książki / PROZA

Druzowie z Belgradu

Marcin Michalski

Rabi Dżabir

Fragmenty książki Rabiego Dżabira Druzowie z Belgradu w przekładzie Marcina Michalskiego, która ukazała się nakładem Biura Literackiego w serii "Proza" 7 lutego 2013 roku.

Okladka__Druzowie_z_Belgradu Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

Góry

Zginął w górach, gdzie bory powtarzały się jak stary, nawracający koszmar. Nie trafił na prostą drogę rzymską. Grzmiało, dnem lasu spływała woda. Widział źródło bijące z suchej skały. Zamiast kierować się na północ, w majaku szedł na południe, oddalając się coraz bardziej od Sofii. Słońce całymi dniami nie wychodziło zza chmur. Spadły pierwsze śniegi, ale stopniały, nim zdążyły się nawarstwić. Nocami widział żółte i zielone oczy, patrzące nań z ziemi i z nieba. Żywił się grzybami i czerwonym leśnym owocem, małą jagodą podobną do winogrona czy głogu, tylko gorzką i z twardą łupiną. Dręczyły go wymioty i skurcze żołądka. Kiedy zaczęła się biegunka, rozpłakał się, a później, nie przestając płakać, zasnął oparty o pień drzewa. Jeden dzień spędził w jaskini, trzęsąc się z zimna i patrząc na strugi deszczu chłoszczące przerażające urwisko najeżone dzikimi skałami. Jego skórę przesiąkał zapach mieszkających tu wcześniej zwierząt. W nocy coś wyło blisko, zląkł się ataku wilków i hien. Szczękając zębami, modlił się nieprzerwanie, by Pan ocalił go od kłów.

Kiedy nasiliła się gorączka, modlitwy zaczęły się urywać i zaczął modlić się jak derwisze, żarliwym, jednostajnym mruczeniem bez słów. Słów zapomniał i jego mowa brzmiała jak bełkot. Mimo ogromnego zmęczenia, ból w szczęce, policzku i uchu nie dawał mu zasnąć. Kaszel rozdzierał mu piersi. Błyskawice rozświetlały skaliste zbocza i z każdym błyskiem wzmagał się deszcz. Krótko przed świtem spadły wielkie kule gradu, postukując o głazy przed jaskinią i wskakując do środka. Pozbawiony ognia, był pewien, że umrze. Skulił się w sobie, zamknął oczy i wyobraził sobie twarze Heleny i Barbary. Ujrzał widma, lód, białą mgłę, oszpeconą wybuchem prochu twarz ślepego szajcha Hamada as-Sadiego. Odkrył, że sinieją mu paznokcie, a na udach wychodzą czarne plamy. Wstał, poruszał się w miejscu i czekał na światło dnia.

Tamtego poranka biegł, padał, wstawał i biegł na nowo. Kiedy trafił na wąską ścieżkę, serce podskoczyło mu z radości. Zbiegł, niemal frunąc, po drodze, aż dotarł do przepaści gęsto zarośniętej ciernistymi krzewami i trzciną. Odszukał jednak dróżkę i wspiął się na wyżynę z ramionami i nogami ociekającymi krwią. U stóp miał niedużą wioskę pokrytą lodową skorupą i otoczoną błotnistymi wzgórzami. Widział dym wznoszący się nad dachami i, po raz pierwszy od dawna, ludzi – kobietę w baraniej wełnie rąbiącą przed domem drewno. Daleko w dole była niska jak karlica. Nim się ruszył, zobaczył coś, co go powstrzymało – małych chłopców, siedmiu czy ośmiu, którzy wybiegli spomiędzy domów, goniąc innego chłopca i okładając go kijami. Ścigany upadł, reszta otoczyła go. Raz po raz podnosił się i coś do nich mówił, nie płacząc, otrzepując tylko ubranie. Hanna wiedział, że coś do nich mówi. Nie żeby go słyszał – poznał to z ruchów. W końcu chłopak, nieustannie przewracany na ziemię, wybuchnął płaczem. Kobieta widziała wszystko, ale nic nie zrobiła. Zabrała porąbane drwa, weszła do chałupy i zamknęła drzwi.

