książki / PROZA

Historie równoległe: Nieme imperium

Elżbieta Sobolewska

Péter Nádas

Fragmenty książki Historie równoległe: Nieme imperium Pétera Nádasa w tłumaczeniu Elżbiet Sobolewskiej, wydanej w Biurze Literackim 22 grudnia 2025.

Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

Ojco­bój­stwo

Tam­te­go pamięt­ne­go roku, kie­dy runął mur ber­liń­ski, nie­opo­dal posza­rza­łe­go mar­mu­ro­we­go pomni­ka kró­lo­wej Luizy zna­le­zio­no ludz­kie zwło­ki. Zda­rze­nie mia­ło miej­sce kil­ka dni przed Bożym Naro­dze­niem.

Zmar­łym był oko­ło pięć­dzie­się­cio­let­ni, zadba­ny, ele­ganc­ko ubra­ny męż­czy­zna. Na pierw­szy rzut oka wyglą­dał na sza­cow­ne­go przed­sta­wi­cie­la kla­sy śred­niej, ban­kow­ca albo mena­dże­ra. Wokół lśnił pada­ją­cy powo­li śnieg, ale nie było dość zim­no, więc natych­miast topił się na par­ko­wych ścież­kach, a pozo­sta­wał tyl­ko na źdźbłach tra­wy. Poli­cjan­ci, któ­rzy przy­je­cha­li na oglę­dzi­ny, postę­po­wa­li zgod­nie z pro­ce­du­ra­mi i ze wzglę­du na warun­ki pogo­do­we tro­chę się spie­szy­li. Zamknię­to całą oko­li­cę i dokład­nie ją prze­szu­ka­no, posu­wa­jąc się spi­ral­nie, zgod­nie z kie­run­kiem wska­zó­wek zega­ra, tak, aby zabez­pie­czyć wszyst­kie śla­dy. Dena­ta ostroż­nie roze­bra­no za pro­wi­zo­rycz­nym para­wa­nem z czar­ne­go pla­sti­ku, ale nie dostrze­żo­no nicze­go, co mogło­by wska­zy­wać na to, że do śmier­ci męż­czy­zny przy­czy­ni­ły się oso­by trze­cie. Na ofia­rę natknął się stu­dent, któ­ry bie­gał tu każ­de­go poran­ka. Był jedy­ną oso­bą, któ­rej mogli zadać parę pytań. Kie­dy zja­wił się, by pobie­gać, pano­wa­ła jesz­cze zupeł­na ciem­ność, biegł tą samą dro­gą co zawsze i o tej samej porze.

Gdy­by było ina­czej, gdy­by nie zadzia­ła­ły ruty­na i przy­zwy­cza­je­nia, gdy­by nie pamię­tał dokład­nie każ­de­go kamie­nia czy cie­nia, zapew­ne nie dostrzegł­by zwłok. Świa­tła odle­głych latar­ni led­wie tu docie­ra­ły. I zauwa­żył cia­ło zwi­sa­ją­ce z ław­ki – tłu­ma­czył ner­wo­wo poli­cjan­tom – ale tyl­ko dla­te­go, że na ciem­nym płasz­czu zosta­ło tro­chę śnie­gu.

Biegł rów­nym kro­kiem, kie­dy z boku coś nagle bły­snę­ło – wyja­śniał zbyt grom­kim gło­sem.

Męż­czy­zna cią­gle mówił, wewnątrz kor­do­nu pra­co­wa­ło coraz wię­cej funk­cjo­na­riu­szy. Dzia­ła­li w ide­al­nych wręcz warun­kach, w tych godzi­nach bowiem poza nimi w par­ku nie było żywej duszy, nawet gapiów. Jeden z nich przy uży­ciu lam­py bły­sko­wej foto­gra­fo­wał coś na gołej, mokrej zie­mi, coś, co dwóch tech­ni­ków zdą­ży­ło już ozna­czyć cyfra­mi.

Kie­dy zaczął po raz trze­ci, zauwa­żył z nie­po­ko­jem, że już wszyst­kie śla­dy zosta­ły opa­trzo­ne nume­ra­mi, i ogar­nął go strach, jak gdy­by to nie on odkrył zwło­ki, nie on zawia­do­mił poli­cję, ale sam był spraw­cą, któ­re­go nie­ba­wem skon­fron­tu­ją ze śla­da­mi zbrod­ni.

Był jak ostrze, nie umiał­by powie­dzieć, jak ostrze cze­go, może żylet­ki albo lodo­wa­tej myśli, ale o tym nie mówił.

Istot­nie, w pierw­szej chwi­li prze­szy­ła go myśl, że zabił wła­sne­go ojca. Nie wie­dział, dla­cze­go przy­szło mu to do gło­wy, dla­cze­go życzy mu śmier­ci, ale tego też nie wyja­wił poli­cjan­tom.

Pozo­sta­ło nie­wie­le spraw, o któ­rych mógł otwar­cie mówić.

Oni jed­nak zbyt­nio się nim nie inte­re­so­wa­li, poli­cjan­ci w cywi­lu oraz w mun­du­rach przy­cho­dzi­li i odcho­dzi­li, cza­sa­mi szep­ta­li mię­dzy sobą zda­nia, któ­rych nie rozu­miał.

Nie chcie­li dłu­żej go zatrzy­my­wać, swo­je dane zdą­żył podać już dwa razy, odno­to­wa­li w pro­to­ko­le, że będzie zezna­wał jako świa­dek, mimo to nie potra­fił stam­tąd odejść.

Poli­cjan­ci wymie­nia­li się co chwi­lę.

Kie­dy bie­gnie, napraw­dę na nic nie patrzy, na nic – powta­rzał ner­wo­wo – wte­dy po pro­stu nie myśli. Z punk­tu widze­nia psy­cho­so­ma­ty­ki to pod­sta­wo­wy waru­nek rów­no­mier­ne­go bie­gu – wyja­śniał. Ale kie­dy po dwu­dzie­stu minu­tach dru­gi raz prze­biegł obok leżą­ce­go na ław­ce cia­ła, prze­mknę­ło mu przez myśl, że tyl­ko na wysty­gnię­tych zwło­kach śnieg się nie topi.

Gdzieś o tym czy­tał. I wte­dy przy­sta­nął, by przyj­rzeć się z bli­ska.

W ber­liń­skim Tier­gar­ten, w Zwie­rzyń­cu, dzia­ły się róż­ne rze­czy, a mówiąc ści­ślej, nie bar­dzo mogło zda­rzyć się coś, co się jesz­cze nie zda­rzy­ło. Poli­cjan­ci obo­jęt­nie słu­cha­li jego zeznań, jeden z nich dys­kret­nie odszedł na bok z pla­sti­ko­wy­mi worecz­ka­mi, by kon­ty­nu­ować pra­cę, po chwi­li dołą­czył do nich trze­ci, któ­re­go zosta­wi­li sam na sam z mło­dym męż­czy­zną. Ten wciąż nie mógł się uspo­ko­ić. Opo­wia­dał o zaj­ściu temu nowe­mu w taki spo­sób, jak­by każ­dy szcze­gół krył w sobie sto kolej­nych, jak­by wszyst­ko wyma­ga­ło wyja­śnie­nia, jak­by swo­imi obja­śnie­nia­mi odkry­wał jakąś nie­ziem­ską tajem­ni­cę, pod­czas gdy prze­mil­cza wła­sną.

Nie było mu zim­no, jed­nak drżał na całym cie­le. Poli­cjant w cywil­nym ubra­niu pod­su­nął mu pled – niech pan się okry­je – ale tam­ten ze zło­ścią odrzu­cił pomoc, jak­by wła­sne zdro­wie, na przy­kład to, że się prze­zię­bi albo że się dzi­wacz­nie trzę­sie, ani tro­chę go nie inte­re­so­wa­ło. Pew­nie z ner­wów dostał gorącz­ki, co dla funk­cjo­na­riu­szy nie jest zja­wi­skiem nie­zna­nym. Nie zda­wał sobie spra­wy z tego, jakie wywie­ra na nich wra­że­nie. A dobre­go nie wywie­rał, ponie­kąd tak czuł, a to spra­wi­ło, że chciał opo­wie­dzieć o wszyst­kim jesz­cze bar­dziej szcze­gó­ło­wo. Poli­cjant tym­cza­sem miło, nie­mal z sym­pa­tią, przy­pa­try­wał się jego twa­rzy zdra­dza­ją­cej wzbu­rze­nie, a tak­że całe­mu cia­łu, nogom i rękom, gesty­ku­la­cji, roz­wa­żał, czy jest cho­le­ry­kiem, czy może asce­tą, czło­wie­kiem o wyso­kiej inte­li­gen­cji i wraż­li­wym, czy też zwy­czaj­nym miej­skim idio­tą, któ­re­go nie obcho­dzi nic poza nim samym.

Tak bar­dzo spra­gnio­nym roz­mo­wy, że będzie gadał do jutra. Jak ktoś, komu nigdy nie przy­da­rzy­ło się nic waż­ne­go, a teraz tra­fi­ła mu się wiel­ka przy­go­da. Któ­re­mu powie­rzo­no tajem­ni­cę wszech­świa­ta.

Wzbu­dzał w nich raz litość, raz nie­po­kój. W koń­cu mógł mówić już tyl­ko do tego jed­ne­go poli­cjan­ta, wręcz znie­wo­lił go swo­ją gorącz­ko­wą opo­wie­ścią, przy­tło­czył swo­im nie­zro­zu­mia­łym spo­so­bem zacho­wa­nia, gwał­tow­no­ścią ruchów, któ­re jak­by łama­ły się pod pre­sją samo­dy­scy­pli­ny.

Poli­cjant meto­dycz­nie lustro­wał syl­wet­kę, a tak­że wszyst­kie deta­le ubio­ru mło­de­go czło­wie­ka o tak prze­cięt­nej pre­zen­cji, że trud­no było oce­nić jego pozy­cję spo­łecz­ną, zapy­tał, co ten stu­diu­je i na jakiej uczel­ni, chy­trze zapew­nia­jąc, że nie pyta o to służ­bo­wo, lecz z czy­stej ludz­kiej cie­ka­wo­ści. Takie­go pyta­nia bowiem w zasa­dzie nie wol­no mu było zadać. Wie­dział z doświad­cze­nia, że kil­ka nie­win­nych słów może zatrzy­mać ten bez­sen­sow­ny, cho­ro­bli­wy potok zdań. Śmierć choć­by obcej oso­by potra­fi dopro­wa­dzić do histe­rii nawet naj­bar­dziej zrów­no­wa­żo­ne­go czło­wie­ka. Zresz­tą spy­tał nie po to, żeby uczy­nić zadość for­mal­no­ściom, po pro­stu inte­re­so­wa­ło go, czy swo­im zacie­ka­wie­niem zdo­ła powstrzy­mać tę lawi­nę samo­uwiel­bie­nia. I czy ma do czy­nie­nia z wia­ry­god­ną oso­bą. Był dosko­na­le wyszko­lo­nym śled­czym, któ­re­go nie zmy­lą nie­ocze­ki­wa­ne moc­ne wra­że­nie czy wybu­ja­ła wyobraź­nia, ale nie umiał się powstrzy­mać, by nie rzu­cić przy­naj­mniej jed­ne­go pod­chwy­tli­we­go pyta­nia.

Trud­no było jed­nak choć na chwi­lę nie stra­cić spo­ko­ju, czy to w pierw­szych godzi­nach śledz­twa, któ­re poli­cja, uży­wa­jąc zło­dziej­skie­go żar­go­nu, nazy­wa maglo­wa­niem, czy też w jego kul­mi­na­cyj­nym momen­cie, kie­dy wynik jest wpraw­dzie jesz­cze nie­pew­ny, ale wszyst­ko już zaczy­na skła­dać się w całość. Cza­sa­mi zasta­wiał małe pułap­ki. Tacy śled­czy jak on zawsze uwa­ża­ją swo­je pomy­sły za bar­dziej sku­tecz­ne niż roz­wią­za­nia powszech­nie sto­so­wa­ne w kry­mi­na­li­sty­ce przez mniej odważ­nych kole­gów. Jego podej­ście było pomy­sło­we, a meto­dy sto­so­wał nie­kon­wen­cjo­nal­ne. Uży­wa­jąc bran­żo­we­go języ­ka: zamiast sche­ma­tem sylo­gi­stycz­nym posłu­gi­wał się meto­dą heu­ry­stycz­ną, co cza­sa­mi pro­wa­dzi­ło nawet do tego, że naru­szał prze­pi­sy.

Mło­dy męż­czy­zna pod wpły­wem bez­na­mięt­nych pytań prze­stał wyrzu­cać z sie­bie poto­ki słów; stu­diu­ję filo­zo­fię i psy­cho­lo­gię – odpo­wie­dział zasko­czo­ny. A mówiąc to, zasta­na­wiał się, na co poli­cjant zwra­ca uwa­gę i co może mu się w nim rzu­cić w oczy.

Tak myśla­łem – odpo­wie­dział śled­czy obo­jęt­nym tonem.

Co tam­ten dostrze­ga na jego szyi, na koszul­ce czy dre­sie.

Wresz­cie prze­stał mówić. Jak­by zdał sobie spra­wę, że to wszyst­ko, o czym opo­wia­da, niko­go nie cie­ka­wi. Pozo­sta­łych poli­cjan­tów i śled­czych inte­re­so­wa­ły inne szcze­gó­ły zaj­ścia.

