debaty / ankiety i podsumowania

O sztuce bez granic

Ewa Kuryluk

Głos Ewy Kuryluk w debacie „Granice literatury”.

strona debaty

Gdzie dziś kończy się literatura? Wprowadzenie do debaty „Granice literatury”

Rozu­miem, że mnie tutaj zapro­szo­no nie tyl­ko dla­te­go, że publi­ku­ję w Biu­rze Lite­rac­kim swo­je zebra­ne wier­sze, ale rów­nież dla­te­go, że pół wie­ku temu ogło­si­łam zbiór ese­jów pod tytu­łem Podróż do gra­nic sztu­ki. Od razu wyja­śnię, że sztu­ka, podob­nie jak nasze życie wewnętrz­ne i nasza wyobraź­nia, nie ma gra­nic, cho­ciaż każ­dą oso­bę, jak każ­dą żywą isto­tę, ogra­ni­cza wła­ści­wa jej bio­lo­gia. W swo­jej książ­ce pisa­łam o prze­kra­cza­niu gra­nic, któ­re zosta­ły nam wpo­jo­ne. I gra­nic, któ­re sta­wia­my sobie sami, słusz­nie lub nie.

Są gra­ni­ce słu­żą­ce jed­no­st­ce i spo­łecz­no­ści. Lecz nie brak też gra­nic zbęd­nych i szko­dli­wych, któ­re spra­wia­ją, że popeł­nia­my wciąż te same błę­dy i nie potra­fi­my zapo­biec nie­spra­wie­dli­wo­ści, prze­mo­cy, zbrod­ni. W rezul­ta­cie, dosko­na­ląc bez­u­stan­nie środ­ki tech­nicz­ne, men­tal­nie posu­wa­my się naprzód zni­ko­mo. A czło­wiek, daw­niej z maczu­gą, teraz z bom­bą ato­mo­wą, pozo­sta­je swo­im naj­więk­szym wro­giem i rosną­cym zagro­że­niem dla nasze­go glo­bu. Nisz­czy przy­ro­dę, prze­grze­wa kli­mat, toczy woj­ny.

Gra­ni­ce sta­wia­ją nam rodzi­ce, szko­ły i zmien­ne ustro­je pań­stwo­we, raz lep­sze, raz gor­sze, narzu­ca­jąc jed­no­st­ce regu­ły koli­du­ją­ce mniej lub bar­dziej z jej życiem wewnętrz­nym –jed­nym w swo­im rodza­ju – gdyż przy­ro­da nie klo­nu­je. Każ­da jed­nost­ka, nie­po­wta­rzal­na w całej histo­rii świa­ta, ma swój wła­sny pro­jekt na życie (czy sobie z tego zda­je spra­wę czy nie), koli­du­ją­cy mniej lub bar­dziej z ist­nie­ją­cy­mi gra­ni­ca­mi. By swój pro­jekt reali­zo­wać, trze­ba je prze­kro­czyć, co może się powieść w okre­sach poko­ju, wol­no­ści i względ­ne­go dostat­ku. W cza­sie woj­ny, prze­śla­do­wań i gło­du indy­wi­du­al­ny pro­jekt jest zagro­żo­ny. I czę­sto uni­ce­stwio­ny w zarod­ku, nawet jeśli jed­no­st­ce uda się prze­żyć.

Uro­dzo­na zaraz po woj­nie, uzna­łam ją mimo­wol­nie za źró­dło egzy­sten­cjal­nej gro­zy i ele­men­tar­ną klę­skę ludz­ko­ści. Woj­na ukształ­to­wa­ła mnie men­tal­nie. Przy­szłam na świat w Kra­ko­wie, ale rodzi­ce prze­pro­wa­dzi­li się, ze mną w beci­ku, do spa­lo­nej War­sza­wy, nazy­wa­nej przez mamę „morzem czar­nym”. Tam, po kata­stro­fie spo­wo­do­wa­nej przez czło­wie­ka, szu­ka­li dla sie­bie i dla mnie pocie­chy w przy­ro­dzie.

Ruiny i huk, gdy je w nocy wysa­dza­no w powie­trze, wywo­ła­ły we mnie nie­po­kój „moral­ny”. Raz, gdy nas w przed­szko­lu znów upo­mi­na­no, żeby­śmy byli grzecz­ni, bo ludzie doro­śli są grzecz­ni, wyrwa­ło mi się pyta­nie: czy War­sza­wę zbu­rzy­li ludzie? Nie, odfuk­nę­ła przed­szko­lan­ka, War­sza­wę zbu­rzy­li Niem­cy. Acha. A Niem­cy to ludzie?

Dzie­je ludz­ko­ści to histo­ria dzie­ci wycho­wa­nych przez doro­słych na „grzecz­ne”. I histo­ria „grzecz­no­ści”, któ­rą zawie­sza wybuch woj­ny, wyma­ga­ją­cej, by wro­gów trak­to­wać jak nie-ludzi. Jakie są tego skut­ki, wia­do­mo od tysiąc­le­ci. Lecz nie zapo­bie­ga to woj­nie, mimo dość powszech­nej zgo­dy, że to naj­więk­sza klę­ska ludz­ko­ści.

