książki / POEZJE

Siedemnaście pieśni wyprowadzonych z przypadku

Wojciech Kopeć

Fragmenty książki Wojciecha Kopcia Siedemnaście pieśni wyprowadzonych z przypadku, wydanej w Biurze Literackim 9 czerwca 2026 roku.

Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

Pieśń czwarta

Justy­nie Kuli­kow­skiej

Kto umarł z prze­je­dze­nia, kie­dy trze­cie oko
Mija­ne­go poran­ka zga­sło we wła­ści­wym
Jedy­nie sobie cza­sie? Niech bło­go­sła­wie­ni
Będą kar­mi­cie­le i ich­niej­sze zwy­cza­je,
Spa­da­ją­cy dzień na rzecz poła­wia­czy pereł.
Być może nikt nie umarł. Być może to cudza
Ręka się­ga­ją­ca po biał­ko, hydro­li­zat –
Być może o tym mówi meta­fo­ra świa­tła.
Śmierć i dłoń się­ga­ją­ca do zgnie­cio­nych puszek –
Mię­dzy nimi jaka jest rela­cja? Co wów­czas
Zacho­dzi mię­dzy nożem a świę­tym obżar­stwem,
Kie­dy ktoś w mar­twych pal­cach obra­ca mie­chun­kę,
Tak­że prze­cież cudzą? Jak zwy­kle – pod obra­zem
Domu nie kry­je się nic poza gość­mi. Poza
Tym, co obra­ca się jak płe­twal po rubie­żach
Fisz­bin, co wypeł­nia, choć pozba­wio­ne miej­sca.
Wyobra­zić to sobie moż­na jako zarys,
Led­wie wstęp do póź­niej­szej prak­ty­ki jedze­nia.
Drew­nia­na kura oraz każ­dy rodzaj mię­sa
Obsłu­gu­ją­cy inny znak zodia­ku. Led­wie
Zarys – pochła­niać świa­tło sta­cji ben­zy­no­wej.
Try­mal­chion? Jestem w koń­cu posta­cią fak­tycz­ną,
Bio­rę nastę­pu­ją­cy po tym kęsie sztu­ciec,
Poły­kam go przed sobą. Kosze­ni­la – czer­wień
Fos­fo­ry­zu­ją­ca ku mia­stu, prze­ły­ko­wi
Z puszek, któ­rych nie zgnio­tło jesz­cze bia­łe morze;
Z nie­go łaska­wie czer­pie hoj­ne oko. W dal­szej
Kolej­no­ści: droż­dżo­wy eks­trakt za kró­le­stwo
Zwie­rząt, wątro­ba, skó­ra, mal­to­dek­stry­na, tłuszcz.
Pięć­dzie­siąt jeden pro­cent udzia­łów w wodzie i
Soli mor­skiej przy­pa­dło wie­lo­ryb­ni­ko­wi
Z Kio­to. A oprócz nie­go – czy ktoś potra­fi wciąż
Roz­nie­cać fio­le­to­we nie­bo pod pozo­rem
Ochro­ny posia­da­nia wła­sno­ści? A było
Dwóch bra­ci uro­dzo­nych pod gwiaz­dą przy­pad­ku.
Przy­pa­dek to jest rzu­cić w for­mę dzięk­czy­nie­nia
Spa­dek po czer­wo­nym dniu. Podą­żać za ścież­ką
Zna­czo­ną jęcz­mie­niem i mle­kiem, miesz­kać w środ­ku
Modli­tew­ne­go młyn­ka i na jego wierz­chu –
To rów­nież nale­ży do fał­szy­wej zbież­no­ści.
Cza­sem tak jest, że widzi się jedy­nie ple­cy
Molo­cha. Ponad nimi sprzy­ja­ją­cą gwiaz­dę.


