książki / PROZA

Historie równoległe: W głębi nocy

Elżbieta Sobolewska

Fragmenty książki Historie równoległe: W głębi nocy Pétera Nádasa w tłumaczeniu Elżbiety Sobolewskiej, wydanej w Biurze Literackim 6 października 2026 roku.

Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

Wyspa Mał­go­rza­ty

Tak, mam dru­gie życie.

Ucie­kał przed nim, a peł­ne kwia­tów gałę­zie sma­ga­ły go po twa­rzy.

Owszem, miał dru­gie życie.

Ucie­kał.

Sły­szał za sobą stu­kot dłu­gich, szyb­kich kro­ków, sza­lo­ny oddech swo­je­go prze­śla­dow­cy, twar­do ubi­ta ścież­ka dud­ni­ła pomię­dzy drze­wa­mi i krze­wa­mi.

Zasze­dłem zbyt dale­ko – postę­ki­wał cichut­ko – zbyt dale­ko. Nie mógł nie pójść dale­ko, nie­po­trzeb­nie czy­nił sobie wyrzu­ty, sko­ro był dale­ko od wszyst­kie­go i od wszyst­kich. Igrał z nie­bez­pie­czeń­stwem, czuł, że żyje, acz­kol­wiek ten dru­gi ktoś do same­go koń­ca wszyst­ko racjo­nal­nie roz­wa­żał.

Prze­cią­gną­łem stru­nę, wypro­wa­dzi­łem ich z rów­no­wa­gi.

Wśród sze­lesz­czą­ce­go wia­tru i peł­nej woni kwia­tów ciem­no­ści moż­na było oba­wiać się kie­szon­kow­ców, zło­dziei, mor­der­ców i akcji mili­cyj­nych. Mogą go nawet zabić, było mu wszyst­ko jed­no, nie tego się bał. Noc­ne nie­bez­pie­czeń­stwa wzma­ga­ły jego pod­nie­ce­nie do gra­nic wytrzy­ma­ło­ści. Odkrył to nie­sa­mo­wi­te miej­sce przed czte­re­ma dnia­mi, wpraw­dzie poszedł o świ­cie do domu, jed­nak led­wie mógł się docze­kać, aż nadej­dzie zmierzch, spę­dzał tutaj już pią­tą noc z kolei. Jak gdy­by pogrą­żał się w pra­cy etno­lo­ga prze­pro­wa­dza­ją­ce­go bada­nia w tere­nie i jesz­cze nie roze­znał się w obo­wią­zu­ją­cych tam suro­wych, ple­mien­nych zwy­cza­jach.

Ludzie nie­wie­le tu ze sobą roz­ma­wia­li, sły­szał tyl­ko krót­kie gwiz­dy i posy­ki­wa­nia. Poja­wia­li się i zni­ka­li. Nie­któ­rych już pozna­wał, tych, któ­rzy go szu­ka­li, obser­wo­wa­li i śle­dzi­li, albo tych, któ­rych on śle­dził, by w koń­cu bez śla­du znik­nę­li w mro­ku nocy.

Skra­da­li się, poru­sza­li z wiel­ką ostroż­no­ścią, zakra­da­li, jak­by w gęstych, prze­sy­co­nych wes­tchnie­nia­mi i postę­ki­wa­nia­mi ciem­no­ściach ich oczy mogły coś doj­rzeć. Odkrył, że on rów­nież widzi w mro­ku, i to spra­wi­ło mu wiel­ką fraj­dę. Mózg odno­to­wy­wał, odmie­rzał, two­rzył związ­ki, kom­bi­no­wał, prze­cho­wy­wał naglą­ce pyta­nia, dzia­łał peł­ną parą. Po pew­nym cza­sie rozu­miał, czy wyda­wa­ło mu się, że roz­po­zna­je zamia­ry poja­wia­ją­cych się syl­we­tek i ich cie­ni, poj­mo­wał ich mil­czą­ce emo­cje. Był szczę­śli­wy z powo­du swo­ich nauko­wych odkryć. Kie­dy obser­wo­wał wszyst­kie tak róż­ne od sie­bie posta­cie i ich naj­roz­ma­it­sze zamia­ry, aż zasy­cha­ło mu w ustach, ner­wo­wo obli­zy­wał spę­ka­ne war­gi.

Młod­szy z męż­czyzn, osob­nik z wąsa­mi, zaraz zro­bi wiel­kie okrą­że­nie i zanim wybie­gnie z ciem­ne­go par­ku, wiel­ki­mi ramio­na­mi zagro­dzi mu dro­gę na ścież­ce. Cza­sa­mi nie tyl­ko zatrzy­my­wał się przed nim, ale też z całej siły przy­cią­gał go do sie­bie i czu­le go obej­mo­wał, a od kie­dy po raz pierw­szy poca­ło­wał go w szy­ję, nie tyl­ko zapa­mię­tał jego dotyk, ale też poczuł pożą­da­nie. Widział przed sobą roze­śmia­ną twarz młod­sze­go z nich, wiel­ki, mię­si­sty nos i opa­da­ją­ce na war­gi węgier­skie wąsy, czuł jego oddech, odra­ża­ją­cą mie­szan­kę woni alko­ho­lu i tyto­niu. A jeśli poca­łu­je go w szy­ję? Na samą tę myśl robi­ło mu się sła­bo z prze­ra­że­nia. Pomię­dzy nimi trwa gra, wci­ska się pomię­dzy dwóch rosłych męż­czyzn. Zro­zu­miał też, że ci dwaj uży­wa­ją star­sze­go jak przy­nę­ty, bo pozo­sta­li męż­czyź­ni, a zwłasz­cza mło­dzi jak on chłop­cy, uwa­ża­ją, że to wła­śnie on jest naj­bar­dziej atrak­cyj­ny. Lecą na nie­go, na jego fizycz­ną siłę, pra­gną wiel­ko­ści i dosko­na­ło­ści jego cia­ła, star­szy już samą swo­ją obec­no­ścią tra­fia w ich pra­gnie­nia.

A ci dwaj cze­ka­ją, żeby, nicze­go nie podej­rze­wa­jąc, wpadł w ich sidła. Budu­ją swo­ją stra­te­gię na cie­le­snej dosko­na­ło­ści tego star­sze­go, współ­dzia­ła­ją ze sobą w peł­nej har­mo­nii. Nie jeden czy dru­gi, oby­dwaj się na nie­go zasa­dza­ją, i to odkry­cie powo­du­je, że sta­je się wobec nich nie­uf­ny. Widzi też, że cią­gła pogoń jest spo­so­bem pod­no­sze­nia napię­cia, ele­men­tem ich uwo­dzi­ciel­skiej gry; w grun­cie rze­czy igra z nim wiecz­ne pra­gnie­nie posia­da­nia dosko­na­łe­go cia­ła. Wszyst­ko jest z góry prze­są­dzo­ne, wszyst­ko, co odkry­je albo prze­wi­dzi, zazwy­czaj zda­rza się w nocy. Nie ma już róż­ni­cy pomię­dzy jego świa­tem wewnętrz­nym a tym zewnętrz­nym, dzie­ło stwo­rze­nia wszyst­ko z góry usta­li­ło, i teraz, by wszyst­ko się speł­ni­ło, bra­ku­je tyl­ko kody, śmier­tel­ne­go rzę­że­nia albo eja­ku­la­cji. Gdy­by mu pozwo­lił, pod­da­li­by go bru­tal­nym tor­tu­rom, ostry­mi zęba­mi roz­szar­pa­li­by na strzę­py jego mię­śnie, w mgnie­niu oka pożar­li całe cia­ło.

To przy­szło mu do gło­wy, ina­czej nie umiał sobie wyobra­zić, co mogli­by zro­bić, albo nie chciał ina­czej wyobra­żać sobie roz­ko­szy, jaką pod­stęp­nie szy­ko­wa­li mu ci dwaj osob­ni­cy.

W mro­ku drżą­cym od falu­ją­cych świa­teł odda­lo­nych latar­ni gazo­wych peł­no było wydep­ta­nych ście­żek i cio­sów. Z dróż­ki zba­cza­li męż­czyź­ni, któ­rzy niczym łupy cze­ka­ją­ce na zdo­byw­cę ofe­ro­wa­li swo­je cia­ło albo cze­ka­li na kogoś, kto z goto­wo­ścią w mil­cze­niu zaofe­ru­je swo­je. To była zasa­da dzia­ła­nia tego miej­sca. Kie­dy wie­czo­rem po dzie­sią­tej zni­ka­ły z oko­li­cy spa­ce­ru­ją­ce zako­cha­ne pary, w głę­bi mro­ku, dokąd nie się­ga­ły świa­tła latar­ni ani odbi­te świa­tła nie­ba nad mia­stem, poja­wia­ły się nagie jak ich Bóg stwo­rzył posta­cie. Ktoś, kto nagle z nie­doj­rza­łe­go chłop­ca musi stać się doj­rza­łym męż­czy­zną, nie umie powstrzy­mać cie­ka­wo­ści, jacy są pozo­sta­li męż­czyź­ni. Idzie za nimi jak ocza­ro­wa­ny, chciał­by być taki sam jak oni. Wyobra­żał sobie, że jest na ich miej­scu, kie­dy ofe­ru­ją sie­bie innym albo nadzy bio­rą w posia­da­nie obce, nie­zna­ne cia­ła, choć cią­gle powta­rzał, że nie pra­gnie nic wię­cej, tyl­ko patrzeć i patrzeć.

Wyobraź­nia wza­jem­nie skie­ro­wa­na na sie­bie była dla nich pod­nie­tą, a mrok drżał w pod­nie­ce­niu, któ­re­go zwy­kły śmier­tel­nik nie był­by w sta­nie zaspo­ko­ić.

Zamknię­ta sied­mio­ma pie­czę­cia­mi tajem­ni­ca mia­sta, niczym zaka­za­na wie­dza, sta­wa­ła się ich wła­sno­ścią.

Kie­dy z wiel­ką ostroż­no­ścią, zwa­ża­jąc na każ­dy trzask, zbli­żał się do nich, roz­bie­ga­li się na wszyst­kie stro­ny, by pro­wa­dzić swo­ją grę gdzie indziej, z zupeł­nie inny­mi oso­ba­mi, albo woła­li go, macha­li dłoń­mi, coś poka­zy­wa­li, szep­ta­li, żeby przy­łą­czył się na trze­cie­go czy na czwar­te­go. Było im wszyst­ko jed­no. Ofe­ro­wa­li war­gi roz­war­te do poca­łun­ków albo do loda, tył­ki lub sto­ją­ce­go w erek­cji kuta­sa. Drwi­li z tęsk­no­ty za życiem pro­wa­dzo­nym w parach czy z ckli­wych idei poszu­ki­wa­nia dru­giej poło­wy.