Hanna odczekał do wieczora i zszedł ku wsi. Wypatrzył szarego, brudnego lisa, za którym podążał wzrokiem, i tak dojrzał kurnik przylegający do ścian tonącej w mroku chaty. Lis, poczuwszy obecność człowieka, zniknął. Hanna na czworakach podczołgał się do kurnika. W ciemnym wnętrzu znalazł jedną kurę i jedno jajko. Kura nie przestraszyła się. Złapał ją wprawną ręką i zaczął do niej mówić. Tuląc ją w ciemności, hamował łzy. Położył się, skulony na boku. Czuł ciepło i wdychał zapach. Czubkiem paznokcia nadtłukł skorupkę i przez otworek wypił ciepły tłustawy płyn. Łzy trysnęły mu z oczy, gdy żółtko gęstą masą spływało mu po przełyku. Zasnął w kurniku z kurą w objęciach. Po raz pierwszy od nie wiedzieć jak dawna śniło mu się, że wrócił do domu, że siedzi wieczorem z żoną i opowiada jej, co robił tego dnia.

Obudziło go szczekanie psów, które zwietrzyły jego zapach. Nim zdążył wyjść na zewnątrz, otoczono go, obrzucono wyzwiskami i zbito. Następnie zawleczono do zamku za skalistym wzgórzem i tam wrzucono do lochu w oczekiwaniu na przebudzenie się agi.


Wyrok

O zmierzchu wprowadzono go przed agę. Dano mu do okrycia wyprawioną skórę. Związany ciężkimi łańcuchami klęczał w podłużnej sali z kamienną posadzką i kamiennymi ścianami, ogrzanej stojącymi po bokach glinianymi piecami pełnymi żarzących się węgli. Poczuł zapach mięsa i ryżu. Przełknął ślinę. Sadik Aga jak zwykle po obiedzie leżał na drogocennej poduszce wznoszącej się dwie piędzi nad ziemię, palił długą turecką fajkę i głaskał wielkiego tłustego białego kota. Doskonale usposobiony, co się zazwyczaj nie zdarzało, słuchał stojącego przy oknie wieśniaka.
– Jajko?

Hanna Jakub również wsłuchiwał się w słowa właściciela kury, choć nie znał jego dziwnego języka. Mimo to rozumiał wiele pytań, które zadawał aga. Aga rozmawiał o czymś z człowiekiem, który siedział w kącie i pisał piórem w wielkim i grubym kajecie.
Szybko zrobiło się ciemno, wniesiono lampy. Wieśniak przestępował z nogi na nogę. Kiedy się poruszał, po sali rozchodził się capi odór. Kot leżał, jakby wypił wiadro mleka.

– Jesteś zbiegiem ze służby sułtańskiej. A do tego kurokradem.

Człowiek w kącie mówił po turecku. Hanna milczał. Trawiła go gorączka, trzęsła mu się szyja. Aga, który zauważył, że drżą mu usta, spytał go, jak się nazywa. Na dworze nadal grzmiało. Aga zwrócił się do niego po turecku, następnie po albańsku. Hanna zrozumiał go w obu przypadkach, ale nie był w stanie odpowiedzieć. Język stanął mu kołkiem i odmówił posłuszeństwa.

– Jesteś niemową?

Pokręcił głową, by odeprzeć nowy zarzut, rzucony z narożnika przez niewidzialnego pisarza. Chciał odwrócić się i odpowiedzieć wzrokiem, ale nie pozwoliły mu na to łańcuchy. Kątem rozpalonego oka dostrzegł atrament kapiący z pióra. Czuł, że lada chwila runie jak długi. Czynił niewyobrażalny wysiłek, żeby nie obrazić agi swoim upadkiem i nie ściągnąć na siebie chłosty.

