debaty / ANKIETY I PODSUMOWANIA

Wspomnienie zatopionego

Michał Piętniewicz

Głos Michała Piętniewicza w debacie "Co dał mi Połów?".

strona debaty

Co dał mi Połów?

To było lato. Pamiętam. Kochałem się znowu bez wzajemności. Wróciłem z Zakopanego. I jak zwykle pisałem smutne, melancholijne wiersze o niespełnionym uczuciu. Miałem jednak garść wierszy napisanych wcześniej, które dotyczyły zgoła innej historii i to te właśnie postanowiłem wykorzystać, by wziąć udział w „Połowie”.

Stało się to później. Otwarłem jak zwykle pocztę i dowiedziałem się, że zostałem „wyłowiony”. Pamiętam, że bardzo się wtedy cieszyłem. Poszedłem do kina, pochwaliłem się znajomym.

Pojechałem do Kołobrzegu. Poznałem wielu poetów. Poznałem m.in. Martę Podgórnik, Andrzeja Sosnowskiego, szefa Biura Literackiego Artura Bursztę. Po wyjeździe okazało się, że mój arkusz Oddział otwarty pójdzie do druku. I to by chyba było na tyle. Czy na pewno? O pewnych rzeczach ważnych chyba zapomniałem. Zapomniałem mianowicie o niezwykłej plaży w Kołobrzegu, o tym, że kiedy przyjechałem po morderczej, wykańczającej podróży, poszedłem na plażę, położyłem się na piasku w ubraniu, popatrzyłem w niebo, spojrzałem na ptaki i poczułem błogi spokój, który wlewał się we mnie piaskowym, miodowym strumieniem. Tak. Czułem wielki spokój i szczęście, byłem spełniony na tę chwilę. Przeczuwałem, że wydarzy się coś ważnego. Uczestniczyłem w imprezach i warsztatach literackich, w popijawach, całonocnych rozmowach i spotkaniach autorskich. Byłem młody, pełen entuzjazmu i sił, przepełniało mnie naiwne szczęście. A Marta, Andrzej, Artur, młodzi poeci, moje koleżanki i koledzy, z którymi brałem udział w tym wydarzeniu jeszcze ten stan szczęścia podkręcali, nasycali mnie tym szczęściem, sprawiali, że to szczęście wlewało się we mnie dobrą, niebieską i piaskową krwią. Tak. Byłem wtedy cholernie szczęśliwy. Pamiętam, że na plaży z Przemkiem Witkowskim śpiewaliśmy „I can’t help falling in love with you”. To było coś. Rozmawialiśmy o naszych niespełnionych uczuciach, o naszej niegodnej pozazdroszczenia sytuacji erotycznej, romansowej, uczuciowej, radziliśmy się w tej kwestii starszych i bardziej doświadczonych od siebie poetów, Marty, Andrzeja. Kurwa, myślę, kurwa, ale to były czasy! Andrzej po prostu siedział przy stole i pił piwko jak gdyby nigdy nic, jakby świat po prostu obiektywnie nie istniał, a tylko płynął powoli, miał ten swój flow prowadzący od jednego piwa do drugiego, od jednego papierosa do drugiego i tak. Tak. I jeszcze te rozmowy i to słońce, całe to cholerne wariactwo poetyckie, cała ta cholerna magia poetycka. Byłem wprost zauroczony. Pijane dziecko we mgle. Do dzisiaj wspominam to bardzo miło. Przyjaźń z Kubą Wojciechowskim trwa do dzisiaj. Śpiewaliśmy piosenki kibiców na plaży, darliśmy się i byliśmy szczęśliwi. I wiecie, co myślę? Myślę, że tak właśnie człowiek staje się pisarzem, że traci swoje emocjonalne i intelektualne dziewictwo. W tych śpiewach, w tym piciu, w tych rozgrywkach miłosnych, w tej krwi i w tych nienasyconych sobą ciałach, które wciąż pragną rozmowy, pragną słowa, pragną spełnienia, pragną szczęścia.