Nie obcho­dził ich ani on, ani jego zezna­nia.

Od pew­ne­go cza­su bie­gał w błysz­czą­cych obci­słych spoden­kach, żół­tych albo czer­wo­nych. Wzrok śled­cze­go błą­dził po jego udach i przy­ro­dze­niu. Ten wzrok był tak natar­czy­wy i prze­szy­wa­ją­cy, że w koń­cu musiał przyj­rzeć się męż­czyź­nie, któ­ry stał przed nim w pustym o poran­nej porze par­ku, pośród leni­wie pada­ją­cych płat­ków śnie­gu. Jego ustom, oczom, wyjąt­ko­wo gęstym, wyso­ko osa­dzo­nym brwiom, wszyst­kie­mu, co prze­cież dotych­czas też widział, czo­łu, nie­sfor­nym krę­co­nym wło­som. Miał przed sobą czło­wie­ka o łagod­nym uspo­so­bie­niu, któ­ry patrzył na nie­go prze­ni­kli­wie i nie­mal ze smut­kiem, jak­by już wszyst­ko o nim wie­dział i teraz po kolei wycią­gał z jego prze­szło­ści naj­skryt­sze tajem­ni­ce, a nawet mu współ­czuł. A prze­cież roz­tar­gnio­ne­mu śled­cze­mu przy­po­mnia­ło się jedy­nie, co kil­ka dni wcze­śniej prze­czy­tał w jakimś dur­nym kolo­ro­wym piśmie, kie­dy cze­kał w kli­ni­ce sto­ma­to­lo­gicz­nej na swo­ją kolej – że w Niem­czech co roku sie­dem­na­ście tysię­cy matu­rzy­stów zapi­su­je się na filo­zo­fię, a dwa­dzie­ścia dwa tysią­ce na psy­cho­lo­gię. Co ozna­cza­ło­by, że za życia jed­ne­go poko­le­nia dzie­sięć milio­nów osób zaj­mu­je się kon­dy­cją ducha i duszy, to wiel­ka licz­ba, acz­kol­wiek han­dlem, finan­sa­mi czy woj­sko­wo­ścią trud­ni się kil­ka razy wię­cej.

Mło­dy czło­wiek zamilkł, czuł, że śled­czy ma go za nic i lek­ce­wa­ży jego nauko­we zain­te­re­so­wa­nia. Stał tam w prze­po­co­nym dre­sie i nie prze­sta­wał drżeć.

Co czy­ni­ło go bez­bron­nym.

Funk­cjo­na­riusz tym­cza­sem, star­szy o jakieś dzie­sięć lat praw­nik z wykształ­ce­nia, w ciszy, któ­ra nagle zapa­dła, spy­tał, czy mają go odwieźć do domu, i szyb­ko dodał, że chęt­nie to zro­bią. Sko­ro nie chce ple­du. Wole­li­by, żeby jedy­ny świa­dek zaj­ścia się nie prze­zię­bił. Uży­wał licz­by mno­giej niczym tar­czy: to nie on mówi, nie on skła­da tę pro­po­zy­cję, lecz organ. Acz­kol­wiek z namasz­cze­nia tego orga­nu to wła­śnie on raz po raz omia­tał męż­czy­znę prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem. Jak­by badał podej­rza­ną dla kry­mi­nal­nych oko­li­cę. Albo zdjąw­szy oku­la­ry śled­cze­go, wresz­cie uważ­nie przy­glą­dał się czło­wie­ko­wi z tłu­mu.

Nic dziw­ne­go, że mło­dy męż­czy­zna nie przy­jął pro­po­zy­cji.

Ten czło­wiek nie­po­strze­że­nie coś z nim zro­bił, oce­nił go i zaszu­flad­ko­wał, więc za chwi­lę może postą­pić z nim, jak zechce. Widział jego jasne czo­ło, ciem­ne, krę­co­ne wło­sy, jak­by przy­trzy­mu­ją­ce wzrok, i duże, peł­ne, mięk­kie war­gi. Musiał mieć się na bacz­no­ści.

Jed­nym gestem, w sumie dość obce­so­wo, odrzu­cił pro­po­zy­cję, myślał tyl­ko o tym, aby stąd pójść, ale jego głos nie zdra­dzał emo­cji.

Powie­dział jedy­nie, że jeśli zaj­dzie taka potrze­ba, to w świę­ta na pew­no nie, lecz zaraz potem będzie do ich dys­po­zy­cji.
Poli­cjant jed­nak nie oka­zał zain­te­re­so­wa­nia tą ofer­tą. Z pew­no­ścią łaska­wiej by ją potrak­to­wał, gdy­by tam­ten nie odrzu­cił jego pro­po­zy­cji. Spi­sa­li dane stu­den­ta, nagry­wa­jąc zezna­nia, utrwa­li­li jego głos, nie­ste­ty nie miał przy sobie żad­ne­go doku­men­tu potwier­dza­ją­ce­go toż­sa­mość. Zresz­tą wobec bra­ku poszlak prze­ciw­ko nie­mu nie mie­li pra­wa go legi­ty­mo­wać.

Jutro muszę jechać do domu – powie­dział mło­dy męż­czy­zna z zakło­po­ta­niem.

Zdał sobie spra­wę, że przy każ­dym sło­wie szczę­ka zęba­mi.

To zna­czy, że miesz­ka pan w Ber­li­nie – zauwa­żył dobro­tli­wie śled­czy – ale pań­ski dom jest gdzie indziej.

Nie poj­mo­wał, że cia­ło potra­fi tak zawieść i poni­żyć czło­wie­ka.

Śled­czy może jed­nak coś z tego wszyst­kie­go zro­zu­miał, podzię­ko­wał stu­den­to­wi za uprzej­mą pomoc, po czym ski­nę­li do sie­bie gło­wa­mi.

W Ber­li­nie miesz­kam tym­cza­so­wo – rzu­cił stu­dent, sta­ra­jąc się zapa­no­wać nad szczę­ką, czuł, że za tyle wyro­zu­mia­ło­ści winien jest wdzięcz­ność.

Z jakiejś przy­czy­ny jak­by nie potra­fi­li się poże­gnać.

Moi rodzi­ce miesz­ka­ją w Pfe­ilen, tam się uro­dzi­łem. Fakt, że tro­chę za mia­stem.

Co to za mia­sto? – zapy­tał poli­cjant i przez chwi­lę patrzy­li na sie­bie nie­uf­nie.

Na pół­no­cy – wska­zał pal­cem i dodał: – Nie­der­r­he­in.

Nigdy o nim nie sły­sza­łem, ale z pew­no­ścią to moja wina.

Od daw­na mamy tam let­ni domek, ale rodzi­ce miesz­ka­ją w mie­ście. To mała mie­ści­na, nie musiał pan o niej sły­szeć.

Mło­dy czło­wiek pró­bo­wał uprzej­mie się uśmiech­nąć, ale przy­po­mi­na­ło to raczej gry­mas.

Nie wia­do­mo, któ­ry z nich pierw­szy wycią­gnął dłoń. Poda­li sobie ręce, a ten uścisk dło­ni oby­dwu wpra­wił w zakło­po­ta­nie.

Poli­cjant przed­sta­wił się: dok­tor Kie­nast – powie­dział nie­pew­nie.

Tytuł dok­to­ra zawisł pomię­dzy nimi. W doty­ku dło­ni peł­nych wypu­kło­ści było coś ude­rza­ją­co cie­le­sne­go. Tytuł dok­to­ra koja­rzył się raczej z lecze­niem. Mniej wię­cej coś takie­go obie­cy­wał. I wyróż­niał go z nie­prze­bra­ne­go tłu­mu, do któ­re­go obaj nale­żą. Mło­de­go czło­wie­ka wręcz zmro­zi­ła intym­ność tego gestu, nie­śmia­ły, acz wie­le obie­cu­ją­cy spo­sób, w jaki tam­ten się przed­sta­wił. Nie odpo­wie­dział.

Jeże­li ten dru­gi będzie cie­kaw jego danych, spraw­dzi sobie w pro­to­ko­le, któ­ry przed chwi­lą spi­sał ich umun­du­ro­wa­ny kole­ga. I w prze­ko­na­niu, że już bez prze­szkód może wró­cić do bie­ga­nia, ruszył przed sie­bie.

W koń­cu nic się nie sta­ło.

Po kil­ku chwi­lach jed­nak zro­zu­miał, że błęd­nie oce­nił sytu­ację i wła­sne moż­li­wo­ści. Znów spo­dzie­wał się po sobie wię­cej, niż mógł osią­gnąć. Bo zaiste sta­ło się coś osta­tecz­ne­go, nad czym trud­no będzie przejść do porząd­ku dzien­ne­go. Jeśli w ogó­le uda mu się ura­to­wać wła­sną skó­rę. Zdra­dzi­ło go gadul­stwo, po co wypa­plał, dokąd jedzie, cze­mu z wła­snej woli się tłu­ma­czył. Zwol­nił kro­ku, po czym zmie­nia­jąc rytm bie­gu, spró­bo­wał znów przy­spie­szyć, ale drża­ły mu uda i kola­na, nie mógł zła­pać odde­chu, a przede wszyst­kim czuł na ple­cach spoj­rze­nie tego prze­klę­te­go poli­cjan­ta.

Ten dłu­go odpro­wa­dzał go wzro­kiem, po czym pole­cił tech­ni­ko­wi, żeby zabez­pie­czył śla­dy stóp. Na jego dło­ni pozo­stał dotyk ręki dru­gie­go czło­wie­ka, jej cie­pło wnik­nę­ło w skó­rę i pomię­dzy mię­śnie, i było to wię­cej niż przy­jem­ne, acz­kol­wiek oce­na tego doty­ku nie­wąt­pli­wie sta­no­wi­ła ele­ment śledz­twa. Kie­nast, któ­ry swój dok­to­rat poświę­cił dzie­jom czyn­no­ści docho­dze­nio­wych – okre­so­wi magicz­ne­mu, mitycz­ne­mu i racjo­nal­ne­mu – w oczach swo­ich kole­gów dba­ją­cych o nauko­wą ści­słość i prze­strze­ga­ją­cych suro­wych urzę­do­wych pro­ce­dur jawił się jako fan­ta­sta. I gdy­by nie jego wyjąt­ko­wa spo­strze­gaw­czość i god­na zaufa­nia wie­dza mery­to­rycz­na chęt­nie pod­wa­ży­li­by sto­so­wa­ne przez nie­go meto­dy.

Powo­li świ­ta­ło, w świe­tle odle­głych latar­ni wciąż jesz­cze było widać pada­ją­cy śnieg.

W uści­sku dło­ni tam­te­go poczuł wiel­ką siłę i dziw­ne drże­nie, we wza­jem­nej dys­har­mo­nii. Pomy­ślał, że może chło­pak bie­rze nar­ko­ty­ki, a kie­dy jest na gło­dzie, jego twarz wyda­je się ner­wo­wa, zmę­czo­na i przed­wcze­śnie posta­rza­ła.

Cią­gle jesz­cze widział jego smu­kłą syl­wet­kę w pada­ją­cym śnie­gu, mię­dzy drze­wa­mi.

To bez­na­dziej­ne – pomy­ślał, choć nie umiał­by powie­dzieć, kogo lub co miał na myśli.

Jak­by dostał mu się kolej­ny bez­na­dziej­ny przy­pa­dek. Zawdzię­czał to oko­licz­no­ści, że nikt go nie zmie­nił pod­czas służ­by. I jak­by nad­cho­dzą­ce świę­ta Boże­go Naro­dze­nia tyl­ko temu mia­ły słu­żyć, by wszyst­ko pogma­twa­ło się jesz­cze bar­dziej. Choć w tej spra­wie miał usta­lić wła­ści­wie dwie pro­ste kwe­stie: toż­sa­mość męż­czy­zny oraz to, czy do jego śmier­ci nie przy­czy­ni­ły się oso­by trze­cie. Prze­czu­wał, że choć rzecz jest pro­sta jak kij od szczot­ki, nie będzie umiał zała­twić jej nale­ży­cie. Ten chło­pak namie­szał w spra­wie. Cie­kaw­szy był dru­gi bez­na­dziej­ny przy­pa­dek, któ­rym zaj­mo­wał się od nie­mal dwóch mie­się­cy. Ojco­bój­stwo, do któ­re­go przy­zna­ła się mat­ka, żeby chro­nić współ­ży­ją­cą z ojcem nie­let­nią cór­kę.

Po noc­nym dyżu­rze czę­sto odczu­wał przy­gnę­bie­nie, do któ­re­go dołą­czał strach, skąd­inąd uza­sad­nio­ny. Natu­ral­ne ludz­kie leni­stwo w ten spo­sób znaj­du­je sobie pre­tekst czy wytłu­ma­cze­nie. Kie­nast był jak wiel­ki kot, lubił wszyst­ko, co mięk­kie, cie­płe i wygod­ne.

Już choć­by z tego powo­du upły­nę­ło spo­ro cza­su, nim ziden­ty­fi­ko­wa­no zwło­ki, ofia­ry nikt nie szu­kał, nawet po świę­tach.

