utwory / premiery w sieci

Celebrity Status

Krzysztof Chronowski

Opowiadanie Krzysztofa Chronowskiego. Prezentacja w ramach projektu „Debiut prozą”.

„Hiperbolizuję, więc jestem”, self-made motto, kto jest przeciw? Nie widzę. W tle crescendo tak na dwa, trzy wdechy i tyle samo wydechów, diminuendo też nie przewlekłe, ot na tyle, by zdążyć do toalety i z powrotem, choć nie sikam już jak straż pożarna. Kto by nie chciał mieć własnego tematu muzycznego? Ciasny, ale własny! Zwężany ku dołowi!
Kogo tu mamy!? Ach tak, to przecież wy! Chodźcie bliżej, to opowiem o was! Przecież tego chcecie…
Albin de… oraz Vicky K-A nie podchodzą bliżej, nie słuchają też głosu rozsądku, oboje przekrzykują się, stojąc o wpół do trzeciej w nocy na powierzchni wyłączonej z ruchu. Szarpią się, krzyczą jedno przez drugie, wydaje się, że nikogo prócz nich nie ma, ale pochowane po kątach audytorium (zawsze jest jakieś audytorium!) chciwie łowi każde słówko. Jeszcze nie jest pewne swojej reakcji, potrzebuje czasu, a nigdy nie wiadomo, ile go przewidziano w programie. Czy przyroda dorzuci swoje trzy grosze? Cóż, lepiej by chyba było zachować milczenie, nasze gwiazdy miałyby do tego prawo, jak wszyscy, a tak zobaczymy dzisiaj nie złoto, a srebro. I trochę golizny…
Chrzęszczące pod podeszwami odłamki szkła z obu reflektorów nie mają siły przekonywania. Kreda zaskrzypi niebawem, ale tak naprawdę czy ktoś jej jeszcze używa? Współcześni technicy kryminalistyczni posiadają – mamy prawo tego wymagać! – pełne walizeczki tych nowoczesnych sposobów, o których jest przecież tak głośno w kablówce.
– Serge Gainsbourg ci nie pomoże, bo, kurwa, jest trupem, nawet jeśli nie tylko go oszklisz, ale i ozłocisz, ty kupo gówna! – Vicky pluje Albinowi w twarz. On ją policzkuje.
Nie prędzej jak o świcie skrupulatnie odnotowane zostanie, że tapicerka była cała w rzygowinach, a bagażnik mimo podwyższonego standardu się nie domykał. Co dalej? Niecierpliwość to okropnie brzydka wada, ale jak tu samemu sobie nie wybaczyć!
Biją w siebie na oślep anaforami.
– Ty nic nieznaczący kurwiszonie! To ja, kurwa, wszystko ja, i tylko ja…!!!
– Ty śmieciu! Beze mnie jesteś… taaaki, o taaaki, malutki, malutkie, maluteńkie pierdolone zirooou!
Albin ciągnie ją za włosy, Vicky wpija się paznokciami w jego przedramiona. Upuszcza mu krwi jak pijawka. Po prostu: awanturka!

Czas na latynoamerykańską FETĘ! Ale – przecież wiesz mon cher!, odzew – wiem cara mia! – ja wolę coke, to jakby bardziej odpowiada mojej złożonej osobowości, pasuje do mojego kształtu nosa! Nie ma problemu, mam, to dam, i jest jeszcze coś ekstra, po to, by zaangażowanie nie pozostało bez nagrody… (bożebożeboże – popiskuje ultradźwiękowo Vicky K-A, majtki ma zsunięte do kolan) cóż to może być? No, nie bądź taki tajemniczy! Jedna dla ciebie, dwie dla mnie, jedna dla ciebie, trzy dla mnie…
Tak, tak, moi drodzy, tak właśnie to wyglądało. Nie przywiązujmy się do chronologii, ona tu nie ma nic do rzeczy. Gdyby zwrócić wektor osi czasu w przeciwnym kierunku, widzielibyśmy wszystko jak na dłoni. Zacznijmy wreszcie przewidywać przeszłość! Spróbujmy przy niej pomajstrować. Ja nie kocham ciebie, ty nie kochasz mnie, klub wesołego szampana, kto nie ryzykuje, ten nie dostanie ani jednej lampki! Czy to nie cenna uwaga!?