Wiele przeżyłem. Wiele też krwi mi napsuto. Ryczałem w poduchę w moim domu, kiedy poczułem się zdradzony przez tych, których uważałem za przyjaciół. Pomyślałem sobie później: gówno, nie przyjaciele. Czułem się zdradzony i wychujany, że jako jedyny z grupy czwórki muszkieterów (Mirahina, Wojciechowski, Witkowski i ja), nie doczekałem się swojej książki. Cóż. Powiecie, że cienki w uszach, że cienki jak barszcz, może. Ale wiem. Wiem, że to było po prostu kurwa niesprawiedliwe. Tyle powiem. Tyle moich żalów.

Czekałem jeszcze długo na książkę w BL, ale nie doczekałem się i myślę, że perspektywa wydania jakiejkolwiek książki w tym wydawnictwie jest dalsza niż bliższa. To czekanie było zaprawione goryczą, wariactwem, obłędem i zamroczeniem alkoholowym. Tanim seksem w taniej spelunie, festiwalem wydrążonych widm, ale o tym później. Na razie skupmy się na tym, co było później, później, to znaczy wtedy, kiedy zacząłem w siebie znowu wątpić i fale słonecznego szczęścia ode mnie odeszły.

Co robiłem przez ten czas? Nie dostałem się od razu na doktorat, więc jeździłem po kraju i czytałem swoje wiersze. W Krakowie brałem udział w podrzędnych wydarzeniach literackich i upijałem się czasem aż do lekkiego zamroczenia. Zakochałem się znowu bez wzajemności. Te wydarzenia wpłynęły na mój stan psychiczny. Byłem senny i ospały, zawieszony między melancholią, goryczą i rozpaczą. Chodziłem często do kina na smutne, melancholijne filmy i próbowałem pogodzić się ze sobą poprzez oswojenie swojego stanu i upajanie się nim. Upajałem się swoim stanem pisząc różne, mniej lub bardziej udane wiersze o niedojrzałym uczuciu, spotykałem się przyjaciółmi, piłem piwo, rozkoszowałem się lekturą w mojej ulubionej kawiarni w Krakowie na Gołębiej 3, żyłem, pijane dziecko we mgle, żyłem za mgłą, za szybą, za lustrem.

A lata mijały. Zaliczyłem pierwszy rok doktoratu, potem przyszedł czas na drugi, który był kluczowy w moim życiu. Wtedy, w wydawnictwie Miniatura, u nieocenionego prezesa Mieczysława Mączki, wydałem swój tomik Odpoczynek po niczym . Pamiętam, że często chodziłem Wisłą do siedziby wydawnictwa, patrzyłem na łabędzie, kaczki, statki i marzyłem. Było śnieżnie albo deszczowo, ja pogrążałem się w marzeniu, chciałem to opisać, upoić się tym wirem obrazów, utrwalić świat w jego przepływającym wolno pięknie. Chciałem dać upust swojemu dziwnemu zachwytowi. Łaziłem więc do wydawnictwa, na kawy na Gołębią 3, prowadziłem zajęcia ze studentami UJ w drugim semestrze, upijałem się co piątek, a w sobotę usiłowałem sobie przypomnieć Prousta. Lecz Proust mnie bolał niewymownie, nie chciałem tego pisarstwa, nie chciałem głębi samotności w nim zawartej, chodziłem po prostu na długie spacery i starając się zapomnieć, że jestem, że jest jak jest, że jestem w gruncie rzeczy bardzo samotny i dość mizerny, dość nieszczęśliwy, z raczkującą depresją, byłem tym bardziej samotny, tym bardziej przygnębiony i tym bardziej depresyjny. Soboty były dla mnie najgorsze. Po piątkowej popijawie, nie wiedziałem, co robić w sobotę. Próbowałem coś czytać, próbowałem chodzić na te moje nieszczęsne spacery, ale nic to nie dawało. Próbowałem w końcu pisać, ale pisanie również nie przynosiło mi żadnej satysfakcji. Błąkałem się więc tak od imprezy znajomych, na której nudziłem się śmiertelnie, przez obowiązki na uczelni, przez kina i kawy pite na Gołębiej 3, przez spotkania z przyjaciółmi, obiady zjadane w swoim wyłącznie towarzystwie w barze mlecznym pod kamienicą, w której mieszkałem.