Wszyst­ko mogło się zda­rzyć. I wte­dy prze­ra­żo­ny musiał ucie­kać.

Ale nie zawsze było wszyst­ko jed­no.

Zazwy­czaj nikt nie był do niko­go przy­wią­za­ny, nic nawet na moment nie mogło być na sta­łe, każ­dy przy­pad­ko­wy zwią­zek mógł roz­paść się w dowol­nej chwi­li, każ­dy z nich bowiem w jakimś sen­sie był męż­czy­zną, dla­te­go mogli zawie­rać raz po raz, z inny­mi, z kim­kol­wiek, słu­żą­ce kul­to­wi męsko­ści soju­sze, któ­rych celem była obro­na lub tyl­ko drwi­na. Choć nawet i te suro­we zasa­dy cią­gle zmie­nia­li i usta­la­li na nowo.

Czuł, że nie potra­fi ich zro­zu­mieć, ale podą­żał za nimi krok w krok.

Zda­rza­li się tacy, któ­rzy bły­ska­wicz­nie znaj­do­wa­li tę jed­ną jedy­ną oso­bę i odcho­dzi­li z weso­łym śmie­chem. Nie­któ­rzy spo­śród nich wra­ca­li po kil­ku minu­tach i jak gdy­by nic się pomię­dzy nimi nie wyda­rzy­ło, obo­jęt­ni albo nawet roz­cza­ro­wa­ni, roz­po­czy­na­li kolej­ne poszu­ki­wa­nia. Byli też tacy, któ­rzy cho­wa­li swo­je ubra­nia w ruinach śre­dnio­wiecz­ne­go klasz­to­ru świę­tej Mał­go­rza­ty, by nago jesz­cze zuchwa­lej zwra­cać na sie­bie uwa­gę, pozo­sta­wia­li je w pustych wyku­szach na rzeź­by, za gotyc­ki­mi kamie­nia­mi wycią­gnię­ty­mi ze swo­ich miejsc, inni pako­wa­li je w małe zawi­niąt­ka i przy­wią­zy­wa­li do pasa albo do nóg poni­żej kolan. Prze­ra­ża­ją­cy ple­mien­ni bojow­ni­cy. Zazdro­ścił im, na myśl o nich czuł cie­pło w ser­cu, choć to wła­śnie ich powi­nien oba­wiać się naj­bar­dziej, bo byli dzi­cy, bez­względ­ni, twar­dzi i nie­obli­czal­ni. Nie­kie­dy ata­ko­wa­li w gru­pie. Wyda­jąc syczą­ce gło­sy, śmie­jąc się jak dzie­ci, czy­ni­li pikant­ne alu­zje, ich zacho­wa­nie było sztucz­ne i – mimo impo­nu­ją­cej siły mię­śni – kobie­ce. Niósł się za nimi zapach taniej wody koloń­skiej pomie­sza­ny z cięż­ką wonią potu. Cało­wa­li, liza­li i bili bez zasta­no­wie­nia. Posta­no­wi­li po pro­stu, że wła­śnie takie, pozba­wio­ne hamul­ców będzie ich życie.

Jesz­cze nie umia­łem pod­jąć decy­zji.

Nie mogłem sobie wyobra­zić, jaka rola mia­ła­by mi przy­paść w tym gru­po­wym sza­leń­stwie. W ogó­le nie umia­łem pod­jąć żad­nej decy­zji. Naj­pierw chcia­łem się poprzy­glą­dać, dokład­nie się przy­pa­trzeć, zro­zu­mieć, o co cho­dzi w tych sce­nach, bo odno­si­łem wra­że­nie, że wszyst­ko, co ze sobą robią, jest poni­ża­ją­ce albo poni­ża tego dru­gie­go, i nie potra­fi­łem tego pojąć. Jak­bym niczym obca oso­ba z odra­zą obser­wo­wał swo­ją nie­wy­star­cza­ją­cą jesz­cze goto­wość do bycia poni­ża­nym.

Jak­bym przy­glą­dał się skłon­no­ściom czło­wie­ka, któ­ry wpraw­dzie bez­u­stan­nie czy­ni sobie wyrzu­ty, ale jego życie i tak jest jedy­nie pustym prze­cią­ga­niem cza­su. Mimo że nale­ża­ło natych­miast coś posta­no­wić, sko­ro spra­wa wyda­je się nie mieć koń­ca. Ale ten ktoś nie wie­dział, co powi­nien zro­bić, by móc pod­jąć decy­zję. Dla­te­go raczej zosta­wał na dróż­ce.

Zamiast z niej zejść.

Dróż­ka zgod­nie z miej­sco­wy­mi zwy­cza­ja­mi dawa­ła schro­nie­nie, bez­pie­czeń­stwo, ochro­nę, mówi­ła, że jesz­cze nie pod­ją­łem decy­zji. Jak gdy­bym im dawał do zro­zu­mie­nia, żeby ode mnie odstą­pi­li, ja cią­gle jesz­cze szu­kam, wciąż cze­kam na tę wiel­ką nie­wia­do­mą, nie chcę, żeby­ście mnie doty­ka­li, tak dłu­go, aż się sam nie pod­dam albo nie odnaj­dę tego, któ­re­go szu­kam.

Poza tym ist­nia­ła oba­wa, że w gęstwi­nie łatwo wdep­nąć w gów­no, więc zbo­czyć ze ścież­ki było tro­chę nie­bez­piecz­nie.

Poja­wia­li się tam też inni osob­ni­cy, któ­rzy pędze­ni nie­moż­li­wy­mi do speł­nie­nia pra­gnie­nia­mi bez koń­ca błą­ka­li się po ścież­kach, odcho­dzi­li i wra­ca­li, i było ich cał­kiem spo­ro.

Ale wszyst­ko na nic, na nic, niko­go tam nie spo­tka­li.

Nie­ko­niecz­nie z powo­du swo­jej stra­chli­wej natu­ry, raczej dla­te­go, że cią­gle wybrzy­dza­li albo mie­li nad­mier­ne ocze­ki­wa­nia.

Nie moż­na było tego wszyst­kie­go zro­zu­mieć.

Może wła­śnie dla­te­go z rado­ścią zamie­nił­by swo­je życie na życie tych naj­od­waż­niej­szych, któ­rym jest cał­ko­wi­cie obo­jęt­ne, z kim to robią, byle tyl­ko cią­gle to robić, i cho­ciaż po czę­ści ich rozu­miał. Gdy­by moż­na było ulec każ­dej pró­bie zbli­że­nia się obcej ci oso­by, zro­zu­mieć ją, pozwo­lić, a jed­no­cze­śnie niko­go nie doty­kać. Co ozna­cza­ło­by też, że nie zosta­nie się przez niko­go dotknię­tym.

Gdy­by tyl­ko nie drę­czył go w tak poni­ża­ją­cy spo­sób brak cie­le­sne­go doty­ku.

Nie mógł sam się zaspo­ko­ić, bo tutaj to ozna­cza­ło­by tyl­ko jed­no. Że ofe­ru­je swo­je cia­ło niczym wol­ny łup, prze­cież obser­wo­wa­li go ze wszyst­kich stron, podob­nie jak on ich obser­wo­wał, każ­dy naj­mniej­szy ruch. Jeden jedy­ny wyzy­wa­ją­cy znak wystar­czał, by rzu­ci­li się na sie­bie i szyb­ko się nawza­jem zaspo­ko­ili, albo zaczę­li gonić, uwa­ża­jąc, by nie dojść po dro­dze, gesty­ku­lo­wa­li, jak­by dzię­ku­jąc albo kogoś wita­jąc, i zni­ka­li w głę­bi nocy, by robić to samo z kimś innym. Jak gdy­by dłuż­sze zwią­za­nie się z jed­ną oso­bą postrze­ga­li jako zby­tecz­ny sen­ty­men­ta­lizm. Spi­sko­wa­li ze sobą, jedy­nie tym zdra­dza­jąc naj­skryt­sze i naj­nie­bez­piecz­niej­sze tajem­ni­ce, choć przy­się­ga­li prze­strze­gać zasad. Na przy­kład, że natych­miast trze­ba zaofe­ro­wać swo­je cia­ło. A on nie czuł w sobie tego rodza­ju poko­ry. Nawet wyklu­czo­ny i bez doświad­cze­nia też nie był oso­bą nie­mi­łą w obej­ściu, gdyż strach i prze­ra­że­nie trzy­ma­ły go w cią­głym napię­ciu. Chciał bez resz­ty zamknąć się w sobie, ale musiał pozo­stać otwar­ty. Waż­ne było, aby zacho­wy­wał się tak, jak gdy­by nale­żał do nich, jak­by, kie­dy tyl­ko zechce, był w sta­nie zre­zy­gno­wać z chro­nio­nej za wszel­ką cenę cie­le­snej inte­gral­no­ści. W prze­ciw­nym razie nie tole­ro­wa­li­by go wśród sie­bie. Tym­cza­sem cichut­ko kapa­ła jego sper­ma. Erek­cja nie mia­ła związ­ku z żad­nym z nich, odno­si­ła się do tego, któ­ry poja­wi się w dowol­nym momen­cie i któ­re­go tu wszy­scy uwiel­bia­ją oraz czczą jak bóstwo. Do tego, któ­re­go on tak­że szu­kał, ale nie zna­lazł. Czy raczej to była pułap­ka, w głę­bi duszy ich rozu­miał, choć lepiej by było – a tyl­ko tak miał szan­sę zyskać o nich peł­ną wie­dzę – gdy­by się poświę­cił, ale nie rozu­miał, że tutaj nikt nie szu­ka real­ne­go part­ne­ra, lecz kogoś, kto jest wytwo­rem wła­snej wyobraź­ni.

Jego żądza kie­ro­wa­ła się na wszyst­kich, na kogo­kol­wiek, ale kie­dy ten ujaw­nił się spo­śród nich i pró­bo­wał do nie­go zbli­żyć, to był koniec, obiek­tem żądzy sta­wał się nikt.

Wte­dy ucie­kał.

