut oka mogło­by się tak wyda­wać. Odgry­wa jedy­nie rolę opusz­czo­ne­go przez wszyst­kich nędz­ni­ka. Czu­je, a raczej wie, że cze­ka go try­wial­ny los. Zaglą­da­my przez bocz­ne okien­ko wie­ży wido­ko­wej. Patrzy­my w oczy C. Są spo­koj­ne, wil­got­ne, melan­cho­lij­ne. Noz­drza nady­ma­ją się, C. przyj­mu­je w sie­bie zapach szu­wa­rów.

2

Otwie­ra się per­spek­ty­wa na ponu­ry kory­tarz. Wodzi­my wzro­kiem. Bez­pł­cio­wo, nie­mra­wo, nie­mal mar­two. Piw­nicz­na sza­ru­ga, pół­cień. Optycz­na padli­na. B. zamy­ka za sobą drzwi i zapa­la świa­tło. Męt­ny blask ze sta­rej żaró­wy pod sufi­tem. Nasze z począt­ku zmru­żo­ne oczy, jak­by musia­ły przy­zwy­cza­ić się do nie­unik­nio­ne­go, błą­dzą po omac­ku. Po chwi­li wyła­pu­ją kil­ka wią­żą­cych szcze­gó­łów. Sta­ro­świec­ki wie­szak na ubra­nia w kącie, sfla­cza­ła pił­ka do kosza na tanim rega­le, zegar ścien­ny naprze­ciw­ko drzwi wej­ścio­wych, któ­ry sta­nął, zanim na dobre wystar­to­wał czas. Po obu stro­nach kory­ta­rza ścia­ny obi­te boaze­rią. W nich drzwi. Po pra­wej jed­ne, po lewej dwo­je. Obok każ­de­go skrzy­dła na pod­ło­dze zde­ze­lo­wa­ne obu­wie. Spar­cia­łe lub roz­cho­dzo­ne. Trzy pary. B. zzu­wa teni­sów­ki. Otwie­ra klu­czem drzwi wbi­te w pra­wą ścia­nę. Wcho­dzi do środ­ka, czu­je zapach stę­chli­zny. Otwie­ra okien­ko piw­nicz­ne nad łóż­kiem. Powie­trze znad beto­no­we­go pod­jaz­du wpły­wa do poko­ju. Mie­sza się z odor­kiem klit­ki, nie dając uko­je­nia, a jedy­nie okra­sza­jąc zapa­cho­wą tru­piar­nię kom­po­nen­tem spa­li­no­wym. Na świa­tło sło­necz­ne nie ma tutaj co liczyć. Od cza­su do cza­su wpły­wa­ją jedy­nie cze­zną­ce pro­mie­nie zmierz­chu. Dusza B. skrze­czy z tęsk­no­ty za otwar­tą, jasną per­spek­ty­wą. Za wol­no­ścią, za bez­mia­rem, za roz­le­głą prze­strze­nią po hory­zont. Dla­cze­go mi to zro­bi­li­ście – myśli sobie. Dla­cze­go mu to zro­bi­li­ście?

