Artur Burszta: Po Pamięci, Biblii i innych historiach, oraz dwóch tomach Historii równoległych masz ponad dwa tysiące stron prozy Pétera Nádasa. Czy po takim czasie tłumacz zaczyna rozpoznawać rytm autora, jeszcze zanim zdanie zostanie doprowadzone do końca?
Elżbieta Sobolewska: W pewnym sensie zapewne tak. Są pewne powtarzalne konstrukcje, sytuacje dramaturgiczne pozwalające z góry przewidzieć rytm tekstu. Nie wolno jednak zapominać, że prozodie tak odległych od siebie języków jak polski i węgierski są zupełnie różne. Trzeba zatem mieć w głowie jakiś odpowiednik. Można to określić jako przenoszenie rejestrów. I w tym sensie istotnie już na początku polskiego zdania mogę przewidzieć, do jakiego końca zmierzam w języku docelowym.
Ale wspomnieliśmy tylko o rytmie. Nie wolno jednak zapominać, że sens – mam na myśli treść węgierskiego zdania – często z powodów składniowych wyjaśnia się dopiero na samym końcu. Zatem po pierwsze: dopiero po przeczytaniu wiem, co dalej. Fakt, że czytam szybko i widzę zdanie w całości… No, ale nie takie długie jak u Nádasa. Muszę jednak przeczytać je do końca.
Oczywiście często pracuje się metodą prób i błędów. Dzisiejsza technika pozwala próbować niemal bez końca. Kiedyś, w czasach maszyn do pisania, takie próby były trudne, a pod koniec kartka papieru wyglądała niczym wielowarstwowy palimpsest. No, ale na szczęście to już zamierzchła historia z moich studenckich początków translatorskiej przygody.
Nádas mówił mi, że podczas pisania musiał utrzymać odrębny ton i dynamikę poszczególnych wątków oraz postaci. Czy tłumacz podczas pracy nad taką powieścią również prowadzi równolegle kilka różnych języków i sposobów opowiadania?
Naturalnie. Zresztą w tradycyjnej powieści też spotykamy się z bohaterami odróżnianymi właśnie poprzez używany przez nich język. Tu też różne rozdziały, choć dziejące się w podobnym czasie i miejscu, bo wszystko to jest, powiedzmy, połowa dwudziestego wieku i Europa Wschodnia, opowiadają o losach różnych osób.
Rozważania na tym poziomie to jednak banał. Ciekawsza jest cała dynamika rozdziałów, która rzeczywiście różni się między sobą napięciem i tonem. Mamy choćby obóz nazistowski i ponadstustronicową scenę erotyczną. To mogłyby być dwie opowieści, dwie nowele czy, tak częste i typowe dla węgierskiej prozy, dwie krótkie powieści. A takich przykładów w trzytomowych Historiach równoległych jest znacznie więcej. I one muszą być od siebie różne. Tym bardziej że narrator jest ukryty, nie ma swojego języka, niczego nie narzuca. Narratorem jest zawsze postać z opowieści, a ta ma swój, raz taki, a raz inny język.
W prozie Pétera Nádasa składnia bardzo często staje się nośnikiem sensu. Co właściwie masz na myśli, mówiąc o składni? Czy chodzi przede wszystkim o szyk zdania, jego długość, sposób budowania zdań złożonych? I czy zdarzają się miejsca, w których polszczyzna wyraźnie opiera się węgierskiemu oryginałowi?
Języka do niczego nie można zmusić. To żywy organizm, który ma swoje prawa. Tam, gdzie wielokrotnie złożone zdania autora są trudne w lekturze, takie winny pozostać również dla czytelnika biorącego do ręki przekład. Ale z tym nośnikiem sensu to jednak trochę przesada. Tak w ogóle bywa, że składnia może zmieniać sens, ale węgierski jest akurat językiem składniowo dość sztywnym, a naruszenie obowiązujących reguł w większości przypadków równałoby się użyciu błędnej węgierszczyzny.