Wiodłem żywot samotnego kawalera, kawalera straconego, kawalera przegranego. Wiodłem żywot beznadziejny, brakowało mi istotnie zmiany w życiu, a wrodzona niemoc wewnętrzna i blokada przed podjęciem działań jakichkolwiek trzymały mniej w tej stagnacji, której nienawidziłem i od której nie mogłem znaleźć ucieczki. Pisałem artykuły naukowe, recenzje, szkice krytycznoliterackie. Czy to coś pomogło? Na chwilę. Pisałem wiersze, traktowałem je jako rodzaj terapii schorowanej duszy i wyobraźni. Czy pomagały? Na chwilę. Potem znów musiałem sięgnąć po kawę na Gołębiej 3, potem znów zapalałem papierosa w piątek po zajęciach, kiedy zaczęło się robić ładnie, kiedy zaczęło świecić słońce, kiedy nie musiałem ubierać ciężkich, zimowych butów, grubych ubrań, kiedy nie musiałem być tak strasznie okutany i chronić się przed mrozem. No więc wtedy, kiedy rzeczy zaczęły znowu przyjmować na siebie blask naturalnego, słonecznego światła, no więc wtedy, kiedy kończyłem zajęcia i w nagrodę za półtorej godziny wysiłku intelektualnego przyprawionego wstydem, wewnętrzną rozpaczą i łzami, no więc wtedy, kiedy byłem tak radosny po skończonych zajęciach, które o dziwo poszły mi trochę lepiej, szedłem na Gołębią 3 i zamawiałem białą kawę. Miałem w perspektywie wieczór z moimi najlepszymi i jedynymi w zasadzie kolegami. Wieczór przetykany piwskiem, papierosami i pizzą, którą zamawialiśmy czasem. Miałem do dyspozycji „małe puste pole nie podołałem wolałem się poddać”, bo te wieczory były swoistą mieszaniną obłąkańczego, histerycznego śmiechu, rozpaczy, że nic już się nie zmieni, że nie będzie inaczej, były wyznaniem utopionego w swoich smętno śmiesznych obsesjach głupca i błazna, były podejmowaną wielokrotnie próbą walki o nadzieję, o lepsze jutro, która kończyła się zawsze porażką. Zasypialiśmy w fotelach upojeni alkoholem, ciszą przedpokoju, dymem, lekką muzyką sfer, która do nas wtedy przemawiała, porozumieniem, dzięki któremu mogliśmy siedzieć do rana i bawić się w te nasze brednie, tworzyć żywą literaturę z martwą duszą, kościoły bez Boga, puste pokoje, czarne słońca, rozpacze i obłąkańcze żarty z ponurości naszego życia, które nie miały końca, „bo ten brak nie miał końca”.

W sobotę umierałem. Dowiedziałem się później od Thomasa Bernharda, że umiera się zwykle w soboty.