– Gdzie twój karabin? Gdzie szabla? Gdzie pieniądze, które pobrałeś? Kto odkupił od ciebie broń? Z jakiego oddziału zdezerterowałeś, kiedy i jak? Jak się nazywasz, z jakiej jesteś wsi i z jakiego rodu? Dlaczego tak podarłeś swój mundur? Dokąd szedłeś, gdy pojmano cię w kurniku? Co chciałeś zrobić z kurą? W jaki sposób wynagrodzisz skarżącemu koszt zjedzonego przez ciebie jajka?

Aga wysłuchał serii pytań zadanych przez pisarza i ziewnął. Zaciągnął się głęboko fajką i spojrzał na klęczącego przed nim podsądnego. Westchnął z żalem. Za nic nie mógł pojąć, jak i dlaczego skończył jako władca tego dalekiego sandżaku[2]. Jego ojciec służył pod Osmanem Paszą [3], władcą naddunajskiej twierdzy Widyń. Był janczarem starej gwardii i wraz z Osmanem Paszą wymówił posłuszeństwo sułtanowi Selimowi III, kiedy ten zaczął słuchać się zagranicznych konsulów, a tym samym zszedł z „prostej drogi” wiary i uwolnił się z żelaznej pięści janczarów. Ci zdarli z wież osmańskie półksiężyce i podnieśli własny sztandar.

Sadik Aga urodził się w Widyniu z węgierskiej niewolnicy, po której odziedziczył tęskne cygańskie oczy i zamiłowanie do wędrówki, śpiewu i zieleni. A rzucono go w ten błotnisty kraj, między barbarzyńskich Albańczyków, którzy potrafią zabić za kurę i z których żaden nie przystanie na okup czy grzywnę, póki nie pomści się stokrotnie. W pierwszych latach, które tutaj spędził, tęsknił do widyńskich bazarów, barwnych i wielojęzycznych jak wieża Babel. I co noc przed zaśnięciem przeklinał starego ojca, który wbił mu do głowy język albański. Osman Pasza znał wiele języków i chociaż popierał starą gwardię i na niej oparł swoją władzę, utrzymywał kontakty z Serbami, Austrią, Rosją, Anglią i Francją. Żenił się z kobietami z Zachodu i Wschodu, płodząc z nimi króliczą liczbę potomków. W dzieciństwie Sadik Aga słyszał wiele o ojcu i marzył, że gdy dorośnie, będzie taki jak on. A skończył tutaj, okradziony z nadziei, zamknięty w jakiejś wieży w istnym piekle.

– Karą za kradzież według boskiego prawa jest obcięcie ręki. Karą za dezercję siedem lat więzienia. Karą za sprzedaż broni pięć lat ciężkich robót. Aga wyda wyrok.


Wyrok [2]

W rozświetlonej kagankami sali znajdowały się cztery osoby. Kiedy aga rzucił piastra wieśniakowi i odprawił go do domu, zostały trzy. Aga odstawił fajkę na stolik i krzyknął, żądając słodyczy. Weszła służąca z odkrytą twarzą niosąca srebrną tacę. Usiadła na podłodze przy fajce, nie oddychając. Wzięła z glinianego talerzyka kawałek ciasta i nadziała go łyżką słodkiej śmietany. Następnie zanurzyła w misce syropu i podała adze do zjedzenia, jakby karmiła ptaka.
Hanna Jakub zamknął oczy, jak wtedy, gdy wrzucono go do lochu między więźniów huczących wokół niego jak szerszenie i wypytujących, jak się nazywa, skąd jest i za co go wsadzili.

– Czy chcesz coś powiedzieć?

Hanna otworzył oczy i w obłoku dymu ujrzał agę oblizującego wargi z syropu i czekającego na jego słowa.