– SZAMPANA, proszę państwa, z regionu tego, a nie innego, otóż nie wiem jak wy, ale MY nie pijemy byle szczyn!
Tak nam właśnie powiedzieli, wcale się nie przesłyszeliśmy, ale czy też mogliśmy się spodziewać czegoś innego!? Kiedyś się tylko przyglądaliśmy – teraz przyglądamy się AKTYWNIE, dodatkowo możemy stać się prawdziwymi animatorami kultury. K-R-E-A-T-O-R-A-M-I. Co my na to!? Otóż, proszę koleżeństwa, klawo jak cholera. Your vote counts! Innego końca świata nie będzie! Jako wspólnicy przygotujemy go z dbałością o każdy szczegół, a nasze niezastąpione ptaszki nam w tym pomogą! Pomożecie?! Bez obaw! Oczywiście, że pomożecie, to było śmiertelnie retoryczne!

Superbohater (czyżby Perkun niepokonany!?) w trykotowym stroju gimnastycznym pederasty, cudownie obciśniętym, w tak zwanym międzyczasie, jest w niedoczasie. Jeszcze nie wyleciał, a już jest tragicznie spóźniony. Proszę zwrócić uwagę na jego długie, kręcone kędziorki koloru żyta i łopoczącą na wietrze pelerynę – wyrósł w czasach, kiedy to panowie prosili panie, nie odwrotnie. Janie, czy możesz podać temu ekstrawaganckiemu panu piłkę, tylko z pominięciem linii pomocy?! Nie ma tu mowy o żadnej pomyłce, były to, proszę państwa, lata transformacji i jakoś nasza postać z komiksu przegapiła ten moment, kiedy Zeitgeist wywrócił wszystko do góry nogami. Dzieci kukurydzy nagle i po diable zbuntowały się bez powodu, mogłyby go zawczasu wziąć na stronę – dyskusjom nie byłoby końca. Teraz jest za późno, nic dla niego nie zrobimy, to tylko pozostawiony samemu sobie przebieraniec – trefniś, który może się wszystkiemu z rozdziawioną gębą dziwić. Jakoś nie ma chętnych, by to zekranizować. Ale by była heca! On z tą szmacianą, ołówkową peleryną, no dajcie spokój! Z kadryla w pedryla, czyli jak śliwka w kompot, takie prawa wieku dojrzałego, nie ma się co obrażać. Jednak ten uparty osioł nadal krąży na swych koślawych nóżkach, rzucając jak potłuczony niestosownymi pytaniami w przestrzeń pełną domysłów (czyich?). Poza tym on operuje w nienaturalnie niskich rejestrach! Kto dzisiaj mówi basem? Wszystkie zniewagi przekuwa w pancerz, aby co rusz móc chować w nim głowę. Nic się nie powinno marnować; jest za recyklingiem nawet w tak wątpliwej dziedzinie jak emocje. Czy jest coś, czego nie robimy, by być bardziej do schrupania? Otóż w tym celu odwracamy się na pięcie i udajemy, że nas to nie dotyczy. Czyżby wyzwania przestały być w cenie? Bynajmniej! Gdy idzie o trudności, to większość woli ich makiety, są takie hipsterskie! Przezabawny koleś, nie ma co, naprawdę paradny! Ma się rozumieć, że nie jest łatwo; ale czemu trzeba zachowywać się aż tak katatonicznie!? Bezczelnie splątany! Jakie to wytrącające z równowagi!

Jadą coraz szybciej, Albin prowadzi, kiedy to następuje zwolnienie blokady i Vicky siedząca na miejscu pasażera zaczyna wsączać mu do ucha powolutku, zmysłowo, czułe słówka, te, które on chce i spodziewa się usłyszeć, nic nowego, ciągle to samo, tylko w bardziej niestosownych miejscach; lewą stopę uzbrojoną w dwunastocentymetrowe szpilki kładzie mu na jego prawym Guccim, dociska, dociska, dociska… jednocześnie prowokująco przesuwa język po górnej wardze. Opuszkami palców wodzi po jego szyi, po policzku; elektryzuje go, wzbudza, podkład rozmazuje mu na wywatowanym ramieniu…
Teraz Albin ma zasłonięte oczy i jej język w ustach, Vicky chwyta go za rozporek (tego już chyba za dużo!?), w trzy sekundy do setki rozpędzają się na głównej arterii, Freddie podjudza: „don’t stop me now”, jest oprawa, wymijają jeden po drugim odpicowane landary wypełnione upaloną gównażerią.