Przede wszystkim jednak najpierw należałoby wyjaśnić, co masz na myśli, wspominając o składni. Bo to jest bardzo szeroka dziedzina. Możemy mówić o szyku zdania, ale także o jego budowie, czyli o współrzędności bądź podrzędności. Ale też o długości. I to jest właściwie jedyny element niezmienny. Z niego także wynika rytm i dramaturgia tekstu. Nádas jest mistrzem zdań złożonych. U niego zdanie na stronę czy dwie nie jest interpunkcyjnym efekciarstwem, gdzie w miejsce kropki autor stawia przecinek, a prozodia pozostaje taka sama, jak gdyby była tam kropka. To bardzo łatwo sprawdzić niemal bez żadnej wiedzy językoznawczej. Wystarczy po prostu przeczytać głośno tekst.
Inna kwestia to szyk. Węgierska składnia jest tak inna od polskiej, że pójście za nią dałoby nieprofesjonalny efekt. Trzeba zrobić tak, żeby te wielokrotnie „pozawijane” zdania, których zresztą więcej jest w Pamięci niż w Historiach równoległych, przenieść bez uszczerbku do polszczyzny, słowem, rozwinąć i zawinąć z powrotem. Niczego po drodze nie zgubiwszy. A najbardziej należy się ustrzegać składniowych kalk, bo z tego to już naprawdę wychodzą językowe potworki. Dla początkujących tłumaczy to zawsze duża pokusa zrobić tak jak autor. Ale przecież autor odnosi się do innej rzeczywistości językowej i nawet nie myśli o tym, co się stanie z jego tekstem w dżungli translatorskich zmagań. Zresztą tekst jest oddzielnym bytem, dekonstruujemy tekst, a nie myśli czy zamiar autora.
W jakim stopniu tłumaczenie Nádasa jest pracą nad pojedynczym zdaniem, a w jakim nad całymi sekwencjami i przepływem tekstu przez kilkanaście czy kilkadziesiąt stron?
Na to pytanie nie ma dobrej, a przynajmniej krótkiej odpowiedzi. To jest praca nad jednym i nad drugim jednocześnie. Robisz zdanie, a myślisz o całości. Jak ono się wpisze w dynamikę rozdziału, a zwłaszcza cyklu rozdziałów, tu budowanych w konwencji A, B, C. One się ze sobą przeplatają, przeskakujesz z jednego świata w drugi, potem w kolejny. I wracasz. Nie zawadzi pamiętać, do czego. Mam na myśli brzmienie i rytm.
W prozie Nádasa niezwykle ważną rolę odgrywa ciało: jego pamięć, zapachy, dotyk, oddech, napięcie mięśni. Czy język cielesności należy do najtrudniejszych obszarów tego przekładu? I czy po latach pracy z tym autorem ciało stało się dla Ciebie częścią jego języka równie oczywistą jak składnia?
Proza Nádasa jest bardzo sensualna. Tym chociażby mocno się odróżnia od tradycyjnie epickiego prowadzenia historii. Każdy element odczuwania niesie ze sobą treść. O ludzkich odczuciach mówi ciało, a nie komentarz narratora. Za jego sprawą wiemy, co dzieje się w psychice bohaterów.
Ciało jest oczywiste, mówienie o nim mniej. Zwłaszcza że polszczyzna, przynajmniej współczesna, jest w tej sferze dosyć uboga. W kwestii seksualności mamy słownictwo wulgarne i słownictwo medyczne. A po środku wielka pustka. U Nádasa tymczasem seksualność i opisy z nią związane są jednym z ważniejszych wątków. Gdybym myślała o tym w sposób „zachowawczo-obrazoburczy”, stustronicowe opisy seksu nie znalazłyby przekładowego rozwiązania. A jeszcze większy kłopot pojawiłby się we fragmentach, w których pojawia się wątek homoseksualny.