– Nazywam się Hanna Jakub. Sprzedawałem jajka w bejruckim porcie. Żołnierze zbili mnie po twarzy, wybili zęby i w zastępstwie za druzyjskiego więźnia zesłali morzem do Belgradu. Jestem chrześcijaninem i nie mam obowiązku służyć w wojsku sułtana, nigdy w życiu nie nosiłem karabinu ani szabli. Mam małą córeczkę. Błagam, paszo, nie każ ucinać mi ręki za jajko. Umierałem z głodu.

Pachnąca piżmem i henną niewolnica, przygotowawszy trzy naleśniki ze śmietaną, czekała na znak od pana.

– Jesteś więc niemy?

Hanna zdał sobie sprawę, że mówił bezgłośnie w myślach i że nikt go nie usłyszał.
– Zamknąć go. A jak stopnieją śniegi, przewieźć do Prisztiny.

Pisarz zanotował wydany przez agę wyrok.
– Co z ręką?
– Nie, ręki nie ucinać.
– Przecież ukradł jajko!
– Ale nie ukradł kury.

Pisarz wetknął pióro w kałamarz i tam je zostawił. Aga podsunął spoconemu aresztantowi talerz ze słodyczami i kazał jeść. Sam odwrócił się doń tyłem i znieruchomiał, jakby zapadł w sen jak jego kot.

Hanna pochylił się, przyciągając ciało do talerza. Ale skrępowany łańcuchem, nie dosięgał naleśników. Służka pochyliła się nad agą i szeptała mu coś na ucho. Pisarz uśmiechał się wsłuchany w deszcz i stuk kul gradowych, patrząc, jak dziewczyna przesuwa talerz bliżej, by pojmany mógł zjeść. Kościotrup pochłonął naleśniki, wylizał śmietanę i syrop i spojrzał na białą, czerkieską niewolnicę. Nie podziękował jej, przestał jednak płakać.


Wstawiennictwo w kiszli

– Wiem. Sam mam synów, więc wiem. Urodziłem się w naddunajskiej wsi w kraju Serbów. Mój ojciec hodował śliwki, z których wytwarzał słynną w ziemiach węgierskich śliwowicę. W owych czasach wieś nasza leżała przy granicy. Miałem cztery lata, kiedy spalił ją Mustafa Pasza, mój drugi ojciec i dobrodziej… Mój rodziciel sam wypijał połowę tego, co upędził, a moje siostry i matkę traktował tak, jak ja traktuję teraz czerkieskie niewolnice. Zanim jednej zeszły guzy, już druga była posiniaczona. Czasem uświadamiam sobie, że ja i on jesteśmy do siebie podobni. Rozsiekano go szablami na moich oczach. Jego głowa z otwartymi oczami potoczyła się po krótkiej zielonej trawie. Była mniej więcej ta pora roku co teraz, nie opadły jeszcze wody w Dunaju. Kiedy czarna krew tryskała z dwóch rurek w szyi, koń Mustafy Paszy przystanął nade mną i słońce znikło. Kopnąłem głowę i patrzyłem, jak stacza się ku rzece. A wieś nasza leżała sporo powyżej Dunaju. Mustafa Pasza wziął mnie do siebie do Stambułu i uczył razem z własnymi synami. Latem zabierał mnie na polowania do swoich włości w Bośni, Czarnogórze i Bułgarii. Traktował mnie jak krew z jego krwi, ciało z jego ciała. Kiedy raniono mnie na półwyspie Mora i spadłem z konia, dostał gorączki w Ankarze przy posiłku, nim zdążyła doń dotrzeć wieść o moim wypadku. Jak powiadają: „Dla dzieci ojciec oko sobie wyłupie”, a przysłowie beduińskie mówi: „Krew – czerwone złoto”. Tylko że ja, szajchu Ghaffarze, nie władam krwią twoich synów, żebym mógł nią kupczyć.