Porsche Cayenne zafalowało, pasażerowie zafalowali razem z nim, serce podskoczyło Albinowi do gardła, ale o takiej przyczepności, z jaką tutaj mieliśmy do czynienia, inni mogliby tylko pomarzyć! Albin nie zginął na miejscu. Vicky także nie rozstała się z życiem. Przestali też być nieodpowiedzialnym, zagrażającym pociskiem. Oto, co się stało: Albin gwałtownie wdepnął hamulec i samochód siłą bezwładu wypadł z jezdni na chodnik – Vicky chichrała się bez przerwy – staranował latarnię i miażdżąc karoserię, zatrzymał się na ekranie akustycznym. Poduszki powietrzne wystrzeliły we właściwym momencie.
Endorfin starczyło raptem na kilka sekund, bo zaraz Albin zagotował się jak zupa, krew, która wcześniej momentalnie odpłynęła mu z twarzy, zrobiła pełny obrót i wróciła ze zdwojoną siłą, gotowa góry przenosić i roznieść wszystko, co stanie jej na drodze. Tyczka latarni, wzbijając wokół snopy iskier, położyła się wszerz drogi, zahaczając zaparkowane na chodniku pojazdy.
Autoalarmy podniosły jazgotliwe zarzuty. Światło ulatniało się z ulicy.

Albin prowadził nie tylko samochód, prowadził także programy telewizyjne, i to z nie lada sukcesami. Dał się poznać szerokiej publiczności jako mąż opatrznościowy, wcielona straż pożarna. Człowiek instytucja.
W programach Albina odbywały się: skoki na bungee, najnowsze sondaże, rozwody, wyznania wiary, bombardowania terenów okupowanych, wypasanie owiec, samobójstwa. Gdzie by nie spojrzeć: rozlegał się z bilbordów, przerywał filmy, śniadał w telewizji śniadaniowej, urastał do rangi symbolu, był do specjalnych poruczeń. Kiedy trzeba było wywindować słupki, należało potrzeć butelkę i trrraaach, za sowitą opłatą inicjacyjną wyskakiwał z niej, obleczony w całą swą fachowość a-k-u-k-u-w-c-z-y-m-m-o-g-ę-p-o-m-ó-c, otrzaskany w środowisku dżinn rzeczoznawca, sfokusowany na wyniki dla swojego pocieracza. Bez dwóch zdań okazywał się wart każdych wpompowanych w niego pieniędzy. Jego płatnym protektorom z wdzięczności serce rosło. Abrakadabra, mówisz – masz! Szczerzy się, bo to obowiązek: Dziękuję za uznanie! Nie ma za co, reszty nie trzeba! Zwykła kukła z papier mâché, ale jaka zmyślna – mówiono.
Natomiast Vicky! Ach! Nasza słodka, pierwszoplanowa Vicky! To jest zupełnie inny los! Z dziejowej tylko konieczności sprzężony z naszym nieszczęśnikiem!
Na początku wzięła udział w jednym z tych programów typu talent show, w którym brylował Albin… i postanowiła zawładnąć zarówno programem, jak i Albinem. Mijała się z frazą, ale kogo to teraz obchodzi, dzisiaj wiemy, że to była zwykła zasłona dymna. Jednak gwiazdor – o dziwo – nie przemienił się w Pierrota, chociaż miał wrodzone predyspozycje i cały wszechświat potajemnie mu w tym pomagał. Już wtedy zaczął szukać kogoś, komu mógłby wszystko powiedzieć, wszystko wypaplać, wykrzyczeć prosto w twarz o tym, jaki on jest niewiarygodny, jak bardzo jest odjechany, był gotowy przejść samego siebie, byle tylko obniżyć ciśnienie śródczaszkowe.