Co się działo przez ten czas? Jakie były moje losy? Nietzsche u progu swojego życia i obłędu wychłostał konia, a woźnica go przegonił jak wariata, parcha i kundla. Szedłem w ślady tropicieli myśli, ale bynajmniej mój intelekt nie miał kalibru wyżej wspomnianego filozofa. Przypominał raczej śledzenie schematów, pojedynczych słów, które przykuwały pomarańczowym, żółtym i zielonym blaskiem, przypominał raczej wojaże samotnego kawalera po opuszczonych kartach książki, której nie dzieliłem z nikim, bo też sam pisałem swoją książkę, sam pisałem swoje dzieło, sam pisałem swój los. Literami, które były z mgły, bieli, łagodnego puchu, literami, które swoje źródło miały w białych i niebieskich chmurach unoszących się nad moją kamienicą, nad moim barem mlecznym, nad moimi kotletami z sera salami z fasolką szparagową, ziemniaczkami i kompotem i do tego oczywiście pyszna zupa. Tak. W tych chwilach głębokiego upadku zdarzały się olśnienia. Natrętnie i notorycznie odwiedzałem swoich przyjaciół na ulicy Łazarza, „gdzie się śpiewa, gotuje i zmartwychwstaje”, odwiedzałem ich, przeznaczałem na tę wizytę jedną do dwóch godzin dziennie, by potem znowu odejść do swojej samotni na Grzegórzkach, pogrążyć się w smętnej muzyce, wierszach, zielonych drzewach za oknem, książkach, które do mnie nie mówiły, które przemawiały obcym językiem, bo i ja byłem zamknięty na jakikolwiek język, byłem panem obcego, własnego, hermetycznego języka, który mnie od świata odgradzał, skazywał na samotność, rozpacz, ale również dawał olśnienie, śmiech, wygłupianie się, błaznowanie, radość i dumę z dobrze wykonanego dzieła.

To był dzień, w którym ustalaliśmy z Jankiem i Dominiką szczegóły mojego spotkania autorskiego, byłem na drugim roku doktoratu, miałem jeszcze napisać szczegółowy konspekt mojej pracy doktorskiej, żeby otworzyć przewód doktorski. Piliśmy kawę w Prowincji, ale ja nie zostałem długo, spieszyłem się na piknik, na który zaprosiła mnie koleżanka. Było dość pochmurnie, obawiałem się, że zacznie padać. Szedłem Wisłą i po prawdzie niewiele sobie po tym pikniku obiecywałem, myślałem: ot piknik. Wcześniej zjadłem obiad w stołówce i spotkałem mojego dawnego kolegę, który powiedział, że jest coraz gorzej. Dla mnie nie było wtedy coraz gorzej, ten dzień był jakiś inny, czuć było w nim tchnienie maleńkiej wyjątkowości, czułem je marginalnie, ale istotnie. Miałem dać swój tomik mojej koleżance i zaprosić ją na wieczór autorski, promocję mojego tomiku.

I naprawdę nie wiem, czy godzi się to opisywać. Były to chwile absolutnie wyjątkowe, nagłe oraz intensywne przełamanie mojego smętku, zastygnięcia, rozpaczy, ruchomych piasków sennego życia za mgłą, za szybą, za lustrem. Myślę, że się nie godzi opisywać wypadków w sensie literalnym, dlatego wybrnę z tego wierszem, który napisałem po tym magicznym pikniku, magicznej nocy i magicznym, następnym dniu:

ciało i wiersz 

był taki czas niedawny co ty nie powiesz
jedliśmy piliśmy paliliśmy papierosy i odpoczywaliśmy
w szarym słońcu w mleczach w trawie
mlecze były białe trawa była zielona miękka i twarda
a ja siedziałem w tej trawie ale już nie na
porosłym trawą dworcu ale w tym miejscu
w którym coś co ledwo przeczuwałem otwierało się

Michałku czemu siedzisz sam? nie alienuj się chodź na kocyk
no to ja usiadłem na kocyku obok dziewczyny którą ledwo
przeczuwałem ( dość starej poetyki niech otworzy się nowa )

spadł później deszcze poszliśmy do mnie później ona
miała wypadek poszliśmy do mnie w łazience świeciło ciemne światło pocałowałem ją jak najczulej umiałem
i jak najczulej umiałem położyłem się z nią w nią wtulony
( to jeszcze nie ten język mówił ci że to jeszcze nie ten język )

nad ranem ona leżała wtulona w koc i spała ja oglądałem
później pieściliśmy się w deszczu bo deszcz padał za oknem na zielone
liście i słuchaliśmy pięknego Adama kiedy mówił o Miłoszu lubisz Miłosza?
nie to bardzo dobrze bo nie mógłbym być z dziewczyną która lubi Miłosza
i księdza Twardowskiego chociaż sam uwielbiam Miłosza księdza Jana mniej
ale nie mógłbym być z dziewczyną która nie jest ostra która nie buntuje się
której niezależność nie jest zapisana w rytmie palonych papierosów deszczu traw
doprawdy nie mógłbym być z dziewczyną która nie drży kiedy ją dotykam
doprawdy dobry Boże otwórz we mnie coś takiego co mógłbym
zapisać nie kalecząc

