tajanie
utwory / premiery w sieci Michał DziedzicPremierowy zestaw wierszy Michała Dziedzica tajanie. Wyróżnienie w ramach projektu „Pracownie otwarte wierszem 2023”.
WięcejRozmowa Patrycji Sikory-Tarnowskiej z Michałem Dziedzicem, towarzysząca premierze książki Michała Dziedzica tajanie, wydanej w Biurze Literackim 10 marca 2026 roku.
Biuro Literackie
kup książkę na poezjem.pl
Nie wiem, co sobie myślałam, decydując się na wejście w zmianę stanu skupienia ze swojego stałego w Twoje tajanie, ale na pewno nie to, że skończę ze srogą hipotermią. Krótko: jeśli debiutować, to właśnie tak. Jak się z tym debiutowaniem czujesz?
Chętnie się dowiem, próbując odpowiedzieć na to pytanie. Czuję spokój od momentu, w którym tak serio–serio dotarło do mnie, że książka jest gotowa. Mój aktualny vibe określiłbym jako lekko rwącą rzekę (pozdrawiam Przemka, on wie) w trakcie roztopów. Kry sobie płyną, obijają się trochę i swobodnie tają.
Towarzyszy mi oczywiście też ekscytacja. Długo pracowałem na debiut. Pierwszy szkic jednego z wierszy powstał w notatniku telefonu 4 października 2020 r., a myśl o wydaniu się na pastwę czytelników z 2023 r. To wtedy, latem, na krakowskim Kazimierzu, w nieistniejącej już knajpie na ul. Dajwór, postawiono dużą ścianę o powierzchni zdatnej do pisania po niej kredą. Na jej szczycie widniał napis „before I die…”, a pod nim puste linijki do zapełnienia przez randomowe osoby odwiedzające to miejsce. W pustej rubryce napisałem „wydać tomik poezji”. Mam do wielu rzeczy słabą silną wolę, ale w tej kwestii byłem bardzo uparty.
Teraz zaczyna się właściwy etap życia mojej książki. Chcę omawiać te wiersze, zderzać je z innymi tekstami, słuchać skrajnych opinii. Zrobić z tego butlę z poetyckim tlenem, a potem deep dive w bańkę i poza nią. Skrupulatnie będę liczył bąbelki.
Pochodzisz z podkrakowskiej wsi Narama herbu „Nowina” (to ważne!). Wspominam o herbie, bo w 2013 r. mieszkańcy bardzo o niego zabiegali, co zostało wyeksponowane na stronie internetowej www.narama.pl. Przepadłam tam. Claimem Twojej wsi, również wyeksponowanym, jest: „Our sweetest place in the whole universe”. Co Ty na to? Po przeczytaniu „tajania” nie byłabym tego taka pewna.
Szanuję za ten research! Najpierw odniosę się do herbu i historii rotmistrza Nowiny. Nie będę udawał, że znałem dokładnie jego dzieje wcześniej, ale skoro już o nim mowa, to w skrócie oddajmy mu pola opowieści. Spoiler: wiele motywów pasuje do tajania i wyciąga na wierzch kolejne warstwy znaczeniowe. Wyznaję zasady, że znaczenie ma wszystko i że nie ma przypadków.
Legenda sławi męstwo rotmistrza Nowiny, syna kotlarza, który podczas przegranej walki Bolesława Krzywoustego z Rusinami w 1121 r. oddał władcy własnego konia, ratując go przed niewolą. Następnie został pojmany i skuty wraz ze swym dowódcą jednym łańcuchem. Nowina odciął sobie nogę, aby umożliwić mu ucieczkę, co upamiętniono w herbie, zwanym też Złotogoleńczykiem. Herb łączy symbole ucha kotła (od zawodu ojca) i ukruszonego miecza. Błękitne pole tarczy herbowej to z kolei upamiętnienie przegranej bitwy. Inna wersja głosi, że kaleką Nowina został, broniąc pieszo, po oddaniu konia Krzywoustemu, swego pana albo na Psim Polu, albo w boju z Haliczanami.