Vicky tymczasem pragmatycznie przefarbowana, Vicky makiaweliczna, nastawiona na zdobywanie szczytów, nie ustawała w wysiłkach, nie zbaczała z drogi, bez przerwy mydliła oczy, potrafiła ukazywać się w programach typu widzę-cię-i-nie–grzmię-non-stop-24-h, gdzie po raz któryś z rzędu robiła wszystko, co tylko było konieczne, a nic, na co by miała ochotę. Wtedy też, jak za dotknięciem magicznej różdżki, zmaterializował się nieodwołalnie i zza kulis na scenę wmaszerował nasz medialny czarodziej Albin de…, ze świeżym oddechem, zniewalająco półprzytomnym spojrzeniem i proszę, proszę, z naręczem ciętych róż! Otulony mgiełką zapachu feromonów i tajemniczości! Zamaszystym gestem wskazał jej drogę przez swoje rancho wprost na estradę. Gdziekolwiek by się Albin nie znalazł, tam dla Vicky kończyła się tęcza, deszcz przestawał padać, a ona mogła do woli gmerać przy garncu złota. Stała się lżejsza od powietrza, wiatr swobodnie unosił ją w górę.
Wyciągnął ją; on, Albin de…, wyciągnął ją: Vicky K-A, i ona go zaczęła odkształcać. On z kolei dawał się odkształcać. Vicky jako My Fair Lady, jako Pretty Woman, Kopciuszek i Magika de Czar w jednej osobie. Z Królowej Buław w Królową Monet. Vicky opiera rączki na ściankach, rozchyla uda na podłogach, połyka końcówki, kładzie akcent na niewłaściwych sylabach i wszędzie rozsyła ten swój czarujący uśmiech. Wydaje się to tak naturalne, jakby rzeczywiście było naturalne. Sława, tzn. fejm, nie jest żartem, nie może być niczym takim, jest czymś namacalnym, ucieleśnionym w rzeczy. Możemy to coś zobaczyć, możemy też pogłaskać. Zostało przecież przeniesione w samo centrum po to, żebyśmy nie umarli z nudów. Jest popłatnym pracodawcą, a do tego wszyscy mamy się przed czym wdzięczyć, więc co się mówi? Dzię-ku-je-my. Smakowało i chcemy dokładkę. Tylko żebyśmy się nie udławili.
Vicky wcześniej była, albo wydawało się Albinowi, że była, mażoretką, którą on, tamburmajor, wypatrzył w stadzie baranów wiedzionych na rzeź i ocalił od przedpiekla przeciętności. Wtedy nosił już idealnie dopasowane do figury płaszcze z lodenu. Ot tak, zwyczajnie po ludzku, po prostu podał jej rękę, kiedy najbardziej tego potrzebowała – to jest przynajmniej jego wersja. Jakże była mu przez mgnienie oka wdzięczna za tę pomocną dłoń, za to, że gdy wyciągnął w jej kierunku swe wykute w marmurze ramię, kładąc przed nią całą swą nieskazitelność, a potem chwycił żelaznym uściskiem, w momencie wniebowstąpienia nie wysmyknęła mu się, że trzymał ją, skurwysyn, kurewsko mocno.
Dzisiaj stawało się to jakby bardziej mgliste, luźniej powiązane z rzeczywistością. Przechodzi Vicky nawet przez myśl, że rzeczywistość jako taka może w ogóle nie istnieć. Ona wątpi. Ona nie widzi związku. Ona nie wie, czy to się w ogóle wydarzyło. Czy to był on? Czy ktoś łudząco podobny? Czyje wstawiennictwo miało miejsce i czy w ogóle musiało mieć miejsce? A już staje się bez reszty skołowana, kiedy spod przymkniętych powiek z rezerwą obserwuje jego naciągnięte rysy twarzy. Albin wygląda o wiele za dobrze jak na swój wiek (jest przecież znacznie od niej starszy) i Vicky widzi w tym, ani chybi, dzieło diabła. Ktoś jej podsunął właściwe obawy, może nawet je punkt po punkcie rozpisał, i teraz napchana sieczką prima sort nie może być w błędzie. No bo cóż by to mogło być innego? Koźle kopyta wystają mu spod mankietów. Widzi to wyraźnie. Nie chce być inaczej. Vicky nic, tylko by wyciągała wnioski. Niesamowitość nie potrzebuje być przecież prowadzona za rękę, sama nawet po omacku znajdzie drogę, choćby ją miała sobie torować w litej skale!