Zanim cia­ło umiesz­czo­no w chłod­ni, koro­ner doko­nał pierw­szych, naj­bar­dziej nie­zbęd­nych oglę­dzin. Tech­ni­cy kry­mi­nal­ni dokład­nie zba­da­li rze­czy dena­ta. I nawet wte­dy nie dostrze­żo­no ani na jego cie­le, ani na ubra­niu śla­dów, któ­re mogły­by wska­zy­wać na jaką­kol­wiek prze­moc. Praw­do­po­dob­nie męż­czy­zna doznał na ław­ce zawa­łu ser­ca.

Nie uszło jed­nak uwa­gi Kie­na­sta, że na wszyst­kich czę­ściach gar­de­ro­by zmar­łe­go bra­ku­je wszy­wek z mar­ko­wym logo. Kie­dy trud­no usta­lić czy­jąś toż­sa­mość, takie wszyw­ki są bar­dzo pomoc­ne. Trze­ba je pod­da­wać ruty­no­wym oglę­dzi­nom: wywró­cić na lewą stro­nę płaszcz, mary­nar­kę i spraw­dzić pod­szew­kę. W przy­pad­ku koszu­li albo swe­tra wszyw­ki nale­ży szu­kać na koł­nie­rzu lub na kar­ku, w spodniach – po wewnętrz­nej stro­nie paska. Cza­sa­mi, na skar­pe­tach albo bie­liź­nie, logo mar­ki jest wyha­fto­wa­ne, na tań­szych tek­sty­liach znaj­du­je się zwy­kły nadruk. Takie wska­zów­ki bywa­ją cen­niej­sze niż ber­til­lo­na­ge, czy­li jede­na­ście danych potrzeb­nych do iden­ty­fi­ka­cji cia­ła, lądu­ją­cych naj­czę­ściej w cze­lu­ściach biu­rek i ban­ków danych. Zmar­ły nie nosił tanich ciu­chów. Dok­tor Kie­nast oglą­dał już trze­cią czy czwar­tą sztu­kę, dłoń­mi w ręka­wicz­kach wyj­mo­wał z opi­sa­nych pla­sti­ko­wych worecz­ków poszcze­gól­ne czę­ści ubra­nia, i kie­dy po raz kolej­ny zoba­czył, że miej­sce, gdzie było logo, jest puste, aż zasy­czał z zasko­cze­nia.

Był sam, jego syk­nię­cie odbi­ło się echem od wyło­żo­nych kafel­ka­mi ścian sali.

W porząd­ku, kie­dy wszyw­ka wyda­je się komuś zbyt jaskra­wa, draż­ni skó­rę albo dener­wu­je go, że w ogó­le tam jest, wypru­wa ją z płasz­cza czy z mary­nar­ki. Moż­na zro­zu­mieć, kie­dy usu­wa logo ze swe­tra lub z koszu­li, bo dra­pie go w szy­ję, ale po co, do cho­le­ry, wyci­na ją z paska spodni, sko­ro aku­rat tam, po jego wewnętrz­nej stro­nie, jest zupeł­nie nie­wi­docz­na. To mania, ale jaki może mieć sens? Stał nad zwło­ka­mi, a zło­ścił się, jak­by miał do czy­nie­nia z żywym czło­wie­kiem.

Co za maniak usu­wa z ubra­nia wszyst­kie ele­men­ty mogą­ce słu­żyć iden­ty­fi­ka­cji? Inni w ogó­le nie zauwa­ża­ją tych wszy­wek albo nawet je lubią, bo są dum­ni ze swo­ich mar­ko­wych rze­czy. Racjo­nal­na odpo­wiedź nasu­nę­ła się sama. Mania prze­śla­dow­cza, przy­mus ukry­wa­nia się, uza­sad­nio­ny albo nie­uza­sad­nio­ny lęk, pra­gnie­nie, by nie zosta­wiać po sobie śla­dów. Po pro­stu znik­nąć. Przy­glą­dał się zwło­kom i ubra­niu.

Na zaska­ku­ją­co małych, prze­źro­czy­stych, wyko­na­nych z lek­ko błysz­czą­ce­go mate­ria­łu spoden­kach dostrzegł spo­rą pla­mę sper­my. W każ­dym razie lubił kolor nie­bie­ski, wszyst­kie jego odcie­nie.

Męż­czy­zna, któ­ry bia­łe prąż­ki na nie­bie­skim tle tole­ro­wał tyl­ko w przy­pad­ku koszu­li.

Tro­chę za wie­le tego nie­bie­skie­go, za wie­le.

To nud­ny czło­wiek.

Ta mono­ton­na ele­gan­cja musia­ła słu­żyć mu za maskę, a tak napraw­dę cier­piał na ner­wi­cę natręctw albo jakąś manię. Wyma­ga­ją­cy czło­wiek, w któ­rym buzo­wa­ły namięt­no­ści, dbał o sie­bie, ale był nie do znie­sie­nia. Na cien­kich, gra­na­to­wych skar­pe­tach z deli­kat­nej baweł­ny też nie było logo mar­ki. Wypru­to je rów­nież ze szwu sre­brzy­ście poły­sku­ją­cych sli­pów w kolo­rze śliw­ki, został tyl­ko wystrzę­pio­ny skra­wek. To były wyjąt­ko­we spoden­ki. Takie noszą zamoż­ni fety­szy­ści. Przyj­rzał się wid­nie­ją­cej na nich wiel­kiej pla­mie sper­my. Pozo­sta­ło­ści po bez­u­stan­nej erek­cji, wycie­ku sper­my albo nie­wiel­kiej eja­ku­la­cji. Będzie cze­go szu­kać na mate­ria­le spodni. Już widział spi­cza­ste, wyjąt­ko­wo ostre nożycz­ki do wyci­na­nia skó­rek, któ­ry­mi jed­nym ruchem wycię­to wszyw­kę.

Ten czło­wiek maniac­ko się ukry­wał i chy­ba w każ­dej godzi­nie życia liczył się ze śmier­cią.

Na jego szczu­płych, kości­stych nad­garst­kach nie dostrzegł śla­du po zegar­ku, obrącz­ki też chy­ba nie nosił. A jed­nak Kie­nast sądził, że był żona­ty. Jako kawa­ler miał­by wię­cej śmia­ło­ści i zamiast sli­pek pod ele­ganc­kim ubra­niem nosił­by jock­strap z bia­łej albo czer­wo­nej saty­ny. W jego czar­nym port­fe­lu z mięk­kiej skó­ry zna­le­zio­no zaska­ku­ją­co wyso­ką kwo­tę pie­nię­dzy, ale nie było w nim nic oso­bi­ste­go. Co też suge­ro­wa­ło, że szu­kał szyb­kiej oka­zji do płat­ne­go sek­su, i dostał go znacz­nie taniej, niż się spo­dzie­wał. Wresz­cie czar­ne sznu­ro­wa­ne pół­bu­ty – jedy­ny ele­ment jego gar­de­ro­by, któ­ry o czymś infor­mo­wał, nie tyle o wła­ści­cie­lu, ile o nich samych; solid­ne wło­skie buty, jed­nej z naj­lep­szych marek, jakie moż­na kupić tyl­ko w Lon­dy­nie. I było coś jesz­cze, z czym dok­tor Kie­nast nie wie­dział, co począć. Zapach tego cia­ła. Otóż wca­le nie przy­kry, wręcz prze­ciw­nie. Jak­by duszą­cy dam­ski zapach, któ­ry Kie­nast cał­kiem nie­daw­no poczuł gdzieś z bli­ska i wydał mu się przy­jem­ny.

Już się z nim zetknął prze­lot­nie i nie uznał go za odra­ża­ją­cy. Moż­li­we, że przy­po­mi­nał mu jakiś inny zapach, i dla­te­go wydał mu się zna­jo­my, ale tam­te­go już nie potra­fił sobie przy­po­mnieć. Sądził, że to zapach dam­skich per­fum, bo był cięż­szy i słod­szy niż woń wody po gole­niu, męskich per­fum czy dez­odo­ran­tów. Pach­nia­ło nie tyl­ko ubra­nie, ale tak­że cia­ło. Zwło­ki potrze­bo­wa­ły jesz­cze pół godzi­ny, żeby wysty­gnąć; tyle utrzy­mu­je się zapach ludz­kie­go cia­ła. Dok­tor Kie­nast czuł nie­od­par­tą chęć, żeby je obwą­chać jak pies poli­cyj­ny. Nie miał odwa­gi, ale mar­twe cia­ło nie­zmien­nie budzi­ło jego zawo­do­wą cie­ka­wość. Pową­chał powie­trze, wyda­ło mu się, że przez inten­syw­ną woń pach­ni­dła prze­bi­ja stę­chła, gorz­ka woń tyto­niu. Jak gdy­by nie­bosz­czyk stro­nił jed­nak od per­fum. W grun­cie rze­czy Kie­na­sta bawi­ło wła­sne tchó­rzo­stwo.

Tak, nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści, na pal­cach zmar­łe­go wid­nia­ły brą­zo­we prze­bar­wie­nia świad­czą­ce o nało­gu tyto­nio­wym.

Tym­cza­sem nie zna­le­zio­no przy nim ani papie­ro­sów, ani zapal­nicz­ki, ani zapa­łek.

Jedy­nie klu­cze w czar­nym skó­rza­nym fute­ra­le, pod ław­ką.

Cia­ło było czy­ste i nie­tknię­te. „Nie­tknię­te” – to pierw­sze sło­wo, któ­re przy­szło mu do gło­wy, kie­dy jesz­cze w par­ku roz­bie­ra­no zwło­ki, a on w świe­tle reflek­to­rów zaczął oglą­dać ostroż­nie zdej­mo­wa­ne ubra­nia. Dla­te­go ten zapach wyda­wał się tak ude­rza­ją­cy. Leża­ło przed nim cia­ło czło­wie­ka, któ­ry praw­do­po­dob­nie nie lubił nicze­go ani niko­go doty­kać. To czę­ste zja­wi­sko wśród fety­szy­stów. Ule­ga­ją tyl­ko swo­im naj­sil­niej­szym skłon­no­ściom albo temu, co ich bez resz­ty pocią­ga. Wcho­dzą w rela­cję nie ze sobą nawza­jem, nie z kimś, lecz z sym­bo­licz­ny­mi przed­mio­ta­mi, któ­re sty­ka­ją się z czy­imś cia­łem. W tym sen­sie ci ludzie pod każ­dym wzglę­dem odróż­nia­ją się od pospo­li­tych wiel­ko­miej­skich ego­istów, któ­rzy nawet w obec­no­ści dru­giej oso­by są zaję­ci wyłącz­nie sobą.

Kie­dy Kie­nast przy­glą­dał się nie­mal pozba­wio­ne­mu owło­sie­nia, gład­kie­mu, pro­por­cjo­nal­ne­mu cia­łu, pomy­ślał, że ten czło­wiek był suchy. Z takim poję­ciem jak suchość bądź wil­got­ność cia­ła pierw­szy raz spo­tkał się na uczel­ni, kie­dy stu­dio­wał antycz­ne tech­ni­ki śled­cze i czy­tał ory­gi­nal­ne tek­sty na temat grec­kiej medy­cy­ny. Taka śmierć nie pasu­je do suche­go czło­wie­ka. Według Gale­na śmierć na atak ser­ca jest typo­wa dla osob­ni­ków wil­got­nych albo mokrych.

I pomy­ślał też, że to nie jego zapach, nie pasu­je do nie­go, że w ostat­nich godzi­nach życia prze­szedł nań z cia­ła innej oso­by.

Ktoś, kto zdra­dza, za każ­dym razem przy­no­si do domu obcą woń. I nic nie pomo­gą prysz­nic, mydło ani szo­ro­wa­nie, te obce zapa­chy, bez wzglę­du na to, czy ład­ne, czy wręcz odra­ża­ją­ce, oka­zu­ją się nie­wia­ry­god­nie trwa­łe.

Cza­sa­mi są wyczu­wal­ne nawet na dru­gi dzień, jak­by osia­dły na wło­skach w nosie, i nie­wier­ny nie ma inne­go wyj­ścia, jak ulec grzesz­nym myślom i wró­cić do ich źró­dła. Dok­tor Kie­nast bar­dzo mło­do się oże­nił i rów­nie mło­do roz­wiódł, wła­śnie z powo­du swo­jej nie­wier­no­ści. I kie­dy teraz, powo­do­wa­ny taki­mi uczu­cia­mi, bez­sprzecz­nie miły­mi, z roz­ma­rze­niem wspo­mi­nał w towa­rzy­stwie nie­bosz­czy­ka tam­te słod­kie powro­ty, przy­po­mnia­ła mu się mądra kobie­ta o ochry­płym gło­sie, o któ­rej nikt by nie powie­dział, że skry­cie pro­wa­dzi sza­leń­czą, zawzię­tą, namięt­ną wal­kę z wła­sną brzy­do­tą i z tej przy­czy­ny szaf­ki jej prze­stron­nej łazien­ki skry­wa­ją cały arse­nał per­fum, kre­mów, mle­czek do twa­rzy, pia­nek do kąpie­li, szmi­nek oraz pudrów, mimo że była sen­se­lier­ką i powin­na wyka­zy­wać wobec kosme­ty­ków wię­cej powścią­gli­wo­ści. Wie­dzia­ła, że nie­wie­le dzię­ki nim osią­gnie. Ona mogła­by wie­dzieć. Roz­po­zna­ła­by ten cięż­ki zapach z cierp­ką nutą w głę­bi – pomy­ślał, i ta nagła myśl kaza­ła mu pod­nieść do nosa gra­na­to­wy swe­ter zmar­łe­go. A nuż roz­po­zna ten zapach.

