pasja
jeden pies czy robi to z miłości
czy po prostu jest jebnięty
gdy je widzi dostaje szewskiej
czerwone buty z krokodylej skóry
cztery złote pierścienie bo pasują
do audicy ciemny grafit metalik
na giełdzie w każdą niedzielę
po drodze nie wyrabia na sumę
transakcji z tacki tłustej parafii
ma też puszczalską sukę wilczura
o czym dowiedział się przypadkiem
gdy nocą spuścił z łańcucha
czy wejdzie ich tyle do beczki
to człowieczej niż zostawić
na amuse-bouche lasu
trzy uderzenia w mosiądz
w jego mokrych rękach
ostatnia procesja
park jurajski
podjeżdża nabity mięsem
centrum dokładka padliny
nadchodzi głucha
ciemna
nieupity nieprzećpany
lecz w oku źrenica w pion
napięty brzuch siarczysty mróz
na skrzydełkach nosa
stworzeniom wyklutym na żer
wymyśla śmierci czuje
pod kłami soczyste
koktajlowe oczy
każde koło na rzeź wyje strzela
tuningowy tłumik kompsognata
ewolucja te małe raptory
zapędziła w zły zjazd
nikt nie pyta skąd leci krew
gdyby ktoś wylał się
w niskopodłogowym solarisie
słońce i tak wstanie
rano zabiorą dzieci do zatoru
wytrzeźwieją dopiero w drodze
kupując kawkę na stacji sprawdzą
czy przyszły fanty do paczkomaty
masz jedną pierdoloną
nieodczytaną wiadomość
życie jest jak park
jaki park
w i t a m y n a w y s p i e i s l a n u b l a r
m i r r a i k a d z i d ł o s k u t e c z n e n a k o m a r y
l i t e r a n a ś c i a n i e t o z n a k
reptilian complex to fejk
na wybrzeże powraca synogarlica
w dziobie niesie kable
za krótkie na zerwane
połączenia
głęboko w jej widzeniu peryferyjnym
sterta kamieni zastaw na pastwę
odłamków toczonych przez lód
w rozdziale osadzania się skał
dziecko układa z nich wieże
zostawia po sobie ślad
kim jest skąd przybyło
ono też nie wie
gdy na plażę wbiega gad
nie boi się nie ucieka
wyciąga ręce
klaszcze

tajanie
scena z księgi kaina
największa chała
na niskości
rozrzucone skorupki w kurniku
tylko chciał im pomóc babciu
szybciej pokazać świat
wydarzyło się ponieważ
trzeba choć raz skuć się
jak beckham przy karnym w 2004
człowiek to boże boisko
murawa gęsto obsrana przez kury
biegając inkantują chłodno
mrożone boli mniej
mrożone boli mniej
mrożone boli mniej
trzeba swoje odtajać
w przezroczu liczyć bąbelki
żywić nimi i warstwa
za warstwą
gotować do wyjścia
na zapalony lont
canis major
w tej wersji opowieści jest psami
raz dżokiem umęczonym tułaczką
raz łajką odkrywczynią ciał niebieskich
raz psem dróżnika krótko po zawale
ciągle szczeka w obeschłe firanki
wsadza nos w zżółkłe pelargonie
przepędza smoki od niewiasty
kruszy zęby na rogatkach
i oto objawia się
ten barwy pożogi
mający siedem głów
na każdej trzy rogi
a ogon jego zmiata trzecią część gwiazd
i rzucił je na ziemię
pies dróżnika łapie je wszystkie
niewiasta oddaje mu okruch nieba
z obrzydzeniem wyciera
jedwabiem lizane dłonie
—
w budzie kablówka
oglądasz gwiazdy tańczą na lodzie
tworzą wspaniałe układy
kiedyś
tylko
ciemność
sin-i-co
która dałaś tlen
nie wyrzekłaś się
wolno pływającego łańcucha
teraz słuchaj jak
woła eukariota znad
szmaragdowego morza
pośród rozkwitu wód
nie wódź na pokuszenie
karyon eleison archeon eleison
parawanu naszego powszedniego
daj nam dzisiaj i odpuść
nam nasze siny