Pieśń szósta

Dla pierw­szych dzie­wię­ciu­set metrów głę­bo­ko­ści
Prze­sta­je ist­nieć pań­stwo Kiri­ba­ti. Ser­ce
Ato­lu powięk­szo­ne o trzy­dzie­ści jeden
Nie­omal bez­pań­skich rąk – jeśli nie uzna­wać
Wypi­su z czasz­ki tego poha­ra­ta­ne­go
Orga­ni­zmu. Powo­li gaśnie, poca­łun­ki
Nade­sła­ne z HMS Chal­len­ger nie­spiesz­nie
Domy­ka­ją histo­rię o lodo­wym dnie, tę
Nie­zbor­ną astro­lo­gię z odwró­co­nej gwiaz­dy.
To razem trzy­dzie­ści dwie aniel­skie pie­śni o
Świa­tło­ściach, o ciem­nym, bo szem­ra­nym spa­da­niu
Z kom­pa­su, stu dwu­dzie­stu latach, jakich nie da
Niko­mu i nicze­mu oce­an, choć dał­by
Sam śro­dek cze­goś bli­żej nie­okre­ślo­ne­go
W sym­bo­li­ce okrę­tu. Podzie­li­li się po
Pół, z grub­sza, nie dba­jąc o fine­zję w pra­wie­niu
Sobie uprzej­mo­ści. Och, uśmie­rzo­ny bólu,
Sce­do­wa­ny na jesz­cze póź­niej­sze adre­sy
Zamiesz­ka­nia. Dzień po dniu roz­bie­ra­na nocy –
Udław się w gar­dle stat­ku. Rzecz pro­sta jak nazwa
Wyspy ode­rwa­na od swo­je­go począt­ku.
Tutaj nie ma ciem­no­ści: tyl­ko głę­biej, głę­biej.


Pieśń siedemnasta

Nie­za­sie­dlo­na jesz­cze dzi­siaj zie­mia. Nagła
Teraź­niej­szość podró­ży i roz­grza­ny pia­sek
Uno­szą­cy się za dniem w powie­trzu. W odda­li –
Prze­su­wa­ją­ce się po roz­wi­dlo­nym gry­fie
Współ­brz­mie­nia okrę­to­wych syren. Spły­wa­ją­ce
Błę­kit­ną stru­gą nie­bo – na czub­ki drzew oraz
Minu­ty odmie­rza­ne wewnątrz bota­ni­ki.
Tru­dy w roz­po­zna­wa­niu ulic. Poety­ka
Lotu i zni­ka­ją­ce śla­dy stóp. Baga­że.
Roze­bra­ne baga­że, opróż­nio­ne do snu,
Odda­ne nie­zna­jo­mym cia­łom obsłu­gi i
For­mu­la­rzom obsłu­gi. Strze­li­ste arpeg­gia,
Wzgó­rza falu­ją­ce za nową zie­mią. Sta­ra,
Nie­za­sie­dlo­na jesz­cze zie­mia. W tym momen­cie –
Dia­log dwóch odda­lo­nych o morza warun­ków
Latar­ni. Latar­nie na wyspach, wyłą­czo­ne
Z uży­cia, wska­zu­ją­ce zagu­bio­nym oczom
Kie­ru­nek zagu­bie­nia. Wyjąt­ki na mapie.
Uno­szą­ce się wid­mo teraź­niej­szo­ści. Duch
Pra­wa spa­da­ją­cy na ramię pań­stwa. Gęsta,
Legi­sla­cyj­na mgła, a w niej zobo­wią­za­nia:
Zobo­wią­za­ny, aby prze­ka­zać na rzecz. Dno
Oce­anu i na nim zbu­do­wa­ne mia­sto.
Na zawsze fik­cja. Zej­ście na dno, por­tu­gal­skie
Zło­to. Lub bra­zy­lij­skie zło­to. Albo weł­na
Za zło­to. Opo­wieść o lizboń­skich ban­kie­rach
Roz­pusz­cza­ją­cych zło­to w winie. Palácio da
Bol­sa. Umo­wy rów­nie fik­cyj­ne, co skar­biec –
Tam, trzy­na­ście poko­leń wstecz. Trzę­sie­nie zie­mi,
Histo­ria zatrzy­ma­na na wyso­ko­ści gwiazd.
Kosmos. Sen­ty­men­tal­na bar­wa. Kase­to­wy
Odtwa­rzacz Sony TC-50. Apol­lo,
Łza­wy ton the­re­mi­nu. Muzy­ka z Księ­ży­ca
Pra­wie trzy­sta tysię­cy kilo­me­trów ponad
Powierzch­nią Zie­mi, dzi­siaj, wła­śnie dzi­siaj, jesz­cze
Nie­za­sie­dlo­nej. Życie skła­da­ją­ce się z grot,
Jaskiń, ere­mi­to­riów, oran­że­rii, altan,
Świą­tyń, kwa­ter o rzu­cie sze­ścio­ra­mien­nych gwiazd.
Histo­rycz­ne życie i teraź­niej­sze życie.
Zban­kru­to­wa­ne życie. Opusz­czo­ne sale
Sądo­we i wyro­ki sła­ne dro­gą mor­ską.
Uśred­nio­na histo­ria. Nady­ma­ją­ce się,
Cią­gną­ce swo­je dłu­gie war­ko­cze kome­ty.
Roz­gwiaz­dy, ośmior­ni­ce. Fon­tan­ny, lipo­we
Boskie­ty, taras gór­ny oraz taras dol­ny.
Prze­ro­śnię­ty kar­mi­ciel. Zała­mu­ją­cy się
Pod napo­rem zło­ta most – wiel­ki i drew­nia­ny,
Jed­no­kie­run­ko­wy most. Odbi­cie całe­go
Pań­stwa w spo­koj­nej wodzie. Roz­bież­ne latar­nie.
Łut szczę­ścia i dale­kie, dale­kie połu­dnie.