Teraz mam dla Ciebie zadanie. Posiadając tę wiedzę, przeczytaj wiersze: „łańcuch”, „poddanie”, „karma” i „pyski”. Kolory herbu, niebieski i biały, to kolory maryjne, ale czy nie kojarzą się także z lodem?
Odpowiadając na pytanie – tak, to moje sweetest place in the whole universe, raj utracony, kraj lat dziecinnych i dolina Issy podlane wywarem z piekielnych kotłów zamku z law.
Czytałam Twoją książkę, korzystając z Google Street View. Zorganizowałam sobie małą drogę krzyżową w Twojej wsi i na stacji OSP Narama wpadłam w trans z „litanią do dziur”. W tym wierszu jest doskonała fraza „poranku bezdroży który polerujesz karoserię świata” – czym wjechałby na sygnale poranek bezdroży i co przepuściłby nam na przeglądzie, jeśliby do tego doszło?
Wjechałby Mercedesem 190E (W201) 2.0 benzyna w manualu, ciemny grafit. W środku piękne drewniane, lakierowane wykończenia i kubełkowe fotele w kratę. Na przegląd wbijamy z dozwoloną prędkością, ponieważ wozimy się powoli. Mamy wersję z rynku włoskiego, dlatego podwozie jest w idealnym stanie. Pieczątkę w dowodzie rejestracyjnym dostajemy jak kujon szóstkę z niezapowiedzianej kartkówki.
Jedynym minusem tego egzemplarza jest fotel kierowcy z dwoma śladami po petach. Taki samochód miał mój tata. Kupił go od Włocha, kolegi ciotki, a potem sprzedał go za pięć tysięcy złotych. Oddałbym wiele, żeby znów móc się nim przejechać. Ciekawe, gdzie teraz stoi lub co z niego zostało?
A co czytelnik może przegrać w Twoim świecie? Sam sugerujesz, że lektura tajania jest ryzykowna.
Chodzi mi o ryzyko poślizgu. Bo u mnie w książce wchodzą zachwiania czasu, zachwiania przestrzeni. I to jest ryzykowne, żeby się odnaleźć w tym wszystkim. Mówi się, że życiowy parkiet bywa śliski, także uważaj, jak tańczysz. To tutaj też tak jest, wiesz, trzeba uważać, jak się tańczy. I można polecieć w różne strony. Masz opcję pójścia w stronę prehistorii, związanej z łańcuchem DNA, z ewolucją. Możesz też sięgnąć do tych bardziej rodzinnych perypetii. Możesz je łączyć, ale nie musisz. Możesz pójść drogą tropów wilczych, leśnych. Albo czytać tylko lodem, grzebaniem. Albo pieśniami katolickimi. Jest tu bardzo dużo miejsc, w których można, a nawet trzeba utknąć. I ryzykowne jest to, że zamkniesz sobie głowę tylko na jedną wersję.
Wykorzystujesz mnóstwo motywów biblijnych i sprawnie miksujesz je z popkulturą. Czy to Twoja metoda na oswojenie sacrum, które przez lata mogło być narzędziem opresji?
Mam dużą potrzebę odczuwania sacrum, oswajania go, przekształcania. Jeśli je profanuję, to z wielką czułością i szacunkiem. To nic nowego pod słońcem, że popkultura uwielbia tworzyć nowe źródła świętości, stawiać kolejne pomniki ze spiżu, a następnie je obalać i plugawić. Dualizm się potęguje, zwielokrotnia, miesza, ewoluuje. Wszystko, co zbrukane, pociąga mnie dwa razy mocniej. Pęknięta korona, boży syn na kolanach, ale też psia ślina na rękach Maryi oraz kamień w kształcie serca – wieczne szamotanie się od skrajności w skrajność. Uderzam w wysokie tony raz dla draki, a raz totalnie poważnie, wyciskając z nich ostatnie krople esencji, jak z torebki herbaty z żółtą karteczką parzonej trzeci raz, bo tak każe zwyczaj. Mając przed sobą szlachetny arsenał rytuałów, symboli i znaków, nie wyobrażam sobie z niego nie skorzystać, aby wyciskać warstwa za warstwą nowe znaczenia aż po kres ery ludzi.