Może tam­ta kobie­ta przy­po­mnia­ła mu się, bo podob­nie pach­nia­ło jej cia­ło.

Miał wra­że­nie, że czu­je napię­cie i lek­kie, powstrzy­my­wa­ne drże­nie jej mię­śni.

Cia­ło nie zapo­mi­na.

Kobie­ta szczy­to­wa­ła w mil­cze­niu, z otwar­ty­mi usta­mi, krzy­cza­ła dopie­ro chwi­lę póź­niej, po orga­zmie, ale i wte­dy pró­bo­wa­ła dła­wić w sobie ten krzyk. Jed­nak nie, na gra­na­to­wym swe­trze zapach per­fum był led­wie wyczu­wal­ny, sil­niej pach­niał papie­ro­so­wy dym.

Czy­li woń per­fum pocho­dzi­ła z jego cia­ła.

Z sali oświe­tlo­nej zim­nym świa­tłem jarze­nio­wym pro­wa­dzi­ły na kory­tarz dwie pary drzwi waha­dło­wych. Przez jed­ne przy­wo­żo­no dena­tów, przez dru­gie wywo­żo­no ich do chłod­ni i stam­tąd trans­por­to­wa­no na sek­cję zwłok. Skrzy­dła drzwi cicho stu­ka­ły, zapew­ne gdzieś zosta­wio­no otwar­te okno.

Kie­nast nie sły­szał odgło­su kro­ków na kory­ta­rzu. Kie­dy nad­sta­wił ucha, na biur­ku obok zadzwo­nił tele­fon. Dok­tor lek­ko zadrżał, tele­fon nadal dzwo­nił, nie odbie­rał go.

Z powo­du zawo­do­wej cie­ka­wo­ści nie pierw­szy raz zna­lazł się w kry­tycz­nej sytu­acji i musiał postą­pić wbrew zasa­dom dobre­go wycho­wa­nia czy nawet prze­pi­som pra­wa. W prze­ciw­nym razie nie umiał­by podą­żać za spo­so­bem myśle­nia prze­stęp­ców i nie wybrał­by takie­go zawo­du. Odło­żył swe­ter, wziął do ręki koszu­lę w bia­ło-nie­bie­skie paski i zyskał cał­ko­wi­tą pew­ność, że męż­czy­zna naj­praw­do­po­dob­niej nie w tym swe­trze i nie w tej koszu­li spę­dził ostat­ni dzień swo­je­go życia, ale prze­brał się po połu­dniu albo – szyb­ko zmie­nił zda­nie – wcze­snym wie­czo­rem. To bar­dzo pro­ste. Na ubra­niu czuć było jesz­cze zapach prosz­ku do pra­nia i pły­nu do płu­ka­nia, a może nawet pach­ni­deł­ka umiesz­czo­ne­go w sza­fie. A ostat­nie godzi­ny spę­dził w pomiesz­cze­niu peł­nym papie­ro­so­we­go dymu, w gospo­dzie, barze, taniej restau­ra­cji, w miej­scu nie­god­nym jego pozy­cji spo­łecz­nej.

Per­fu­my wyczu­wa­ło się jedy­nie na dole koszu­li i na spoden­kach, któ­re wydzie­la­ły też woń szyb­ko roz­kła­da­ją­cej się sper­my. Tele­fon cią­gle dzwo­nił, poza tym nie było sły­chać żad­nych odgło­sów. Kie­nast pod­szedł do nóg nie­bosz­czy­ka i, jak­by pro­sząc ziem­skie szcząt­ki bliź­nie­go o wyba­cze­nie, dotknął jego stóp, po czym pochy­lił się nad geni­ta­lia­mi. Tele­fon umilkł, znów dało się sły­szeć, jak skrzy­dła drzwi obi­ja­ją się o sie­bie w prze­cią­gu. Przy­mknął oczy, chy­ba bez­wied­nie, by nie patrzeć z tak bli­ska. Ude­rzył go prze­ni­kli­wy zapach peni­sa. Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że jego przy­pusz­cze­nia są słusz­ne. Męż­czy­zna upra­wiał co naj­wy­żej seks oral­ny, na pew­no nie wagi­nal­ny czy anal­ny, sek­cja zwłok pozwo­li na bar­dziej szcze­gó­ło­wą oce­nę. Cięż­ki zapach per­fum osiadł na gęstym owło­sie­niu łono­wym i rzad­szym, już moc­no posi­wia­łym na pod­brzu­szu, stąd roz­cho­dził się po sali. Kie­nast nie chciał stra­cić ani chwi­li. Usły­szał kro­ki. Dopó­ki jesz­cze mógł nadejść koro­ner, musiał kon­ty­nu­ować oglę­dzi­ny. Ani na klat­ce pier­sio­wej, ani pod pacha­mi, ani za usza­mi nie wyczuł zapa­chu. To były ostat­nie wąt­pli­we miej­sca, uznał, że już napraw­dę zro­bił wszyst­ko, co mógł, i wszyst­kie­go się dowie­dział. Na cie­le pozo­stał zapach obcych per­fum.

Skrzy­dła drzwi waha­dło­wych otwo­rzy­ły się w chwi­li, kie­dy Kie­nast pod­no­sił gło­wę.

Jak­by przed chwi­lą cało­wał się z tru­pem.

Szyb­ko się odwró­cił i powie­dział, że jeśli idzie o nie­go, jest gotów.

Zna­la­złeś coś cie­ka­we­go? – zapy­tał weso­ło koro­ner. Był w Insty­tu­cie Medy­cy­ny Sądo­wej dyżur­nym leka­rzem, z któ­rym śled­czy pozo­sta­wał w miłych, codzien­nych kon­tak­tach. Co ozna­cza­ło, że od cza­su do cza­su docho­dzi­ło mię­dzy nimi do więk­szych czy mniej­szych tarć, ale, jak to się mówi, umie­li z tym żyć.

Zosta­wię to raczej tobie – powie­dział Kie­nast tonem peł­nym kur­tu­azji – ale był­bym nie­zmier­nie wdzięcz­ny – dodał bez odro­bi­ny zaże­no­wa­nia – gdy­byś ty też pową­chał jego brzuch i owło­sie­nie łono­we. To jakieś per­fu­my, pach­ną­ce mydło, ale nie wiem, ki dia­beł.

Może roz­po­znasz – dodał.

Kole­dzy dok­to­ra Kie­na­sta bro­ni­li się cza­sem, uda­jąc, że nie sły­szą, co mówi, o co pro­si czy cze­go sobie życzy. I to nie tyl­ko ci, któ­rzy rzad­ko z nim pra­co­wa­li, ale tak­że jego bez­po­śred­ni pod­wład­ni. W tym śro­do­wi­sku zazwy­czaj wszy­scy zwra­ca­li się do sie­bie po imie­niu, ale sta­ra­li się trzy­mać z dala od nie­go i jego manii. Ucho­dził za dzi­wa­ka, któ­re­mu nale­ży pozwo­lić na to i owo, sto­pu­jąc go jed­nak, nim wcią­gnie czło­wie­ka w swo­je ciem­ne, nie­czy­ste spra­wy. Teraz było podob­nie. Dok­tor Kie­nast cze­kał, aż koro­ner zro­bi to, o co go pro­sił – ale tam­ten nie zare­ago­wał. I wca­le nie dla­te­go, że nie pochwa­lał takich metod, po pro­stu nie usły­szał owej proś­by.

Zdzi­wio­ny Kie­nast tyl­ko burk­nął pod nosem.

Nie mógł zro­zu­mieć, jak to jest, że ludziom wystar­czy tak nie­wie­le, i gdzie się podzie­wa­ją ich ludz­ka cie­ka­wość czy zawo­do­we zain­te­re­so­wa­nie.

Skoń­czyw­szy ruty­no­we oglę­dzi­ny, koro­ner stwier­dził, że nie­zna­ny z nazwi­ska, oko­ło pięć­dzie­się­cio­let­ni, zadba­ny i z wyglą­du zdro­wy męż­czy­zna zmarł naj­praw­do­po­dob­niej kil­ka minut przed poja­wie­niem się par­ko­we­go bie­ga­cza.

Choć nie­wy­klu­czo­ne, że śmierć nastą­pi­ła tro­chę póź­niej.

Moż­na sobie nawet wyobra­zić – wtrą­cił dok­tor Kie­nast nie bez zło­śli­wo­ści – że on wciąż żyje.

To są bar­dzo świe­że zwło­ki – odparł koro­ner lek­ko ura­żo­nym tonem – zobacz, pro­szę.

Pod­niósł rękę zmar­łe­go, wska­zał na paznok­cie i ją opu­ścił. I jak­by tego nie było dość, wci­snął palec w udo nie­bosz­czy­ka.

Cał­kiem moż­li­we – wyja­śniał – że sko­nał wła­śnie wte­dy, kie­dy karet­ka i wy dotar­li­ście na miej­sce. Gdy­by ten poran­ny bie­gacz zna­lazł go chwi­lę wcze­śniej albo szyb­ciej zawia­do­mił poli­cję, albo gdy­by­ście się nie guz­dra­li, leka­rze z pogo­to­wia pew­nie przy­wró­ci­li­by go do życia.

Dok­tor Kie­nast zapy­tał, czy cia­ło nie jest w zbyt dobrym sta­nie, by podej­rze­wać zawał jako przy­czy­nę śmier­ci.

Koro­ner roze­śmiał się z ulgą. Niech nie zada­je takich dur­nych pytań, jak jakiś dyle­tant.

Nie, nie – Kie­nast zaczął się uspra­wie­dli­wiać – pytam o to tyl­ko dla­te­go, że się zasta­na­wiam, czy nie powin­ni­śmy pójść cał­kiem innym tro­pem.

Gdy­bym chciał być dro­bia­zgo­wy – odparł koro­ner, nie rozu­mie­jąc, do cze­go zmie­rza Kie­nast – powie­dział­bym, że na pierw­szy rzut oka w isto­cie moż­na by tak sądzić, ale to za mało, by cokol­wiek usta­lić.

Trze­ba pocze­kać na sek­cję – dodał po chwi­li.

To nie są zwło­ki scho­ro­wa­ne­go czło­wie­ka – upie­rał się dok­tor Kie­nast.

Spójrz na jego nogi i na klat­kę pier­sio­wą. Brzu­cha też nie ma, musiał pły­wać albo grać w teni­sa, nie wiem, w każ­dym razie upra­wiał jakiś sport. Trze­ba by pobrać prób­ki z brzu­cha i przy­ro­dze­nia – dodał – na sli­pach są śla­dy sper­my, i prób­kę z odby­tu, bar­dzo cię pro­szę.

Kto wie, może to wca­le nie jego sper­ma. I dowie­dzieć się cze­goś o spo­so­bie ostat­nie­go współ­ży­cia. Wygląd człon­ka nie wska­zu­je na sto­su­nek anal­ny ani wagi­nal­ny.

Przy­kro mi – odparł koro­ner znie­cier­pli­wio­nym tonem – ale nie mogę z peł­ną odpo­wie­dzial­no­ścią powie­dzieć nic wię­cej ani wydać innej opi­nii. Trze­ba usta­lić wszyst­kie szcze­gó­ły, żeby dowie­dzieć się, co zaszło. I dokład­nie zba­dać sper­mę. Z pew­no­ścią, jak zwy­kle, otrzy­mam od dok­to­ra listę ze wszyst­kim, cze­go potrze­bu­ję. A co do wyglą­du nóg dena­ta czy upra­wia­nia prze­zeń spor­tów wysił­ko­wych, to praw­do­po­dob­nie w mło­do­ści jeź­dził na rowe­rze.

Śled­czy był zasko­czo­ny. Nie przy­szło mi to do gło­wy – zawo­łał.

Nabrzmia­łe żyły, to jasne, jeź­dził na rowe­rze.

Potem już wszyst­ko szło utar­tym torem.

W tych sza­lo­nych dniach wie­le osób zmar­ło z powo­du uda­ru czy ata­ku ser­ca, nagle, nie­ocze­ki­wa­nie, ale wszyst­kie mia­ły przy sobie doku­men­ty.

Cza­sem ocie­pla­ło się, jak­by nad­cho­dzi­ła wio­sna, to znów tem­pe­ra­tu­ra spa­da­ła i robi­ło się potwor­nie zim­no. Było mroź­nie i sucho, padał śnieg. Jak gdy­by pogo­da też dokła­da­ła swo­je do panu­ją­ce­go zamie­sza­nia.

Zwło­ki wywie­zio­no przez dru­gie drzwi do pomiesz­cze­nia, gdzie, lek­ko wychło­dzo­ne, mia­ły cze­kać, aż pro­ku­ra­tor wyda zezwo­le­nie na sek­cję i pobra­nie tka­nek. Zmar­ły miał na szyi małą plam­kę. Moż­li­we, że ktoś znie­nac­ka objął go od tyłu i wessał się albo ugryzł, zosta­wia­jąc, jak to się mówi, malin­kę i drob­ne pod­skór­ne wyle­wy. Ktoś, kto być może nie widział go od daw­na. Nie mówi­li o tym, ale obaj wie­dzie­li, że ten ślad nale­ży natych­miast zabez­pie­czyć. Robi się to za pomo­cą wosku sto­ma­to­lo­gicz­ne­go: trze­ba nało­żyć go na to miej­sce, a następ­nie nega­tyw wypeł­nić gip­sem, w ten spo­sób powsta­je odcisk warg czy zębów nie­zna­nej oso­by, podej­rza­ne­go albo ostat­nie­go świad­ka. Dotych­czas jed­nak nikt nie skon­fron­to­wał zeznań stu­den­ta z opi­nią koro­ne­ra.