Ucie­kał przed mole­stu­ją­cy­mi osob­ni­ka­mi, bo każ­dy z nich ozna­czał, że musi zmie­rzyć się z magicz­nym przy­cią­ga­niem, jego sto­py stu­ka­ły na twar­dej dróż­ce, ucie­kał niczym dzi­kie zwie­rzę i, zda­jąc się na wyostrzo­ne zmy­sły, pędził przed sie­bie na oślep. Pną­cza roślin opla­ta­ły całe jego cia­ło, ostre gałę­zie sma­ga­ły bez­bron­ną twarz, kłu­ły i odpy­cha­ły, wszyst­ko trzesz­cza­ło i skrzy­pia­ło. Chcia­ły go spę­tać lia­na­mi, mac­ka­mi, przy­cią­gnąć z powro­tem, uka­rać za to, że nie uległ real­nej rze­czy­wi­sto­ści, nawet z potrze­by, w krót­kich chwi­lach zaspo­ko­je­nia.

Prze­ra­ża­ły go łap­czy­wość i nie­okieł­zna­na bru­tal­ność, w dodat­ku w ich obec­no­ści bole­śnie trzeź­wiał, i choć nie potra­fił oce­nić sza­leń­czej odwa­gi, z jaką wraz z sekret­ny­mi pra­gnie­nia­mi ofe­ro­wa­li choć na chwi­lę swo­je eks­ta­tycz­ne cia­ła, albo usta­mi, uważ­ny­mi dłoń­mi czy dokład­nie posma­ro­wa­ny­mi pośli­zgo­wą maścią roz­war­ty­mi odby­ta­mi dostar­cza­li innym eks­ta­zy.

Ich wol­ność wyda­ła mu się pięk­na i osza­ła­mia­ją­ca. A jego powstrzy­my­wa­ły kon­we­nan­se.

Gar­dził swo­ją słu­żal­czą natu­rą, brzy­dził się nie nimi, ale sobą samym. Mimo że wie­le, nie­mal wszyst­ko, robił prze­ciw sobie. Szyb­ko zro­zu­miał, że w imię wol­no­ści czło­wiek nie może już spaść niżej, czy przy­naj­mniej miał nadzie­ję, że nie musi. Walą­ce ser­ce nie­mal roz­ry­wa­ło mu klat­kę pier­sio­wą, był jed­no­cze­śnie szczę­śli­wy i prze­ra­żo­ny, a ze stra­chu i zdu­mie­nia nie­mal tra­cił oddech. Nie był­by już w sta­nie spaść niżej, choć dobrze wie­dział, że tu nie moż­na się zatrzy­mać, i że wła­śnie to go cze­ka. Niko­go nie potra­fi dosię­gnąć, tak samo jak oni – mówił do sie­bie z wyrzu­tem. Uspra­wie­dli­wia­jąc się, że wśród takiej ohy­dy nie potra­fi sam się zaspo­ko­ić, nawet gdy­by się oka­za­ło, że wszy­scy męż­czyź­ni tak robią. A wte­dy musiał­by porzu­cić swo­je mania­kal­ne poszu­ki­wa­nia. Tłu­ma­czył to sobie tym, że potrze­bu­je uczu­cia. Tym­cza­sem z powo­du wła­sne­go tchó­rzo­stwa nie umiał zaak­cep­to­wać eks­ta­tycz­nych uczuć i tyl­ko chro­nił się za podob­ny­mi myśla­mi. Albo nie chciał pogo­dzić się z tym, że nie ma na świe­cie czło­wie­ka, któ­re­go szu­ka. Ani męż­czy­zny, ani kobie­ty. Nie umiał zre­zy­gno­wać z myśli o potrze­bie łącze­nia się w pary, zapo­mnieć o próż­nych i naiw­nych wyobra­że­niach, że spo­tka w koń­cu wła­ści­wą oso­bę, niczym tre­lu­ją­ca pta­szy­na, bo cią­gle nie opusz­cza go sen­ty­men­tal­na nadzie­ja.

Pełen obaw żywił mgli­stą nadzie­ję, że kie­dyś los przy­wie­dzie tu kogoś, podob­nie jak przy­słał jego, i już nie wypu­ści. Choć przez ten drob­no­miesz­czań­ski sen­ty­men­ta­lizm sam wyda­wał się sobie śmiesz­ny. Spo­tkać się ze swo­im obcym sobo­wtó­rem, któ­ry pod wie­lo­ma wzglę­da­mi, ale zawsze bar­dzo pro­por­cjo­nal­nie, będzie się od nie­go róż­nił. Nie umiał ina­czej wyobra­zić sobie tej oso­by, tyl­ko jako swo­je­go sobo­wtó­ra, więc nie mogła to być dziew­czy­na. Sobo­wtór jed­nak musiał być od nie­go znacz­nie dosko­nal­szy, tro­chę taki, jak olbrzym, przed któ­rym ucie­kał. Ale nie mógł być dosko­nal­szy od tam­te­go, by nie upo­ko­rzyć go cie­le­sną i ducho­wą prze­wa­gą.

Nie potra­fił jed­nak sobie wyobra­zić, że poca­łu­je olbrzy­ma w usta, w wyobraź­ni posu­wał się naj­wy­żej do zoba­cze­nia nagie­go cia­ła, uczu­cia, kie­dy jed­na naga skó­ra spo­ty­ka się z gorą­cy­mi wyzie­wa­mi dru­giej nagiej skó­ry.

Nie mógł pozwo­lić, by ci rów­ni mu wie­kiem albo nawet młod­si ple­mien­ni wojow­ni­cy, te dziw­ne, hała­śli­we isto­ty spra­wi­ły, że porzu­ci swo­je prze­ko­na­nia.

To musi być ktoś, nie kto­kol­wiek. Choć widząc ich, nie­mal zawsze tra­cił grunt pod noga­mi. Miał powo­dy, żeby się ich bać, nie tyl­ko dla­te­go, że bili bez naj­mniej­szych opo­rów, ale też dla­te­go, że umie­li przej­rzeć jego naj­skryt­sze zamia­ry, takie, któ­rych sam do koń­ca nie był świa­dom i z któ­ry­mi nie­chęt­nie się kon­fron­to­wał.

Zostaw w cho­le­rę tego gnoj­ka – sycze­li do sie­bie nawza­jem, kie­dy zauwa­ży­li, że znów się poja­wił, skra­da się tą samą alej­ką, nad­cho­dzi i cią­gle nie odpusz­cza.

Nicze­go nie odpusz­cza.

Cze­ka na ryce­rza ze swo­ich snów – recho­ta­li chó­rem.

Dla nich w isto­cie nie ist­nia­ła żad­na świę­tość, cały świat był paro­dią, któ­ra mia­ła za zada­nie słu­żyć ich zachcian­kom.

Chy­ba nie cze­kasz na przy­stoj­ne­go kontr­ad­mi­ra­ła Mikló­sa Hor­thy­ego, kocha­siu, patrz, nad­jeż­dża na swo­im bia­łym ruma­ku – seple­niąc, chi­cho­ta­li mu do ucha, kie­dy prze­cho­dził obok nich.

Papla­li dokład­nie takim samym gło­sem jak ele­ganc­kie panie w cukier­ni Ger­baud.

Niech go nadzie­je na swo­je­go wiel­kie­go, dymią­ce­go chu­ja – wrzesz­cze­li za jego ple­ca­mi.

Albo Jean Mara­is.

Mnie się, chło­pa­ki, wyda­je, że on cze­ka na żonę Béli Kuna.

Nie było spo­so­bu, żeby im umknąć, ale i tak nie brał ich cał­kiem na serio. Dość szyb­ko zro­zu­miał, że choć pod osło­ną nocy wyda­ją się potęż­ni i odważ­ni, to w isto­cie rze­czy są paria­sa­mi, słu­ga­mi czy­ichś roz­ko­szy, zawsze od wszyst­kich zależ­ny­mi, więc nie mógł nie darzyć ich sym­pa­tią.

Ucie­kał przed nimi.

Pra­gnął ich wewnętrz­nej siły, nagich mię­śni, mdlą­ce­go zapa­chu pudru, oczu upięk­szo­nych sztucz­ny­mi rzę­sa­mi, sza­lo­nej paro­dii, per­fek­cyj­ne­go bez­wsty­du, ale nie zazdro­ścił im zależ­no­ści od innych.

W bie­gu nie mógł jed­nak roze­znać się w skom­pli­ko­wa­nej sie­ci dró­żek, ście­żek i cio­sów, i nie było to nic inne­go jak ślad topo­gra­fii bez­sen­sow­nych tęsk­not, pie­lę­gno­wa­nych fan­ta­zji oraz darem­nych życzeń odbi­ty w tej brud­nej zie­mi. Gdy­by wszyst­ko widział, gdy­by umiał prze­nik­nąć sys­tem, w jakim żyją, dopie­ro wów­czas by ich zro­zu­miał.

Wczuć się w dru­gą oso­bę, a zara­zem nie wyrze­kać się sie­bie i nie tknąć jej nawet pal­cem.

Już pierw­szej nocy posta­no­wił, że wró­ci, gdy będzie wid­no. Jed­nak z nadej­ściem dnia wszyst­kie noc­ne posta­no­wie­nia tra­ci­ły aktu­al­ność. Jak­by w dzień mógł z inne­go życia wró­cić na tere­ny badań niczym orni­to­log, pta­ki wyda­wa­ły z sie­bie cha­otycz­ne wrza­ski, kłó­ci­ły się, śpie­wa­ły, ćwier­ka­ły, bur­cza­ły i popi­ski­wa­ły. Tym­cza­sem w świe­tle dnia wyła­nia­ło się z wczo­raj­szych prze­żyć coś, co mogło dopro­wa­dzić go do prak­tycz­nych antro­po­lo­gicz­nych odkryć. Nie miał w tym żad­ne­go kon­kret­ne­go inte­re­su, dla­te­go w dzień ten, któ­rym był w nocy, sta­wał się dla nie­go obcą oso­bą. W tam­tym życiu nie miał dostę­pu do potrzeb tego dru­gie­go życia. Zatem któ­reś z tych żyć powi­nien zamie­nić na dru­gie, żeby jego ist­nie­nie nie było tak pokręt­nie zakła­ma­ne, by dwie czę­ści sta­ły się cało­ścią. Czuł, że kie­dy tego napraw­dę spró­bu­je, spro­wa­dzi na sie­bie sza­leń­stwo. Albo już tkwi w tym wszyst­kim po uszy i nie potra­fi oddzie­lić od sie­bie naj­roz­ma­it­szych płasz­czyzn ani pozio­mów real­ne­go życia. Coś nie­odwo­łal­nie się wyda­rzy i natych­miast wymknie się spod kon­tro­li.

