Przyszłość zaczyna się w kulturze
Paweł Potoroczyn
Głos Pawła Potoroczyna w debacie „Granice literatury”.
strona debaty
Gdzie dziś kończy się literatura? Wprowadzenie do debaty „Granice literatury”Czy przyszłość może zaczynać się w kulturze? I czy kultura ma jeszcze przed sobą przyszłość?
Granice literatury nie wyznaczają dziś talent, dyscyplina ani intelekt, lecz ich rynkowe, polityczne i towarzyskie nemezis. Jako klasa kreatywna nie byliśmy w stanie wygenerować takiej presji i takiej akustyki, na jaką kultura zasługuje. Beztrosko pozwalamy zmarnować szansę na to, by kultura w ogóle miała przyszłość. Dotarliśmy do pewnej granicy. Granicy sprawczości. Granicy podmiotowości.
Humanistyka, kultura, edukacja, wiedza, idee, kapitał intelektualny i kapitał społeczny nie są może synonimami, ale używam ich zamiennie, wychodząc z założenia, że konstytuują się wzajemnie i nie istnieją bez siebie.
Słów: twórczość, kreatywność, wyobraźnia i rozwój również będę używał jako synonimów. Po pierwsze dlatego, że mają wspólne źródło – myślenie abstrakcyjne. A po drugie dlatego, że nikt mi nie zabroni.
I trzeci skrót myślowy: powoli gubimy się w oznaczeniach kohort i generacji: milenialsi, igreki, zetki, alfy. Zaraz skończy nam się alfabet. Posłużę się więc możliwie najszerszym terminem, który upraszcza te niuanse. Nazwę ich screenagers.
Przyjmuję też symboliczną definicję kultury: warunkiem życia na Ziemi jest woda, choć to przecież mieszanina dwóch łatwopalnych gazów. W tej metaforze kultura jest wodą, bez której wszystko jałowieje, więdnie i zdycha.
Przyjrzyjmy się, co kraj, wspólnota, społeczeństwo, naród i ojczyzna zawdzięczają kulturze, i zastanówmy się, czy zasługujemy na miejsce, w którym nas zaparkowano.
* * *
To my, sektor kultury, wykazaliśmy i zmierzyliśmy związek kompetencji kulturotwórczych i zdolność absorbcji kultury ze zdolnością do współpracy i wielkich, innowacyjnych przedsięwzięć.
I co? Czy to coś zmieniło?
To my, kultura, udowodniliśmy biznesowi i klasie politycznej, że kapitał intelektualny przelicza się na produkt krajowy brutto.
I co? Coś się zmieniło?
Po latach zasysania biznesowych protokołów, technologii i skryptów przez sektor kultury, to my zainicjowaliśmy transfer wiedzy w przeciwnym kierunku: od kultury do gospodarki. I nauczyliśmy ekonomię liczyć korzyści z tego transferu.
I co? Czy ktoś nas traktuje poważniej z tego powodu?
Dzięki nam dziś to korporacje są romantykami, to one marzą o CSR, ESG, szacunku, inkluzywności, rezyliencji i strategiach opartych o wartości.
I co? Czy usłyszeliśmy chociaż „dziękuję”?
To my, klasa kreatywna, nieustannie alarmujemy, że bez życia intelektualnego wspólnoty wpadają w cywilizacyjny dryf. Że bez kultury można mieć wzrost, ale nie rozwój.
No i co? Dotarło to do kogoś?
W sporze Balcerowicza z Hausnerem postawiliśmy sprawę jasno. Balcerowicz nas pouczał, że tylko bogate wspólnoty stać na kulturalne fanaberie. A Hausner na to, że jest dokładnie odwrotnie, że bogacą się ci, którzy inwestują w idee i aksjologie.
I co? Czy ktoś jeszcze chce tego słuchać?
To my wykazaliśmy, że droga ucieczki z pułapki średniego rozwoju prowadzi przez inwestycje w intelektualną wartość dodaną, czyli przez ćwiczenia w myśleniu abstrakcyjnym, czyli przez rozumienie kodów kultury i jej toposów.
I co? Czy potrafiliśmy coś z tą wiedzą zrobić? Znów toczymy spór o listę lektur…
To my uczymy dziadersów szacunku dla screenagersów.
Osobną rolę mają tu gry komputerowe.
O ile ja sam jestem w sieci ludnością napływową – jestem słoikiem sieci – o tyle screenagers są tubylcami świata cyfrowego i dowodzą, że gry są częścią kultury – gdy uczą, że porażka nie jest dowodem nieudacznictwa, ale jedynie przesłanką, by grać dalej. Skucha nie jest końcem gry, ale powodem by zacząć od nowa. Najważniejsza komenda na konsolach, smartfonach, tabletach i laptopach to nie jest „delete” czy „escape”, ale „try again”.