Umęczony osiemdziesięcioletni szajch Ghaffar minę miał nietęgą i gdy pasza zamilkł, nie rzekł ni słowa. Zza okna przenikały urywane dźwięki, jak gdyby miasto wychodziło w morze i odpływało. Rozgwar ludzki ustępował, a nasilało się ujadanie psów i wycie szakali. W gęstniejącym mroku bulgotała fajka wodna. Ciało szajcha Ghaffara przechyliło się do przodu niczym podcięte drzewo. Pasza zawiesił ustnik fajki na wierzchołku nargili i uniósł palec. Wówczas podszedł skryba i wręczył mu papier. Gdy pasza czytał pismo, uszy szajcha nabiegały krwią.

– Mahmud Ghaffar Izz ad-Din: trzydzieści siedem pozwów o zabójstwa, zranienia i podpalenia. Baszir Ghaffar Izz ad-Din: trzydzieści cztery pozwy o zabójstwa, zranienia i podpalenia. Numan Ghaffar Izz ad-Din: trzydzieści jeden pozwów o zabójstwa, zranienia, podpalenia i grabież. Sulajman Ghaffar Izz ad-Din: czternaśnie pozwów o zabójstwa, zranienia i podpalenia. Kasim Ghaffar Izz ad-Din: dwanaście pozwów o zabójstwa, zranienia i podpalenia.

Szajch tylko raz podniósł wzrok, z niedowierzaniem: gdy usłyszał o pozwach przeciw Numanowi. Musiał chyba w boju porwać czyjąś szablę i zapomniał jej oddać. „Grabież? Kradzież?” Wciąż jednak miał zasupłany język. Przybył prosić o wstawiennictwo, a teraz stoi niemy.

– Wyświadczę ci grzeczność, szajchu Ghaffarze. Zważywszy na poważanie, jakim cieszysz się wśród swego ludu, i twoją pozycję wśród pozostałych członków starszyzny, która ani razu nie odmówiła niczego mojemu ojcu wezyrowi Mustafie Paszy, gdy toczył wojnę przeciw temu buntownikowi Ibrahimowi Paszy z Egiptu, oraz przez wzgląd na twe lata i siwe włosy dam ci to, co dam – nie zaś gwoli tych pieniędzy. Twoje osmanki rozdamy w postaci jadła i odzieży chrześcijańskim wdowom i sierotom, wiedząc, że będzie to po twojej myśli. A żebyś nie wracał do domu sam, dam ci kogoś do towarzystwa. Z pięciu swoich synów wybierz jednego i zabierz go z celi. A teraz odejdź stąd prędko, szajchu Ghaffarze, nim się rozmyślę i pożałujesz. Bóg z tobą!