W tym samym cza­sie, kie­dy kolej­ne set­ki spół­ek przy­sto­so­wy­wa­ły się powo­li do nowych warun­ków życia – inne umie­ra­ły, prze­pu­ściw­szy przez sie­bie zle­pek pie­śni zło­żo­nych z co naj­mniej kil­ku nie­przy­sta­ją­cych do sie­bie świa­tów – nie­za­peł­nio­na dotąd kon­tu­ro­wa mapa, wiszą­ca w jed­nym z gabi­ne­tów pre­ze­sa mię­dzy tar­czą do rzu­tek a opra­wio­ną w szkło koszul­ką hisz­pań­skie­go klu­bu, obra­dza­ła wątły­mi jesz­cze, ale już wwier­ca­ją­cy­mi się w wybra­ne punk­ty stra­te­gicz­ne, dłu­gi­mi mac­ka­mi oraz towa­rzy­szą­cy­mi im nazwa­mi mórz, miast i jezior. Tak osie­dlał się powo­li na lądzie nowy mor­ski moloch, któ­re­go naro­dzi­ny powi­nien zwia­sto­wać osob­ny roz­dział nauk kar­to­gra­ficz­nych, wyła­nia­ją­ca się z pobocz­nych sce­nek zwie­rzę­cych, zagęsz­cza­ją­cych się stop­nio­wo bor­diur, ozdob­na lite­ra „A”, od któ­rej w odpo­wied­nich warun­kach roz­po­czę­li­by­śmy naszą histo­rię. Być może nie da się opo­wie­dzieć o losach spół­ki, w któ­rej byłem zatrud­nio­ny, poza mapą i atra­men­tem, ale czy pod­ję­li­by­śmy się w ogó­le pró­by roz­strzy­gnię­cia spo­ru, co było pierw­sze – ta jed­na ośmior­ni­ca, któ­rej obraz powo­li wyła­niał się spod gład­kiej powierzch­ni arku­sza, czy nasze przed­się­bior­stwo? Może ktoś nas ubiegł albo znów byli­śmy o kil­ka kro­ków za dzia­ła­nia­mi zarzą­du, kie­dy kro­pla sepii zaczę­ła obra­stać wrze­cio­no­wa­tą flo­ra­tu­rą, roz­ga­łę­ziać się, śmia­ło odkry­wać nie­zna­ne pola pustych mar­gi­ne­sów? Wyobra­ża­my sobie te nie­wy­ja­śnio­ne naro­dzi­ny, kie­dy ośmior­ni­ca docie­ra tak­że tu, do gabi­ne­tu pre­ze­sa – czy cezu­rą było­by pierw­sze ude­rze­nie gieł­do­we­go dzwo­nu? A może pierw­sze uda­ne roz­sze­rze­nie kapi­ta­łu fir­my na sąsied­nie pań­stwa? Co z fun­da­cja­mi wspie­ra­ją­cy­mi spół­kę, czę­sto już zagnież­dżo­ny­mi w kra­jach ościen­nych?