I co? Potrafią zaprojektować społeczeństwo 3.0?
Wreszcie, to my opowiadamy przyszłość w sposób, który nie polaryzuje, nie zamyka w bańkach i nie pomnaża lęków. W sposób, który sprawia, że świat chce słuchać.
W końcu to my codziennie udowadniamy, że idee to jedyna prawdziwie krytyczna infrastruktura.
I co? Czy wie o tym ktokolwiek oprócz nas?
Czy jako środowisko, grupa zawodowa, klasa społeczna, pokonaliśmy tę barierę? Co zrobiliśmy, żeby znieść tę barierę? Czy naprawdę zrobiliśmy wszystko i tylko „nie daliśmy rady”?
Co jeszcze możemy zrobić dla przyszłości kultury?
To nie było tak dawno, dwa pokolenia temu. Eksportowaliśmy węgiel, ale marzliśmy po domach. Eksportowaliśmy żywność, ale chodziliśmy głodni lub staliśmy w kolejkach po ochłapy na kartki.
A potem przyszła dekada lat osiemdziesiątych. Stan wojenny. I sankcje. Eksport dóbr i surowców zamarł. W ich miejsce Polacy zaczęli eksportować najlepszą polską tożsamość, emocje i wartości: niezgodę, odwagę, upór i solidarność. Polską kulturę.
A potem przyszła transformacja i zabrakło niezgody, uporu, odwagi i solidarności. Zostaliśmy jak Himilsbach, z nadmiarem tego węgla i tego żarcia, ale za to z zaburzeniem tożsamości.
Najlepszą polską tożsamość, najcenniejszy budulec społeczny – polską kulturę – nadal wyniszczają cztery wielkie deficyty: deficyt szacunku, deficyt dumy, deficyt ironii i deficyt wstydu.
Jak złośliwy nowotwór.
Jeszcze niedawno Polska była enklawą szacunku dla rozumu i rozumnych, dla odwagi, dla wolności, dla reguł ekonomii, dobrego obyczaju i zasad współżycia społecznego. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie chce Polski hejtu, Polski pogardy i obciachu, Polski sponiewieranej przez paranoików, cyniczne kukiełki albo rozgoryczone gwiazdy. Polityka i politycy nie powstrzymają tego upiornego trendu.
Szacunek to zadanie kultury, instytucji kultury i ludzi kultury
Na władzę bym nie liczył…
Drugi deficyt, deficyt dumy. Dumy z miejsca w G20, dumy z historii, dumy pokoleń wolnych ludzi, dumy ambitnej wspólnoty, która opiera się demonom populizmu, ksenofobii i nietolerancji. Kultura jest ostatnią redutą obrony tej cnoty przed cynikami i megalomanami, bo w kulturze duma wiedzie się z aksjologii, a nie z wyrachowania lub obsesji. To my mamy bronić dumy przed pychą.
Na media i szkołę bym nie liczył.
Deficyt wstydu.
Nikt już się niczego nie wstydzi. Kłamstwa, manipulacji, bezprawia, nepotyzmu, korupcji, koszarowych żartów, agresji, paranoi, swastyk na murach, brudu za paznokciami i zwykłego kurestwa.
Bo wstydu już nikt nie uczy.
Chamstwo chamstwu chamskie składa hołdy.
Być może jednym z największych wyzwań dla kultury jest przywrócenie pojęcia wstydu z nadzieją, że uda się je przeszczepić do dyskursu publicznego – w telewizji i na stadionie, w Sejmie i w sejmiku. Na Kościół bym nie liczył.
Wreszcie deficyt ironii. Dla kondycji społecznej ironia jest prawie tak samo ważna, jak solidarność i dobre prawo. Ironia to społeczna cnota, która jest dowodem witalności kultury, która nie wyklucza, a za to dowodzi poznawczej inteligencji, dystansu i krytycznego usposobienia – czyli fundamentów każdej dojrzałej wspólnoty.
To abstrakcja wprawia ironię w ruch, a myślenie abstrakcyjne jest silnikiem rozwoju. Jeśli zaniechamy ironii to w świecie przemocy symbolicznej i sztucznej inteligencji staniemy się zbędni.
Kultura musi pielęgnować zdolność do ironii.
Internety, memy i gify tego za nas nie zrobią.
Cztery dramatyczne deficyty. Bez stanu wojennego. Bez sankcji. Na własne życzenie. Dotarliśmy do granicy ignorancji, pychy, grubiaństwa i manipulacji. My, kultura, zostaliśmy z tym SAMI.