Najlepszym podejściem okazało się więc podejście, które nazywam „chirurgicznym”. Jest opis sytuacji, są emocje bohaterów, należy to rozłożyć na elementy i poskładać po polsku. Niby proste. Ale tak naprawdę to była męka, szczegółowość posunięta niemal do karykaturalnego absurdu. Nawet czasami trudno było sobie taką scenę wyobrazić. Nie mamy do tego naturalnego języka. Trzeba było go stworzyć. Czasami gdzieś się wycofać, gdzieś coś dodać.
Polski redaktor często ma odruch usuwania powtórzeń. U Nádasa powrót tych samych słów, obrazów czy gestów jest jednak częścią konstrukcji świata. Jak rozpoznać moment, w którym powtórzenie jest koniecznością, a nie niedoskonałością tekstu?
Z powtórzeniami trzeba postępować dość uważnie. Z jednej strony są one zamierzone przez autora, nie wynikają z redakcyjnego niechlujstwa, a z drugiej polszczyzna wykazuje tu znacznie mniej tolerancji. Słowem, to, co w tekście intencjonalne, w przekładzie może wydać się czytelnikowi przypadkowe i stylistycznie obciążające. Trzeba więc znaleźć złoty środek i zostawiać powtórzenia tylko tam, gdzie brzmią naturalnie, coś podkreślają albo choćby nadają zdaniu rytm i mają wyraźne cechy celowości.
Słowem, nadmierna redakcja potrafi zaszkodzić tekstowi, umiarkowana zwraca uwagę, że gdzieś mogło przemknąć w przekładzie niepotrzebne powtórzenie. Powtórzenia obrazów to zupełnie inna sprawa, tu już nie pojawiają się tego rodzaju lingwistyczne ograniczenia.
Czy przy tak dużej i wieloletniej pracy budujesz własną mapę postaci, motywów i powracających obrazów?
Gdybym miała na przekład Historii więcej czasu, poświęciłabym go właśnie na prześledzenie całości z taką już dobrze rozrysowaną mapą. Ale to mrzonki. My pracujemy w wiecznym niedoczasie, zwłaszcza przy tak gigantycznych projektach jak ten.
Można sobie wyobrazić bardzo wiele różnych narzędzi i sposobów sprawdzania, na ile to, co robię, odpowiada założeniom, które w teorii przyjmuję. I pewnie chętnie bym z nich korzystała. Jednak po skończeniu przekładu byłaby to już tylko sztuka dla sztuki, pozbawiona wszelkiej funkcjonalności. A ja jestem niepoprawnym dzieckiem Bauhausu. Najpierw funkcja, potem estetyka. Oczywiście w architekturze to się przedstawia trochę inaczej. W wątku jednego z bohaterów Nádasa jest o tym mowa. Dyskusje, czy piękny, czy wierny, czy ładne, czy dobre. No bo jaki jest właściwie dobry przekład?
Nádas pisał Historie równoległe przez osiemnaście lat. Czy tłumaczenie takiej książki również wymaga osobnego rodzaju cierpliwości i długiego trwania przy tekście? Czy jest moment, kiedy tłumacz zaczyna żyć w świecie książki równie długo jak jej autor?
Cierpliwości wymaga tak samo jak każda inna książka. Natomiast poziom skupienia, jaki jest konieczny przy tego rodzaju prozie, to rzeczywiście osobna jakość. Przeszkadza niemal każdy dźwięk, nie można słuchać muzyki, co chętnie robię, np. pisząc o książkach czy autorach.
A to drugie pytanie powinieneś zadać swojej księgowej. Nawet nie słyszałam ani nie znam wydawcy, który by podpisał umowę wydawniczą na osiemnaście lat.
Wielu czytelników mówi o lekturze Nádasa raczej jako o doświadczeniu niż o śledzeniu fabuły. Czy tłumacz również pracuje nad doświadczeniem czytelnika? Jak to doświadczenie powstaje w przekładzie?