Jednak, chcąc nie chcąc, źródeł Vicky musimy się niestety doszukiwać w dolnej strefie lotów niskich. Jako Kaori Bukkake była w wieku tartacznym i nie podjęła jeszcze żadnej decyzji co do swojej przyszłości. Miała, nazwijmy to, wyrwę w dążeniach i, co zrozumiałe, nie lubiła do tego wracać. To coś stanowczo nie ją określało! Kiedy klęczała otoczona użytkownikami z fiutami w dłoniach, nitki śliny zwieszały im się z kącików ust, oczy wyrażały podziw, a ona przygotowywała się do pracy i nakładano jej wodoodporny makijaż, Albin był jeszcze daleko, daleko stąd. Jak cię widzą, tak cię piszą, tu wszystko musi być bez zarzutu. Połóż pieniążek i połóż się obok, no dalejdalejdalej bracie do zabawy…, tu na ciebie czeka gra… Memento vitae! – wydzierała się Vicky i nie wiedziała, czy śmiać się, czy płakać. Wydawało jej się, że to raz na zawsze zostało wymazane, gdy znów postanowiono przed nimi i, co ważniejsze, przed nami to odkryć. Na tej cholernej ścianie tego cholernego garażu! Pewnego dnia wymalowano im list otwarty, który obiegł cały świat. List zaczynał się od słów: „Wyznawco nowoczesnych fotomatonów! Arcypajacu! I ty, przyczepiona do niego mała dziwko…”. A potem nadzwyczajna wręcz liczba pobrań, po prostu niewiarygodne! Subskrybuj! Wpadka! Wpadka! Wpadka! Jednak Vicky K-A nie była, o nie!, jak te wszystkie paniusie, które uważają, że potrafią prowadzić przytulny, zyskowny pensjonat; zjeżyła się jak kot wyczuwający zjawę, stanęła okoniem. Zaklinajmy rzeczywistość, żeby nie musieć jej przeklinać… Jej końcówki się nie rozdwajają i lepiej o tym pamiętać!

Kiedyś było tak, albo i nie było, że Albin, zanim poczuł się uprawniony do zakłócania ciszy nocnej, mieszkał na przedmieściach w wysokościowcu z prefabrykatów, zajmując się rozmyślaniem. On wszystkim, co czytają takie newsy, wmawia, że słuchają Radia Erewań. Jednak my się uprzemy i jeszcze raz powiemy, że mieszkał w wysokościowcu na najwyższym piętrze, z którego miał wymarzony wręcz widok na całą rozległą okolicę, czyli na zrujnowane ogródki jordanowskie i przerzucone przez nie mosty masztów wysokiego napięcia. Osaczał go panoramiczny obraz pokładającej się na ławkach żulerii, ciągle mile zaskakiwanej, że nadchodzące dni nadchodziły także dla nich. W stronach Albina pozdrawiano się gardłowym skrzekiem, a słońce pojawiało się jedynie na krótką chwilę w okolicach południa. Słowem: świat w rozkładzie, świat wokoło zacieśniał się, złuszczał i odwarstwiał jak farba – i tam właśnie, w swoim punkcie widokowym, Albin rozmyślał, rozmyślał i rozmyślał. Nic więc w tym dziwnego, że nie tylko zapragnął, ale że po prostu musiał to wszystko zanegować.
Albin (nie tak jak teraz) nosił patchworkowe swetry, które wisiały na nim jak na wieszaku. U swego zarania był to chłopak chudy jak szczapa, o cerze koloru pergaminu, zapadniętych policzkach, powiększonej śledzionie; mógł być żywą reklamą zdjęć rentgenowskich – muzą inspirującą radiologów. Rodziców, od których wszystkiego oczekiwał i którzy mu wszystko dali, nie wystawiając nawet weksla, Albin chłystek traktował z góry, bo tak wychodziło mu z rachunku ilorazów inteligencji. Byli mu cielęco oddani, choć powszechnie wiadomo, że to nieopłacalne. Ostentacyjne nieposłuszeństwo Albina spowodowało u matki rozległy wylew i w konsekwencji obustronny paraliż. Ojciec sprowadzony tym przez syna do parteru zerwał z nim kontakty, ale na nic to już się nie zdało. Albin wykończył ich profesjonalnie, jak na niego przystało, był zbrodniarzem doskonałym, był enfant terrible. Dumnie wyfrunął z domu i nawet się nie obejrzał.