3

A. jest jesz­cze przed trzy­dziest­ką. Miesz­ka z rodzi­ca­mi. To nor­ma, fakt try­wial­ny, los powszech­ny. A. koń­czy pisać dok­to­rat. Na jed­nym z kie­run­ków huma­ni­stycz­nych, na jed­nej z mniej lub bar­dziej pre­sti­żo­wych uczel­ni, w jed­nym z więk­szych miast Skra­ju. To przy­wi­lej. Chy­ba jedy­ny w jego życiu. A. ma dziew­czy­nę, jest w kil­ku­let­nim tak zwa­nym związ­ku. Ta para to zagad­ka. Nie wie­my, czy A. ją kocha, brak ku temu sto­sow­nych danych. Dla­cze­go wła­śnie ona? Dla­cze­go on dla niej? Czy Ewa napraw­dę coś czu­je do tego neu­ro­ty­ka? Widzi­my A. z pro­fi­lu. Rysy twa­rzy sar­mac­kie, skraj­ne, haczy­ko­wa­ty nos. A. otwie­ra drzwi swo­je­go poko­ju. Po pra­wej biur­ko zawa­lo­ne papie­ra­mi i książ­ka­mi, po lewej łóż­ko. Podą­ża­my za zmal­tre­to­wa­nym cia­łem męż­czy­zny. Cią­ży ono w lewą stro­nę. Per­spek­ty­wa jest chwiej­na. Jak tor myśli w mózgu prze­pra­co­wa­ne­go neu­ro­nau­kow­ca. A. pada na łóż­ko i pra­wie natych­miast zasy­pia. Tru­dy kon­fe­ren­cji o post­hu­ma­ni­zmie dały mu się we zna­ki. Dwie noce pra­wie w ogó­le nie spał, tyl­ko roz­ma­wiał do rana i chlał nie­szcze­gól­nie wyszu­ka­ny alko­hol w towa­rzy­stwie takich samych jak on odkle­jeń­ców. Śni mu się bio­nicz­na kukła neo­pa­pie­ża, któ­ry stał się pan­sek­su­al­nym zwie­rzę­ciem na mia­rę nowych cza­sów.


Sny o M4

Prze­mie­rza­łem mrocz­ny las nocą. Czu­łem sil­ny nie­po­kój. Co ja tu robię? Prze­cież powi­nie­nem szu­kać dachu nad gło­wą w mie­ście. Wie­dzia­łem jed­nak, a była to wie­dza prze­ra­ża­ją­ca i wyzwa­la­ją­ca jed­no­cze­śnie, że tu jest mój azyl. Mam go na wycią­gnię­cie ręki. Dotąd jedy­nie błą­dzi­łem, praw­dzi­wa szan­sa stoi przede mną niczym czte­ro­list­na koni­czy­na do zerwa­nia.

Nagle roz­pę­tał się gwał­tow­ny wiatr i na chwi­lę nie­bo zaja­śnia­ło śnież­no­bia­łym bla­skiem. Był to momen­tal­ny i szo­ku­ją­cy roz­błysk, któ­ry nie nosił jed­nak zna­mion nad­cią­ga­ją­cej burzy. W ogó­le nie mia­ło to nic wspól­ne­go ze zja­wi­ska­mi atmos­fe­rycz­ny­mi. Zaja­śnia­ło sztucz­ne, syn­te­tycz­ne świa­tło, jak­by znak od nie­wia­do­mej, rozum­nej siły. Musia­łem zna­leźć źró­dło tego zna­ku. Puści­łem się nie­przy­tom­nym pędem przez gęst­nie­ją­cą z chwi­li na chwi­lę ciem­ność. Las był wiel­ki, mało przy­ja­zny i co naj­mniej stu­mi­lo­wy. Dało się posły­szeć prze­cią­głe dud­nie­nie przy­po­mi­na­ją­ce rytu­al­ne bęb­nie­nie.

Odna­la­złem swo­je cia­ło w norze. Patrzy­łem na nie z zewnątrz. Leża­ło bez­wład­nie pod gła­zem. Czy to był obraz mojej śmier­ci? Czy meta­fo­ra domu w Zie­mi, osta­tecz­ne­go zespo­le­nia z mate­rią pla­ne­ty? Pyta­nia te nie zaist­nia­ły wewnątrz śnio­ne­go, wte­dy byłem jedy­nie skon­ster­no­wa­ny i bez­rad­ny. Chcia­łem się wydo­stać z nory. Nie wie­dzia­łem jed­nak, jak to zro­bić. Nagle z pomo­cą przy­szło mi to widzia­ne prze­ze mnie wcze­śniej świa­tło. Roz­błysk przy­wiódł mnie do wyj­ścia, któ­re oka­za­ło się wej­ściem do miej­skie­go par­ku.