Choć opo­wie­dze­nie całej histo­rii atra­men­tu, wywie­dzio­nej z nicze­go inne­go jak ze sta­łej obser­wa­cji czer­nie­ją­cej powo­li plą­ta­ni­ny macek, mogło­by być samo w sobie wyjąt­ko­wo eks­cy­tu­ją­ce, to nas inte­re­su­je przede wszyst­kim ów szcze­gól­ny moment zawią­zy­wa­nia się dra­pież­nych soju­szy, kie­dy nic nie jest jesz­cze prze­są­dzo­ne, ale wie­my dosko­na­le, że coś na kształt ostre­go zwar­cia pomię­dzy rów­no­rzęd­nie roz­wi­ja­ją­cy­mi się pod­mio­ta­mi tego soju­szu osta­tecz­nie musi się wyda­rzyć. Uchwyć­my dobrze ten moment – mac­kom, któ­re roz­po­zna­je­my po nie­wiel­kich przy­ssaw­kach, w kar­to­gra­ficz­nej legen­dzie wid­nie­ją­cych pod zna­kiem krop­ki, bli­żej jest, póki co, do ozdob­ne­go ini­cja­łu, roz­ra­sta­ją­cych się skrom­nie pędów akan­tu niż do nagich mię­śni wychy­la­ją­cych się wprost z wnę­trza oce­anu. Jesz­cze nie roz­ro­śnię­ty dzi­ko orga­nizm, biją­cy na oślep swo­ją pomno­żo­ną masą, a led­wie kil­ka chu­dych zawi­ja­sów – tak przy­naj­mniej pre­zen­tu­je się tajem­ni­cze zwie­rzę, na któ­re od cza­su do cza­su spo­glą­dam znu­dzo­ny, w trak­cie pil­ne­go spo­tka­nia zor­ga­ni­zo­wa­ne­go w naj­prze­stron­niej­szym z biu­ro­wych pomiesz­czeń. Te z pozo­ru ane­micz­ne ramio­na, nie­mra­we koń­czy­ny mocu­ją­ce się z moro­wym powie­trzem, zdo­ła­ły już jed­nak owi­nąć wokół sie­bie cał­kiem spo­ry kawa­łek kra­ju, mię­dzy inny­mi Olsz­tyn, Ostro­łę­kę czy Ostrów Mazo­wiec­ką, a kil­ka miast woje­wódz­kich, któ­re mają w naj­bliż­szym cza­sie paść łupem kor­po­ra­cyj­nych Ośmior­ni­czek, led­wie wyśli­zgi­wa­ło się z ich uści­sków. Wszyst­kie mac­ki pro­wa­dzą do Bał­ty­ku, gdzie ze szczy­tu roz­wi­ja­ją­ce­go się orna­men­tu spo­glą­da na mnie led­wie wysta­ją­ca ponad powierzch­nię wody gło­wa, ośmior­ni­ca w fazie począt­ko­wej swo­je­go roz­wo­ju, cze­ka­ją­ca na odpo­wied­ni moment, żeby wycią­gnąć pozo­sta­łe ramio­na i zary­so­wać niczym cyr­klem swo­ją obec­ność w świe­cie. Dopie­ro po nie­co bliż­szym spoj­rze­niu na tę wynu­rzo­ną deli­kat­nie czasz­kę zauwa­żam, że będą­ce jej prze­dłu­że­niem ramio­na – już dość powy­krę­ca­ne, poła­ma­ne – ugi­na­ją się pod wpły­wem nie­zna­jo­mej siły, jak­by zapie­ra­jąc się trzy­ma­ne­go moc­no skraw­ka zie­mi; coś albo wcią­ga zwie­rzę z powro­tem do wody, albo zmu­szo­ne balan­so­wać mię­dzy lądem a jakimś nie­od­kry­tym, pod­wod­nym kró­le­stwem roz­cią­ga się mię­dzy swo­imi dwo­ma prze­ci­wień­stwa­mi.