Potem Albinowi, artyście in statu nascendi, zachciało się szwendać po Paryżu (dzisiaj działa mechanizm wyparcia, przysiągłby przed lustrem i kamerą, że to nieprawda, i mógłby przy tym robić grymasy!), w ubraniu obwiesia i z gauloise’em przyklejonym do warg. Miał życzenie zostać dadaistą, kimś w rodzaju semantycznego kaskadera. Wchodził w buty jednego filozofa po drugim, zaliczając ich jak panienki. Zachłystywał się Magritte’em, bo żaden z jego znajomych o nim nie słyszał. Kiedy sądził, że nikt nie widzi, gadał do siebie i zaglądał sobie głęboko w oczy. Nawykł zaczynać wypowiedzi od: „ale czy nie jest tak…” i zwykle ich nie kończył. Drapieżnie inicjował dysputy, wszczynał debaty, potencjalni dyskutanci uciekali od niego, gdzie pieprz rośnie, a on ciągle był za dyskusją, był w dyskusji, w końcu sam stawał się dyskusją, dyskusją puchnącą, nigdzie niemogącą znaleźć ujścia, a więc przez to dyskusją osamotnioną, wewnętrzną, toczącą się chropowato i kłótliwie. Nadużywał słów zapożyczonych, wielosylabowych, powszechnie uznawanych za zabawne. Mieszał też kiełbasę z dżemem. Foie gras nie lubił, ale publicznie nie krytykował.
Wprawdzie ubierał się jak Topor w absurdalne szale i cylindry, bez przerwy ględził o Bukowskim, a na marginesach zeszytów rysował zdegustowanego Kerouaca, to jednak brak mu było konsekwencji w działaniu, czy po prostu była to jedna wielka blaga, bo historie nie potrafiły się zaczynać, jak należy, ani skończyć tak, by pozostawić wrażenie. Marzenia o tym, by okryty periodykiem literackim zamarzać na ławce przy placu Vendôme, zbankrutowały, bo też i jakże miały nie zbankrutować? Ucho od śledzia! Język francuski jest przecież niepoważny, nie nadaje się dla prawdziwego mężczyzny!
Źródła różnie podają, kiedy i od kogo, ale drogą kropelkową najpewniej, Albin nabył zaburzoną przechodniość preferencji aksjologicznych i wtedy to zaczęła się jego magiczna transmutacja. Nawet Vicky, którą przejrzeliśmy już na wylot, nie wie, kiedy można dać mu wiarę. Zaczął chodzić na castingi. Wszystkie, jak leciało. Wystartował w kategorii „Open”, uparł się i wygrał. Na pohybel wszystkim zazdrosnym kulom u nogi, których przy nim na szczęście nie było! I cóż dalej? Otóż oblepił go ten słodziuteńki, zawiesisty kisiel, kisiel z pogranicza światów, przywierający tak bardzo, że aż wchodzący w nieodwracalną reakcję ze skórą. A więc stawiając wszystko na jedną kartę, Albin pewnego dnia po prostu rozpędził się i wtryknął do niego, ten nie stawił mu oporu i nasz bohater z zimną krwią przeniknął przez niezmąconą taflę, która dla innych była jak niekoloidalna. Zrobił to, bo niczego bardziej nie pragnął, a jak wiadomo: dla chcącego nie ma nic trudnego.
Nauczył się poruszać w tym świecie alternatywnym, w tym basenie sprzecznych interesów usytuowanym po drugiej stronie lustra, szybciej niż inni, bo też nic, przynajmniej z zewnątrz, nie mogło krępować jego ruchów. W środku hulaj dusza, piekła nie ma! Żadnego zapachu siarki, żadnego brzęku łańcuchów! Absolutnie! Wszystko to można by wrzucić między nieżyczliwości. Po wieszaku nie zostało żadnego śladu, zamiast tego zmuszony był zakładać coraz większe koszule. Skończyła mu się gwałtowność, zaczęła Gwałtowność jako efekt uboczny, Gwałtowność, która wzbierała, bulgotała, aż miło. Te słowa Vicky w myśli bierze w nawias, jak ona go dobrze zna! On nie może uwierzyć, skąd w niej tyle przenikliwości. Nie daje mu tego domyśleć do końca, staje w rozkroku, pokazuje na jego łyskającego roleksa, jak to dobrze, że zawsze jest coś, co można pokazać! Ona, reżyserka naszego zachwycania się nim, dyrygentka, matka przełożona, czuje się jak ryba w wodzie, wodząc nas za nos, wiedząc, że łączy przyjemne z pożytecznym, a to już jest nie byle co, nie każdy może sobie na to pozwolić. Skoro mogła go stworzyć, to przecież może… Ano właśnie! Kto tutaj właściwie kogo stworzył? Czy to jest w ogóle do ustalenia?