Kie­dy z kimś roz­ma­wiał, sta­ra­jąc się nie sły­szeć swo­je­go wiecz­ne­go wewnętrz­ne­go mono­lo­gu, miły uśmiech nie zni­kał z jego twa­rzy, a to zazwy­czaj wystar­cza, żeby pozy­skać ludz­ką sym­pa­tię. Ale z tego same­go powo­du odczu­wał real­ny cha­rak­ter swo­je­go sza­leń­stwa. Cier­pie­niu, jakie nio­sła ze sobą dwo­istość, nie była w sta­nie przy­nieść kre­su trzeź­wa i sil­na oso­ba, któ­rą był za dnia. Uśmie­cha­jąc się uprzej­mie, w dzień wię­cej obie­cy­wał i wię­cej zapo­mi­nał, niż potra­fił dać z sie­bie w nocy. Aby sca­lić te dwie oso­bo­wo­ści, musiał jed­nej z nich pod­szep­nąć, któ­ra z nich jest tą dru­gą. To jed­nak mu się nie uda­wa­ło, bo żad­na z nich nie była ani bar­dziej wyra­zi­sta, ani bar­dziej nie­praw­do­po­dob­na, ani ta z nocy, ani ta z jasne­go dnia.

Wyda­wa­ło się, że sen­sow­niej­szym roz­wią­za­niem będzie nie wypie­rać się nocy spę­dzo­nej na Wyspie Mał­go­rza­ty. Ale nawet gdy­by sobie tego zaka­zał, to i tak dale­ko by nie zaszedł. Mógł jedy­nie trzy­mać się tego, że musi pozo­stać na wyzna­czo­nych dróż­kach. Patrzeć, widzieć, obser­wo­wać, ale nie mieć nic wspól­ne­go z tymi, któ­rzy przy­zna­wa­li się wyłącz­nie do swo­je­go noc­ne­go ja. Pil­no­wać, kim jest za dnia, żeby przy­naj­mniej w kon­tek­ście dobo­ru w pary pozo­stać spój­ną cało­ścią. Może nie cał­kiem trzeź­wo, ale tyl­ko na gra­ni­cy obłę­du.

Musi zawie­rzyć swo­je­mu węcho­wi.

Wyczuć w ciem­no­ściach powiew i fale zapa­chów, tytoń, gów­no, zjeł­cza­ły mocz, sper­mę, przy­ja­ciel­skie albo wro­gie opa­ry pod­nie­co­nych lub wła­śnie uspo­ka­ja­ją­cych się ciał, któ­re zawsze, w każ­dym momen­cie słu­ży­ły mu za dro­go­wskaz. Sta­wał się niczym zwie­rzę, podą­żał za zapa­chem, nogi same go nio­sły. Jako zwie­rzę czuł się tam lepiej niż jako czło­wiek, potrze­bie rze­czo­we­go osą­du uda­wa­ło mu się spro­stać za pomo­cą zmy­słów funk­cjo­nu­ją­cych na pozio­mie zwie­rzę­cia. Miłe poczu­cie, że jest zwie­rzę­ciem, nale­ża­ło do jego cudow­nych noc­nych odkryć. Było tak prze­moż­ne, że mogło go ura­to­wać, zno­si­ło poczu­cie winy, roz­wie­wa­ło moral­ne wąt­pli­wo­ści. A prze­cież na tych mrocz­nych dróż­kach ani sto­py, ani nos nie zapew­nia­ły mu cał­ko­wi­tej pew­no­ści.

Wszyst­kie zmy­sły razem wzię­te nie wystar­cza­ły, by był wystar­cza­ją­co czuj­ny.

Nie­opo­dal sze­ro­kiej kamie­ni­stej alej­ki, oddzie­la­ją­cej park skry­wa­ją­cy ruiny klasz­to­ru od roz­sie­wa­ją­ce­go mdlą­co słod­ką woń róża­ne­go ogro­du, też zda­rza­ły się toną­ce w bru­dzie miej­sca. W dzień na tych noc­nych dróż­kach ludzie zała­twia­li swo­je potrze­by albo wypro­wa­dza­li popi­sku­ją­ce i prze­bie­ra­ją­ce łapa­mi duże psy lub szcze­nia­ki, by mogły się wysi­kać czy zro­bić kupę, albo kobie­ty przy­ci­śnię­te koniecz­no­ścią tu zmie­nia­ły zakrwa­wio­ne pod­pa­ski. Kie­dy w emo­cjach nie tra­cił węchu bądź jego ostro­ści nie stę­pia­ły nie­spo­dzie­wa­ne emo­cje, woń zgni­li­zny potra­fi­ła być dobrym dro­go­wska­zem.

Nie tędy.

Do tego dosze­dłem, że zna­la­złem się w takim punk­cie – wyrzu­cał sobie, roz­my­śla­jąc o obo­wią­zu­ją­cych ludzi kon­wen­cjach, zanu­rzo­ny w odcho­dach, pocie, smro­dzie moczu i men­stru­acji – że błą­kam się wśród obsra­nych papie­rów oraz zakrwa­wio­nej waty i w ten spo­sób muszę roz­po­znać moją jedy­ną, nie­skry­wa­ną rze­czy­wi­stość.

Rolę roz­ko­szy prze­ję­ła roz­kosz poszu­ki­wań i samo­udrę­czeń, choć dosko­na­le wie­dział, że tym wiecz­nym szu­ka­niem pró­bu­je, ucie­ka­jąc w sen­ty­men­ta­lizm, oszu­kać rze­czy­wi­stość. Wido­kiem bru­tal­no­ści innych chciał zrów­no­wa­żyć wła­sną bru­tal­ność. Ale nie mógł, nie pozwa­la­ło mu na to jego nie­za­do­wo­lo­ne cia­ło.

Zwie­rzę­ce ja funk­cjo­no­wa­ło rów­no­le­gle do jego ja uczu­cio­we­go.

Nie się­gał do nie­go smród innych.

Naj­wy­żej szedł nie w tę, ale w tam­tą stro­nę. Z powo­du takich dro­bia­zgów nie mógł zre­zy­gno­wać z tego, że odkry­je i zro­zu­mie zasa­dy, wedle któ­rych funk­cjo­nu­je jego cia­ło, nie mógł porzu­cić potrze­by jego pozna­nia. To zwie­rzę­ce ja, to zno­wu uczu­cio­we ja krzy­cza­ło o bole­snym bra­ku, a on nie potra­fił za nie roz­strzy­gnąć swo­ich moral­nych wąt­pli­wo­ści. Nie mógł przy­jąć, nie mógł zawłasz­czyć cze­goś, cze­go nie znał, ale jak miał coś odrzu­cić, sko­ro nie wie­dział, czy jest czę­ścią jego oso­bo­wo­ści, bo prze­cież dopie­ro teraz je poznał. Co powi­nien uczy­nić ze swo­im lodo­wa­tym ja, któ­re nie mia­ło nic wspól­ne­go z żad­nym z jego żyć, ani z tym uczu­cio­wym, ani codzien­nym, ani noc­nym, ani zwie­rzę­cym, z żad­nym z nich nie łączy­ły go jasne uczu­cia, był obo­jęt­ny tak wobec roz­ko­szy, jak i wobec cier­pie­nia, podob­nie jak obo­jęt­ne mu były powszech­nie przy­ję­te nor­my moral­ne.

Jak­by jego dusza i spo­sób rozu­mo­wa­nia zosta­ły obda­rzo­ne cecha­mi, któ­re nie były wła­ści­we jego oso­bo­wo­ści. Przy­naj­mniej tak to widział i czuł, że nie mają wie­le wspól­ne­go z wewnętrz­ną wal­ką, któ­ra z natu­ry rze­czy mia­ła za zada­nie zapew­nić warun­ki dla trwa­nia jego oso­bo­wo­ści.

W ciem­no­ściach dosię­ga­ły go ich ręce, nie­po­dzie­wa­nie wsu­wa­ją­ce się pomię­dzy nogi i uda, bada­ją­ce jakość jego cia­ła, mię­si­stość chu­ja, a ponad wszyst­ko roz­miar. Ktoś łagod­nie chwy­tał go za prze­gub, nie widział jego twa­rzy, tam­ten nisko się pochy­lał i zio­nąc gorą­cym odde­chem, brał w dło­nie jego policz­ki, pró­bo­wał dotknąć ich wil­got­ny­mi war­ga­mi. Nie chciał tego i natych­miast odpy­chał od sie­bie wszyst­kich po kolei. A jed­nak nie potra­fił oprzeć się zaska­ku­ją­ce­mu doty­ko­wi obce­go kuta­sa, wyła­nia­ją­cej się zza pomarsz­czo­nej skó­ry żołę­dzi, gorą­cych, wil­got­nych żył i napię­te­go wędzi­deł­ka, więc pod­da­wał się prze­szy­wa­ją­ce­mu do głę­bi uczu­ciu, że ktoś w ten spo­sób odda­je swój pul­su­ją­cy los w jego ręce. Chwy­tał go jak nie­mow­lę smo­czek. Nie mógł zapo­mi­nać o tym, że nie­po­dob­na się oprzeć wyjąt­ko­wo­ści i nie­po­wta­rzal­no­ści jego chu­ja. Nauczył się tego od odrę­twia­łych ze stra­chu, ostroż­nych, małych dło­ni, wystar­czy­ło kil­ku napa­stli­wych męż­czyzn i pewien przy­pa­dek.