Zaiste. Woj­na, kasu­ją­ca momen­tal­nie żmud­nie zdo­by­te pra­wa jed­nost­ki, to klę­ska cywi­li­za­cji, kul­tu­ry i sztu­ki. Arty­ści i artyst­ki potrze­bu­ją poko­ju, by roz­wi­jać się i two­rzyć. Sztu­ka słu­ży nam za azyl i wen­tyl bez­pie­czeń­stwa, nie jedy­ny, lecz bodaj jeden z waż­niej­szych, bo uni­wer­sal­nie dostęp­ny. Każ­da oso­ba, jeśli zechce coś wyra­zić i zosta­wić ślad po sobie, może wziąć się do sztu­ki. Jej róż­no­rod­ność pozwa­la wybrać coś dla sie­bie – swój wła­sny rodzaj komu­ni­ka­tu – i wysłać w świat z nadzie­ją, że „prze­mó­wi” do kogoś teraz albo kie­dyś.

Rysun­ki i wer­sy zacho­wa­ły się w śre­dnio­wiecz­nych celach śmier­ci i w „kolo­niach kar­nych” XX wie­ku. Ryso­wa­ło się i pisa­ło poezję w Get­cie War­szaw­skim, rysu­je się pisze wier­sze w Gazie pod bom­ba­mi. W takich chwi­lach, krań­co­wych, sztu­ka to nie­mal odruch – odruch śmier­tel­nie serio.

Sztu­ka powsta­je zawsze po coś i jest zawsze adre­so­wa­na dla kogoś. Sztu­ka jest do odbio­ru. Ale jej odbiór wyma­ga odpo­wied­niej wraż­li­wo­ści, cie­ka­wo­ści i dobrej woli, jak też daru empa­tii i przy­na­leż­no­ści do ludz­kiej wspól­no­ty. Odbiór sztu­ki, podob­nie jak jej two­rze­nie, zakła­da prze­kro­cze­nie gra­nic kon­wen­cji, prze­są­dów. I wła­sne­go leni­stwa. Trze­ba zadać sobie trud.

Owszem, moż­na sobie wyobra­zić świat bez sztu­ki. Ale oba­wiam się, że był­by to mar­ny świat i bar­dziej jesz­cze wyda­ny na pożar­cie dyk­ta­to­rów, gang­ste­rów i zbrod­nia­rzy.

Czy sztu­ka może zapo­biec wła­dzy obie­cu­ją­cej raj na zie­mi, a pro­wa­dzą­cej do kata­stro­fy? Nie. Sztu­ka to nie śro­dek do wal­ki z głu­po­tą, igno­ran­cją i kłam­stwem, a co dopie­ro z nie­na­wi­ścią, agre­sją i woj­ną. Jed­nak arty­sta czy artyst­ka, jak każ­dy czło­wiek, pono­si mole­ku­łę odpo­wie­dzial­no­ści za kie­ru­nek, w któ­rym zmie­rza świat. W twór­czo­ści arty­stycz­nej nie nale­ży więc sprzy­jać inte­re­som wła­dzy (poli­tycz­nej, reli­gij­nej, finan­so­wej), ani uczest­ni­czyć w jej ape­lach do tego, co w nas naj­gor­sze. Sztu­ka słu­ży ogó­ło­wi naj­le­piej, gdy się ją two­rzy swo­bod­nie. Sztu­ka do dziec­ko tole­ran­cji i poko­ju. Dla­te­go świa­tek arty­stycz­ny bro­ni zwy­kle, choć nie­ste­ty nie zawsze, tego wła­śnie, nara­ża­jąc się dyk­ta­to­rom, aktu­al­nym i poten­cjal­nym, gdy zmie­rza­ją ku rewo­lu­cji kul­tu­ral­nej i woj­nie.

Postęp tech­no­lo­gii cyfro­wych, szcze­gól­nie AI, budzi dziś gro­zę. Myślę, że w spo­rej mie­rze nie­słusz­nie. Gro­zę powin­no budzić to, cze­mu AI posłu­ży w rękach dyk­ta­to­ra, gdy zacznie się roz­pra­wiać z wol­no­ścią jed­nost­ki i wol­no­ścią w ogó­le. A pla­ne­tę zde­gra­du­je jesz­cze bar­dziej woj­ną i eks­ter­mi­na­cją przy­ro­dy. To nie AI okre­śli nasz los. Zade­cy­du­ją o tym prze­wro­ty dyk­ta­tor­skie i woj­ny. Nie obar­czaj­my winą wyna­laz­ków czło­wie­ka. To on pono­si odpo­wie­dzial­ność za stan Zie­mi i ludz­ko­ści. Przy­szłość zale­ży od rzą­dów, któ­re ludzie sobie wybio­rą i dadzą narzu­cić.

Czy sztu­ka może pomóc demo­kra­cjom, wszę­dzie raczej kru­chym, by nie sto­czy­ły się w prze­paść dyk­ta­tu­ry i woj­ny? Nie sądzę. Ale myślę, że im gorzej, tym bar­dziej trze­ba bro­nić wol­no­ści w sztu­ce, bo to azyl dla wol­no­ści w ogó­le – posze­rza­ją­cej poma­łu, ale jed­nak, gra­ni­ce respek­tu dla czło­wie­ka.

O AUTORZE

Ewa Kuryluk

Urodzona 5 maja 1946 roku w Krakowie. Pisarka, poetka, eseistka, historyczka sztuki i artystka wizualna. Autorka powieści, tomów poetyckich i książek eseistycznych, wielokrotnie nagradzana i tłumaczona na wiele języków. Trzykrotnie nominowana do Nagrody Literackiej Nike za kolejne tomy trylogii: Goldi: apoteoza zwierzaczkowatości (2004), Frascati: apoteoza topografii (2009) i Feluni: apoteoza enigmy (2019). Dwukrotnie znalazła się w finale tej nagrody (2005, 2020). W 2012 roku została odznaczona Srebrnym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”, w 2024 roku otrzymała tytuł doktora honoris causa Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Mieszka w Warszawie i Paryżu.