Zza par­ko­wych drzew prze­ma­wia­ły do mnie gło­sy bli­skich. Nie roz­po­zna­wa­łem wyraź­nie kon­kret­nych posta­ci mówią­cych, ale wie­dzia­łem, że to ludzie, na któ­rych opi­nii i akcep­ta­cji mi zale­ży. Zda­nia były apo­dyk­tycz­ne i wypo­wia­da­ne jak gdy­by w for­mie napo­mnie­nia. Chcia­no, żebym wziął się w garść, poszedł po rozum do gło­wy i się ustat­ko­wał. Powi­nie­nem ich zda­niem jak naj­szyb­ciej zna­leźć sobie miesz­ka­nie w mie­ście, w jed­nym z owych molo­chów z beto­nu. Ja jed­nak, mając świa­do­mość wykro­cze­nia poza obo­wią­zu­ją­ce sta­tus quo i cier­piąc z tego powo­du, chcia­łem wró­cić do nory i połą­czyć się z porzu­co­nym w niej wła­snym cia­łem.

*

Orga­ni­zo­wa­no casting na miesz­kań­ca. To była cicha, schlud­na i boga­ta dziel­ni­ca. Kan­dy­da­tów zja­wi­ło się tylu, że mia­ło się wra­że­nie, iż wybór doty­czy głów­nej roli w wyso­ko­bu­dże­to­wym seria­lu. Mimo ogrom­nej kon­ku­ren­cji wie­dzia­łem, że mam szan­se. Wię­cej, byłem wręcz prze­ko­na­ny, że to ja wygram. Nowy miesz­ka­niec musiał speł­nić sze­reg kry­te­riów, być wręcz ide­al­nym nowym osad­ni­kiem, mode­lo­wym przy­kła­dem dys­kret­ne­go i uło­żo­ne­go miesz­czu­cha. Współ­cze­sna inkar­na­cja Über­men­scha. Mimo że z tyłu gło­wy wie­dzia­łem, iż nie wpi­su­ję się jak­kol­wiek w ten sche­mat, to moja pew­ność sie­bie para­dok­sal­nie tyl­ko rosła. Mam w sobie coś, co prze­ko­na jury, jakiś nie­na­zy­wal­ny urok, wabik na miesz­czań­stwo, oddech boskie­go pier­wiast­ka wyczu­wal­ny szó­stym zmy­słem w sen­so­rium bur­żu­ja.

Będę tym wyjąt­kiem, któ­ry potwier­dzi wszyst­kie ist­nie­ją­ce regu­ły.

Tym­cza­sem do sali castin­go­wej wpro­wa­dzo­no pierw­szą gru­pę ludzi. Na oko z pięć­dzie­siąt osób. Nie znaj­do­wa­łem się wśród nich. Drzwi zamknię­to i odse­pa­ro­wa­no napie­ra­ją­cy na nie tłum. Ludzie byli pobu­dze­ni i jak­by zde­spe­ro­wa­ni. Wyma­chi­wa­li ręko­ma i wykrzy­ki­wa­li kurio­zal­ne hasła w sty­lu: „Pokój temu domo­wi i wszyst­kim jego mie­szań­com”, „Gołą­bek poko­ju to wró­bel na dachu kre­ma­to­rium”, „Kość w dom, Bóg w buto­nier­ce”. Po chwi­li za drzwia­mi dało się posły­szeć prze­raź­li­we jęki, wrza­ski, odhu­ma­ni­zo­wa­ne wycia. Byłem prze­ko­na­ny, że to odgło­sy tor­tur.