Nikt nie zadał sobie pyta­nia, co ów dobrze sytu­owa­ny dżen­tel­men mógł robić w nocy czy o świ­cie w osła­wio­nym par­ku, nikt nie spy­tał o to, jakim cudem na jego ramio­nach i rękach jest tyle śnie­gu, sko­ro zmarł nie­daw­no. Tak czy siak śled­czy miał mnó­stwo robo­ty w spra­wie dziew­czy­ny podej­rza­nej o ojco­bój­stwo. I wie­dział, że dopó­ki nie dosta­nie wyni­ków od tech­ni­ków kry­mi­na­li­stycz­nych, nie war­to nad czym­kol­wiek się zasta­na­wiać. Mat­ka przy­zna­ła się do zabój­stwa nie z samo­po­świę­ce­nia. To była dla niej jedy­na szan­sa na unie­win­nie­nie. Gdy­by do winy przy­zna­ła się cór­ka, mat­kę pew­nie ska­za­no by za współ­udział w prze­stęp­stwie. Nie­kie­dy było lepiej, gdy Kie­nast odkła­dał spra­wy na bok i pozwa­lał im doj­rzeć. Po połu­dniu pół­przy­tom­ny z nie­wy­spa­nia z tru­dem zebrał siły i kie­dy w pośpie­chu szy­ko­wał doku­men­ty dla pro­ku­ra­tu­ry i fede­ral­ne­go urzę­du śled­cze­go, jego wzrok znów zatrzy­mał się na nazwi­sku mło­de­go męż­czy­zny: Döh­ring.

Cie­ka­we, że takie moc­no neu­ro­tycz­ne oso­by, jeśli tyl­ko mogą, idą stu­dio­wać psy­cho­lo­gię albo filo­zo­fię. Co raczej utrud­nia im życie, niż uła­twia. Pod­czas tych kil­ku lat sta­ją się wpraw­dzie mądrzej­sze, ale to wca­le nie zna­czy, że dowia­du­ją się cze­goś wię­cej o swo­ich pro­ble­mach.

Wybuchł śmie­chem i kie­dy odczy­tał adres stu­den­ta, Fasa­nen­stras­se, poki­wał gło­wą z zado­wo­le­niem. Chło­pak ma bez­tro­skie życie, może spo­koj­nie stu­dio­wać, nie musi oba­wiać się bie­dy – pomy­ślał, po czym świe­żo zało­żo­ne dossier szyb­ko wło­żył do koper­ty jako doku­men­ta­cję jed­nej ze spraw bie­żą­cych.

A stu­dent naza­jutrz o świ­cie, tak jak sobie zapla­no­wał, wyje­chał z mia­sta.


Powra­ca­ją­cy sen Döh­rin­ga

Powo­li nasta­ła cisza, wszyst­ko wokół zro­bi­ło się bia­łe i peł­ne słod­kiej lek­ko­ści.

Naj­pierw posa­dzi­li go na ław­ce, potem przy­wró­ci­li do pio­nu. Chwi­lę dys­ku­to­wa­li, kto, co i jak ma robić. Pozwa­lał im na to, niczym się nie przej­mu­jąc, choć z tru­dem zno­sił to, że zaj­mo­wa­li się nim obaj naraz. Zdję­li z nie­go płaszcz. Zapew­ne zapro­te­sto­wał­by, gdy­by mógł się ode­zwać, bo oba­wiał się o swój płaszcz. To nie był jakiś szcze­gól­nie dobry płaszcz, ale bez nie­go by tu nie dotarł. Rzu­ci­li go gdzieś na bok. Wysu­nę­li z ręka­wów dłu­gie ramio­na, polu­zo­wa­li sznu­rek u spodni. Miał rację zakon­nik, któ­ry twier­dził, że na sie­dzą­co będzie łatwiej.

Mówi­łem, że tak się nie uda.

Mogli mu ścią­gnąć spodnie przez buty, ale dłu­gich kale­so­nów już nie zdo­ła­li­by tak zdjąć. Szyb­ko z powro­tem posa­dzi­li go na ław­ce. W gęstwi­nie krze­wów buzo­wa­ły zna­ne wonie, tłu­mio­ne jedy­nie zapa­chem rumian­ku, widział, jak stoi w tym kosz­mar­nym stro­ju na zna­jo­mej łące, na któ­rej latem pysz­ni­ły się kwit­ną­ce rumian­ki.

Miał ocho­tę powie­dzieć, że będą pro­ble­my, ale nie mógł zdo­być się na odwa­gę.

Po raz pierw­szy stra­cił przy­tom­ność, kie­dy pró­bo­wa­li zdjąć mu buty, jasne, że wraz z poszar­pa­ny­mi na strzę­py kale­so­na­mi mogli­by ścią­gnąć spodnie w pasy, całe zafaj­da­ne od środ­ka. Zaraz wszyst­ko się oka­że. Nie­mal sły­szał, jak zaczy­na­ją wrzesz­czeć i za chwi­lę okrop­nie go pobi­ją. Czuł wred­ną radość, że sto­py zaha­cza­ją o buty. W ten spo­sób zysku­je na cza­sie. Jest tak sła­by, że jego cia­ło nie prze­trwa­ło­by kolej­ne­go bicia. To dobrze odży­wie­ni, wpraw­dzie nie­mło­dzi, ale zdro­wi jak byk męż­czyź­ni, ich ude­rze­nia muszą być sil­ne. Już zdą­żył doświad­czyć, jaka to roz­kosz, kie­dy śmierć pozwa­la na sie­bie pocze­kać. Znisz­czo­ne, zapi­na­ne na trzy guzi­ki wię­zien­ne drew­nia­ki, wro­śnię­te w zakrwa­wio­ne i zaro­pia­łe sto­py, skle­iły się z onu­ca­mi. Chciał ostrzec zakon­ni­ków, żeby nie pró­bo­wa­li eks­pe­ry­men­to­wać, bo to wła­śnie tak jest, muszą się z tym pogo­dzić, ale nie wie­dział, w jakim języ­ku ma się ode­zwać, i nie umiał porząd­nie skle­cić zda­nia. A już na pew­no nie po nie­miec­ku. Z więk­szą łatwo­ścią potra­fił sobie wyobra­zić, że już nigdy nie zdej­mie butów.

Bola­ło go, że już nigdy wię­cej nie będzie Niem­cem, bo nie może nim być.

Zga­dzał się na wszyst­ko, niech będzie tak, jak chcą, sko­ro musi być. Przy­cho­dzi­ło mu to bez tru­du, bo usta miał peł­ne zna­jo­me­go, słod­kie­go, lep­kie­go sma­ku mle­ka, niech robią, co chcą.

Nie zapo­mniał o obiet­ni­cy, że po kąpie­li jesz­cze mu dadzą.

Zacze­kaj, do dia­ska – wrza­snął prze­ra­żo­ny zakon­nik sto­ją­cy za jego ple­ca­mi, skąd obser­wo­wał, co ten dru­gi wypra­wia z jego potwor­ny­mi kopy­ta­mi.

Wszyst­ko ma tam pozle­pia­ne.

Nie pozle­pia­ne, a prze­gni­łe – ode­zwał się gniew­nie zakon­nik klę­czą­cy przed jego noga­mi, któ­ry pró­bo­wał tak trzy­mać w dło­ni buty, żeby nie zapa­sku­dzić sobie habi­tu. Nie przy­su­wał ich zbyt bli­sko, ale choć na twa­rzy miał wypi­sa­ną odra­zę, to jed­nak zaj­rzał do środ­ka krót­kich cho­le­wek i, już nie patrząc, ostroż­nie wci­snął palec do środ­ka. Doty­kał cze­goś mięk­kie­go, błot­ni­ste­go, śli­skie­go, zakrzep­nię­tej krwi i nagich, wil­got­nych kości.

Trze­ba będzie to obciąć – pod­niósł wzrok z uśmie­chem na ustach – razem z nogą. Nie wiem, co powi­nie­nem zro­bić – mam­ro­tał zroz­pa­czo­nym gło­sem, szu­ka­jąc cze­goś, w co moż­na by wytrzeć palec.

Na szczę­ście ty zawsze wszyst­ko wiesz.

Już był pewien, że nie ma zmi­łuj, musi je zerwać jed­nym wpraw­nym ruchem.

Znów zer­k­nął na tego dru­gie­go, ale uśmiech znikł z jego twa­rzy.

Złap go za ramio­na – powie­dział.

Po co? – zapy­tał tam­ten ze zło­ścią.

Wte­dy ode­zwał się, nie chciał kło­po­tów. Tak napraw­dę – powie­dział cicho – już daw­no naro­bi­łem w gacie.

Chciał im wytłu­ma­czyć, że pro­szę, to nie jego wina, kie­dy utknął na górze żywo­pło­tu, a oni we dwóch go bili, prze­le­ciał na dru­gą stro­nę. Ale nie zdą­żył wydu­sić z sie­bie sło­wa, kie­dy zakon­ni­cy już wrzesz­cze­li na całe­go. Choć to nie był wrzask, lecz rechot, wca­le nie­świad­czą­cy o ich dobrym humo­rze.

Nie mów – krzy­czał jeden z nich, nie­mal się dusząc – to nie­sa­mo­wi­te. Że naro­bił w gacie.

Kto by pomy­ślał.

Od godzi­ny nie mamy lep­szych roz­ko­szy, niż wąchać two­je gów­no, ofia­ro – krzy­czał ten dru­gi, bar­dziej opa­sły, któ­ry objął go w pasie, przy­cią­gnął do sie­bie i ukrył jego twarz oraz ramio­na w ręka­wie habi­tu, jak­by zanu­rza­jąc je w zna­jo­mym zapa­chu słod­kie­go nadzie­nia kwa­sko­wa­tych cukier­ków.

Trzy­maj moc­no ten żydow­ski pomiot, nie pusz­czaj – wołał.

Doszedł do sie­bie, kie­dy w leni­wie paru­ją­cej ciszy dostrzegł sto­ją­cych wokół wiel­kich, nagich męż­czyzn.

Ktoś wła­śnie przy­niósł gorą­cą wodę, nalał, ale wszyst­ko na nic, woda natych­miast ucie­kła.

A dwóch zakon­ni­ków tym­cza­sem zni­kło.

Gdy­by śnił, powi­nien był się obu­dzić, chy­ba że zapa­dli się pod zie­mię. Sko­ro nie ma zakon­ni­ków – pomy­ślał – to zna­czy, że wszyst­ko to po pro­stu jest sen, jeden z wie­lu, kie­dy kolej­ny bole­sny sen zastę­pu­je poprzed­ni. W miej­scu zakon­ni­ka klę­czał przed nim wiel­ki, nagi męż­czy­zna, dłu­gie, czar­ne jak smo­ła, wil­got­ne wło­sy opa­da­ły mu na czo­ło, spo­glą­dał nie­uf­nie wąsko roz­sta­wio­ny­mi, bystry­mi oczy­ma, marsz­czył gęste, dłu­gie brwi i cią­gle coś do nie­go mówił, mówił, a on rozu­miał każ­de sło­wo, choć nie potra­fił roz­po­znać nie­zna­ne­go mu języ­ka. Któ­re­go chy­ba jesz­cze nigdy nie sły­szał.

Powie­dział, że jest majo­rem, przed­sta­wił się z nazwi­ska, oznaj­mił, że słu­ży jako porucz­nik w jakiejś tam armii, może w Roy­al Air For­ce, i cze­kał z cie­ka­wo­ścią, aż on też się przed­sta­wi, powie, gdzie się uro­dził czy skąd pocho­dzi.

Skąd go zabra­li.

Skąd.

Porucz­nik pochy­lił się nad nim, lek­ko otwo­rzył usta, w któ­rych przy­jaź­nie pobły­ski­wa­ły jego zdro­we bia­łe zęby, ale już chwi­lę póź­niej nie­za­do­wo­lo­ny zatrze­po­tał czar­ny­mi, moc­ny­mi jak szczot­ka rzę­sa­mi, bo on w tym nie­zna­nym języ­ku z tru­dem umiał wysy­la­bi­zo­wać cyfry. I zamiast powie­dzieć, jak się nazy­wa, wska­zał na wid­nie­ją­cy na lewym ramie­niu pię­cio­cy­fro­wy numer. Dla­cze­go miał­by go ukry­wać, sko­ro nada­li mu go niczym nowe imię. Ktoś chwy­cił go za rękę, przy­trzy­mał, prze­su­nął po nim palec, jak­by chciał spraw­dzić, czy te cyfry są praw­dzi­we. I tro­chę się nad nim lito­wał. Gdy­by się dobrze zasta­no­wił, może nawet powie­dział­by, jak ma na imię, ale nie chciał, więc choć się zasta­na­wiał, to nie uda­ło mu się nic sobie przy­po­mnieć. Porucz­nik miał powierz­chow­ność Wło­cha, a przy­naj­mniej wyda­wa­ło mu się, że Węgrzy tak nie wyglą­da­ją. Poza tym nie rozu­miał, skąd w angiel­skiej armii miał­by wziąć się Węgier.