Brama Portowa

Sprzedawca jajek Hanna Jakub szybkim krokiem minął Meczet Pałacowy, kątem oka dostrzegając ustawione przed jego wejściem drewniane chodaki i sandały z safianu. W środku paliły się lampy i gdy modlący się wstali, ich wydłużone nagle cienie zdały się ścigać z nim uliczką schodzącą w dół do portu. Poniżej Targu Bawełnianego wpadł na sprzedawców ciastek i salepu, z którymi zamienił poranne powitanie i którym poradził pośpieszyć się nieco. Zwykle schodził się z nimi jeszcze przed Meczetem Pałacowym. Ruszyli pod górę żywiej, a twarz Hanny Jakuba owionął gorący zapach salepu. Przechodząc przed meczetem Ad-Dabbagha, widział sprzedawcę kawy Mansura Murada odskakującego właśnie w tył i upuszczającego filiżankę, którą oparzył sobie palce. Hanna pozdrowił go słowami, na które odpowiedział mu jakiś obcy głos z wnętrza jednego z uśpionych domów. Nim na twarzy Hanny zdążył pojawić się pełen uśmiech, zwymyślał go jakiś inny głos, dobywający się zza pogrążonego w mroku okna. Szeptem odwzajemnił wyzwisko i spiesznie przeszedł przez obniżenie terenu, w którym cuchnęło niemiłosiernie. Z rzeźni wdarło się potężne ryczenie i coś przypominającego wrzask. W lekkim półmroku za rzędem sykomor odgadywał ruch wielbłądów i osłów. Zdwoił czujność, by nie pośliznąć się na bruku zaułka za nowym zajazdem morskim, i zanim wyłonił się spod sklepień i kopuł – zaułek ten przypominał otwarty na obie strony loch – posłyszał zza drzwi ze spękanego drewna rozpalony jęk kobiecy. Zwolnił kroku na chwilę, otwierając szeroko oczy, aż w końcu znalazł się w znajomym świetle pochodni przy wejściu na nabrzeża. Ostatnimi czasy Brama Portowa stała się jego ulubionym stanowiskiem porannym. Nim dotarł na swoje miejsce, za rzędem hangarów usłyszał jakieś gwałtowne ruchy i głosy. Zanim ujrzał plac przeładunkowy, który skrywał się przed jego wzrokiem za hangarem z cebulą i arbuzami, już wiedział, że nim nadejdzie południe, sprzeda zawartość obu koszy. Dalej zobaczył wielką, zwalistą jak góra stertę worków z mąką, przy której stał żołnierz. Nocny wartownik był prosty jak strzała, w pełnym rynsztunku, co zdziwiło sprzedawcę jajek, gdyż było jeszcze wcześnie, a zabtiowie, czyli żandarmi, zwykle nie pojawiali się o tej porze. Przystanął, dostrzegłszy na środku oprószonej mącznym pyłem drogi plamę czarnej krwi. Jednocześnie usłyszał głosy za plecami.

Odwróciwszy się, ujrzał europejskich marynarzy w ich dziwnych strojach. Najpierw próbowali pokazać mu coś na migi, potem wyciągnęli znajome mu piastry. Przystąpił więc do sprzedaży. Obierał jajka w mgnieniu oka, a skorupka zostawała mu w palcach cała jak wydrążone jajko. Zrobiło to na nich wrażenie. Marynarze, których było siedmiu, kupili i zjedli ponad pół koszyka – i za każdym razem gdy rozbawieni na nowo patrzyli na jego rękę, już w niej czekało świeżo obrane jajko. On także śmiał się, widząc, jak żółtko barwi im zęby. Tymczasem zrobiło się jasno i pokazały się rozsiane na morzu łodzie i statki. Nim marynarze odeszli, jeden z nich poklepał go z zadowoleniem po ramieniu. Gdy zgasły pochodnie przy Bramie Portowej, Hanna Jakub podniósł głowę i po raz pierwszy zawołał: „Jajka, jajka, jajka gotowane!” Przeczuwał, że będzie to udany poranek. Wycmoktał palce, jakby wysysał ptasie kostki, i odkleił językiem z podniebienia i zębów tłuste resztki jajek. Gdy wycierał rękę o koszulę, morze zadrgało i mniejsze łódki obiły się o kamienny falochron. Hanna podniósł kosze i nawołując, ruszył dalej. Zostawił za sobą żołnierza sztywnego jak strach na gawrony. Lecz gdy wyjrzał na plac przeładunkowy, sam znieruchomiał, widząc przerażającą scenę: niezliczone mnóstwo mężczyzn klęczących na ziemi długim rzędem z rękami związanymi na plecach. Po ich strojach i białych bawełnianych czapeczkach poznał druzów. Jeden z nich zginał się i prostował, suwając kolanami po ziemi, starając się uchwycić równowagę. Kiedy runął naprzód i czołem uderzył w bruk, reszta zgięła się razem z nim i zatrzęsła, prawie upadła jak i on: byli uwiązani jeden do drugiego.