Do sali wpro­wa­dzo­no kolej­ną par­tię osób, mimo że tam­ci jesz­cze nie wyszli. Ludzie przed drzwia­mi spo­tul­nie­li. Nagle w zadzi­wia­ją­cy spo­sób jak­by zeszło z nich powie­trze, stra­ci­li ener­gię do jątrze­nia, pro­te­stów, doka­zy­wa­nia. W tym sta­nie powszech­ne­go stu­po­ru, któ­ry nie dotknął chy­ba tyl­ko mnie, zapa­dła prze­ra­ża­ją­ca cisza. Świa­tła w pocze­kal­ni zga­sły. Zza drzwi dobie­gał jedy­nie led­wo sły­szal­ny szmer, niby pra­cu­ją­cej wen­ty­la­cji. Po dłuż­szej chwi­li nastą­pił pierw­szy akord kolej­nej czę­ści „obrad”. To był prze­cią­gły jęk, jestem tego nie­mal pewien, szczy­tu­ją­cej kobie­ty. Potem nastą­pi­ła kawal­ka­da, ist­na powódź: wes­tchnień, krzy­ków, spa­zmów roz­ko­szy. Byłem prze­ko­na­ny, że to odgło­sy orgii.

W następ­nej kolej­ce przy­szła pora na mnie. Ludzie tyl­ko wcho­dzi­li do środ­ka, na casting, ale już nie wycho­dzi­li na zewnątrz. Wyda­wa­ło się, że zosta­ną tam uwię­zie­ni na zawsze. Niczym w potrza­sku, w zawie­sze­niu pomię­dzy bez­dom­no­ścią a luk­su­sem, wiecz­ni peten­ci. Nie wia­do­mo było, cze­go doświad­cza­ją za drzwia­mi. Czu­łem się coraz mniej pew­nie, wła­ści­wie byłem prze­ra­żo­ny. Per­spek­ty­wa ugrzęź­nię­cia w tym miej­scu, wysta­wie­nia na wiecz­no­tr­wa­łą jurys­dyk­cję arbi­trów dobre­go sma­ku, napa­wa­ła mnie lękiem. Byłem prze­ko­na­ny, że muszę stam­tąd uciec… Drzwi się otwo­rzy­ły. Obu­dzi­łem się zla­ny potem.

*

Mia­łem tyl­ko dla sie­bie zaje­faj­ny apar­ta­ment z wido­kiem na Morze, tego tam­te­go, Bał­tyc­kie. Cud­nie jest pić kawu­się z rana, a piw­ko wie­czo­rem na wiel­gach­nym jak hala pro­duk­cyj­na tara­sie. Wyso­kie, wyso­kie pię­tro. Tuż pod chmu­ra­mi. Z rań­ca nie obu­dził mnie dzwon par­szy­we­go kościo­ła odbie­ra­ją­cy smak życia fra­je­rom bli­żej gle­by, pędra­kom, ryjom mrów­ko­ja­da. Takie to było prze­wyż­sze­nie. Splu­nię­cie z pysz­czy­cha spa­da­ło­by na zie­mię całe wie­ki.

W tym to apar­ta­men­cie, odsta­wio­nym jak dla jakie­goś gwiaz­do­ra, influ­en­ce­ra czy inne­go zje­ba, stał przede mną klaun i śmiał się jak głu­pi do emen­ta­le­ra, ale śmiał się strasz­nie gło­śno. Jak potwór, kre­atu­ra obrzy­dli­wa i smro­dli­wa. Nie wie­dzia­łem, co mam robić ani jak się przed tym śmie­chem scho­wać. Nagle klaun wybuchł, roz­le­ciał się na małe kawa­łecz­ki, ale nie do koń­ca, bo to były takie małe klau­niąt­ka. Jed­no małe coś, taka bździn­ka żało­sna, zaczę­ło mi ubli­żać w nie­wy­bred­nych, tego tam­te­go, sło­wach. Powie­dział mi, ten wypier­dek cyr­kow­ców, tego klau­na mini­smark, ten, tego tam­te­go, sklau­nia­ły mikro­na­ple­tek, powie­dział mi: „Wynoś się stąd, siód­ma wodo po kisie­lu zaszlach­to­wa­ne­go, wpół dro­gi do Mlecz­nej Dro­gi, Mar­sja­ni­na”.