Tym­cza­sem resz­ta wymy­śli­ła, żeby zamo­czyć obu­te nogi w wiel­kiej kadzi. Potrze­ba zdro­we­go roz­sąd­ku nie była w sta­nie zbu­rzyć sza­lo­nej logi­ki wyda­rzeń.

Każ­dy robił to po swo­je­mu. Dotych­czas pole­wa­li się wza­jem­nie zim­ną wodą z kadzi. A teraz wpa­dli na nowy, zabaw­ny pomysł. Śmiał się wraz z nimi, choć nie był aż tak pełen entu­zja­zmu. Woda zro­bi­ła się przy­jem­nie cie­pła, począt­ko­wo parzy­ła, szczy­pa­ła, a on cie­szył się, że może prze­by­wać wśród takich ład­nych ludzi. Teraz porucz­nik tyl­ko go obser­wo­wał, nie zada­jąc żad­nych pytań. I wte­dy, wśród powszech­ne­go śmie­chu, zauwa­żył, że nie­opo­dal nich stoi zakon­nik, z gło­wą opar­tą o wil­got­ne, bia­łe kafle i twa­rzą ukry­tą w dło­niach. Kie­dy przy­glą­dał się jego drżą­cym ramio­nom, nie był pewien, czy trzę­sie się ze śmie­chu, czy wła­śnie mówi coś zabaw­ne­go, i czy przy­pad­kiem się z nie­go nie nabi­ja.

W koń­cu zapy­tał nagie­go męż­czy­znę, któ­re­mu z brzu­cha wyra­sta­ła czar­na szcze­ci­na strze­la­ją­ca aż po szy­ję rów­no­le­gle i pro­mie­ni­ście niczym woda w fon­tan­nie, by tam opaść z powro­tem, oka­la­jąc mię­śnie pier­si, dokąd zabra­li jego płaszcz.

To było dziw­ne, że potra­fi wysło­wić się w tym nie­zna­nym języ­ku.

Tam – wska­zał porucz­nik – pro­szę spoj­rzeć, wła­śnie go palą.

Rze­czy­wi­ście zoba­czył, jak dru­gi z zakon­ni­ków wrzu­ca do ognia kolej­no każ­dą z jego rze­czy.

Nie ufał porucz­ni­ko­wi, któ­ry nie miał takie­go bia­łe­go, zaczer­wie­nio­ne­go cia­ła jak pozo­sta­li, w dodat­ku był chu­dy, jak­by jesz­cze kil­ka tygo­dni wcze­śniej sam był więź­niem.

Nie ma się pan cze­go bać – odpo­wie­dział porucz­nik – dadzą panu porząd­ne ubra­nie, i nie zosta­wią tak tego wszyst­kie­go. Nie da się ukryć, że tro­chę zwle­ka­li, ale teraz już wie­dzą, jak ma się sytu­acja. I nie pozwo­lą, żeby unik­nę­li kary. Jeśli dobrze się pan przy­słu­cha, dowie się pan, co tu się teraz dzie­je.

W isto­cie, choć bar­dzo cicho, zza sta­rych klasz­tor­nych murów docho­dzi­ły odgło­sy rusza­ją­cych z miej­sca moto­cy­kli.

Porucz­nik przy­tak­nął gło­wą, tak, tak, to cały oddział żoł­nie­rzy na moto­cy­klach, są jak jaskół­ki, wyla­tu­ją, w sumie sie­dem­dzie­siąt dzie­więć moto­rów, z tego dwa­dzie­ścia sie­dem z bocz­nym koszem, razem sto dwa­dzie­ścia trzy oso­by. Widać było po jego twa­rzy, że zim­na zemsta doda­je mu pew­no­ści sie­bie, a nawet budzi poczu­cie wyż­szo­ści. Nie będą robi­li nicze­go nad­zwy­czaj­ne­go. Po pro­stu trze­ba zamu­ro­wać dwie bra­my do mia­sta, już prze­stu­dio­wa­li mapę. Cała akcja nie będzie trwa­ła dłu­go.

Chciał bła­gać i krzy­czeć, żeby tego nie robi­li, zawo­łać, że prze­cież nic się nie sta­ło, że to są ofia­ry, nie­win­ni ludzie.

Ale nie mógł się ode­zwać, głos uwięzł mu w gar­dle.

Jak mógł twier­dzić coś podob­ne­go, sko­ro nie było tu ani jed­ne­go czło­wie­ka, o któ­rym moż­na by powie­dzieć, że jest nie­win­ny. Mógł spró­bo­wać innej argu­men­ta­cji. Prze­cież ten porucz­nik widzi, że wszyst­kich nie zamor­do­wa­li, w koń­cu sam prze­żył, wraz ze swo­im bra­tem bliź­nia­kiem. Ale o tym nie mógł gło­śno powie­dzieć, musiał mil­czeć o bra­cie bliź­nia­ku, któ­ry wła­śnie zabił męż­czy­znę noszą­ce­go nazwi­sko Döh­ring. Dziw­nym zbie­giem oko­licz­no­ści dowie­dział się o tym we śnie. Czy jest więc coś, o czym nie muszę mil­czeć?

Z roz­pa­czy zaczął się rzu­cać, miał wra­że­nie, że odcię­to mu nogi i ręce, krzy­czał bez sen­su, jak ktoś, kto wal­czy, by się wresz­cie prze­bu­dzić.

Nie mogę jed­nak o wszyst­kim mil­czeć.

Ale krzy­kiem nie­wie­le wskó­rał, pięk­ni, nadzy męż­czyź­ni pod­nie­śli go i wsa­dzi­li do wan­ny, widział, jak czar­no­wło­sy porucz­nik ostrze­gaw­czo pod­niósł palec, jaskół­ki wyfru­nę­ły, moto­cy­kle odje­cha­ły. Nim nad­szedł świt, Pfe­ilen było zamu­ro­wa­ne, a miesz­kań­cy zosta­li ska­za­ni na zagła­dę. Nad opu­sto­sza­łym Klo­oster­ple­in w wie­czor­nej ciszy uno­si­ły się opa­ry ben­zy­ny. Wszyst­ko jest kwe­stią naj­bliż­szej przy­szło­ści. Wyda­rzeń nie da się powstrzy­mać. Pod­czas gdy wszy­scy naraz myli się, pole­wa­li wodą, szo­ro­wa­li i mydli­li, a w łazien­ce roz­le­gał się gło­śny gwar, wszy­scy jed­no­cze­śnie roz­ma­wia­li, śmie­li się, krzy­cze­li, przez nie­wi­docz­ne szcze­li­ny i popę­ka­ne drzwi nie­po­strze­że­nie dosta­wa­ły się gęste opa­ry, któ­re pod­stęp­nie mie­sza­ły się z pach­ną­cą rumian­kiem parą wod­ną.

Pięk­ni nadzy męż­czyź­ni myśle­li, że to przez te opa­ry stra­cił przy­tom­ność.

Taki jest bie­dak sła­by – mówi­li ze śmie­chem – że mdle­je od odro­bi­ny opa­rów ben­zy­ny. Tym­cza­sem on stra­cił przy­tom­ność z powo­du złych prze­czuć. Nie wie­dział, kim jest. Z powo­du strasz­nej myśli, że choć teraz cie­szy się kąpie­lą, bo nie potra­fi się nią nie cie­szyć, i prze­cież ma dostać mle­ko, to kata­stro­fa już się wyda­rzy­ła.

Nie wie­dział, co to ma to ozna­czać, kim mie­li­by być ci jego ludzie, i pró­bo­wał odna­leźć w swo­im prze­ra­że­niu jakiś sens.

A potem z wiel­kim tru­dem odkrył, że kolej­ny będzie nie jego dzia­dek, ale nauczy­ciel reli­gii.

Na szczę­ście.

Widział z góry, jak zbli­ża­ją się z dwóch stron, w zamknię­tym szy­ku tną reflek­to­ra­mi ciem­ność nad­cho­dzą­cej nocy.

Nie było żad­ne­go opóź­nie­nia, tego dnia nauczy­ciel reli­gii po raz dru­gi bił w dzwon. Ostroż­nie, tak żeby obłe ser­ce led­wie dotknę­ło ciem­ne­go wień­ca, przez moment nad mrocz­nym, leżą­cym w gru­zach mia­stem dało się sły­szeć prze­szy­wa­ją­cy, ostry głos. Strasz­ny huk, skrzyp i dud­nie­nie, głos przy­po­mi­na­ją­cy

jed­no jedy­ne ude­rze­nie dzwo­nu, docho­dzą­cy gdzieś spod zie­mi. Trzę­sły się zie­mia i całe na wpół umar­łe mia­stecz­ko, cała oko­li­ca, ludzie wyska­ki­wa­li z łóżek, zadrża­ły nawet gru­be mury klasz­to­ru w dale­kim Ven­lo. W łaź­ni na chwi­lę zapa­no­wa­ła cisza, nadzy żoł­nie­rze nad­sta­wi­li uszu, sły­chać było tyl­ko szum wody leją­cej się z róży­czek prysz­ni­ców.

Spa­da­ją­cy dzwon roz­bił w mak znaj­du­ją­ce się pod nim bel­ki i wrył się w zie­mię na głę­bo­ko­ści czte­rech i pół metra. Wybru­ko­wa­ny cięż­ki­mi kamie­nia­mi rynek zapadł się wraz ze sto­ją­cy­mi tam doma­mi, naj­pierw wzbił się w górę, by za chwi­lę się zawa­lić. Runął budy­nek ple­ba­nii, a kościół lute­rań­ski obró­cił się w ster­tę kamie­ni.

Wie­dział, że nie ma sen­su, żad­ne­go sen­su, żeby śni­ły mu się takie histo­rie. Musi się prze­bu­dzić. Na jawie też dobrze wszyst­ko rozu­mie.

Wszyst­ko to trwa­ło bar­dzo krót­ko, a potem zapa­dła nie­ma cisza.

Obu­dził go krzyk, cią­gle sły­szał wrzask, któ­ry wyrwał go ze snu.

Na sufi­cie sypial­ni szu­mia­ło mia­sto, rzu­ca­ją­ce czer­wo­ne i żół­te bla­ski, jak­by to nie była noc.

Nadal miał poczu­cie, że nie wol­no mu mówić o tym, o czym prze­cież powi­nien, i choć sta­rał się ze sobą wal­czyć, ból był coraz dotkliw­szy. Z kim miał­by roz­ma­wiać. I za dnia, i w nocy, zawsze jest sam. Ostat­nio śni­ło mu się, że sie­dzi na łóż­ku, nie śpiąc, i czu­je ból, jak­by bez znie­czu­le­nia ampu­to­wa­no mu koń­czy­ny, ale i tak wyraź­nie widział swo­je sny. To było budu­ją­ce. Wzniósł się ponad wszyst­ko. Jego cia­ło jest strzę­pem mię­sa, z któ­re­go stru­mie­nia­mi leje się krew. Wie­dział, co z kim się wyda­rzy­ło, miał świa­do­mość, o czym śnił teraz, a o czym ubie­głej nocy, był szczę­śli­wy, że potra­fi oddzie­lić od sie­bie kolej­ne fan­ta­zma­ty. Widział jak na dło­ni, co zda­rzy się we śnie, choć już się prze­bu­dził, a jego umysł nie mógł być bar­dziej trzeź­wy. Widział, jak angiel­scy moto­cy­kli­ści, nie przej­mu­jąc się tym, że przed chwi­lą z dzwon­ni­cy spadł dzwon, a pod doma­mi na ryn­ku jest peł­no tru­pów, ale też żywych ludzi, wszyst­kich wypę­dza­ją z domów. W ośle­pia­ją­cych świa­tłach reflek­to­rów zamy­ka­ją oby­dwie bra­my pro­wa­dzą­ce do mia­sta. Takie­go krwo­to­ku nie da się powstrzy­mać. Wszy­scy zgi­ną. Myśląc zdro­wo­roz­sąd­ko­wo: będę musiał do koń­ca patrzeć na swo­ją śmierć. Szu­kał argu­men­tów, któ­re pozwo­lą mu zyskać bar­dziej szcze­gó­ło­wą wie­dzę. Nie da się ukryć, że dzwon się zerwał – pomy­ślał – ale nie wte­dy i nie w taki spo­sób. To też praw­da, że Ger­hard Döh­ring wró­cił po czte­rech latach z nie­wo­li i zapa­mię­ta­le szu­kał jakie­goś kar­to­no­we­go pudeł­ka, któ­re podob­no miał dać na prze­cho­wa­nie swo­je­mu cio­tecz­ne­mu wnu­ko­wi, Her­man­no­wi Döh­rin­go­wi, ale Izol­da nie chcia­ła sły­szeć o żad­nym pudeł­ku, a w ich oko­li­cach nie było żad­ne­go obo­zu.

Ale był i nikt nie zaprze­czał, że Ger­hard peł­nił w nim funk­cję straż­ni­ka i że te poszu­ki­wa­nia odję­ły mu rozum.

Był – powta­rzał obcy, bez­na­mięt­ny głos, przed któ­rym nie potra­fił uciec.