Sprzedawca jajek chciał odwrócić się na pięcie i uciec do domu. Przeraził go widok górali powiązanych powrozem jak bydlęta i klęczących na skraju morza. Usiłował poruszyć nogami, lecz groza sparaliżowała go całego. Wtem w jego stronę zwróciły się jakieś głowy i już za chwilę ujrzał zmierzających doń żołnierzy. Był z nimi żandarm, który uniesioną dłonią osłaniał się od promieni słonecznych i z uśmiechem zapytał Hannę, jak się nazywa.


Brama Portowa [2]

– Drogi Hanno, jesteś w samą porę. Nie bój się. Ci więźniowie to uczestnicy walk w górach, którzy z mocy edyktu sułtana zostaną zesłani za morze do kraju Serbów. Widzisz ten statek, ten wielki parowiec z trzema kominami? Dzisiaj w nocy przypłynął po nich z Izmiru. Teraz czekamy tylko, aż pan konsul francuski wstanie z łoża i przybędzie policzyć głowy. Jeśli będzie ich za mało, uzna, że pozwalamy więźniom na ucieczkę i skieruje do paszy protest. Liczba głów jest niezmiernie ważna. Czy znasz Akkę? Doskonale. Akka to piękne miasto. Stąd do portu w Akce parowiec dopływa w dwa dni, może nawet mniej. Jesteś w samiutką parę, mój drogi Hanno. Ile warte są jajka, które ci zostały? Dam ci dwa razy tyle i dołożę trzy funty w złocie, które odbierzesz, kiedy wrócisz z Akki. Statek zawija tam do portu, by załadować węgiel. Zejdziesz wtedy na ląd i wrócisz do domu, a ci popłyną dalej, do Belgradu. Kiedy zjawi się konsul francuski, nic nie mów i zachowuj się tak jak pozostali, żeby wziął cię za jednego z nich. To bardzo łatwe. Masz, załóż to sobie na głowę. Odzywaj się tylko wtedy, jeśli konsul zapyta cię, jak się nazywasz. Zapamiętaj sobie to imię: Sulajman Ghaffar Izz ad-Din. Spójrz: tamci czterej, co na nas patrzą, to twoi bracia. Zachowuj się tak, jakby nimi byli. Teraz więc uklękniesz razem z nimi, zdasz się na Boga i przejedziesz się do Akki, a potem wrócisz do nas i dostaniesz trzy osmanki oraz zwrot kosztów podróży. Zrozumiałeś? Zapamiętaj sobie imię: Sulajman Ghaffar Izz ad-Din.

Hanna Jakub nie czuł, że kiedy żandarm mówił, słońce paliło mu kark. Jak rażony gromem stał oniemiały przed pociągłą twarzą nakrapianą niemal dziecięcymi piegami. Nie bronił się, gdy odbierali mu kosze. Czyjaś chuda ręka podała mu druzyjską czapeczkę – do włożenia na głowę – którą wziął bezwolnym ruchem. Gdy ów przedziwny głos pytał, czy zapamiętał sobie imię, drżącym głosem, jakby dopiero uczył się mówić, wypowiedział: „Sulajman Ghaffar Izz ad-Din”. Dopiero gdy żołnierze pchnęli go w stronę więźniów, oprzytomniał. Odwrócił się gwałtownie i padł żandarmowi do nóg:

– Błagam, panie, nie rób mi tego! Mam młodą, siedemnastoletnią żonę, która nie ma nikogo prócz mnie, i córeczkę, która jeszcze ssie mleko z piersi. Błagam, weź kogoś innego, ja nie mogę wyjechać.

Padło jakieś słowo po turecku i ani się obejrzał, jak leżał na plecach przygnieciony do ziemi, jak przybity gwoźdźmi do krzyża. Przerażający ból piekł mu wargi. Nawet ujrzawszy kindżał, Hanna nie przyjmował nic do wiadomości. Żandarm zbił go rękojeścią, potem po arabsku nakazał mu otworzyć usta i wyciągnąć język. Hanna odwrócił twarz w bok i wyrzucił z siebie:

– Zgadzam się, zgadzam!