Każ­dy kutas był inny niż pozo­sta­łe, tak samo jak to dzie­je się z ludź­mi, choć każ­dy był zara­zem zaska­ku­ją­co róż­ny od swo­je­go wła­ści­cie­la. To wspo­mnie­nie wra­ca­ło do nie­go z prze­moż­ną siłą, acz­kol­wiek nie potra­fił­by powie­dzieć, jakie mia­ło dla nie­go zna­cze­nie. I nie mógł o nim zapo­mnieć, nawet gdy wokół byli sami ubra­ni ludzie. Od tam­tej chwi­li wie­dział, że ubra­nie skry­wa to, o czym każ­dy chciał­by zyskać naj­waż­niej­szą dla nie­go wie­dzę. Jak­by poprzez męskie­go chu­ja na siłę wci­ska­no mu w dłoń kamień mądro­ści, a on z powo­du wła­snej głu­po­ty nie wie­dział, co ma z nim zro­bić. Mimo że sama myśl napeł­nia­ła go obrzy­dze­niem, chciał doty­kać obcych męż­czyzn, ich warg, skó­ry pach­ną­cej zaro­stem, śli­skich kro­pel sper­my wycie­ka­ją­cych pod­czas cią­głej erek­cji, lepią­cych się do wszyst­kie­go i pozo­sta­wia­ją­cych po sobie pla­my. Pod­czas mycia instynk­tow­nie odwra­cał wzrok. W sta­nie erek­cji był do tego stop­nia wraż­li­wy, że nie potra­fił odróż­nić roz­ko­szy od bólu. Kie­dyś po wie­lo­go­dzin­nej erek­cji tak przy­kle­ił mu się do sli­pek, że musiał go odry­wać.

Odkąd odkrył ten teren, nie umiał oprzeć się poku­sie, musiał przy­wo­ły­wać nie­zno­śne obrzy­dze­nie, któ­re wzbu­dza­ły w nim cia­ła, tak samo jego wła­sne, jak i tam­te, nale­żą­ce do innych męż­czyzn. Nie doty­czy­ło to jed­nak ciał kobiet, uczu­cia, jaki­mi je darzył, były nie­za­leż­ne od tam­tych. Acz­kol­wiek nie ozna­cza­ło to, że w kon­tek­ście kobiet mógł zapo­mnieć o wie­dzy, o któ­rą wzbo­ga­ci­ły go te nowe prze­ży­cia. Podob­nie jak wcze­śniej trud­no było mu odmó­wić sobie zej­ścia za dnia do znaj­du­ją­cych się w pod­zie­miach wuce­tów, poob­ser­wo­wa­nia z jesz­cze więk­szą uwa­gą, jak wszy­scy sto­ją­cy tam męż­czyź­ni uda­ją, jak­by tyl­ko siu­sia­li.

On robił tak samo.

Praw­da jest taka, że mia­łem dwa roz­po­czę­te nie­gdyś życia – przy­znał kie­dyś – od jed­ne­go dosta­wa­łem zbyt mało, dru­gie obie­cy­wa­ło za wie­le, i w oby­dwu czu­łem się cał­ko­wi­cie obcy. Ale teraz koniec, wie­dzia­łem to już wte­dy, gdy ucie­ka­łem przed star­szym z nich, potęż­nym męż­czy­zną o budo­wie atle­ty i dło­niach niczym mło­ty, któ­re­go ramio­na i klat­ka pier­sio­wa nie­mal roz­ry­wa­ły kra­cia­stą koszu­lę. Muszę za wszel­ką cenę się stąd wydo­stać – powta­rza­ło niczym zaklę­cie moje zroz­pa­czo­ne dru­gie ja. Jeśli uda mi się z par­ku peł­ne­go kre­mo­wo­żół­tych kwia­tów japoń­skich aka­cji wró­cić na alej­kę, będzie to zna­czy­ło, że im ucie­kłem.

Biegł w stro­nę świa­tła, widział sie­bie, jak pędzi ku świa­tłu.

Nie zda­rza­ły się w jego życiu momen­ty, w któ­rych potra­fił się wyzwo­lić od tego lodo­wa­te­go spoj­rze­nia. Już nigdy tu nie wró­cę – obie­cy­wał. Nie powtó­rzę życia mojej mat­ki.

Nagle wyszedł z gęstwi­ny.

Przy­sta­nął na skra­ju ścież­ki i z ulgą gło­śno dyszał.

Jest ura­to­wa­ny.

Oddy­chał głę­bo­ko, wcią­ga­jąc w płu­ca parę i cięż­ką woń wody. Znów musiał zmie­rzyć się ze świa­do­mo­ścią, że ta chwi­la prze­czy jego wcze­śniej­szym rachu­bom. Nikt nie pró­bo­wał zagro­dzić mu dro­gi, nikt nie cało­wał go w szy­ję. Tego żało­wał. Był tak komicz­ny, że powi­nien jesz­cze bar­dziej się wsty­dzić, ale nie potra­fił. Na czar­nych, ubi­tych kamycz­kach nad­brzeż­nej dróż­ki nie skrzy­pia­ły niczy­je kro­ki. To była zwy­czaj­na noc spo­czy­wa­ją­ca w potęż­nych ramio­nach rze­ki dale­ko od roz­po­ście­ra­ją­ce­go się na brze­gach mia­sta. Potęż­ny nurt mógł go przy­kryć i porwać ze sobą cia­ło. Bola­ły go brzuch i jądra. Było zbyt póź­no. Znów dłu­gie godzi­ny speł­zły na niczym, krót­kie jak minu­ty, któ­rych nigdy nie umiał poli­czyć. Zosta­nie tu jesz­cze pół godzi­ny, na tyle sobie pozwo­li, a potem pój­dzie do domu. Dopraw­dy nie ist­nie­je dobra rachu­ba cza­su. Znów wró­ci do domu, wie­le nie doświad­czyw­szy, noc szyb­ko minę­ła na kolej­nych pół­go­dzi­nach, a on nie spo­tkał żywe­go ducha. Niko­go nie mam i niko­go nie spo­tkam. Był spra­gnio­ny, spo­co­ny i głod­ny, powi­nien pójść do pobli­skiej stu­dzien­ki z wodą pit­ną, bo bar­dzo go suszy­ło. Wzdy­chał i bła­gał jak mnich o choć­by jed­ne­go jedy­ne­go żywe­go czło­wie­ka.

Niżej już nie upad­nę – gro­ził sam sobie.

A jed­nak nie potra­fił pod­dać się w wal­ce, któ­rej sen­su sam nie rozu­miał.

Nad wymar­łą alej­ką w głu­szy i pust­ce świe­ci­ły latar­nie gazo­we. Czy los znów go oszu­kał, czy to on chciał wysta­wić go do wia­tru? Na brze­gu po stro­nie Pesz­tu tak samo świe­ci­ły latar­nie nad pustym nabrze­żem.

Po Moście Mał­go­rza­ty roz­pię­tym w zim­nym, nie­bie­skim świe­tle lamp łuko­wych wspi­nał się w górę leni­wy, żół­ty tram­waj.

Nikt za nim nie szedł.

Tyl­ko nie­zna­jo­my, star­szy od nie­go chło­pak, któ­ry mógł mieć nie wię­cej niż trzy­dzie­ści lat, jakiś czas podą­żał jego śla­dem, sły­szał, jak dyszy, ale w koń­cu znik­nął. Dla­cze­go miał nie znik­nąć. Jestem zupeł­nie bez­na­dziej­nym gościem, małym, głu­pim chuj­kiem. Żało­wał, że go nie dopa­dli, nie rzu­ci­li się na nie­go i nie zro­bi­li z nim tego wszyst­kie­go. A teraz mi żal. Leżał­by w odcho­dach, zakrwa­wio­ny i poroz­ry­wa­ny, uma­za­ny ich sper­mą, ale przy­naj­mniej, choć z pode­rżnię­ty gar­dłem, miał­by z gło­wy to całe kosz­mar­ne, bez­na­dziej­ne życie. Przy­szli­by poli­cjan­ci. Zma­gał się z nie­zna­nym i z samym sobą. Nie dość, że uro­dzi­łem się Żydem, nie dość, że jestem sie­ro­tą, to na doda­tek mam być peda­łem. Nie rozu­miał swo­ich naro­dzin, wie­dział, że w imię wła­sne­go szczę­ścia powi­nien roz­stać się z życiem, bo i tak już na nic nie może liczyć. Ale nawet to nie było praw­dą. Na tym wła­śnie pole­gał jego pro­blem, że utknął ze swo­im życiem gdzieś na linii połów­ki. Żeby choć uro­dził się jako praw­dzi­wy Żyd, ale jego mat­ka pocho­dzi­ła z naj­praw­dziw­szej kato­lic­kiej rodzi­ny. Żeby choć napraw­dę był sie­ro­tą, sko­ro jego ojca, Żyda, zatłu­kli komu­ni­ści, jego komu­ni­stycz­ni towa­rzy­sze, ale sta­ło się tak, że to mat­ka porzu­ci­ła wła­sne dziec­ko.

Z tych przy­czyn miał powód, żeby się nad sobą uża­lać, tym­cza­sem uznał, że lepiej jest żyć bez takiej nik­czem­nej mat­ki.

Życie, któ­re przy­pa­dło mu w udzia­le w dniu naro­dzin, nic nie zna­czy­ło ani dla nie­go, ani dla niko­go. Dziś jest naj­lep­sza oka­zja, jutro będzie za póź­no, teraz muszę to zała­twić. Od wie­lu mie­się­cy nie opusz­cza­ła go myśl, że w imię miło­ści do czło­wie­ka musi usu­nąć sie­bie spo­śród żywych. I nawet jeśli nie było w pobli­żu tych wyła­nia­ją­cych się z głę­bi nocy i giną­cych w niej gości, to ich bru­tal­ność i okru­cień­stwo poja­wia­ły się w jego zbru­ka­nej wyobraź­ni jak coś ponad wszyst­ko ocze­ki­wa­ne­go, jak ostat­nia deska ratun­ku. Zatem dotych­czas nie ist­nie­li. Był bli­ski wnio­sku, że to z powo­du bole­sne­go bra­ku orga­zmu ich ist­nie­nie jest tyl­ko złu­dze­niem zmy­słów. Nie ist­niał ani ciem­no­skó­ry, powol­ny, cudow­ny wiel­ko­lud, któ­ry mógł być Cyga­nem albo pół-Cyga­nem, ani jego pro­win­cjo­nal­ny, z wyglą­du młod­szy pomoc­nik, ze zmierz­wio­ny­mi wło­sa­mi i węgier­ski­mi wąsi­ka­mi opa­da­ją­cy­mi po bokach warg, wie­dział, że w tym pustym świ­cie ucie­ka sam przed sobą. Wszyst­ko pozo­sta­łe to czy­ste roje­nia. Wyobra­żał sobie ponu­re, ozdo­bio­ne bla­sza­ny­mi kopu­ła­mi kamie­ni­ce, led­wie o tej porze oświe­tlo­ne per­ła­mi świa­teł pesz­teń­skie­go nabrze­ża. W kil­ku miesz­ka­niach widać było zapa­lo­ne świa­tło, a od lek­ko zachmu­rzo­ne­go nie­ba rów­no­mier­nie odbi­ja­ła się feeria czer­wo­no-żół­tych świa­teł mia­sta.