O ile samą siebie uznam za czytelnika, to tak. Z nadzieją, że stworzę dla innych świat, który dla mnie otworzył się po węgiersku. Jednak nie w takiej kolejności. Emocje czytelnika budują właśnie szczegóły, zdania w swojej konstrukcji, ich porządek, długość, dynamika. Trzeba stworzyć te mikroświaty, żeby z nich narodziło się uniwersum powieści. Przy tak gigantycznej powieści jak Historie równoległe to wcale niełatwe. Zwłaszcza że nie ma możliwości przeczytania wszystkiego jeszcze raz po zakończeniu całości. Wydajemy przecież tom po tomie. Rok po roku.
Czy można przetłumaczyć Nádasa poprawnie, zachowując znaczenie każdego zdania, a jednocześnie zgubić coś zasadniczego, jego rytm, napięcie, sposób prowadzenia czytelnika?
Taki błąd można popełnić w każdym przekładzie trudniejszego tekstu literackiego. Nawet na pewno można. Tylko nie warto. Poprawne tłumaczenie zdań, a tym bardziej słów, będzie w najlepszym razie rzemieślniczą robotą, daleką od literackiego zamysłu oryginału. To bowiem zawiera się w intertekstualnej warstwie osadzonej właśnie na rytmie i sposobie budowania wewnętrznego napięcia. Tu największą rolę odgrywa słuch, bo innych, akademickich narzędzi, jak już wspomniałam, w zasadzie nie mamy do dyspozycji.
Po latach pracy z jednym autorem tłumacz zachowuje wobec jego języka dystans, czy przeciwnie, zaczyna się z nim prowadzić pewnego rodzaju dialog? Czy po takim czasie pracy z Nádasem masz wrażenie, że możesz przewidywać kierunek jego zdania albo sposób prowadzenia narracji?
Ja nie wiem i nie chcę wiedzieć, co zamierzał autor.
Co w prozie Nádasa jest dla Ciebie dzisiaj najtrudniejsze, a co po tylu latach stało się najbardziej rozpoznawalne?
Natychmiast wyczuwam warstwę stylistyczną przypisaną do bohatera. Oni są u Nádasa bardzo wyraziści. Buduję dla siebie tę postać, tak jak ją odczytuję z tekstu, i od razu wiem, w jakich warstwach polszczyzny szukać rozwiązania. Najtrudniejsze natomiast jest coś, co nie wynika ani z zamiaru, ani z koncepcji autora.
Czy jest coś w jego pisarstwie, czego jako tłumaczka długo nie rozumiałaś, a co z czasem zaczęło się przed Tobą otwierać?
Nie, nie sądzę. Nie rozumiejąc, nie umiałabym pracować.
Masz za sobą pracę nad prozą dwóch pisarzy, którzy zajmują wyjątkowe miejsce we współczesnej literaturze węgierskiej – Pétera Nádasa i László Krasznahorkaia. Czy przechodząc od jednego do drugiego, musisz zmieniać sposób pracy? Czy inaczej „słuchasz” Nádasa, a inaczej Krasznahorkaia?
Słucham tak samo. Ale coś innego słyszę.
Otrzymałaś Nagrodę Literacką Gdynia za przekład A świat trwa Krasznahorkaiego. Powiedziałaś wtedy o „intuicji literackiej”. Co właściwie oznacza intuicja tłumacza?
Ja nie miałam na myśli intuicji tłumacza, ale intuicję hungarysty. Osoby, która jeździła do Budapesztu na stypendia, żeby uzupełnić warszawskie studia, i trafiła na moment najlepszy z możliwych.