Jestem wdzięczny za to, że wychowałem się w kulturze chrześcijańskiej. Dzięki niej mam punkty odniesienia, (nie)bezpieczny grunt. Zastanawia mnie, kim byłby człowiek wychowany bez żadnej kultury? Mam mam nadzieję, że nikt nigdy nie wykona takiego eksperymentu. Pozostają domysły. Naśladownictwo to przetrwanie – uczenie się na pamięć słów modlitw i pieśni, wiązania butów i tego kiedy mówić, a kiedy milczeć. Robiłem, ba, robię to z oddaniem i pasją, a społeczność, która oswoiła mnie z sacrum, nie odpowiada w żaden sposób za to, co oswoiła. Oglądając kolejny film z prehistorycznymi gadami, klaskam jak dziecko na plaży w moim wierszu.
Oswajanie sacrum trwa, ale nie jest już narzędziem opresji. Było nim, gdy mama kazała rano iść do kościoła, a ja czytałem ostatnią część Harry’ego Pottera przez całą noc. To mnie ukształtowało i może to syndrom sztokholmski, ale jestem wdzięczny za tę opresję.
Co nosi Bóg w Twoich wierszach – dres czy kostium z Sailor Moon?
Coś pomiędzy. Mój Bóg nie ubiera się u Miucci Prady (choć chciałby), a częściej w lumpie. Czasem coś zamówi z popularnych platform do elektrycznej szafy z przegrodami służącej do odbierania przesyłek. Nosi taką samą truckerkę jak Ash Ketchum z serii anime Pokémon, trzy szeleszczące paski na dole oraz jakieś szybkie sneakersy w neonowych barwach. Na czarnym teesie oversize ma srebrny kajdan (gruba pancerka). Na to wszystko obszerny prochowiec i jakiś crossbody kołczan prawilności a.k.a. saszeta. W tym outficie wychodzi najczęściej do sklepu z zielonym płazem w logo po prażynki (za)duszki. Stylu się nie kupi.
Zostańmy jeszcze przez chwilę przy religii. Kontrafaktury pieśni religijnych w tajaniu są wybitne. Czy dopisywanie nowych treści do starych melodii to Twój sposób na odczarowanie dzieciństwa? Co się dzieje z podmiotem, gdy zaczyna śpiewać własne słowa do np. „Serdeczna Matko”?
Oprócz kontrafaktur są też fragmenty pieśni wplecione w wiersze. W obu przypadkach nie jest to przypadek, jak wszystko w tej książce. Moim zdaniem przekształcanie to istota sztuki, dlatego podejmuję się tego wyzwania i kombinuję, dociskam te teksty kultury do innych form, ale to nie tak, że to tylko tyle – cyt, iskierka gaśnie. Nie. Pieśni kościelne są jak zaklęcia na nostalgię – przywołują dany moment, wspomnienie, ogrzewają serce. W moim przypadku jest to siedzenie z babcią w drugiej ławce, po prawej stronie kościoła i śpiewanie ze wszystkimi jednego utworu. Czułem wtedy moc, wspólnotowość, jakiś rodzaj magii, której często mi brakuje.
Przerabiając pieśń na własną modłę, godzę w sacrum, wierząc, że to także forma kreacji.
Twój podmiot dorasta na wsi, w katolickiej strukturze – jak bardzo to „tajanie” było procesem odmrażania własnej queerowości w miejscu, gdzie tradycja raczej po kruchym lodzie nie stąpa?
W takiej społeczności trzeba być z jednej tkaniny, ale pozwolić jej się wycierać i strzępić przez lata. Dopiero patchwork dał mi pełnowymiarową narzutę, pod którą mogę się ogrzać i spod której nie wystają mi nogi. Musiałem swoje odtajać. Wiele razy chciałem walczyć, ale dopiero poddanie, które jest ważnym motywem książki, okazało się właściwą (może jedyną dostępną) drogą.