To są deko­ra­cje, to są tyl­ko posęp­ne deko­ra­cje, a w rze­czy­wi­sto­ści stoi samot­nie na pustej wyspie pomię­dzy dwie­ma wiel­ki­mi woda­mi.

Chro­ni go tyl­ko wła­sna wyobraź­nia.

Przy­pływ, któ­ry raz po raz przy­kry­wa go i pory­wa ze sobą, ale nigdy nie będzie niko­go miał – tyle wła­śnie jest war­te ludz­kie życie.

Powiew wia­tru doty­kał jego spo­co­nej pod czar­ną koszu­lą skó­ry.

Nie jestem – wypo­wie­dział pół­gło­sem. – I nie będę – dodał.

Jeśli chcę pozo­stać przy życiu – dorzu­cił w myślach – muszę przy­wyk­nąć do tego, że nie jestem – powtó­rzył jesz­cze raz pół­szep­tem.

Wiel­ka, wez­bra­na rze­ka roz­ta­cza­ła swo­je wonie i mrocz­nie falo­wa­ła z dłu­gi­mi, drżą­cy­mi świa­tła­mi na grzbie­cie. Już uci­chła, fale się uspo­ko­iły. Nie zale­wa­ły wzno­szą­cych się scho­dów nabrze­ży. Na stop­niu zanu­rzo­nym w wodzie żaby huś­ta­ły się, wyda­jąc z sie­bie gło­śny rechot. Dwa holow­ni­ki cią­gną­ce nie­bez­piecz­nie zanu­rzo­ne bar­ki zde­rzy­ły się ze sobą z hukiem, aż zadrża­ło kamien­ne kory­to rze­ki, były już dale­ko i dało się sły­szeć tyl­ko prze­cią­głe wycie ich syren. Jeden dźwięk docho­dził z pół­no­cy, zza sła­bo oświe­tlo­ne­go Mostu Árpáda, dru­gi z prze­ciw­le­głe­go kie­run­ku, zza wojen­nych ruin Mostu Elż­bie­ty.

Róż­nej wyso­ko­ści dźwię­ki zawi­sa­ły w wil­got­nym powie­trzu, a pomię­dzy dwo­ma brze­ga­mi uno­sił się za nimi tłu­sty dym.

Cza­sa­mi miał nie­od­par­te wra­że­nie, że jego isto­tę sta­no­wią jedy­nie słuch, węch i wzrok, że za pomo­cą zmy­słów podą­ża za ludź­mi. Za oso­ba­mi, któ­rych być może tak­że nie ma, czy, mówiąc ści­ślej, któ­rych wza­jem­ny dotyk spra­wia, że natych­miast tra­cą swo­ją cudow­ną cie­le­sną postać.

Świa­tło dnia psu­ło cie­le­sny czar chłop­ców i doro­słych męż­czyzn, a dotyk spra­wiał, że czar natych­miast pry­skał.

Zosta­wa­ła mu w dło­ni twar­da, sta­wia­ją­ca opór, nie­przy­jem­na mate­ria, dziw­ne uczu­cie, któ­re­go nie spo­sób zmyć mydłem. Czar dziew­cząt czy doj­rza­łych kobiet trwał dłu­żej i dzia­łał sil­niej, bo darzył je więk­szą ufno­ścią, i ta ufność była świę­ta. Wystar­czy­ło, że zmru­żył oczy, by nic nie widzieć, i mógł z nimi prze­kro­czyć cien­ką gra­ni­cę, gdzie spo­ty­ka się dusza z cia­łem; wte­dy trzeź­wiał. Po chwi­li ocią­ga­nia zda­rza­ło się, że poca­łu­nek trwał dłu­go albo wra­cał do nich krót­ki­mi poca­łun­ka­mi, ule­gał im, ale nigdy nie robił tego powtór­nie z tą samą kobie­tą.

Dzia­łał cał­kiem na trzeź­wo, lecz przy­po­mi­nać sobie o wszyst­kim nie było miłe, a jesz­cze bar­dziej przy­kre oka­za­ło­by się do tego wra­cać.

Jak gdy­by wie­dział, że je oszu­ka. Kie­dy czy­nił swo­ją powin­ność zgod­nie z powszech­nie przy­ję­tym rytu­ałem i ocze­ki­wa­nia­mi, czy przy­naj­mniej sta­rał się robić to, o czym nic nie wie­dział, z odra­zą wpa­try­wał się w wykrzy­wio­ne gry­ma­sem twa­rze i drżą­ce kobie­ce cia­ła. Ucie­kał od nich, kie­dy ponow­nie się zbli­ża­ły i pra­gnę­ły tego, co zawsze. Jak­by doty­kał szcze­gól­nej sub­stan­cji, któ­ra nie mia­ła wie­le wspól­ne­go z czę­sto przy­wo­ły­wa­ny­mi cie­le­sny­mi pra­gnie­nia­mi i skłon­no­ścia­mi, a im inten­syw­niej zbli­ża­ła się ze swo­imi ohyd­ny­mi cie­le­sny­mi pra­gnie­nia­mi, tym bar­dziej go od niej odrzu­ca­ło.

Od momen­tu pene­tra­cji kobie­ty już chcia­ły nie jego, lecz cze­goś, co mogły­by otrzy­mać od kogo­kol­wiek, kto ma chu­ja i wyczu­cie ryt­mu. Ale nie mógł nawet powie­dzieć tego, co w kół­ko powta­rza­li inni głu­pi face­ci, że kobie­ty potrze­bu­ją wyłącz­nie kuta­sa, gdyż w tym sen­sie te kobie­ty z upo­rem mania­ka grzecz­nie uda­wa­ły, jak gdy­by ten nie ist­niał, to musi im przy­znać.

O chu­ju w isto­cie rze­czy marzy­li jedy­nie face­ci, więc tego wszyst­kie­go po pro­stu nie­po­dob­na zro­zu­mieć.

Nie chciał wie­rzyć, że ludzie oszu­ku­ją się poprzez cie­le­sny dotyk i gorą­ce chwi­le speł­nie­nia.

Był w nim ktoś, kto z lodo­wa­tym spo­ko­jem towa­rzy­szył mu w każ­dym gorą­cym geście i przy każ­dej grzesz­nej myśli, ale jemu tak­że nie dowie­rzał.

Obec­ność tego kogoś, cho­ciaż nigdy się nie odzy­wał, z cza­sem sta­wa­ła się bar­dziej wyczu­wal­na.

Nie miał jed­nak tyle siły, żeby zawie­sić nie­zwy­kłą gra­wi­ta­cję fizycz­ne­go ist­nie­nia.

Nie mógł w to uwie­rzyć.

W isto­cie rze­czy nie wal­czył z tym, że widzi dwie rze­czy­wi­sto­ści, ale zma­gał się z kimś trze­cim. Któ­ry teraz też był z nim, cza­ił się gdzieś z boku, za jego ple­ca­mi, pod­czas gdy on stał tuż nad wodą i roz­my­ślał ukry­ty w głę­bo­kim cie­niu bia­łe­go dom­ku klu­bu żeglar­skie­go, a od wie­lu minut był obser­wo­wa­ny przez star­sze­go od nie­go o kil­ka lat chłop­ca.

Kie­dy z tru­dem poha­mo­wu­jąc nie­win­ne dysze­nie, prze­szedł przez oświe­tlo­ną łagod­ny­mi krę­ga­mi świa­teł latar­ni gazo­wych, cicho skrzy­pią­cą ścież­kę, śle­dzi­ło go rzecz jasna wię­cej spoj­rzeń niż tyl­ko tego jed­ne­go, cier­pli­wie sto­ją­ce­go na cza­tach star­sze­go chło­pa­ka.

W ślad za jego kro­ka­mi pomię­dzy wiel­ki­mi drze­wa­mi rosną­cy­mi wzdłuż dróż­ki bły­ska­ły jeden po dru­gim ogień­ki papie­ro­sów.

Czte­ry sza­lo­ne roz­ża­rzo­ne bły­ski dale­ko od sie­bie ponad jaśmi­na­mi.

Ci zawsze pra­gnę­li świe­że­go mię­sa.

Mło­dy czło­wiek ukry­ty w cie­niu bia­łe­go dom­ku klu­bu żeglar­skie­go szyb­ko mógł poli­czyć swo­ich kon­ku­ren­tów, oce­nić szan­se, ale ser­ce przy­spie­szy­ło mu dopie­ro wte­dy, kie­dy spa­ce­ro­wicz nie­pew­nie zatrzy­mał się nad wodą.

Usły­szał, ale nie zro­zu­miał, co tam­ten powie­dział pół­gło­sem.

Ema­no­wał złą ener­gią, więc lepiej nie – pomy­ślał. Jakiś wariat, łazi tu i gada do sie­bie. Głu­pi, mały chu­jo­tłuk.

To miła rzecz uwieść takie­go małe­go chu­jo­tłu­ka, a potem zosta­wić go same­go z jego wariac­twa­mi. Tacy gów­nia­rze wyobra­ża­ją sobie, że przy­da­rzy im się coś waż­ne­go. Jesz­cze jed­nak nie pod­jął decy­zji, czy sam ma go uwieść, czy zosta­wić innym, kie­dy widząc go z tyłu, roz­po­znał go po wypro­sto­wa­nej jak stru­na posta­wie.

To Kri­stóf Demén – wyma­wia­jąc to imię, był tak zasko­czo­ny, że nie wąt­pił w swo­je odkry­cie.

Ale coś w nim pękło, coś, co po cichu i nie­zau­wa­że­nie w sobie budo­wał. Ten Kri­stóf oka­zu­je się takim samym nie­szczę­śni­kiem jak ja, tyle że jest dopie­ro począt­ku­ją­cy, i tak samo w tym bez­na­dziej­ny, jak we wszyst­kim innym. Nie widział go czte­ry lata, ale nie­raz o nim marzył, cza­sa­mi bez­wied­nie, a cza­sa­mi z peł­ną świa­do­mo­ścią. Przez te czte­ry lata życie wyda­wa­ło się wiecz­no­ścią. Nie umiał o tym mówić i nie chciał z nikim o tym roz­ma­wiać, ale i tak pierw­sze, co przy­szło mu do gło­wy, to tyle, że nicze­go na szczę­ście niko­mu nie powie­dział. Jak­by przez te czte­ry lata myślał o nim jak o kimś, komu może powie­rzyć swo­je kosz­mar­ne tajem­ni­ce. Ile­kroć prze­jeż­dżał tram­wa­jem przed kamie­ni­cą na bul­wa­rze, spo­glą­dał w okna z myślą, że wej­dzie na górę i otwo­rzy swo­ją duszę, i tego pra­gnął nawet bar­dziej niż jego cia­ła. Nie zro­bił tego ze stra­chu, co było­by póź­niej.