Potem zna­la­złem się nagle w piw­ni­cy tego apar­ta­men­tow­ca, ale chy­ba nie w swo­jej piw­ni­cy. To był schron wła­ści­wie, taki pod zie­mią, tune­lem połą­czo­ny z taj­ną bazą. Z tej bazy przy­jeż­dża­ły dziw­ne łazi­ki, takie dro­ny na kół­kach. Przy­jeż­dża­ły do tego schro­nu i, jak by to powie­dzieć, osa­cza­ły mnie. Nie­któ­re robi­ły mi chy­ba pomia­ry, inne wcze­pia­ły się w moje cia­ło, naj­czę­ściej w łydę. W ogó­le tego nie czu­łem, ciel­sko było jak­by znie­czu­lo­ne. Nagle coś zawy­ło, roz­bły­sło, zaszu­mia­ło i zamiast tych dro­nów wiel­ki ekran się poka­zał, a na nim gęba jakie­goś gene­ra­ła, wodza, męża sta­nu, a że to szy­cha, to wie­dzia­łem, bo takie rze­czy się we śnie roz­po­zna­je. I ta wiel­ka gęba gene­ral­ska z ocza­mi gene­ral­ski­mi, gene­ral­skim wąsi­ska­mi, gene­ral­skim, tego tam­te­go, gło­sem zwró­ci­ła się pro­ściut­ko do mnie, powie­dzia­ła mi takie sło­wa: „Syn­ku, nie jestem z cie­bie dum­ny. Zasma­kuj fron­tu, by móc się tak sza­ro­gę­sić na przy­piec­ku Euro­py!”.

Na sam koniec zna­la­złem się w łazien­ce tego niby moje­go, tego tam­te­go, apar­ta­men­tu. Leża­łem sobie w wan­nie z jacuz­zi, a cie­plut­ka woda z bąbel­ka­mi pie­ści­ła mi kar­czy­cho i krzyż. Pół­dup­ki dup­ki przy­jem­nie odbi­ja­ły się od dna, a ple­cy to jak­by pie­ści­ła bogi­ni wodo­cią­gów i wodo­try­sków. Relak­so­wa­łem się, odpo­czy­wa­łem, odpły­wa­łem… nagle jed­nak coś zachro­bo­ta­ło, zasza­mo­ta­ło się dzi­ko, chy­ba, tego tam­te­go, w rurach odpły­wo­wych, i z klo­pi­ka wysko­czy­ło ośli­zgłe tała­taj­stwo, że to coś nie do wyobra­że­nia poza tym snem. Nawet opi­sać cięż­ko tę gni­dę kostro­pa­tą. Coś pomię­dzy wstręt­nym wijem a reki­nem, z domiesz­ką yeti i roż­kiem noso­roż­ca. Bo to było, tego tam­te­go, wło­cha­te. I to tak sta­ło, bul­go­ta­ło, wiło się i się przy­go­to­wy­wa­ło. Chy­ba żeby mnie pożreć albo coś mnie prze­ka­zać. Jed­no albo dru­gie, albo to, albo tam­to, tego tam­te­go. Nie dowie­dzia­łem się, bo mnie par­szy­wy budzik z tego snu wyrzu­cił, jak się wyplu­wa na gle­bę sple­śnia­ły kęs kaszan­ki.


Blok numer 6 przy uli­cy Dąbrowsz­cza­ków, klat­ka D, miesz­ka­nie numer 21. Miesz­ka­niec C.

Jak nie­wol­nik, jak wię­zień. Niczym bani­ta wewnątrz wła­sne­go polet­ka. Maleń­kie­go jak głów­ka koli­bra. Szczur zagu­bio­ny w nie­oswo­jo­nej norze, na któ­re­go w każ­dym kącie czy­ha nie­za­wod­na pułap­ka. Dosko­na­ły mecha­nizm do miaż­dże­nia tka­nek. Obraz świa­ta roz­pa­da się na maleń­kie kawa­łecz­ki. Być w koń­cu u sie­bie to odle­gły hory­zont.