Och, byle­by tyl­ko nasza nie­roz­wi­nię­ta jesz­cze do koń­ca, papie­ro­wa ośmior­ni­ca odna­la­zła swo­ją zagu­bio­ną rodzi­nę – gale­rię wiel­kich posta­ci, któ­re rysow­ni­cy tak ocho­czo umiesz­cza­li na swo­ich szki­cach dzie­siąt­ki lat temu, a z któ­ry­mi kar­to­gra­fo­wie, nie stro­niąc od gigan­to­ma­nii, utoż­sa­mia­li całe pań­stwa. Żebyś, nie­wiel­ki punk­ci­ku prze­su­wa­ją­cy się po hory­zon­cie biu­ra, nie pod­da­wał się do koń­ca i w ślad za swo­imi przod­ka­mi stwo­rzył praw­dzi­we impe­rium – jak choć­by to „Impe­rium na kół­kach”, któ­re trzę­sło Nowym Jor­kiem za cza­sów Van Wycka. Przy­patrz się tyl­ko temu wąsa­te­mu męż­czyź­nie ze zdję­cia – jego podo­biź­nie uwiecz­nio­nej przed cudow­ną prze­mia­ną ramion w mac­ki, a kor­pu­su w trzę­są­cą się pod guzi­ko­wa­ną sta­lą maszy­nę paro­wą – czy nie odczu­wasz z nim głęb­sze­go powi­no­wac­twa nie­skrę­po­wa­nych ruchów, jaki­mi zaraz ten zagar­nie dla sie­bie całe miej­skie świa­tło? „Man­hat­tan i Bro­oklyn w kie­sze­ni Wil­lia­ma Whit­neya, wiel­kie­go finan­si­sty, wła­ści­cie­la i spo­łecz­ni­ka!” – gło­si­ła pra­sa w 1899 roku, ujaw­nia­jąc nazwi­sko cichej, skrom­nej posta­ci odpo­wie­dzial­nej nie tyl­ko za dzia­ła­nie każ­dej nie­mal latar­ni w Nowym Jor­ku, ale też mię­dzy inny­mi za tory łączą­ce to mia­sto z Bosto­nem. Czy nie widzia­ła­byś sie­bie w sta­rej angiel­skiej rodzi­nie, któ­ra naj­pierw wzbo­ga­ci­ła się na baweł­nia­nej gorącz­ce i prze­my­śle włó­kien­ni­czym, póź­niej, gdy tyl­ko stal i para opa­no­wa­ły Ame­ry­kę, oplo­tła sobie połą­cze­nia­mi kole­jo­wy­mi, niczym las­sem, ów kraj wokół pal­ca, aż w koń­cu, gdy nie star­czy­ło jej już miej­sca na lądzie, musia­ła prze­nieść się ze swo­imi trans­kon­ty­nen­tal­ny­mi ambi­cja­mi na sze­ro­kie wody obu naj­więk­szych oce­anów? Popatrz tyl­ko, jak ów potęż­ny gło­wo­nóg, pod posta­cią ame­ry­kań­skiej flo­ty cią­gną­cej ramio­na­mi swo­ich żoł­nie­rzy wszyst­kie tru­sty prze­my­sło­we­go impe­rium Whit­ney­ów, powra­ca w koń­cu do swo­je­go natu­ral­ne­go śro­do­wi­ska, wpły­wa mię­dzy ośmior­ni­ce z innych kra­jów i swo­bod­nie dry­fu­je po kipie­li – bez kie­run­ku, ale z peł­ną kon­tro­lą nad rucha­mi wody. […]


Miejsca zebrane, elegia (fragment)

3.
To rów­nie dobrze mógł­by być począ­tek póź­niej­szej ele­gii:
Nikt nie wysy­ła już listów w pań­stwie duń­skim –
noc­ki, roz­dzie­la­nie paczek jako
pod­po­ra życia; wysy­ła­nie,
odsy­ła­nie, rekla­ma­cje.
Fatal­ne stra­ty.