no więc zapamiętałem że ona drżała i ja wiem że to było drżenie
które należało do nas obojga i my należeliśmy do tego drżenia
i to drżenie pomiędzy nami wydarzało się i między nami zamieszkało na chwilę
intensywną zapamiętaną delikatną i ostrą jednocześnie jak to drżenie

wkurza mnie ten deszcz
ja lubię jak pada
tak wystarczyło nie mówić nic

tak po prostu nie mówić nic i leżeć i nie dać szansy na opis
i nie publikować nigdzie tego wiersza
i poddać się rytmom rytmom rytmom

popatrzeć jak czas który stanął w miejscu żyje
leniwie i powoli płynie szarym miodem w tobie
i we mnie

patrzeć w twoje oczy w ich dojrzałą niebieskość
to właśnie wtedy otwiera się to co znamy pod nazwą
niebieskiego szczęścia drobnego i kruchego jak twoja postać twoja postać

błękitne szerokie okna nie bój się ty nie idziesz sama
idą wraz z tobą wszystkie drzewa
i jasne smugi od lamp błękitne szerokie okna

mógłbym cię malować i być z tobą bez końca
z przerwą na papierosa herbatę przyjdę do ciebie
na herbatkę i fajeczkę

mógłbym cię malować bez końca i czekać na ciebie bez końca
kiedy przyjdziesz do mnie
na herbatkę i fajeczkę

moja sobotnio niedzielna żywa dziewczyno
daleka od Anny i Marii i wciąż nieustająco zbliżająca się
do ciała i wiersza

Tak. Być może jest to wiersz grafomański (w swoim dorobku posiadam wiele grafomańskich wierszy). Ale z całą pewnością, może pominąwszy niezbyt udane zakończenie, ten wiersz został zapisany świeżo po magicznych wypadkach z majowego pikniku i starał się przynajmniej oddać atmosferę tego czasu, napiętą przyznam, zawieszoną między nadzieją na odmianę swojego nieciekawego losu, a lękiem, że ten los pozostanie niezmieniony.

Spotykaliśmy się z Ewelinką jeszcze wiele razy. Aktualnie ze sobą mieszkamy. Zaliczyłem drugi rok doktoratu, otworzyłem przewód doktorski, a teraz upływa równo rok z małym kawałkiem od tamtych wydarzeń. Okrzepłem, piszę inaczej chyba, moja sytuacja stała się bardziej stabilna, zakorzeniłem się. Tak. Zakorzeniłem się. Nie odwiedzam moich kumpli na ulicy Łazarza, nie upijam się co piątek. Zamiast tego spędzam czas z moją dziewczyną, moim ukochanym piślem, oglądamy seriale, palimy papierosy, pijemy małe piwko i jemy chipsy wieczorem, bo w dzień staram się pracować naukowo. Jest lepiej. Moje stypendium doktoranckie jest o wiele większe, prowadzę zajęcia ze studentami, biorę udział w konferencjach, piszę artykuły naukowe, krytyczno literackie, pracuję ciągle nad swoim doktoratem i pamiętam również o tym, że i wiersz czasem napisać należy.

Tak. Kiedyś chodziłem nad Wisłą i czułem wielki, czarny ból, czarną mgłę, czarny puch, czarne, coś takiego czarnego mieszkało we mnie, czarna piana.