W okresie dorastania i mieszkania na wsi bardzo powoli dowiadywałem się, kim jestem. Nie pozwoliłem sobie na otwartość, ponieważ sam nie dopuszczałem do siebie prawdy. Nie byłem nieszczęśliwy, ale czułem, że czegoś wciąż mi brak (i już w głowie nucę z Beatą Kozidrak), że jestem inny. Nigdzie jednak nie było wzorca do odtworzenia.
Młodych gejów nikt nie uczy miłości, pierwszych kroków w relacji, okazywania czułości – nie ma tu punktu odniesienia, co uważam za skrajnie krzywdzące. Miłość mężczyzny do mężczyzny rządzi się innymi prawami. Nie odgrywa się tu ról, które przez tysiąclecia są doskonalone przez tradycję i stereotypy w przypadku osób hetero. To zaleta i wada jednocześnie. Będąc osobą queerową, buduje się siebie w ciągłym poczuciu strachu przed odrzuceniem. To trzymanie gardy męczy, wyniszcza, obrasta często opryskliwością i sarkazmem. Psie pokazanie miękkiego podbrzusza nie wchodzi w grę. Nie chodzi mi tu o współczucie, ale uświadomienie tego, jak to jest nie móc dzielić się szczęściem z innymi. Gdy nie ma uświęconego rytuału celebrującego twoją miłość, gdzie nikt ci nie błogosławi na nowej drodze życia. W takiej sytuacji rodzi się gniew, a ja go odrzucam.
Wybieram śpiewanie własnych pieśni, na cześć i chwałę swojego imienia i imion moich osób braterskich, siostrzanych i po prostu bliskich. Byliśmy, jesteśmy i będziemy, i mamy swoje pieśni. I jeśli wieje tu patosem, to trudno – śpiewam i wysławiam pod niebiosa własny queer!
Gdybyś miał wybrać jeden wiersz z książki, który przetrwałby próbę czasu – który by to był i dlaczego akurat ten?
Wiersz ostatni – „strup”. Łączy się z całą książką, ale mógłby zostać oderwany i być w jakiś sposób odczytywany po prostu przez samego siebie jako hołd do podważania rzeczy, które zarastają strupem. Czasami warto go zerwać i dać się wylać rzeczom.
Ewentualnie jeszcze wiersz „kalibracja”, bo wielowarstwowość wybrzmiewa tu na wielu poziomach i to nie tautologia. Lubię ten tekst. Mógłby funkcjonować solo i dałby sobie świetnie radę w oderwaniu od ciała książki.
A czy Ty potrzebujesz oderwania i bycia solo, jeśli chodzi o sam proces pisania?
To jest przygodne pisanie. Kiedyś miałem tak, że siadałem, puszczałem sobie smutną muzykę i miałem tendencję do umartwiania się. Zdarza mi się wstać w środku nocy, zapisać coś na telefonie. Później przepisuję to na komputer, czasami robię to ręcznie albo w ogóle zapisuję ręcznie, a później to ląduje w edytorze tekstowym. Lubię usiąść przy biurku, ale nie jest to namaszczone jakimś takim świętym czasem, rytuałem. Żyję z pisania, zajmuję się nim zawodowo. Potrafię oddzielić te dwa rodzaje pracy – zarobkową i poetycką. I obie traktuję tak samo poważnie. Poezja to świadomie wybrany drugi etat, z którego nie utrzymam mojej rodziny, ale za to utrzymam siebie w różnych stanach – także skupienia.
A konstrukcja Twojej książki i forma wierszy? Koncept typu święty czy też nie?