Po czym zacisnął zęby, chroniąc język przed wyrwaniem. Zabtia podniósł się uśmiechnięty:

– Brawo, brawo! A jak wrócisz z Akki, dostaniesz trzy funty złotem.

Związano go mocno, aż krew wystąpiła mu na przeguby. Pot w okamgnieniu zmoczył czapeczkę na głowie. Hanna chwiał się, klęcząc. Ból szarpał mu stawy. Zauważywszy obrzydzenie na majaczących obok niego twarzach, uświadomił sobie, że wilgoć, która nagle zapiekła go między udami, to nie pot. Zakręciło mu się w głowie, odpłynął we mgle i trwał tak jakąś dziwną, bezgłośną chwilę, aż uczucie pieczenia skoncentrowało się w nerkach. Wtedy pomyślał, że go raniono, a on nawet nie zauważył. Po chwili ujrzał, że pochyla się nad nim mężczyzna o bardzo jasnej cerze i niebieskich oczach, który coś do niego mówi. Z początku nic do niego nie docierało. Potem, raptownie, gdy cudzoziemiec już się oddalał, otrzeźwiał i odzyskał jasność umysłu. Nie nadarzy się kolejna szansa: tylko ten człowiek, konsul francuski może go ocalić. Hanna Jakub podniósł twarz, wyciągnął szyję i wrzasnął jak tonący:

– Nazywam się Hanna Jakub i jestem chrześcijaninem z Bejrutu! Mieszkam tuż przy kościele katolickim pod wezwaniem świętego Eliasza!

Konsul, choć był już dość daleko, usłyszał krzyk. Obejrzał się przez ramię i zapytał tłumacza, co mówi więzień. Ten bez zająknienia odpowiedział nieskazitelną francuszczyzną:

– Mówi: „Zamordowałem Hannę Jakuba, chrześcijanina z Bejrutu, który mieszkał tuż przy kościele katolickim pod wezwaniem świętego Eliasza”.

Twarz konsula poczerwieniała od gniewu.

– Jeśli takie jest życzenie waszej ekscelencji, wyrwiemy mu język – zaproponował żandarm nadzorujący deportację.

– Nie – odparł konsul, wydymając wargi. – Nie jesteśmy barbarzyńcami. Ale zróbcie coś, żeby zbrodniarz zamilkł.

Zabtia wyszarpnął jednemu z żołnierzy karabin, chwycił za lufę, zamachnął się nim jak toporem i grzmotnął drewnianą kolbą w szczękę aresztanta. Zanim oddał broń właścicielowi, potrząsnął nią jeszcze, sprawdzając, jak bardzo się poluźniła. A potem wytarł rękę o plecy żołnierza.


Przełożył Marcin Michalski

O AUTORACH

autorzy_leksykon_300x300_Michalski
Marcin Michalski

Urodził się w 1981 roku. Doktor nauk humanistycznych, adiunkt w Instytucie Językoznawstwa Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Zajmuje się językiem arabskim w aspektach językoznawczym i translatologicznym. Mieszka w Poznaniu.

autorzy_leksykon_300x300_Dzabir
Rabi Dżabir

Urodzony w 1972 roku w Bejrucie. Autor piętnastu powieści, w tym jednej trylogii, w których często odwołuje się do historii swojego kraju. W 2012 roku za powieść Druzowie z Belgradu otrzymał tzw. „arabskiego Bookera”, czyli Międzynarodową Nagrodę za Powieść Arabską (International Prize for Arabic Fiction) przyznawaną przez Urząd Turystyki i Kultury emiratu Abu Zabi we współpracy z brytyjską Booker Prize Foundation. Dwie inne jego powieści były do niej nominowane. Mieszka w Bejrucie.

powiązania