Czło­wiek szu­ka śmiet­ni­ka dla swo­jej duszy, a potem zawsze się oka­zu­je, że natra­fił po pro­stu na gadu­łę, takie miał wła­śnie doświad­cze­nia.

Tam­ten był jedy­nym męż­czy­zną, któ­ry budził w nim poku­sę, był­by tym jedy­nym, i ta świa­do­mość przy­pra­wi­ła go o dresz­cze, bo to ozna­cza­ło­by koniec próż­nych nadziei. To też prze­cież tyl­ko mały głu­pi pedał. W grun­cie rze­czy nie było na świe­cie niko­go, komu mógł­by o tym powie­dzieć.

Tego wie­czo­ra Kri­stóf miał na sobie czar­ną koszu­lę i czar­ne spodnie, na nogach czar­ne buty, a że jest total­nym głup­kiem – pomy­ślał o nim ten dru­gi – to zapew­ne ma też czar­ne skar­pet­ki. Na let­nim obo­zie w Hohen­wal­deck, gdzie razem spę­dzi­li lato w pięć­dzie­sią­tym siód­mym, każ­de­go rana przy­pa­try­wał się z łóż­ka jego wymu­ska­ne­mu ubio­ro­wi. W mro­ku nocy roz­po­znał jego syl­wet­kę, nie­moż­li­wą do pomy­le­nia z nikim innym posta­wę, nagą szy­ję, pro­por­cje i regu­lar­ną w swo­im owa­lu czasz­kę.

Cały na czar­no ubie­rał się nie z powo­du naj­now­szej mody, choć ta też nie była bez zna­cze­nia, czar­ny kolor miał spra­wić, by w ciem­no­ściach nocy stał się nie­wi­docz­ny.

Co też nale­ża­ło do jego wła­śnie odkry­tej zwie­rzę­cej natu­ry.

Ten dru­gi jed­nak pamię­tał go, jak stał przed sza­fą i dobie­rał kolo­ry ubrań.

Żeby było widać co naj­wy­żej ręce i twarz.

O tym jed­nak nie pomy­ślał pod­glą­da­ją­cy go mło­dzie­niec, gdyż dla nie­go noce mia­ły inny sens.

Nosił obci­słe pod­ko­szul­ki, nigdy ciem­ne, tyl­ko żół­te albo bia­łe, i krót­kie, wąskie spoden­ki. Nigdy nie miał bok­se­rek. Kupo­wał wyłącz­nie takie rze­czy, w któ­rych mógł bez ogra­ni­czeń poka­zy­wać i ofe­ro­wać swo­je cia­ło, i w każ­dej chwi­li bez pro­ble­mu te ubra­nia z sie­bie zrzu­cić. Na nogach miał skó­rza­ne san­da­ły z kil­ku rze­my­ków, wyglą­dał, jak­by był nagi. W takie miej­sca nikt nie cho­dzi ubra­ny na czar­no, bo na ubra­niu widać wte­dy naj­mniej­szy pyłek.

Moc­no go poru­szy­ło, że w takim miej­scu spo­ty­ka tego bojaź­li­we­go chłop­ca z dobre­go domu, któ­re­go od pierw­szej chwi­li ota­czał opie­ką.

Co za kre­tyn, w co on się wplą­tał. Albo postra­dał zmy­sły i mówi sam do sie­bie.

A może już wte­dy dla­te­go wyda­wał się taki łagod­ny i dziw­ny, że od daw­na doj­rze­wa­ło w nim sza­leń­stwo. Zwa­rio­wał czy nie, poczuł, że musi natych­miast go stąd zabrać, że trze­ba dur­nia wypro­wa­dzić z tego miej­sca. Żeby nie ziści­ło się to, co od daw­na się szy­ku­je. Trze­ba ochro­nić go przed wie­dzą, któ­ra nie jest prze­zna­czo­na dla nie­go i do któ­rej nie został przy­go­to­wa­ny. W jed­nej chwi­li dostrzegł, że idio­ta eks­pe­ry­men­tu­je ze sobą, i nawet gdy­by napraw­dę w to wszyst­ko wdep­nął, to i tak zawsze pozo­sta­nie out­si­de­rem. Naj­le­piej było­by zrzu­cić go z tych scho­dów pro­sto do Duna­ju. Niech sobie pły­nie, i tak nie będzie z nie­go praw­dzi­we­go fle­ci­sty.

Chy­ba dla­te­go pomy­ślał o takim bru­tal­nym roz­wią­za­niu, że to, co zoba­czył, nie wzmoc­ni­ło w nim poczu­cia, że jego życie jest coś war­te, a wręcz prze­ciw­nie, nie­mal mu je ode­bra­ło.

Jak gdy­by mówi­ło, że nie, to nie­moż­li­we, Kri­stóf nie może być peda­łem.

On też by tego nie robił, gdy­by go nie zmu­szo­no. Świat prze­cież funk­cjo­nu­je nor­mal­nie, a pedal­stwo to tyl­ko odstęp­stwo, o któ­rym nie wol­no nawet wie­dzieć nie­wta­jem­ni­czo­nym. Moc­no zacią­gnął się ukry­tym w dło­ni papie­ro­sem i cien­ką pode­szwą san­da­ła wgniótł roz­ża­rzo­ne­go peta w czar­ny żwir.

Nie chciał za wcze­śnie się zdra­dzić. Czy raczej w ogó­le nie chciał się ujaw­nić przed Kri­stó­fem.

Chy­ba że w odpo­wied­niej chwi­li, kie­dy będzie miał z tego jakąś korzyść. Jak gdy­by już posta­no­wił, że zgar­nie tego chłop­ca. Fir­ma była­by napraw­dę bar­dzo wdzięcz­na za taki sowi­ty łup.

Zacie­ra­li­by rącz­ki. Jesz­cze mle­ko pod nosem, a już mówi w kil­ku języ­kach i nie ma książ­ki ani ency­klo­pe­dii, któ­rej by nie znał.

Kon­ku­ren­ci ukry­ci pomię­dzy drze­wa­mi obser­wo­wa­li spa­da­ją­cy ogie­niek. Wszy­scy, któ­rzy tu przy­cho­dzi­li, zna­li się z widze­nia. Nowe mię­so było czymś nader rzad­kim.

I jaką mamy dziś dosta­wę – pyta­li każ­de­go wie­czo­ra nowo przy­by­li.

A jeśli aku­rat się nie zna­li, to i tak wie­dzie­li, co i jak, dla­cze­go ten dru­gi wła­śnie robi tak, a nie ina­czej. Zdol­no­ści mło­dzień­ca w krót­kich spoden­kach zna­ne były sze­ro­ko tak­że na innych miej­skich łowi­skach, w Par­ku Ludo­wym, w Par­ku Miej­skim, w Kisku­lacs albo w pod­ziem­nych wuce­tach, w łaź­niach, na Krwa­wym Polu czy w bistro zwa­nym Miej­ska Bra­ma. Kie­dy tyl­ko się poja­wiał, nale­ża­ło się ba,ć bo bez­względ­nie i bły­ska­wicz­nie pozby­wał się kon­ku­ren­tów.

Sta­li pod drze­wa­mi z papie­ro­sa­mi w dło­niach i nie rozu­mie­li, dla­cze­go Pista się za nie­go nie zabie­ra.

Może odpa­li któ­re­muś z nas tego anio­łecz­ka z maleń­kim kuta­si­kiem.

Wie­dział, że tych czte­rech tak wła­śnie inter­pre­tu­je jego bez­ruch, ale nawet przez myśl mu nie prze­szło, by wyjść z cie­nia klu­bu.

Niech go sobie bio­rą, jak chcą.

Raczej cze­kał na to, że Kri­stóf wresz­cie się ruszy, jak­kol­wiek i z kim­kol­wiek, a on pota­jem­nie będzie mógł go śle­dzić. Nie odda­li się ani na krok. Jego cia­ło już go nie pra­gnę­ło, mimo że w ostat­nich czte­rech latach czę­sto o nim myślał, wyobra­żał sobie jego war­gi i nie­po­rad­ną nagość, małą, jędr­ną pupę, i obra­zy te słod­ko koły­sa­ły go do snu. Ale przed­miot rytu­ału i real­na oso­ba nie mia­ły ze sobą nic wspól­ne­go.

Tam­tej cie­płej nocy u począt­ku lata był wobec nie­go niczym sopel lodu, bo nie­ocze­ki­wa­nie zro­zu­miał, że zawsze pota­jem­nie go kochał i nadal kocha. Było przed nimi życie i z rado­ścią by je z nim spę­dził.

Pocze­ka, aż któ­ryś porząd­nie go prze­rżnie, i dopie­ro wte­dy go zacze­pi.

Gdy pod­eks­cy­to­wa­ny i zawsty­dzo­ny będzie pędził do domu do swo­jej kocha­nej cio­tecz­ki.

Naj­le­piej, jeśli zro­bi to na pustym moście. Zde­ma­sku­je go i znisz­czy. Nawet czub­ki two­ich ślicz­nych czar­nych butów masz, mój dro­gi, upa­pra­ne sper­mą. To wła­śnie mu powie. Jeśli pozwo­lisz, chciał­bym cię o tym poin­for­mo­wać. Jego pięk­ne nagie uda od dłu­gie­go ocze­ki­wa­nia i pod­nie­ca­ją­cej myśli o zdra­dzie pokry­ły się gęsią skór­ką. O tak póź­nej porze dopraw­dy nie liczył na taki cen­ny łup. Cie­szył się ze swo­je­go odkry­cia jak czło­wiek, któ­ry zacie­ra ręce w ocze­ki­wa­niu dobre­go zarob­ku. Chciał się natych­miast na nim zemścić, i miał za co.

Nie­na­wi­dził go z całe­go ser­ca, dokład­nie tak samo jak sie­bie same­go, więc oko­licz­ność, że jest od nie­go zależ­ny, spra­wia­ła, że czuł się szczę­śli­wy.

Mam cię w ręku, wstręt­ny mały Żyd­ku.