W przestrzeni publicznej byli jak papużki nierozłączki. Zaimponował jej swoją multifunkcjonalnością. Potrafił przyrządzać niezłe chili. Ona natomiast robiła bajeczne orzo ze szpinakiem i oliwą z oliwek. Zyskiwał przy bliższym poznaniu – pomyślała. Kpił sobie, a ona mówiła do niego: morderco!, i kupowała go w całości! Bywali na pokazach, bywali na premierach, bywali na otwarciach, bywali w środowisku. Wdarli się przebojem i nie zamierzali oddać swojego miejsca. Zarzucano im niezliczone błazeństwa, które to coraz silniej wpisywały ich w firmament, byli nic dodać, nic ująć: written in the stars. Ona jako towar, on jako temat mieli nadzwyczajną nośność i sprzedajność. Wspólnie podnosili się do potęgi, po prostu samo się synkopowało! Jednak, o zgrozo! Marzenia mieli różne. On miał wobec niej swoje plany, chciał się przed nią wyspowiadać. Ona, rzecz jasna, ani myślała tego słuchać.
– Przesadzasz w byciu prawdziwym – mówiła mu – i wypadasz z roli, a więc pewnego dnia zdechniemy przez ciebie z głodu!
Ostatnio przeżył małe tąpnięcie zawodowe i Vicky od razu zaczęła coś podejrzewać. Czy ma przez to rozumieć, że wypadł z obiegu? Jeszcze tego im brakowało! Czy nie wiedział, że przyciąganie jest tu nieporównanie mniejsze, że trzeba mieć odpowiednie buty do spaceru po takiej powierzchni? No, do cholery, do kogo ta mowa!? Kto zakładał tę spółkę? Trzy, czte i ry…, huzia na Józia! Wystawił się na sztych, a dziś jego zausznicy wzięli udział w innej manifestacji. Jest to nadzwyczaj przebiegła kurew, ale to już wiemy. Tak to sobie obmyśliła. Wiatr, wspólnik niedyskrecji, wzdyma jej suknię! A więc suknia! Teraz i zawsze, i na wieki wieków, jednak sukienkę – nawet tę z wysokim stanem – można zwyczajnie zdjąć. I to na światłach, chociaż od dwudziestej trzeciej miga już tylko pomarańczowe. Zostało Vicky jeszcze kilka cekinów na ramiączkach i pod oberwanym dekoltem, Albin strząsnął z niej wszystko, co najlepsze, więc o piorunującym wrażeniu nie może być mowy, tyle że są jeszcze kochane latarnie, niezawodne źródła sztucznego światła… Może ukryją się w ich cieniu? Dupa! Nigdzie się nie ukryją, a już na pewno nie tutaj!
On chciał, żeby choć przez chwilę przypominała cacaną dziwkę Lautreca, może fordanserkę, a nie po prostu zwykłą dziwkę. Ach, te marzenia, komu to w ogóle potrzebne? Kiedy jej uśmiech już nie jest słodkim dobieranym warkoczem, który on jej wymyślił dla hecy, ale tym zataczającym coraz szersze kręgi, spływającym po włosach, brodzie i ramionach nasieniem, niczym innym, tylko właśnie tym wracającym jak bumerang nasieniem, i już nic im nie pozostaje, tylko wziąć i wyrugować to wszystko z pamięci. Po trzykroć się zaprzeć! A tu im, zwłaszcza jej, nie dają! Zacienione powieki, zatuszowane rzęsy, czego chcieć więcej, dotychczas wystarczało. Takie skomasowane nic, a i tak brane w ciemno. Musi to być jakaś dziwaczna oboczność, zaplątała się tutaj nieproszona, przez pomyłkę. Vicky tak się rozrosła, że niespodziewanie zahaczyła doczepianymi skrzydłami o chmury, które Albin specjalnie dla niej obniżył. Ułożył je warstwa przy warstwie ponad jej sprasowanymi prostownicą włosami. To niepotrzebne, ale dalej chcemy się z nimi identyfikować.