Myślę, że to jest wykształcony styl. Przez lata próbowałem różnych rzeczy. Wyróżniałem dużą literą wersy z każdej strofy, stosowałem interpunkcję, ale w pewnym momencie stwierdziłem, że jest mi ona niepotrzebna i mnie rozprasza. Wizualnie bardziej podoba mi się wiersz, który jest złożony z minuskuł. Wtedy wszystko, co jest zapisane małą literą, może wybrzmieć tak samo i ma równe szanse. Lubię symetrię w wierszu. Dużą rolę odgrywają u mnie edytorskie zabiegi, że wersy się łamią, gdzieś tam tańczą, zakrzywiają się.
[T]ajanie jako gest – czym byłoby?
Bierzesz czyjąś zmarzniętą dłoń i wkładasz sobie do kieszeni razem ze swoją dłonią. Wzięcie kogoś tak wiesz, pod rękę, i pójście z kimś poślizgiem. I jeszcze zagrzanie zimnej nogi wystawionej za kołdrę o czyjeś ciepłe udo. Bo chciałbym, żeby w ludziach… O jezu, teraz to będzie… Lubię patos. Chciałbym, żeby w ludziach coś… Żeby ludzie coś w sobie też mogli skruszyć, odtajać, żeby w nich tajało po przeczytaniu tej książki. Trochę jak „next level unlocked” i po prostu sytuacja typu „odblokowano nowe wspomnienie”. Może nawet niepodobne do tego, które gdzieś tam krąży w książce, ale to na pewno byłby dla mnie taki malutki sukces, gdyby osoba czytelnicza sobie przypomniała na przykład taką chwilę ze swojego życia, która nagle się w nim odmroziła.
Bo też o tym jest ta książka: o przemierzaniu wspomnień, snów, mierzeniu się z upływem czasu, przestrzeni. W jakiś sposób próbuje zatrzymać rzeczy, które odchodzą.
Serwujesz nam mocktail z oniryzmu, drapieżności, pogruchotanych kości. Jak udaje Ci się utrzymać równowagę między sentymentem za latami 90. a surowym, nowoczesnym obrazowaniem, które nie daje czytelnikom taryfy ulgowej?
Mocktail tylko i wyłącznie, a równowagi nie ma i nie będzie. To jest jazda bez trzymanki, gdzie musisz pedałować (hehe), aby jechać dalej. W tych wierszach znaczenie ściele się gęsto i na tym polega cała zabawa. Konstruowałem teksty tak, aby miały wiele warstw, ale też pęknięć, szczelin, przez które można zaglądać do innych światów. Dzieciństwo i millenialska nostalgia za nim ma to do siebie, że łatwo się je przywołuje za pomocą odpowiednich artefaktów. A ja jako naczelny mag mam pełny set, który daje mi dodatkowe punkty do używania tego rodzaju magii. Cała zabawa polega na kodowaniu i dekodowaniu połączeń, które stworzyłem. Dzięki wyobraźni i alfabetowi (znakom) mogę tworzyć to, co ma prawo bytu tylko w moim tekście i jest możliwe do odczytania przy odpowiedniej konstrukcji oraz woli czytelnika. Zapraszam do łapania tropów, podążania nimi, gubienia się i odnajdywania w tej na pozór mroźnej krainie.
[T]ajanie zgłaszałeś do trzech edycji „Połowu”. Jak bardzo zmieniła się Twoja książka od czasu złożenia pierwszej propozycji wydawniczej?
Ewoluowała jak Digimon – od słodkiego stworka, przez morderczą lodówkę, aż po smoko-anioła z karabinem maszynowym. Było wiele zmian. Rozbiłem niejeden wiersz na dwa, usunąłem kilkanaście tekstów, dodałem kolejne. Gruchotałem wersy, zamieniałem ich kolejność, wygrzebywałem ości, usuwałem zbędne spójniki i jakieś nieistotne „się”. Dzięki festiwalowym warsztatom mogłem pracować nad swoimi tekstami pod okiem Joanny Mueller i Jakuba Pszoniaka, a także innych poetów. Bez tego nie byłoby tej książki. Nie raz zagryzałem zęby i uczyłem się pokory, tego, że trzeba znacznie więcej czytać niż pisać i ciągle grzebać, grzebać, grzebać i jeszcze raz grzebać w wierszu. Wszystko poddawać pod wątpliwość, a gdy jest się pewnym, to zajadle bronić tekstu. Wiedzieć, co jest jego stawką.