Zmiana z analogu na digital na każdym poziomie społeczeństwa i człowieczeństwa jest tak dramatyczna, że kultura jest potrzebna, żeby pomóc naszym umysłom uporać się z jej skutkami. W nieodległej przyszłości – nie w następnym stuleciu, ale w tej dekadzie – będziemy potrzebowali więcej społecznej innowacji, więcej intelektualnej wartości dodanej, więcej kapitału społecznego, a nie mniej. Więcej kultury, a nie mniej.
* * *
Pozwólcie, że zakończę kilkoma nie do końca retorycznymi pytaniami. Nie do końca retorycznymi, ponieważ odpowiedzi, których sobie udzielimy, będą miały wymiar nie tylko moralny, polityczny i ekonomiczny, ale przede wszystkim egzystencjalny.
Czy w czasach kiedy potrafimy policzyć kapitał intelektualny i kapitał społeczny, potrafimy zaprojektować innowacje i już wiemy z naukową pewnością, że ile kultury, tyle demokracji, to potrzebujemy więcej kultury, czy mniej?
To my, pięknoduchy i romantycy, wykazaliśmy z naukową pewnością, że nakłady na nasze ‘fanaberie’ przekładają się na wzrost produktu krajowego brutto mniej więcej w stosunku 3:1. Mnożnik fiskalny mówi, że jesteśmy Ukraińcami gospodarki – każda złotówka wydana na kulturę przynosi pięć złotych w PKB. Skoro to już wiemy, to czy potrzebujemy więcej kultury, czy mniej?
Pewien genialny skrzypek, któremu nie chciało się ćwiczyć i z lenistwa został Albertem Einsteinem podsumował kiedyś swój dorobek słowami: wyobraźnia jest ważniejsza niż wiedza. A nauka potwierdza, że nic nie rozwija wyobraźni tak jak kultura. To czy potrzebujemy więcej narzędzi do rozwijania wyobraźni, czy mniej?
Badania naukowe dowodzą, że kompetencje kulturowe i praktyki partycypacyjne łagodzą stres, wspierają rozwój osobisty, dobrostan i work/life balance. To potrzebujemy ich więcej, czy mniej?
Skoro od uczonych dowiadujemy się, że kultura jest w stanie złagodzić lęki epoki, wyleczyć ze społecznej apatii, wydłużyć średnią życia, a nawet uwolnić od tyranii i wygrać wojnę, to potrzebujemy jej więcej, czy mniej?
Jeżeli kultura ulepsza ludzi, a ludzie ulepszają świat, to kultura ulepsza świat. No to potrzebujemy jej więcej, czy mniej?
Zostawię was z tymi pytaniami.
* * *
Chciałbym was też zostawić z pewną myślą. Może się przydać.
Kraj, państwo, wspólnota, naród który myśli, że kultura nie ma przyszłości, bardzo szybko przekonuje się, że nie ma przyszłości bez kultury.
Mój czas się kończy, w każdym sensie. Dla wielu dopiero się zaczyna. Chcę wam życzyć szczęścia. Będziecie go potrzebowali. Zwłaszcza ci z was, którzy postanowili związać się z literaturą w tych strasznych czasach.
60% rodaków nie czyta w ogóle, wcale, nic. Ale co pół godziny drukiem ukazuje się utwór literacki. Dwa tytuły na godzinę. 365, 7, 24. Hiperinflacja. Mój Mistrz Tadeusz Konwicki mawiał: nikt nie czyta, wszyscy piszą. Krytyka niemal nie istnieje. Recenzje można kupić. Kameralne księgarnie wymierają. A jeszcze tych z was, którym udało się debiutować, czeka najgorszy moment w życiu pisarza: druga książka. Będziecie potrzebowali szczęścia.
Ponieważ spór o definicję szczęścia liczy sobie trzy tysiące lat i końca nie widać, nieskromnie zaproponuję wam moją własną definicję:
Szczęście to równowaga między sensem życia a kosztami utrzymania.
O AUTORZE
Paweł Potoroczyn
Dyplomata, menedżer kultury, wydawca, producent filmowy i muzyczny. Od 2008 do września 2016 roku dyrektor Instytutu Adama Mickiewicza. Absolwent Wydziału Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, studiował także na Wydziale Historii UW. Służbę publiczną rozpoczął w 1992 r. jako Prezes Zarządu Polskiej Agencji Informacyjnej, a karierę dyplomatyczną jako Konsul do spraw kultury w Konsulacie Generalnym RP w Los Angeles. W 2000 r. zakładał od podstaw Instytut Kultury Polskiej w Nowym Jorku jako jego pierwszy dyrektor. W roku 2005 został dyrektorem Instytutu Polskiego w Londynie. Członek założyciel Lincoln Center Global Exchange in New York. Publikował w czasopismach polskich i zagranicznych. W 2014 został nominowany do Nagrody Literackiej „Nike” oraz do Nagrody Literackiej Gdynia za debiutancką powieść Ludzka rzecz (Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2013). Członek Unii Literackiej.