Notabene, nie lubię określenia „tłumacz”. My jesteśmy autorami przekładu. I wiele języków, w tym węgierski, stosuje takie rozróżnienie. Można niemal nie znać języka, jak na przykład Bohdan Zadura, a zrobić znakomity przekład Tragedii człowieka Imre Madácha, dziewiętnastowiecznego poematu, który w poprzednich przekładach był po prostu niestrawny. Tłumacz musi znakomicie znać język, z którego tłumaczy, a z polszczyzną bywa różnie. Ale w zawodzie tłumacza to nie jest problem. Z nami jest inaczej.
Ale wracając do naszego wątku. W drugiej połowie lat osiemdziesiątych na rynku literackim pojawiło się nowe pokolenie prozaików. Ich twórczość nazwano wtedy nową prozą węgierską, mówiono o nowym stylu, o zmianie paradygmatu. Miałam wówczas bliskie kontakty ze środowiskiem literackim zgrupowanym wokół Koła Attili Józsefa (JAK). Zapraszano mnie na spotkania, wskazywano ciekawe książki itd. Miałam informacje z pierwszej ręki, kim warto się zainteresować. Czasami jeszcze przed premierą księgarską powieści ukazywały się w prasie literackiej. Tak trafiłam między innymi na książki trzech pisarzy: Pétera Esterházyego, László Krasznahorkaiego i Pétera Nádasa, a także László Kertésza, choć to inne pokolenie.
Po powrocie do Warszawy proponowałam je wydawcom, ale spotkałam się z jawną niechęcią i odmową. W Polsce to jeszcze nie był ten czas. Rynkiem wydawniczym rządziły środowiska niechętne wszelkim eksperymentom. Fragmenty Pamięci, nowelek Esterházyego, opowiadanie Krasznahorkaiego ukazały się w „LnS”, potem udało się wydać kilka krótszych powieści Esterházyego w Czułym Barbarzyńcy, ale na duże publikacje musiałam poczekać do początków lat dwutysięcznych.
Co sprawiło, że właśnie tych autorów uznałaś wtedy za tak ważnych? Co w ich pisaniu rozpoznałaś, zanim jeszcze polski rynek był na nich gotowy?
To, o czym wspomniałam przed chwilą: odnalezienie nowej formy opowieści epickiej. W prozie tych autorów, którzy niemal w tym samym momencie zadebiutowali bądź wydali swoje najważniejsze dzieła, nastąpiła bardzo radykalna zmiana sposobu prowadzenia wątków. Niemal nie ma tam dialogów. To są, nie ukrywam, teksty dość trudne w lekturze, wymagające od czytelnika wiele cierpliwości i koncentracji. Pokazują jednak świat w sposób zupełnie różny od narracji, jaką posługiwały się poprzednie pokolenia węgierskich, zresztą nie tylko węgierskich, pisarzy.
To ich wszystkich w jakiś sposób łączyło, a jednocześnie było przyczyną, dla której polski rynek nie był jeszcze na nich gotowy. Aczkolwiek muszę zaznaczyć, że nie twierdzę tego o ówczesnych czytelnikach. Taki był raczej klimat w środowiskach, które decydowały o tym, co trafia na rynek, włączając w to ówczesnych wydawców. A krytycy chyba również nie czytywali tych książek w przekładach, najczęściej niemieckich, bo tych było najwięcej, więc nie zabierali głosu w dyskusji.
Co zatem dało Ci to pokoleniowe i środowiskowe zaplecze, kiedy zaczynałaś pracę z tymi autorami?
Być może bez tego, jak to nazywasz, „zaplecza” o wielu książkach w ogóle bym nie wiedziała. Choć na przykład na Esterházyego natrafiłam zupełnie przypadkowo, w księgarni. Po przekartkowaniu kilku stron wiedziałam już, że mamy do czynienia z czymś fenomenalnie nowym i frapującym. I natychmiast zaproponowałam jego teksty „Literaturze na Świecie”. To było wówczas jedyne miejsce naprawdę otwarte na nowe rozdanie w literaturze.
W którym momencie przestajesz już „wiedzieć”, jak przełożyć zdanie, a zaczynasz je po prostu czuć?