Sie­dział na łóż­ku z poczu­ciem, że musi tak upar­cie fan­ta­zjo­wać i kła­mać, dla­te­go że nie wie, kim jest. Kim jestem, sko­ro był jakiś on, któ­ry ist­niał w wie­lu oso­bach. Praw­dą jest też, że Her­man­na Döh­rin­ga zabi­to przed jego wła­snym domem, tego same­go poran­ka, ale zabój­cy nigdy nie ziden­ty­fi­ko­wa­no. Coś wyja­śnia­no, no bo trze­ba było wyja­śniać. Pra­wie wszyst­ko. Ale skąd wzię­li się ci bliź­nia­cy. Dla­cze­go jed­ne­go z nich podej­rze­wam o doko­na­nie mor­der­stwa, a o dru­gim mówię, że spło­nął na Rewi­rze. Dla­te­go we śnie nie potra­fił ich roz­róż­nić i krą­żył bez­myśl­nie od jed­ne­go do dru­gie­go. Ten sen był taki za spra­wą sio­stry bliź­niacz­ki, z powo­du któ­rej postrze­gał sie­bie jako dziew­czy­nę, i do dziś ani nie umiał, ani nie chciał wyraź­nie ich od sie­bie oddzie­lić. Dla­te­go chcę stu­dio­wać filo­zo­fię i psy­cho­lo­gię, żeby z dwóch per­spek­tyw naraz móc przyj­rzeć się takim pokręt­nym spra­wom. Ponie­waż nie rozu­miem – pła­kał jego sen, a on wołał, że nie rozu­mie, że nie może zro­zu­mieć. Jed­nak wie­dza pozy­ska­na ze snu oka­za­ła się sil­niej­sza. Czuł we wła­snym cie­le umę­czo­ne, ska­za­ne na śmierć cia­ła, cia­ła oby­dwoj­ga z nich. A to, że żyją, było dla nie­go jedy­nym ratun­kiem. Co ozna­cza, że noszę w sobie kogoś, kim nie jestem, i za ich spra­wą mogę zaj­rzeć w cza­sy oraz miej­sca, w któ­rych nigdy nie byłem, albo mogę spoj­rzeć w przy­szłość, któ­ra beze mnie nie sta­ła­by się czy­imś udzia­łem.

Tłu­ma­czył to sam sobie i zakło­po­ta­ny krę­cił gło­wą, bo wie­dział, gdzie jest, ale i tak nicze­go nie rozu­miał.

Kie­dy cał­kiem się wybu­dził, pomy­ślał, że może ja, któ­ry myśla­łem o tym wszyst­kim, to wca­le nie jestem ja. Żyją we mnie inne oso­by, któ­rych nie znam, albo w chwi­li śmier­ci ode­szły wraz ze mną. Jak­by we śnie szu­kał wśród nich swo­je­go ziem­skie­go ja, ale pokła­dy gów­na wyrwa­ły go ze snu i teraz czu­je, że jak­kol­wiek bar­dzo chciał­by się wyrwać spo­śród nich, nie jest sobą, nie odnaj­du­je sie­bie, nie może zna­leźć wła­sne­go ja i nie ist­nie­je.

Naj­wy­żej odnaj­du­je swo­ją sio­strę bliź­niacz­kę i praw­do­po­dob­nie dla­te­go czu­je wobec niej taką obcość.

Nie rozu­miał, dla­cze­go czu­je sil­ny smród odcho­dów, i czy jest tą oso­bą, któ­ra go czu­je.

Mój sen był pełen gów­na. Ale nie potra­fił uznać swo­je­go empi­ry­zmu za jedy­ne wytłu­ma­cze­nie.

Wcze­śniej pró­bo­wał uciec od pro­ble­mu, trak­tu­jąc go jako zagad­nie­nie filo­zo­ficz­ne, któ­re jed­nak nie wyja­śnia­ło w spo­sób wystar­cza­ją­cy, dla­cze­go czu­je taki rze­czy­wi­sty, prze­ni­kli­wy smród.

To wpraw­dzie nie obja­śnia świa­ta, ale dzię­ki temu poczuł, że jest tu ktoś, kto sie­dzi na obcym łóż­ku w gęstych, gru­bych pokła­dach gów­na i roz­trzą­sa pro­blem empi­ry­zmu. To było łóż­ko Izol­dy. Naro­bi­łem pod sie­bie albo to też mi się śni. Ten ktoś ma peł­no w odby­cie albo w kału­ży rzad­kie­go kału tkwi sobie tward­sza, grub­sza kieł­ba­ska, tam, w otwo­rze odby­tu, a wła­ści­wie w spodniach pidża­my.

Nie­moż­li­we.

Czy­li tam na wsi to nie Döh­ring naro­bił pod sie­bie, kie­dy zamor­do­wał go mój brat bliź­niak. Bo Döh­ring to jestem ja. Albo to nie mój brat bliź­niak naro­bił w gacie, kie­dy chcie­li go ścią­gnąć z żywo­pło­tu i kijem bili po gło­wie oraz ple­cach. Zresz­tą nie mam żad­ne­go bra­ta bliź­nia­ka. Ale jak miał­bym nie mieć. Jestem jakimś innym Döh­rin­giem. Któ­ry sie­dzi we wła­snym gów­nie niczym małe dziec­ko. Choć żad­ne­mu z nas już nie wol­no. Za to dosta­je się w tyłek. Sen po to wła­śnie wymy­ślił moje­go bra­ta bliź­nia­ka, żebym to nie był ja albo żebym mógł się zabić, żebym nie był moją sio­strą bliź­niacz­ką, albo żebym mógł ją pod byle pre­tek­stem zamor­do­wać i sam nie zostać ofia­rą.

Ale głu­po­ty cho­dzą ci po gło­wie.

Sły­szał, jak jego głos nie­sie się po poko­ju roz­świe­tlo­nym bły­ska­mi nocy.

Czuł, że chce wysko­czyć z łóż­ka, ale bał się, żeby tłu­sta kieł­ba­ska nie wyśli­zgnę­ła się na zewnątrz, a rzad­ka kupa nie popły­nę­ła po łyd­kach. Co mam w takim razie zro­bić, co mam robić – roz­pa­czał bez­gło­śnie.

Jesz­cze nigdy nie sły­szał, żeby zdro­wi, doro­śli, nor­mal­ni ludzie robi­li pod sie­bie we śnie.

Na szczę­ście przy­szło mu do gło­wy, że to może być efekt zbyt dużej ilo­ści zje­dzo­nych suszo­nych jabłek i śli­wek.

Czło­wie­ko­wi, któ­ry gło­do­wał, nie wol­no naraz zjeść tak dużo nie­płyn­nych pokar­mów.

Musiał jed­nak szyb­ko zapo­mnieć o podob­nym wytłu­ma­cze­niu, bo prze­cież nie moż­na naro­bić pod sie­bie po zje­dzo­nych we śnie suszo­nych owo­cach.

Gło­do­wał też tyl­ko we śnie.

W koń­cu zro­zu­miał, że nie ma inne­go wyja­śnie­nia, jest tu ktoś jesz­cze, kto sie­dzi na obcym łóż­ku w gęstej, gorą­cej mazi gów­na. Nasra­łem pod sie­bie, a może to też tyl­ko mi się śni. I ten ktoś ma peł­no w tył­ku, sie­dzi w kału­ży wod­ni­stej sra­ki, a z otwo­ru odby­tu ster­czy mu gru­ba kieł­ba­sa, i jestem w piża­mie.

Jak­kol­wiek pro­blem był poważ­ny i nicze­go nie zmie­nia­ło, że śmiał się ze swo­ich nie­udol­nych wytłu­ma­czeń, to i tak sen­ny świat oka­zy­wał się tym bar­dziej real­nym. Może z tego powo­du, że to na łóż­ku Izol­dy, w jej sypial­ni doświad­czył takie­go wsty­du.

I poni­że­nia.

Jed­no­cze­śnie świa­tło dzien­ne ujrza­ły związ­ki, któ­rych dotych­czas nie zauwa­żał, tak jak nie rozu­miał ich nikt z jego rodzi­ny i nikt w całych Niem­czech. W koń­cu pojął też, że dla­te­go nie mógł we śnie mówić po nie­miec­ku. Wolał stać się innym czło­wie­kiem. Lepiej było uciec przed poni­że­niem w sen, któ­ry nawet na jawie nie prze­sta­wał pra­co­wać w jego gło­wie. Przy­mu­szał go do sie­bie, kusił szep­tem: jeśli chcesz, mój dro­gi, to zapro­wa­dzę cię na jesz­cze więk­sze głę­bi­ny. To jasne, że dla­te­go do dziś nikt nicze­go nie podej­rze­wa w spra­wie kar­to­no­we­go pudeł­ka, że wszy­scy są nie­win­ni. Izol­da była sama, kie­dy natknę­ła się na nie w suszar­ni owo­ców. Kto inny mógł je tam zna­leźć.

Nic bar­dziej oczy­wi­ste­go.

Zacie­ka­wi­ło go, że sen­ne marze­nia prze­bu­do­wa­ły świat rodzin­nych powią­zań. Pra­dzia­dek, któ­re­go led­wie mógł znać, stał się dziad­kiem, bra­cia zamie­ni­li się w bra­ci cio­tecz­nych. Izol­da też była we śnie jego cio­tecz­ną sio­strą, choć w real­nym życiu była ciot­ką. To jasne, że Izol­da jako ciot­ka zatrzy­ma­ła dla sie­bie swo­je tajem­ni­ce, ale jej karie­rę życio­wą, inną niż wyni­ka­ła­by z sytu­acji mająt­ko­wej rodzi­ny, moż­na było zro­zu­mieć wła­śnie dzię­ki tym snom.

Jak­by znów śnił, mimo że na jawie już się cie­szył, że w koń­cu uda­ło mu się zna­leźć wytłu­ma­cze­nie.

Ojciec Izol­dy zabrał pudeł­ko, zawiózł je na wieś i tam scho­wał, a na dru­gi dzień o poran­ku zamor­do­wa­ło go trzech więź­niów zbie­głych z obo­zu. Kie­dy czte­ry lata póź­niej Ger­hard Döh­ring wró­cił z nie­wo­li, nie uwie­rzył w ich solen­ne zapew­nie­nia, że to oni zabra­li tajem­ni­cze pudeł­ko, a rodzi­na nic nie wie o jego losie. Dla­cze­go miał­by sądzić, że jego wła­sny brat jest taki głu­pi, by nie umieć nicze­go porząd­nie ukryć. A sko­ro tak, to pudeł­ko gdzie musi być. Nie mógł go tak nie­udol­nie ukryć, żeby natych­miast odkry­li je ci prze­klę­ci więź­nio­wie. Nie­je­den raz prze­szu­ka­li cały dom, piw­ni­cę i strych, spraw­dza­li w komi­nach, pod pod­ło­gą i w ścia­nach. Dwa razy wynie­śli z komór­ki całe drew­no. Trzy razy prze­szu­ka­li suszar­nię. Nie przez przy­pa­dek. Roz­ko­py­wa­li wszyst­kie podej­rza­ne miej­sca. Ale Ger­hard nie chciał przy­jąć do wia­do­mo­ści pro­ste­go fak­tu, że pudeł­ka nigdzie nie ma. Rodzi­na pamię­ta­ła o wszyst­kich moż­li­wych w prze­szło­ści i daw­niej ist­nie­ją­cych skryt­kach, w ścia­nie suszar­ni już sto lat wcze­śniej zro­bio­no w tym celu wgłę­bie­nie, ale pudeł­ka nigdzie nie było. Komu mogło przyjść do gło­wy, że zna­la­zła go mała Izol­da dwa tygo­dnie przed powro­tem Ger­har­da Döh­rin­ga?

Nie minę­ło kil­ka tygo­dni od powro­tu Ger­har­da Döh­rin­ga, a już całe mia­stecz­ko drża­ło przed nim ze stra­chu. Choć prze­cież obcy nicze­go nie wie­dzie­li o pudeł­ku.

Bez niczy­je­go upo­waż­nie­nia pro­wa­dził sekret­ne śledz­two, któ­re mia­ło wyja­śnić dziw­ne wyda­rze­nia, jakie mia­ły miej­sce w ostat­nich tygo­dniach woj­ny. Nie robił tego sam, lecz z dwo­ma dobry­mi przy­ja­ciół­mi i z boha­te­rem spod Seda­nu, wła­snym ojcem, któ­ry prze­cież był praw­ni­kiem, a na któ­re­go poora­nej bli­zna­mi twa­rzy już we wcze­snym dzie­ciń­stwie obser­wo­wał i doty­kał obcej, wro­giej histo­rii świa­ta. Wszy­scy czte­rej uwa­ża­li, że fakt oku­pa­cji nie roz­grze­sza cięż­kich prze­stęp­ców, zdraj­ców, żoł­nie­rzy nie­wy­ko­nu­ją­cych roz­ka­zów, sabo­ta­ży­stów albo dezer­te­rów, któ­rym nale­ży się słusz­na kara. Takie spra­wy muszą sami po cichu zała­twić za ple­ca­mi oku­pan­tów. Spo­śród dezer­te­rów, któ­rzy szczę­śli­wie prze­ży­li pierw­sze oku­pa­cyj­ne lata, dwóch zagi­nę­ło bez śla­du, a żeby przy­czy­na ich znik­nię­cia nie budzi­ła zbęd­nych pytań, trze­cie­go zna­le­zio­no mar­twe­go. I była jesz­cze jed­na mrocz­na spra­wa, któ­rą Ger­hard Döh­ring koniecz­nie chciał wyja­śnić. Sko­ro ktoś pod­pa­lił dwa szpi­tal­ne bara­ki, to dla­cze­go te nie spło­nę­ły i jak więź­nio­wie się z nich wydo­sta­li. Maniac­ko, tak samo jak pudeł­ka, szu­kał jakie­goś wytłu­ma­cze­nia.