Nie ma w tej książce ani jednego tekstu, który byłby taki sam od początku. Ścieżkę rozwoju niektórych wierszy można prześledzić, czytając moje publikacje w prasie literackiej online, m.in. w biurowej biBLiotece.
Czy poezja może być narzędziem do odzyskiwania godności tam, gdzie próbuje się ją odebrać?
Wedle prawa godność jest przyrodzona, nienaruszalna, niezbywalna i stanowi fundament oraz źródło wszystkich praw człowieka. Ma ją dziecko, ma ją osoba w kryzysie bezdomności i milioner wraz z pracownikiem seksualnym. Zbrodnią jest ją odbierać komukolwiek, ale tak się dzieje. Nawet tu, w Polsce, w Warszawie i pewnie nawet w Naramie.
Odzyskiwanie godności jest jak wytwarzanie nowych organów przez aksolotle. Cholernie trudne, ale możliwe i powinno być postrzegane jako supermoc. Poezja może w tym pomóc. Być formą komunikacji, gdy nie ma się siły lub odwagi na użycie jej innych form. Jako świadomy idealista nie zamierzam walczyć poezją, ale wiem, jaką moc ma słowo. Używam ich z pełną odpowiedzialnością i będę nimi godzić w każdego, kto nie godzi się na uszanowanie godności innych.
Gdyby tajanie miało być ścieżką dźwiękową, co byś na niej umieścił? Organy kościelne zmiksowane z glitchy techno, czy może 8‑bitowa muzyka z gameboya przerywana oddechem kogoś, kto właśnie wyszedł z lodowatej wody i nie było to morsowanie?
Chętnie zrobiłbym plejkę do czytania tajania, ale na takiej platformie, która godnie płaci artystom. Fun fact jest taki, że kiedyś do każdego wiersza dopisywałem tytuł utworu, którego słuchałem w trakcie pisania. Już tak nie robię, ponieważ wiersz często powstaje na przestrzeni tygodni, miesięcy, a nawet lat, a piosenka może ciążyć znaczeniowo nad moim tekstem.
Do ścieżki dźwiękowej dodałbym pełno muzyki rozrywkowej, popowej, imprezowej, kawałki, które nuci się w samochodzie przy otwartej szybie i się po prostu jedzie z zimnym łokciem. Do tego pewnie mnóstwo piosenek akustycznych na gitarę ze smutnym tekstem. Ale byłyby też kolędy, byłyby też piosenki śpiewane przez dzieci. Mamy to.
Urodzony w 1992 roku w Krakowie. Poeta i specjalista public relations. Finalista XXIX OKP im. Jacka Bierezina, laureat projektu „Połów. Poetyckie debiuty 2026”. Publikował w prasie literackiej. [T]ajanie to jego książkowy debiut. Pochodzi ze wsi Narama, mieszka w Warszawie.
Pisarka. Nominowana do Paszportu „Polityki” za debiutancki tom poetycki Instrukcja dla ludzi nie stąd (2020, WBPiCAK). Autorka książki Wszyscy o nas mówią (2022, WBPiCAK) i Ekonomia darów (2025, Fundacja Lesbikon im. Gochy Pawlak). Redaktorka działu poetyckiego magazynu „LesBiLans” i kwartalnika literackiego „Strona Czynna”. Po godzinach las, techno, slamy, hōjicha, Bałtyk i Sudety.
Premierowy zestaw wierszy Michała Dziedzica tajanie. Wyróżnienie w ramach projektu „Pracownie otwarte wierszem 2023”.
Więcej
Impresja Jakuba Pszoniaka na temat poezji Michała Dziedzica, wyróżnionego w ramach projektu „Pracownie otwarte wierszem 2023”.
Więcej