Kri­stóf tym­cza­sem, nicze­go nie podej­rze­wa­jąc, roz­ko­szo­wał się gro­bo­wą ciszą i zma­gał się z żyją­cy­mi w nim róż­ny­mi oso­ba­mi.

Dru­ga żyją­ca w nim oso­ba nie mówi­ła mu, żeby zszedł do wody, tam, gdzie na lśnią­cych sza­rych scho­dach zie­le­ni­ły się ciem­ne glo­ny.

Ale nie mówi­ła też, żeby nie szedł.

Lepiej było­by sko­czyć z mostu. Ale nie mówi­ła też, żeby rzu­cił się z mostu w głę­bi­nę, choć on już wypa­trzył dobre miej­sce na moście, z któ­re­go naj­le­piej było­by sko­czyć do rze­ki. Żeby pęd nie rzu­cił go na fila­ry, wła­śnie tak chciał­by ze sobą skoń­czyć. Żeby zabra­ła go woda, tak samo jak przy dru­gim brze­gu kie­dyś zabra­ła cia­ła i ran­nych zastrze­lo­nych przez strza­ło­krzy­żow­ców seria­mi z kara­bi­nów.

Żeby ślad nie pozosta.ł

Może to była jakaś trze­cia oso­ba, któ­ra myśla­ła w nim takie rze­czy, to już nie jestem ja – pomy­ślał – bo ta oso­ba nie mia­ła dla nie­go żad­ne­go współ­czu­cia, mimo że zawsze i każ­de­mu bez słów dawa­ła do zro­zu­mie­nia, jaki­mi go darzy uczu­cia­mi.

W każ­dym razie od pew­ne­go cza­su czuł, że w ciem­no­ściach jest ktoś, kto ma wobec nie­go jakieś zamia­ry.

Nie spoj­rzał na zega­rek, ale już napraw­dę miał ocho­tę sobie pójść, nie dla­te­go, żeby nic wię­cej nie mogło się wyda­rzyć, i żeby nie uwiódł go olbrzym, lecz popę­dza­ło go poczu­cie, że czas prze­stał ist­nieć.

Musi się stąd natych­miast odda­lić, i może lepiej, żeby wresz­cie ze sobą skoń­czył.

Zyskał pew­ność, że nie nale­ży z tym dłu­żej cze­kać. W jego dru­gim życiu nie nale­ża­ło mieć świa­do­mo­ści upły­wa­ją­ce­go cza­su.

To były noce, któ­rych kre­sem nie był brzask, bo nie przy­cho­dził po nich świt.

O autorach i autorkach

Elżbieta Sobolewska

Hungarystka, redaktorka, tłumaczka współczesnej prozy węgierskiej, głównie z nurtu postmodernizmu. Laureatka Nagrody im. Milána Füsta za całokształt pracy translatorskiej (2015) oraz Angelusa 2018 za najlepszy przekład roku za Pamięć Pétera Nádasa. Autorka kilkudziesięciu przekładów współczesnej prozy węgierskiej, esejów i tekstów publicystycznych, a także rozmów z tłumaczonymi przez nią najważniejszymi pisarzami węgierskimi, takimi jak Imre Kertész, László Krasznahorkai, Péter Nádas. Menadżerka projektów wydawniczych, popularyzatorka literatury węgierskiej.

Powiązania

Jesteśmy autorami przekładu

wywiady / o książce Artur Burszta Elżbieta Sobolewska

Roz­mo­wa Artu­ra Bursz­ty z Elż­bie­ta Sobo­lew­ską, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki Histo­rie rów­no­le­głe: W głę­bi nocy Péte­ra Náda­sa w tłu­ma­cze­niu Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 6 paź­dzier­ni­ka 2026 roku.

Więcej

Marta CARNICERO HERNANZ, Endre KUKORELLY, Marta PAWŁOWSKA, Elżbieta SOBOLEWSKA, Antonina TOSIEK i Antonina CAR: Matrioszki, Dom, wojna, umarli

nagrania / transPort Literacki Różni autorzy

Spo­tka­nie wokół ksią­żek Matriosz­ki Mar­ty Car­ni­ce­ro Her­nanz, Dom, woj­na, umar­li Endre Kuko­rel­ly­’e­go z udzia­łem Mar­ty Car­ni­ce­ro Her­nanz, Endre Kuko­rel­ly­’e­go, Mar­ty Paw­łow­skiej, Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej i Anto­ni­ny Tosiek w ramach festi­wa­lu Trans­Port Lite­rac­ki 31. Muzy­ka Anto­ni­na Car.

Więcej

Literatura stanowi jedność

wywiady / o książce Elżbieta Sobolewska Endre Kukorelly

Roz­mo­wa Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej z Endre Kuko­rel­lym, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki Dom, woj­na, umar­li Endre Kuko­rel­ly­ego w tłu­ma­cze­niu Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 19 maja 2025 roku.

Więcej

Rozmowy na koniec: odcinek 22 Jacek Godek, Katarzyna Skórska, Elżbieta Sobolewska

nagrania / transPort Literacki Różni autorzy

Dwu­dzie­sty dru­gi odci­nek z cyklu „Roz­mo­wy na koniec” w ramach festi­wa­lu Trans­Port Lite­rac­ki 28. Muzy­ka Resi­na.

Więcej

Wściekłość i gniew

wywiady / o książce Benedek Totth Elżbieta Sobolewska

Roz­mo­wa Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej z Bene­de­kiem Tot­them, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki Tru­pi bieg Bene­de­ka Tot­tha w tłu­ma­cze­niu Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej, któ­ra uka­że się w Biu­rze Lite­rac­kim 20 mar­ca 2023 roku.

Więcej

Trupi bieg (2)

utwory / zapowiedzi książek Benedek Totth Elżbieta Sobolewska

Frag­men­ty zapo­wia­da­ją­ce książ­kę Tru­pi bieg Bene­de­ka Tot­tha w tłu­ma­cze­niu Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej, któ­ra uka­że się w Biu­rze Lite­rac­kim 20 mar­ca 2023 roku.

Więcej

Trupi bieg (1)

utwory / zapowiedzi książek Benedek Totth Elżbieta Sobolewska

Frag­men­ty zapo­wia­da­ją­ce książ­kę Tru­pi bieg Bene­de­ka Tot­tha w tłu­ma­cze­niu Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej, któ­ra uka­że się w Biu­rze Lite­rac­kim 20 mar­ca 2023 roku.

Więcej

Jak czytać Magnetyczną górę?

recenzje / ESEJE Elżbieta Sobolewska

Szkic Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej, towa­rzy­szą­cy wyda­niu książ­ki Réki Mán-Vár­he­gyi Magne­tycz­na góra, w tłu­ma­cze­niu Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej, któ­ra uka­za­ła się w Biu­rze Lite­rac­kim 6 lip­ca 2020 roku.

Więcej

Magnetyczna góra (fragment)

utwory / zapowiedzi książek Elżbieta Sobolewska Réka Mán-Várhegyi

Frag­ment zapo­wia­da­ją­cy książ­kę Réki Mán-Vár­he­gyi Magne­tycz­na góra, w tłu­ma­cze­niu Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej, któ­ra uka­że się w Biu­rze Lite­rac­kim 6 lip­ca 2020 roku.

Więcej

Kroniki ukrytej prawdy, Sroga zima oraz Biblia i inne historie

nagrania / stacja Literatura Różni autorzy

Spo­tka­nie wokół ksią­żek Kro­ni­ki ukry­tej praw­dy Pere­’a Cal­der­sa, Sro­ga zima Ray­mon­da Quene­au i Biblia i inne histo­rie Péte­ra Náda­sa z udzia­łem Anny Sawic­kiej, Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej, Anny Wasi­lew­skiej, Anny Kału­ży i Jaku­ba Skur­ty­sa w ramach festi­wa­lu Sta­cja Lite­ra­tu­ra 24.

Więcej

Podskórne zło

wywiady / o książce Elżbieta Sobolewska Juliusz Pielichowski

Roz­mo­wa Juliu­sza Pie­li­chow­skie­go z Elż­bie­tą Sobo­lew­ską, towa­rzy­szą­ca wyda­niu książ­ki Biblia i inne histo­rie Péte­ra Náda­sa, w tłu­ma­cze­niu Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej, któ­ra uka­za­ła się w Biu­rze Lite­rac­kim 7 paź­dzier­ni­ka 2019 roku.

Więcej

Historie chłopców dorastających w realiach komunistycznego reżimu

recenzje / KOMENTARZE Elżbieta Sobolewska

Komen­tarz Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej towa­rzy­szą­cy wyda­niu książ­ki Biblia i inne histo­rie Péte­ra Náda­sa, w tłu­ma­cze­niu Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej, któ­ra uka­za­ła się w Biu­rze Lite­rac­kim 7 paź­dzier­ni­ka 2019 roku.

Więcej

Biblia i inne historie

utwory / zapowiedzi książek Elżbieta Sobolewska Péter Nádas

Frag­ment zapo­wia­da­ją­cy książ­kę Péte­ra Náda­sa Biblia i inne histo­rie, w tłu­ma­cze­niu Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej, któ­ra uka­że się w Biu­rze Lite­rac­kim 7 paź­dzier­ni­ka 2019 roku.

Więcej

Wielka rzeka ludzkiej pamięci

wywiady / o książce Elżbieta Sobolewska Krzysztof Sztafa

Roz­mo­wa Krzysz­to­fa Szta­fy z Elż­bie­tą Sobo­lew­ską, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki Pamięć Péte­ra Náda­sa, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 3 kwiet­nia 2017 roku, a wer­sji elek­tro­nicz­nej 2 paź­dzier­ni­ka 2017 roku.

Więcej

Pamięć – spowiedź tłumacza

recenzje / KOMENTARZE Elżbieta Sobolewska

Autor­ski komen­tarz Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej do prze­kła­du Pamię­ci Pete­ra Náda­sa, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 3 kwiet­nia 2017 roku.

Więcej

Jesteśmy autorami przekładu

wywiady / o książce Artur Burszta Elżbieta Sobolewska

Roz­mo­wa Artu­ra Bursz­ty z Elż­bie­ta Sobo­lew­ską, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki Histo­rie rów­no­le­głe: W głę­bi nocy Péte­ra Náda­sa w tłu­ma­cze­niu Elż­bie­ty Sobo­lew­skiej, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 6 paź­dzier­ni­ka 2026 roku.

Więcej