Prze­kształ­ca się Pocz­tę Pol­ską
w spół­kę akcyj­ną dla unik­nię­cia strat.

Odtąd każ­dy wysy­ła­ny list był obcią­żo­ny dłu­giem,
w każ­dej koper­cie – odli­czo­ne wyku­pie­nie z dłu­gu.

Dane licz­bo­we i wykre­sy – tak czu­le roz­mó­wio­ne
mię­dzy sobą o stra­tach – wędro­wa­ły od mar­twe­go mia­sta
do mar­twych pla­có­wek.

Urzę­dy pocz­to­we, prze­obra­żo­ne w koń­cu
w świą­ty­nie kre­dy­tu, sta­ły się miej­scem odku­pie­nia,
gdzie pra­cow­ni­ce przy­cho­dzą spła­cać swo­je dłu­gi
zacią­gnię­te pra­cą w publicz­nych usłu­gach.

Tak, powin­ny były się spła­cić.

Powin­ny były dokła­dać się do każ­de­go nada­nia
albo ofia­ro­wać coś nada­niom od sie­bie.

Powin­ny były udzie­lać kre­dy­tów na imio­na
swo­ich bli­skich zmar­łych.

Powin­ny były wpi­sy­wać je do ewi­den­cji,
z modli­twą o poboż­ne pra­ce po pięk­nej śmier­ci.

Powin­ny były odkła­dać dni na wyku­pie­nie,
a każ­dy nie­wy­ko­rzy­sta­ny dzień spa­lać
jak nie­waż­ny pie­niądz.

Powin­ny były sprze­dać cały świat
dla wyku­pie­nia go z astro­no­micz­ne­go dłu­gu
(ponoć widocz­ne­go nawet z kosmo­su),
dla wyku­pie­nia całych poko­leń
wycho­wa­nych na stra­tach i nie­spój­no­ści.

Powin­ny były zacią­gnąć się na listy kre­dy­to­we,
zobo­wią­za­nia hipo­tecz­ne na rzecz
fatal­nych strat pań­stwa.

Powin­ny były odkła­dać górę zło­ta
się­ga­ją­cą słoń­ca spa­lo­ne­go dłu­giem – naj­cen­niej­sze­go
spo­śród wszyst­kich paliw.

Powin­ny były sprze­dać wie­żę z kości sło­nio­wej,
ucho igiel­ne i przy­lą­dek Horn wraz z Przy­ląd­kiem
Dobrej Nadziei.

Powin­ny były zako­pać się w wezwa­niach do spła­ty
jak w śmier­ci, tak,
powin­ny były.

To rów­nie dobrze mógł­by być począ­tek póź­niej­szej ele­gii:
Nikt nie odbie­ra już listów w pań­stwie duń­skim.

O autorze

Wojciech Kopeć

Urodzony w 1998 roku. Poeta, redaktor wydawnictwa Kontent, krytyk literacki. Autor trzech książek poetyckich: przyjmę/oddam/wymienię (2021), jest taki konik (2023) oraz Klif, dywiz i sestyna (2024). Za tom jest taki konik otrzymał Nagrodę Literacką Gdynia (2024). Mieszka w Nowej Hucie.

Powiązania

Jeden z większych rewersów

wywiady / o książce Marlena Niemiec Wojciech Kopeć

Roz­mo­wa Woj­cie­cha Kop­cia z Mar­le­ną Nie­miec towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki cierp­kie, któ­ra uka­że się w Biu­rze Lite­rac­kim 28 listo­pa­da 2022 roku.

Więcej