We śnie tym­cza­sem zro­zu­miał, że mimo tego, co sądzi­ła rodzi­na, Ger­hard Döh­ring nie postra­dał zmy­słów. Drę­czy­ło go, że nie unik­nie swo­je­go losu, i brak sen­sow­ne­go roz­wią­za­nia dopie­ro póź­niej dopro­wa­dził go do obłę­du. Poraż­ki nie da się napra­wić mor­der­stwem. Wresz­cie to rozu­miał, ale ta nowa wie­dza była trud­na do znie­sie­nia. Z tą świa­do­mo­ścią dopro­wa­dzi do sza­leń­stwa żyją­ce­go w nim wuja.

Dwa razy do roku roz­pa­la­ją w suszar­ni pie­ce.

Kie­dy jest uro­dzaj na owo­ce, roz­pa­la­ją je raz po raz, dwa cykle susze­nia mogą trwać nawet cały mie­siąc. Ukry­te w ścia­nie prze­mok­nię­te pudeł­ko w czwar­tym roku bez pro­ble­mu zaję­ło się ogniem.

Spo­śród dwóch córek Döh­rin­ga Izol­da bar­dziej nie lubi­ła prac gospo­dar­skich.

Po strasz­nej śmier­ci ojca wszyst­kie cięż­sze pra­ce musiał wyko­ny­wać jego jedy­ny syn. Wdo­wa pró­bo­wa­ła spra­wie­dli­wie dzie­lić pra­ce pomię­dzy trój­kę dzie­ci. Pil­no­wa­ła Izol­dy, żeby nie leni­ła się kosz­tem rodzeń­stwa. Tam­tej zimy wysła­ła ją samą na wieś, by upo­rząd­ko­wa­ła w suszar­ni rusz­ty. To nie była pra­ca, do któ­rej były­by potrzeb­ne dwie oso­by. A jeśli się boi, to musi zapa­no­wać nad stra­chem. I kie­dy dziew­czy­na wycią­ga­ła rusz­ty, na tac­ce, któ­rą usia­ła umyć z pozo­sta­łe­go na niej soku, zna­la­zła pomię­dzy zwę­glo­ny­mi reszt­ka­mi kar­to­nu kil­ka błysz­czą­cych przed­mio­tów. Nie wie­dzia­ła, co to jest. Kil­ka minut póź­niej w zagłę­bie­niu w ścia­nie natknę­ła się na górę zło­ta.

Było jasne jak słoń­ce, kto i w jakich oko­licz­no­ściach tam je ukrył.

Sta­ło się to powo­dem strasz­li­wych czy­nów.

Prze­ra­żo­ny, że potwor­ny sen każe mu widzieć obra­zy, któ­rych sen­su nikt do dziś nie pojął, w koń­cu się prze­bu­dził.

Kie­dy wresz­cie zoba­czył sypial­nię drżą­cą w żół­to-czer­wo­nych bla­skach nocy i otwar­te drzwi, zaświ­ta­ła w nim nadzie­ja, że owszem, naro­bił po sie­bie, ale tyl­ko w swo­im śnie.

Smród był jed­nak rze­czy­wi­sty.

Pod­cią­gnął aż pod kola­na sze­ro­kie spodnie piża­my, przy­trzy­mał i wyszedł z łóż­ka tak, że kał spły­nął tyl­ko do kolan. Na poście­li zosta­ły potęż­ne pla­my. Dro­bił małe krocz­ki, zaci­ska­jąc kieł­ba­skę pomię­dzy poślad­ka­mi, przez chwi­lę uda­wa­ło mu się ją nieść, ale kie­dy dotarł do drzwi łazien­ki, kieł­ba­ska wypa­dła i roz­le­cia­ła się na kawał­ki, któ­re musiał dło­nią wycią­gać z peł­nej kału, ści­ska­nej dru­gą ręką nogaw­ki.

Wte­dy już wszyst­ko pły­nę­ło i roz­ma­zy­wa­ło się niczym krew po bru­tal­nym mor­dzie.

O autorach i autorkach

Elżbieta Sobolewska

Hungarystka, redaktorka, tłumaczka współczesnej prozy węgierskiej, głównie z nurtu postmodernizmu. Laureatka Nagrody im. Milána Füsta za całokształt pracy translatorskiej (2015) oraz Angelusa 2018 za najlepszy przekład roku za Pamięć Pétera Nádasa. Autorka kilkudziesięciu przekładów współczesnej prozy węgierskiej, esejów i tekstów publicystycznych, a także rozmów z tłumaczonymi przez nią najważniejszymi pisarzami węgierskimi, takimi jak Imre Kertész, László Krasznahorkai, Péter Nádas. Menadżerka projektów wydawniczych, popularyzatorka literatury węgierskiej.

Péter Nádas

Ur. w 1942 roku w Budapeszcie. Węgierski pisarz, eseista, dramaturg, fotograf. Jeden z czołowych pisarzy postmodernistycznych w europejskiej literaturze. Autor powieści Egy családregény vége (1977, Koniec pewnej sagi rodzinnej), Párhuzamos történetek (2005, Historie równoległe) czy Emlékiratok könyve (1986, Pamięć), nowel opublikowanych w zbiorach A Biblia és más régi történetek (1988, Biblia i inne dawne opowieści) i Szerelem (Miłość, polskie wyd. 1998). Pisał również eseje filozoficzne, w tym Az égi és a földi szerelemről (1991, O miłości niebiańskiej i ziemskiej). Jego utwory zostały przetłumaczone na wiele europejskich i światowych języków.

Powiązania

Historie bez przeszłości, teraźniejszości i przyszłości

wywiady / o książce Artur Burszta Péter Nádas

Roz­mo­wa Artu­ra Bursz­ty z Péte­rem Náda­sem, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki Histo­rie rów­no­le­głe: Nie­me impe­rium w prze­kła­dzie Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 15 grud­nia 2025 roku.

Więcej

Literatura stanowi jedność

wywiady / o książce Elżbieta Sobolewska Endre Kukorelly

Roz­mo­wa Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej z Endre Kuko­rel­lym, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki Dom, woj­na, umar­li Endre Kuko­rel­ly­ego w tłu­ma­cze­niu Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 19 maja 2025 roku.

Więcej

Rozmowy na koniec: odcinek 22 Jacek Godek, Katarzyna Skórska, Elżbieta Sobolewska

nagrania / transPort Literacki Różni autorzy

Dwu­dzie­sty dru­gi odci­nek z cyklu „Roz­mo­wy na koniec” w ramach festi­wa­lu Trans­Port Lite­rac­ki 28. Muzy­ka Resi­na.

Więcej

Wściekłość i gniew

wywiady / o książce Benedek Totth Elżbieta Sobolewska

Roz­mo­wa Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej z Bene­de­kiem Tot­them, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki Tru­pi bieg Bene­de­ka Tot­tha w tłu­ma­cze­niu Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej, któ­ra uka­że się w Biu­rze Lite­rac­kim 20 mar­ca 2023 roku.

Więcej

Trupi bieg (2)

utwory / zapowiedzi książek Benedek Totth Elżbieta Sobolewska

Frag­men­ty zapo­wia­da­ją­ce książ­kę Tru­pi bieg Bene­de­ka Tot­tha w tłu­ma­cze­niu Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej, któ­ra uka­że się w Biu­rze Lite­rac­kim 20 mar­ca 2023 roku.

Więcej

Trupi bieg (1)

utwory / zapowiedzi książek Benedek Totth Elżbieta Sobolewska

Frag­men­ty zapo­wia­da­ją­ce książ­kę Tru­pi bieg Bene­de­ka Tot­tha w tłu­ma­cze­niu Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej, któ­ra uka­że się w Biu­rze Lite­rac­kim 20 mar­ca 2023 roku.

Więcej

Jak czytać Magnetyczną górę?

recenzje / ESEJE Elżbieta Sobolewska

Szkic Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej, towa­rzy­szą­cy wyda­niu książ­ki Réki Mán-Vár­he­gyi Magne­tycz­na góra, w tłu­ma­cze­niu Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej, któ­ra uka­za­ła się w Biu­rze Lite­rac­kim 6 lip­ca 2020 roku.

Więcej

Magnetyczna góra (fragment)

utwory / zapowiedzi książek Elżbieta Sobolewska Réka Mán-Várhegyi

Frag­ment zapo­wia­da­ją­cy książ­kę Réki Mán-Vár­he­gyi Magne­tycz­na góra, w tłu­ma­cze­niu Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej, któ­ra uka­że się w Biu­rze Lite­rac­kim 6 lip­ca 2020 roku.

Więcej

Kroniki ukrytej prawdy, Sroga zima oraz Biblia i inne historie

nagrania / stacja Literatura Różni autorzy

Spo­tka­nie wokół ksią­żek Kro­ni­ki ukry­tej praw­dy Pere­’a Cal­der­sa, Sro­ga zima Ray­mon­da Quene­au i Biblia i inne histo­rie Péte­ra Náda­sa z udzia­łem Anny Sawic­kiej, Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej, Anny Wasi­lew­skiej, Anny Kału­ży i Jaku­ba Skur­ty­sa w ramach festi­wa­lu Sta­cja Lite­ra­tu­ra 24.

Więcej

Podskórne zło

wywiady / o książce Elżbieta Sobolewska Juliusz Pielichowski

Roz­mo­wa Juliu­sza Pie­li­chow­skie­go z Elż­bie­tą Sobo­lew­ską, towa­rzy­szą­ca wyda­niu książ­ki Biblia i inne histo­rie Péte­ra Náda­sa, w tłu­ma­cze­niu Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej, któ­ra uka­za­ła się w Biu­rze Lite­rac­kim 7 paź­dzier­ni­ka 2019 roku.

Więcej

Historie chłopców dorastających w realiach komunistycznego reżimu

recenzje / KOMENTARZE Elżbieta Sobolewska

Komen­tarz Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej towa­rzy­szą­cy wyda­niu książ­ki Biblia i inne histo­rie Péte­ra Náda­sa, w tłu­ma­cze­niu Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej, któ­ra uka­za­ła się w Biu­rze Lite­rac­kim 7 paź­dzier­ni­ka 2019 roku.

Więcej

Biblia i inne historie

utwory / zapowiedzi książek Elżbieta Sobolewska Péter Nádas

Frag­ment zapo­wia­da­ją­cy książ­kę Péte­ra Náda­sa Biblia i inne histo­rie, w tłu­ma­cze­niu Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej, któ­ra uka­że się w Biu­rze Lite­rac­kim 7 paź­dzier­ni­ka 2019 roku.

Więcej

Drogi Wydawco i moja jeszcze droższa Tłumaczko,

recenzje / KOMENTARZE Péter Nádas

Komen­tarz Péte­ra Náda­sa do nomi­na­cji do Lite­rac­kiej Nagro­dy Euro­py Środ­ko­wej „Ange­lus” 2018.

Więcej

Wielka rzeka ludzkiej pamięci

wywiady / o książce Elżbieta Sobolewska Krzysztof Sztafa

Roz­mo­wa Krzysz­to­fa Szta­fy z Elż­bie­tą Sobo­lew­ską, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki Pamięć Péte­ra Náda­sa, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 3 kwiet­nia 2017 roku, a wer­sji elek­tro­nicz­nej 2 paź­dzier­ni­ka 2017 roku.

Więcej

Pamięć – spowiedź tłumacza

recenzje / KOMENTARZE Elżbieta Sobolewska

Autor­ski komen­tarz Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej do prze­kła­du Pamię­ci Pete­ra Náda­sa, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 3 kwiet­nia 2017 roku.

Więcej

Spoczęliśmy na dłoni Boga

utwory / zapowiedzi książek Péter Nádas

Frag­ment książ­ki Pamięć Pete­ra Nada­sa, któ­ra uka­że się w prze­kła­dzie Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej w Biu­rze Lite­rac­kim 20 mar­ca 2017 roku.

Więcej

Historie bez przeszłości, teraźniejszości i przyszłości

wywiady / o książce Artur Burszta Péter Nádas

Roz­mo­wa Artu­ra Bursz­ty z Péte­rem Náda­sem, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki Histo­rie rów­no­le­głe: Nie­me impe­rium w prze­kła­dzie Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 15 grud­nia 2025 roku.

Więcej

Miejsca spotkania, linie podziału

recenzje / ESEJE Adam Partyka

Recen­zja Ada­ma Par­ty­ki towa­rzy­szą­ca wyda­niu książ­ki Biblia i inne histo­rie Péte­ra Náda­sa, w tłu­ma­cze­niu Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej, któ­ra uka­za­ła się w Biu­rze Lite­rac­kim 7 paź­dzier­ni­ka 2019 roku.

Więcej

Historie chłopców dorastających w realiach komunistycznego reżimu

recenzje / KOMENTARZE Elżbieta Sobolewska

Komen­tarz Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej towa­rzy­szą­cy wyda­niu książ­ki Biblia i inne histo­rie Péte­ra Náda­sa, w tłu­ma­cze­niu Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej, któ­ra uka­za­ła się w Biu­rze Lite­rac­kim 7 paź­dzier­ni­ka 2019 roku.

Więcej