Takie wyczucie przychodzi wraz z doświadczeniem. Słuch, tak jak każdy zmysł, wymaga treningu, wiedza też przychodzi z czasem.
Mówisz o słuchu, doświadczeniu i wiedzy. Czy intuicji tłumacza można się w takim razie nauczyć, czy jest jednak coś, czego nauczyć się nie da?
Nie wiem, jaką intuicję masz na myśli. Pytasz o wybór tekstu czy o stworzenie językowego odpowiednika dla oryginału.
Mam na myśli stworzenie językowego odpowiednika dla oryginału.
Odpowiem od końca. Co do czytania, najlepiej tłumaczy mi się teksty, których nie znam, albo znam tylko pobieżnie. Taka tajemnica jest najbardziej inspirująca. To trochę tak, jak bym na bieżąco czytała książkę po polsku.
Tego trochę można się nauczyć, także dzięki doświadczeniu. Doświadczenie pomaga też w unikaniu kalk językowych, do których każdy, zwłaszcza na początku, ma skłonność. A w przypadku Nádasa niekiedy trzeba odejść bardzo daleko od oryginału. Żeby na końcu usłyszeć po polsku tekst autora.
Językowa wiedza jest oczywiście potrzebna, ale tu nie tylko, a nawet nie przede wszystkim, mam na myśli znajomość języka wyjściowego, konieczna jest znajomość języka docelowego. Na Węgrzech na przykład studenci filologii obcych muszą studiować jako drugi kierunek filologię węgierską. Może niekonieczny jest w naszym przypadku cały kurs polonistyki, ale kwestie gramatyki, stylistyki, znajomości redakcji tekstów, edytorstwa to obszary niezbędne w pracy przekładowej. Do tego dołóżmy dobry słuch, według mnie cechę w tym zawodzie konieczną. I mamy sukces.
Nádas powiedział mi, że kiedy czytamy, dwie wyobraźnie krążą wokół siebie i współdziałają, wyobraźnia autora i wyobraźnia czytelnika. Ty przez lata byłaś pomiędzy tymi dwiema wyobraźniami, próbując przeprowadzić jego tekst do innego języka. Czy po jego śmierci inaczej patrzysz na tę pracę?
Dla mnie śmierć autora zmieniła coś innego. Zawsze tłumaczyłam książki żyjących autorów. Z poczuciem, że biorę udział w trwającym dziele tworzenia. Teraz to się zmieniło. I muszę się z tym oswoić. Nie wiem, czy inaczej widzę tekst. Raczej nie, bo dla mnie, jak już wspominałam, tekst i autor to dwie osobne rzeczywistości. Więc odczyt tekstu się nie zmienia. Ale zmienia się radykalnie jego literackie otoczenie, kontekst. Coś jest inaczej, bez wątpienia.
A wracając do dwóch przenikających się światów. To spostrzeżenie autora bardzo dobrze wpisuje się w moje czytanie literatury. Jestem przecież pierwszym polskim czytelnikiem. Od mojej wyobraźni zależy, co dostanie do ręki polski czytelnik. Ile treści zawartych pomiędzy zdaniami będzie w stanie przenieść przekład. Oczywiście Nádas przez wyobraźnię autora rozumie siebie, ja rozumiem tekst jako taki. I już nigdy się nie dowiem, czy albo na ile się w tej materii różnimy. Szkoda.
Kiedy myślisz dzisiaj o całym tym doświadczeniu, o tysiącach stron, nad którymi pracowałaś, o jego języku, o spotkaniach z jego książkami, co jest dla Ciebie najważniejsze?
Zainteresowanie czytelników. Chyba nawet bardziej niż wszystkie formy, że tak powiem, zawodowego uznania. Jeśli udało mi się odnaleźć w polszczyźnie adekwatny, w dodatku frapujący dla czytelnika język, a czytają chętnie taką trudną prozę, to moja praca ma sens.