Teraz piszę to wspomnienie. Ale tak. Miałem odpowiedzieć na pytanie, co dał mi „Połów”? Napisałem chyba ten tekst całkiem nieprofesjonalnie. Nie wiem, co dał mi „Połów”. Naprawdę nie wiem. Może poczucie chwilowego sukcesu? Może możliwość spotkania dobrych i ciekawych poetów? Może przygodę z wierszem i tę poza wierszem, której wiersz nie dotyczy? Może fakt, że na chwilę uwierzyłem w siebie mocno, by potem znów zwątpić w siebie, utopić się w melanżu dziwnych, alkoholowo-dymnych obrazów, w kaczkach, łabędziach, Wiśle, statkach, rejsie, trawach nad Wisłą i ludziach? Może ten „Połów” był tylko po to. Żeby dać cień nadziei, a potem zabrać, zerwać ten cień brutalnie i bez jakiejkolwiek kurtuazji, bez jakiegokolwiek wyrafinowania, po chamsku, strącając mnie z powrotem w rozpacz, zmierzłość, stagnację, mrok? Może właśnie po to był ten „Połów”. Żeby poznać jak żyją fachowcy od poezji, jak piją, jak kochają się, jak upadają i jak sobą są bezgranicznie zachwyceni. Może właśnie po to była ta impreza. Żeby podziwiać pochód widm podobnych sobie, widm, które siebie nawzajem poszukują, kochają i utwierdzają w błędnych mniemaniach, że mają coś ciekawego do powiedzenia o świecie, życiu, samych sobie. Ale jak tu mówić cokolwiek, skoro słowo ginie w dymie, w szklanicy, w brudnej, wulgarnej miłości, w sprzedawaniu siebie, w braku gorliwości i żarliwości, żeby słowom przywrócić istotną rangę? Nie wiem, doprawdy nie wiem książę, ale tobie zostawiam te sobie zagadki, ukłon mego cienia przesyłam innym poetom, innym Połowiczanom, ofiarom konkursu i zwycięzcom tego konkursu, który pewnie jest ważny, ale który w rezultacie nie daje nic poza jeszcze jednym, cennym doświadczeniem, bezlitosnym osądem tego, co się dzieje w istotnym nurcie współczesnej poezji, jak on wygląda od kuchni, jak marny jest i mizerny. Tak marny i mizerny jak moje wątłe truchło, widmo, mój potargany, szary cień wyłowionego i zatopionego.

Ludzie, których spotkałem, ludzie, z którymi piłem wódkę, ludzie, z którymi wymieniałem uprzejmości to ludzie chorobliwie wrażliwi, to ludzie skazani na przegraną w oczach świata z powodu swojej wrażliwości, której durny, współczesny świat obawiam się, nie zrozumie. Są to jednak zwycięzcy w obrębie świata, który powołali do życia mocą swojej schorowanej wrażliwości, duszy, wyobraźni. Są to po prostu świetni poeci, którzy płacą ogromną cenę za to, że im Pan Bóg dał to, co dał. Jestem teraz dumny, że mogłem uścisnąć im dłoń, jestem dumny z tego, że miałem okazję napić się z nimi kielicha, jestem dumny z tego, że mogłem z nimi porozmawiać. Jestem dumny z tego, że widząc ich wielką słabość, podziwiałem jednocześnie ich ogromną siłę. I jednocześnie wiem. Tak wiem.

Wiem, że są sprawy ważniejsze od robienia artystycznej kariery, od bycia artystą, poetą. Czuję to. Życie zawsze wygrywa, dobre życie. Zakończę jednym z moich ostatnich wierszy:

Student z problemami 

pamiętam to było w latach mojej glorii na grupie terapeutycznej
zwierzyłem się że dość mam wegetacji i że chcę iść na studia
jako że zawsze lubiłem rozmyślać o różnych sprawach i marzyć
zdecydowałem że pójdę na filozofię na PAT
niestety nie było już wolnych miejsc egzamin już odbył się
spóźniłem się ale mogłem zostać jeszcze wolnym słuchaczem
rektor PAT dostojny ksiądz profesor dał mi tę szansę
powiedział: „nie zmarnuj tego”

chodziłem na zajęcia z filozofii i choć najmilej wspominam lekcje łaciny
pamiętam że było mi tam dobrze
oczywiście nie rozstawałem się z grupą chodziłem na grupę
na grupie zwierzyłem się że jeśli dobrze pójdą mi egzaminy
zyskam status studenta