Jak mają mnie zado­wo­lić te czte­ry liche ścia­ny? Wła­ści­wie chy­ba powin­ny. Nie chcieć za wie­le – pod­sta­wo­wa zasa­da. Posta­wa god­na pono­wo­cze­sne­go mni­cha. Skoń­czy­łem trzy­dzie­ści jeden lat i miesz­kam w poko­iku dwa na trzy. Powi­nie­nem być wdzięcz­ny loso­wi za to, że mam dach nad gło­wą i zno­śnych współ­lo­ka­to­rów. Stać mnie na czynsz i paj­dę fala­fe­la. Życie jest bło­gim snem… flip­pe­ra?

Cza­sem w nocy nie potra­fię zasnąć. Żołą­dek mal­tre­to­wa­ny przez zło­śli­wy nerw. Jeśliś z mle­kiem mat­ki wyżło­pał gen nie­udacz­nic­twa, to zdro­wy sen jest przy­wi­le­jem, wyjąt­kiem od regu­ły. Lecą w podusz­kę daw­no wyschnię­te mokre sny i łzy fra­je­ra. Samot­ność jest chro­po­wa­tą gli­ną, z któ­rej ule­pię dzban dla przy­szłych poko­leń. Będzie go moż­na roz­trza­skać na pniu ostat­nie­go drze­wa pla­ne­ty.

Wsta­ję wol­no i nie­po­rad­nie, niczym skrę­co­ny w geria­trycz­ną poczwa­rę sta­rzec. Pod­ło­ga w przed­po­ko­ju jest brud­na. Nie szu­ram kap­cia­mi, tyl­ko zastę­pu­ją­cy­mi kap­cie zro­go­wa­cia­ły­mi pię­ta­mi. W tym domu oszczę­dza się na wszyst­kim, wła­sną skó­rę mając za odzie­nie. Do stóp przy­kle­ja­ją mi się: piach z bucio­rów, okru­chy, przy­wię­dłe tru­chła much.

Wcho­dzę do klo­pa metr na metr. Jest dusz­no i ciem­no, ale nie trze­ba zapa­lać świa­tła. Wła­ści­wie nie wol­no. Oszczę­dza­my prąd. Po omac­ku pod­no­szę kla­pę sede­su. Jest na mokro obskur­ny, brud­ny, kle­ją­cy się do spo­tnia­łej dło­ni. Nie obcho­dzi mnie to. Nikt nie chce sprzą­tać, wszy­scy musi­my wyda­lać. Ścią­gam bok­ser­ki mecha­nicz­nym ruchem i opa­dam twar­do na sedes. Syk i wes­tchnię­cie. Siur, siur, siur; kap, kap, kap. Ulga. Poezja klo­ze­tu.

Wra­cam do łóż­ka. Kła­dę się powo­lut­ku, ostroż­nie, nie­pew­nie. Jak zbu­twia­ły tetryk boją­cy się o kru­chą kon­struk­cję gna­tów. Mosz­czę się, zagrze­bu­ję w pie­le­sze. Być może pręd­ko zasnę. Robi się cie­plut­ko… zasy­piam. Przed ostat­nim akor­dem jawy nie­do­rzecz­na wła­ści­wie myśl: wła­ści­ciel nory for­so­wał prze­lew for­sy.

O autorze

Marcin Czerniawski

Urodzony w 1989 roku w Węgorzewie. Prozaik. Laureat projektu „Połów. Prozatorskie debiuty 2026”. Kwadraty i trójkąt to jego książkowy debiut. Mieszka i pracuje w Trójmieście.

Powiązania

Kwadrat w trójkącie albo trójkąt w kwadracie

wywiady / o książce Marcin Czerniawski Przemysław Owczarek

Roz­mo­wa Prze­my­sła­wa Owczar­ka z Mar­ci­nem Czer­niaw­skim, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki Mar­ci­na Czer­niaw­skie­go Kwa­dra­ty i trój­kąt, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 8 wrze­śnia 2026 roku.

