Miasto przeszłości
Powinno mieć dwa diabełki na rogatkach
zamiast białego orła!
Dajesz przez bramę do ogrodu, mordo; śladu po tobie, mordo!
Kamery firmy krzak na czatach, morda na kłódkę, mordo!
Gonią cię – dzida! Jeśli złapią, trzym się z kneblem z kory;
pamiętaj o gardzie, farmazon składa się z narządu mowy.
Ono ma skrót i wrze, więc pokonujesz Samotnie, Zapadnie,
Bezpowrotnie, kusisz.
Nałgano na łamach „Między Wisłą a Wieprzem”:
Rwała brzegi, puszczała się falami. Łeb z czynnej podał jej PIN
w Matki Boskiej Pieniężnej. Ostatni raz widziana obok bankomatu,
mięła w kielni kartę z logo żubra. Sto procent aktorzy za kinem
Irena, chyba że się wykoleja pod niejakim Pod Semaforem.
W huk przeszło – plomby na przejeździe, mir rycki, siekierezady.
Bez dębów, lip jest tu przesadnie zacisznie. Perspektywy upadłych
wieżowców nic się nie zmieniły. Lulu w opakowaniu Czarnych
jak skurcz korkotrampka w kopciuchu. Tak kładzie się miasto, mordo.
Czarnabaśń
Cios miękkiemu podbrzuszu – klasyka gatunku.
Dziadu w rękawiczce bez palców sucz zagłaszcze.
Skarbie z ChAD vis-à-vis Wnerwii, zaświeć
pięciozłotówkami, może cię kopnie lepszy szczyt?
Postawmy sprawę jasno: historii trzeba koła,
chichotowi – losu, losowi – pastwy.
Znasz to? – Dobre monety nie są złe,
w fastrygi dżdżu wpuścili bezczeli bylejacy
(bezczele byli z cukru, tamtym udało się
rozpłynąć).
Sioło albo zbiór kątów. Jazda po utrzymance,
grudzie piątej klasy:
Skończysz u miedzy, co się nawysychasz, to twoje.
(Taki kut jak konia kopyto, niebo zmieniło
barwy, żywioł rozgrywa planistów aż miło).
W rozlazłych okiennicach pasą się niedobitki
koronek. Przeciąg wyżera kit, dziurawi progi.
Drzwi, których tu pełno,
nie prowadzą do pokoju.
Osoby, które możesz znać
Łatwolka i Buc są zupełnie obcymi ludźmi,
którzy się przyzwyczaili. Para nie ma planów
na wieczór i myli się, myśląc, że da się ułożyć koty.
Od dłuższego czasu cały dom trapią śródranne
zmory, z biednym psem w roli głównej – biednym,
ponieważ to on cierpi z powodu braku zaufania.
Pewnego czarnego dnia, przyciasnego jak piwniczka,
Buc podejmuje decyzję o wyjściu na powietrze.
Czy Łatwolka podąży za wielkim męskim cieniem?
Czy się nie ulęknie? A może spotkają się przy stacji
metra? Albo ona weźmie Ubera z kierowcą porywaczem
za kółkiem (w tej roli były pies)? Czy ktoś, kto cierpi
na brak zaufania, będzie w stanie odnaleźć się w świecie
kocich ruchów? A jeśli tak, to czy zaakceptuje rzeczywistość
z Bucem, w której nie ma miejsca dla Łatwolki?
Baśń porobiona
Łatwcie wiadro, kruszcie boba! Inaczej nie powinie!
Małpkę, co stoi na blacie, ożeńcie Harnasiem!
Od razu inna rozmowa! Położnej też polać!
Z nami się nie napijesz?!
Pokemona mogło nie być. Zrobili na przekór, zdecydowali
za niego. Ale od początku. Raz babka Pokemona skroiła flagę
United. Diabeł to zobaczył, powiedział – daj. Okociła się w suce.
Jej młoda wyrastała z ciuchów, w końcu sama puściła. Obiecuje
się zaszyć. Wrócić na dychę swojej wpady.
Biedny Pokemon. Można go wytrąbić każdemu. Nagrać, jak idzie
środkiem asfaltówki bez ksywy. W dziursku pozbawionym praw
miejskich trepuje kocie łby, w które według podań lokalsów
jest pozamieniane frajerstwo. Jakaś pijana czarownica (na stówę
żona gada) przeklęła Pokemona:
Będziesz zamiatał żwirówką od autu do autu, liczył
obce fury zatruwające twoją Różę, gmina Stolec,
i pokażesz lepszy świat drobnym, co nie zaznały
szczęścia w kieszeni, gub się!
Pokemona mogło nie być. Zdecydowało macanie się przez próg.
Torba na glebie. Dymanko przed zbitym lustrem.
Zmywacz
A może jesteśmy tylko brudem
pod czyimś zadbanym paznokciem?
Albo odwrotnie?
Jesteśmy zadbanym paznokciem,
a brud nie należy do nikogo?
A może ten paznokieć nie jest
znowu taki zadbany,
a ten brud wcale nie jest taki „be”?
A może to nie brud?
Może to czarny lakier Maybelline
użyty pod czyjąś nieobecność?
Chyba że to najzwyklejsza z żałób –
ta tak zwana żałoba po utraconej ziemi?
I może ten paznokieć wrasta sobie głęboko,
a tam, gdzie wrasta, jest mu lżej?
Może to ani nie lakier, ani nie żałoba,
tylko resztka karty zdrapki,
i teraz umiera się z ciekawości,
kto dostał szansę grania dalej.
Gorzej, jeśli ten paznokieć złamał się palcu
(niech będzie, że fuckowi), i jedyne, co ma sens,
to obgryzanie pozostałych paznokci
na wspólną odległość oraz plucie nimi
aż do wzięcia się w garść.
Co zrobią brud, lakier, resztka karty zdrapki,
jeśli paznokieć się nie znajdzie?
Skąd wziąć drugi taki paznokieć?
Kogo stać na to, żeby podjąć trop?
Psim swędem zapuścić się w prawdę
o świecie, którego nie da się zmyć niczym?