Kogóż widzimy za jej plecami? Kto tak naprawdę stoi za Vicky? Ach tak, te jej Obersturmbannsiostry, Schutzhaftlagersiostry, z wymownymi, głębokimi wejrzeniami i dekoltami, w nienagannie skrojonych garsonkach, siostry misjonarki miłości, dziś w typowych dla siebie rolach dopełnień dalszych, ew. okoliczników sposobu, z bruzdami wisielczymi na szyjach i wywalonymi na wierzch sinymi jęzorami – działające niestrudzenie, ale bez powodzenia w branży konsultingowej! Prowadzące cudze sprawy bez zlecenia, zawsze chętne do pomocy, niezależnie od okoliczności. Rozwaliły się w cieniu semantycznym, plażują w najlepsze – tym to dobrze, mogą się stamtąd wymądrzać bez konsekwencji. Piekło intencjami takich głupich gęsi brukują, ale – cóż za paradoks – dla nich im trudniej, tym łatwiej! A tutaj zadanie jest karkołomne…
Tymczasem baaach!, trochę to nieuczciwe, ale nagle i bez dania racji Albinowi na ustach jak opryszczka wykwita ta jej ciasna, przylegająca do wspólnego korytarza klitka, o której mu opowiadała, a której nigdy nie widział, klaustrofobiczna klitka, zbudowana z samych najgorszych przeczuć, wieczorami wypełniona ucieczką lub sennowłóctwem, a z rana rozdęta sykiem szklącej się cebulki i odtajaniem. Jej się nic takiego nie przypomina. Skąd mu się to, do cholery, bierze? Za kogo on mnie ma – myśli Vicky – no chyba nie za Wielką Somnambuliczkę, do jasnej ciasnej. Tutaj potrzeba sprowadzić lekarza i prawnika, naraz i bezzwłocznie, czym prędzej na miejsce zdarzenia!
On rękami zagarnia przestrzeń, ona tę przestrzeń mu odstępuje. Vicky robi krok w tył, niepewnie, chwiejnie, bo przecież ukruszone, pastelowe szpilki – on nie ma sensu, teraz to widzi, on jest nieporozumieniem, jest zbyt… Zbyt bardzo… Obecny? Tak, to chyba o to chodzi. Jego natrętna obecność jest po prostu śmieszna, tylko Vicky jakoś nie potrafi się uśmiechnąć. Zbiegają po schodach w przeciwnych kierunkach, by zaraz dać się nam odnaleźć w tych samych miejscach, co na początku, jakby w ogóle się nie ruszyli, co to w ogóle ma znaczyć? Wciąż są za daleko od siebie. Spójrzmy: oto jakieś niewysłowione pytanie błąka się po rozszerzonych źrenicach Albina. Odbija mu się rykoszetem, jak je wypowie na głos, czy nie odbije mu się czkawką? No, wóz albo przewóz, czy warto je wysławiać? Sufler, z przekrzywioną na bakier cudowną czapką bogdychanów, stoi w swej budce z gotową, właściwą odpowiedzią, trzeba go tylko zapytać, ale nie miejmy złudzeń, nikt go dzisiaj o nic nie zapyta. Tym bardziej Albin. Nie ma potrzeby aż tak ryzykować. Sufler jeszcze naprawdę by mu odpowiedział.

Już słyszymy z oddali sygnał dźwiękowy o zmiennym tonie, widzimy światła rodem z wielkiego miasta i w nim wychowane, światła niebieskie i czerwone, czerwone i niebieskie zapalające się na przemian, mrugające przyjacielsko, we właściwej im jednostajnej częstotliwości, puszczają oko do naszych bohaterów. Z ich bezkompromisowością jakoś sobie poradzą, albowiem rozpoczęło się, nie pierwszy i nie ostatni raz: ziarninowanie.

O AUTORZE

Warszawa, xx.xx.xxxx. n/z xxxxx xxxxxxxx, fot. Maksymilian Rigamonti
Krzysztof Chronowski

ur. w 1985 r., laureat wielu wyróżnień w konkurach literackich m.in.: VII Ogólnopolskim Konkursie Literackim „Śląski Shakespeare” (II miejsce), XXIV Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. M. Hłaski (II miejsce), X Ogólnopolskim Konkursie Literackim na Prozę Poetycką im. W. Sułkowskiego (I miejsce). Publikował m.in. w „Twórczości”, „Akancie”, „Arteriach”. Z wykształcenia prawnik. Mieszka we Wrocławiu.