Więcej

Rozmowy na koniec: odcinek 32 Marcin Czerniawski, Agata Dyczko, Karolina Krasny, Ewa Tondys-Kohmann, Łukasz Wojtysko

nagrania / transPort Literacki Różni autorzy

Trzy­dzie­sty dru­gi odci­nek z cyklu „Roz­mo­wy na koniec” w ramach festi­wa­lu Trans­Port Lite­rac­ki 28. Muzy­ka Resi­na.

Więcej

Nowe poetyckie i prozatorskie głosy z polski 2023

nagrania / transPort Literacki Różni autorzy

Czy­ta­nie z książ­ki Połów. Poetyc­kie i pro­za­tor­skie debiu­ty 2022 z udzia­łem Mar­ci­na Czer­niaw­skie­go, Aga­ty Dycz­ko, Miło­sza Fle­sza­ra, Jaku­ba Gra­bia­ka, Jaku­ba Gut­kow­skie­go, Karo­li­ny Kra­sny, Joan­ny Łępic­kiej, Ewy Ton­dys-Koh­mann, Łuka­sza Woj­tysk i Ame­li Żyw­czak w ramach festi­wa­lu Trans­Port Lite­rac­ki 28. Muzy­ka Resi­na.

Więcej

Połów. Poetyckie i prozatorskie debiuty 2022 (proza)

utwory / zapowiedzi książek Różni autorzy

Frag­men­ty zapo­wia­da­ją­ce książ­kę Połów. Poetyc­kie i pro­za­tor­skie debiu­ty 2022, któ­ra uka­że się w Biu­rze Lite­rac­kim 14 sierp­nia 2023 roku.

Więcej

Maszynka naiwnego bluźnierstwa na podobieństwo Maszyny Pragnącej

wywiady / o książce Karolina Krasny Marcin Czerniawski

Roz­mo­wa Karo­li­ny Kra­sny z Mar­ci­nem Czer­niaw­skim, lau­re­atem pro­jek­tu „Połów. Pro­za­tor­skie debiu­ty 2022”.

Więcej

Do boju automaty, leśne skrzaty, maszyny do szycia fraz!

debaty / ankiety i podsumowania Marcin Czerniawski

Głos Mar­ci­na Czer­niaw­skie­go w deba­cie „Czy pró­bu­jesz zmie­nić świat swo­im pisa­niem?”.

Więcej

Łobuzy

utwory / premiera w sieci z Połowu Marcin Czerniawski

Pre­mie­ro­wa pro­za Mar­ci­na Czer­niaw­skie­go Łobu­zy. Pre­zen­ta­cja w ramach pro­jek­tu „Połów. Pro­za­tor­skie debiu­ty 2022”.

Więcej

Historia jednego akapitu: Pochwała flegmatycznego rozumu?

recenzje / KOMENTARZE Marcin Czerniawski

Autor­ski komen­tarz Mar­ci­na Czer­niaw­skie­go, lau­re­ata pro­jek­tu „Połów. Pro­za­tor­skie debiu­ty 2022”.

Więcej

Że czułość może być kształtem

wywiady / o pisaniu Karolina Krasny Marcin Czerniawski

Roz­mo­wa Mar­ci­na Czer­niaw­skie­go z Karo­li­ną Kra­sny, lau­re­at­ką pro­jek­tu „Połów. Poetyc­kie / Pro­za­tor­skie debiu­ty 2022”

Więcej

Kwadrat w trójkącie albo trójkąt w kwadracie

wywiady / o książce Marcin Czerniawski Przemysław Owczarek

Roz­mo­wa Prze­my­sła­wa Owczar­ka z Mar­ci­nem Czer­niaw­skim, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki Mar­ci­na Czer­niaw­skie­go Kwa­dra­ty i trój­kąt, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 8 wrze­śnia 2026 roku.

Więcej

Współczesna powieść łotrzykowska: Marcin Czerniawski, Łobuzy

recenzje / IMPRESJE Adam Kaczanowski

Impre­sja Ada­ma Kacza­now­skie­go na temat pro­zy Mar­ci­na Czer­niaw­skie­go, lau­re­ata pro­jek­tu „Połów. Pro­za­tor­skie debiu­ty 2022”.

Więcej