przychodząc do mojego domku po spotkaniach grupowych
sięgałem po książki i wytrwale się uczyłem
jako że zawsze lubiłem rozmyślać o różnych sprawach i marzyć
zgłębianie Platona Arystotelesa św. Augustyna i św. Tomasza
nie było dla mnie katorgą lecz rzeczą przyjemną
pamiętam że czytałem przy wielkim biurku piłem herbatę z cytryną
paliłem papierosy i wgłębiałem się w tajniki tekstu
upstrzonego gdzieniegdzie łacińskimi nazwami i terminami

szedłem jak burza na grupie terapeutycznej zwierzyłem się
że z egzaminu z filozofii dostałem piątkę
a z języka łacińskiego piątkę z wykrzyknikiem
moi współtowarzysze niedoli gratulowali mi
członkowie mojego plemienia postawili mi dużą colę
na znak zwycięstwa

sesję zaliczyłem na same piątki i zyskałem status studenta z wyróżnieniem
na grupie gdy już było po sesji letniej i zaczęły się wakacje
moi upośledzeni psychicznie bracia zaproponowali mi duże piwo
z cytryną i lodem

w wakacje nie próżnowałem zgłębiałem filozofów współczesnych
co potem pomocne mi było w pisaniu mojej pracy magisterskiej
o problemie człowieka u Martina Bubera
w wakacje również spotykałem się z moimi przyjaciółmi z grupy
grupa dawała mi wsparcie poczucie bezpieczeństwa i stabilności
była czymś pewnym i trwałym tak jak fakt zgłębiania
przeze mnie coraz zawilszych meandrów filozofii współczesnej

kim jestem teraz? jem jabłko jabłko toczy się po stole
piszę doktorat o filozofii dialogu u Emmanuela Levinasa
u tego samego rektora PAT dostojnego księdza profesora filozofii
który powiedział mi na samym początku: „nie zmarnuj tego”

przestałem chodzić na grupę zamiast przyjaciół z grupy
mam przyjaciół ze studiów rozmawiamy o problemach
filozofii współczesnej i o naszych artykułach które drukujemy
w różnych filozoficznych czasopismach
rozmawiamy o życiu i o pieniądzach których filozofowie i poeci nie mają

kim jestem tutaj nad Wisłą na niewielkim wzniesieniu
skąd oglądam żółte drzewa i kolorowy i szary śmietnik?
kim jestem teraz po latach kiedy tyle się zmieniło
i znalazłem miłość mojego życia dziewczynę jem powoli jabłko myślę o mojej żonie podobną do mleka
moją małżonkę i najlepszego przyjaciela?

kim jestem teraz kiedy piję mleko i kawę i miód
tutaj w moim pokoju zawalonym od góry do dołu
książkami z zakresu filozofii współczesnej?

jabłko toczy się wolno po stole
oddycham równo palę papierosa myślę o tym co zostawiłem
zielone drzewo na tle odrapanej kamienicy które widziałem
z balkonu oddziału otwartego gdzie odbywały się spotkania grupy

jabłko toczy się wolno po stole sięgam po nie i jem je
przyglądam się odrapanej czerwonej kamienicy i zielonym drzewom

słońce jest dzisiaj lekko wychłodzone przez cień
zielone liście drzewa zdają się w nim odpoczywać

Aha. I już nie jestem zatopionym poetą. Jestem poetą pływającym. Otwieram się na nowy przypływ, leżę na piasku, na kocyku, piję powoli moje ulubione piwko, zapalam papieroska i uśmiecham się błogo do mojego ukochanego piśla. Słońce świeci w górze, jesteśmy na naszych wymarzonych wczasach. Ciężko przez ten rok pracowaliśmy oboje. Stać nas na nasze wymarzone wczasy w ciepłym słońcu, na miękkim piasku nad morzem. Słyszę głos życia w oddali, życie mnie zaprasza, zaczynam z nim rozmawiać.