Ojcobójstwo
Tamtego pamiętnego roku, kiedy runął mur berliński, nieopodal poszarzałego marmurowego pomnika królowej Luizy znaleziono ludzkie zwłoki. Zdarzenie miało miejsce kilka dni przed Bożym Narodzeniem.
Zmarłym był około pięćdziesięcioletni, zadbany, elegancko ubrany mężczyzna. Na pierwszy rzut oka wyglądał na szacownego przedstawiciela klasy średniej, bankowca albo menadżera. Wokół lśnił padający powoli śnieg, ale nie było dość zimno, więc natychmiast topił się na parkowych ścieżkach, a pozostawał tylko na źdźbłach trawy. Policjanci, którzy przyjechali na oględziny, postępowali zgodnie z procedurami i ze względu na warunki pogodowe trochę się spieszyli. Zamknięto całą okolicę i dokładnie ją przeszukano, posuwając się spiralnie, zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara, tak, aby zabezpieczyć wszystkie ślady. Denata ostrożnie rozebrano za prowizorycznym parawanem z czarnego plastiku, ale nie dostrzeżono niczego, co mogłoby wskazywać na to, że do śmierci mężczyzny przyczyniły się osoby trzecie. Na ofiarę natknął się student, który biegał tu każdego poranka. Był jedyną osobą, której mogli zadać parę pytań. Kiedy zjawił się, by pobiegać, panowała jeszcze zupełna ciemność, biegł tą samą drogą co zawsze i o tej samej porze.
Gdyby było inaczej, gdyby nie zadziałały rutyna i przyzwyczajenia, gdyby nie pamiętał dokładnie każdego kamienia czy cienia, zapewne nie dostrzegłby zwłok. Światła odległych latarni ledwie tu docierały. I zauważył ciało zwisające z ławki – tłumaczył nerwowo policjantom – ale tylko dlatego, że na ciemnym płaszczu zostało trochę śniegu.
Biegł równym krokiem, kiedy z boku coś nagle błysnęło – wyjaśniał zbyt gromkim głosem.
Mężczyzna ciągle mówił, wewnątrz kordonu pracowało coraz więcej funkcjonariuszy. Działali w idealnych wręcz warunkach, w tych godzinach bowiem poza nimi w parku nie było żywej duszy, nawet gapiów. Jeden z nich przy użyciu lampy błyskowej fotografował coś na gołej, mokrej ziemi, coś, co dwóch techników zdążyło już oznaczyć cyframi.
Kiedy zaczął po raz trzeci, zauważył z niepokojem, że już wszystkie ślady zostały opatrzone numerami, i ogarnął go strach, jak gdyby to nie on odkrył zwłoki, nie on zawiadomił policję, ale sam był sprawcą, którego niebawem skonfrontują ze śladami zbrodni.

Był jak ostrze, nie umiałby powiedzieć, jak ostrze czego, może żyletki albo lodowatej myśli, ale o tym nie mówił.
Istotnie, w pierwszej chwili przeszyła go myśl, że zabił własnego ojca. Nie wiedział, dlaczego przyszło mu to do głowy, dlaczego życzy mu śmierci, ale tego też nie wyjawił policjantom.
Pozostało niewiele spraw, o których mógł otwarcie mówić.
Oni jednak zbytnio się nim nie interesowali, policjanci w cywilu oraz w mundurach przychodzili i odchodzili, czasami szeptali między sobą zdania, których nie rozumiał.
Nie chcieli dłużej go zatrzymywać, swoje dane zdążył podać już dwa razy, odnotowali w protokole, że będzie zeznawał jako świadek, mimo to nie potrafił stamtąd odejść.
Policjanci wymieniali się co chwilę.
Kiedy biegnie, naprawdę na nic nie patrzy, na nic – powtarzał nerwowo – wtedy po prostu nie myśli. Z punktu widzenia psychosomatyki to podstawowy warunek równomiernego biegu – wyjaśniał. Ale kiedy po dwudziestu minutach drugi raz przebiegł obok leżącego na ławce ciała, przemknęło mu przez myśl, że tylko na wystygniętych zwłokach śnieg się nie topi.
Gdzieś o tym czytał. I wtedy przystanął, by przyjrzeć się z bliska.
W berlińskim Tiergarten, w Zwierzyńcu, działy się różne rzeczy, a mówiąc ściślej, nie bardzo mogło zdarzyć się coś, co się jeszcze nie zdarzyło. Policjanci obojętnie słuchali jego zeznań, jeden z nich dyskretnie odszedł na bok z plastikowymi woreczkami, by kontynuować pracę, po chwili dołączył do nich trzeci, którego zostawili sam na sam z młodym mężczyzną. Ten wciąż nie mógł się uspokoić. Opowiadał o zajściu temu nowemu w taki sposób, jakby każdy szczegół krył w sobie sto kolejnych, jakby wszystko wymagało wyjaśnienia, jakby swoimi objaśnieniami odkrywał jakąś nieziemską tajemnicę, podczas gdy przemilcza własną.
Nie było mu zimno, jednak drżał na całym ciele. Policjant w cywilnym ubraniu podsunął mu pled – niech pan się okryje – ale tamten ze złością odrzucił pomoc, jakby własne zdrowie, na przykład to, że się przeziębi albo że się dziwacznie trzęsie, ani trochę go nie interesowało. Pewnie z nerwów dostał gorączki, co dla funkcjonariuszy nie jest zjawiskiem nieznanym. Nie zdawał sobie sprawy z tego, jakie wywiera na nich wrażenie. A dobrego nie wywierał, poniekąd tak czuł, a to sprawiło, że chciał opowiedzieć o wszystkim jeszcze bardziej szczegółowo. Policjant tymczasem miło, niemal z sympatią, przypatrywał się jego twarzy zdradzającej wzburzenie, a także całemu ciału, nogom i rękom, gestykulacji, rozważał, czy jest cholerykiem, czy może ascetą, człowiekiem o wysokiej inteligencji i wrażliwym, czy też zwyczajnym miejskim idiotą, którego nie obchodzi nic poza nim samym.
Tak bardzo spragnionym rozmowy, że będzie gadał do jutra. Jak ktoś, komu nigdy nie przydarzyło się nic ważnego, a teraz trafiła mu się wielka przygoda. Któremu powierzono tajemnicę wszechświata.
Wzbudzał w nich raz litość, raz niepokój. W końcu mógł mówić już tylko do tego jednego policjanta, wręcz zniewolił go swoją gorączkową opowieścią, przytłoczył swoim niezrozumiałym sposobem zachowania, gwałtownością ruchów, które jakby łamały się pod presją samodyscypliny.
Policjant metodycznie lustrował sylwetkę, a także wszystkie detale ubioru młodego człowieka o tak przeciętnej prezencji, że trudno było ocenić jego pozycję społeczną, zapytał, co ten studiuje i na jakiej uczelni, chytrze zapewniając, że nie pyta o to służbowo, lecz z czystej ludzkiej ciekawości. Takiego pytania bowiem w zasadzie nie wolno mu było zadać. Wiedział z doświadczenia, że kilka niewinnych słów może zatrzymać ten bezsensowny, chorobliwy potok zdań. Śmierć choćby obcej osoby potrafi doprowadzić do histerii nawet najbardziej zrównoważonego człowieka. Zresztą spytał nie po to, żeby uczynić zadość formalnościom, po prostu interesowało go, czy swoim zaciekawieniem zdoła powstrzymać tę lawinę samouwielbienia. I czy ma do czynienia z wiarygodną osobą. Był doskonale wyszkolonym śledczym, którego nie zmylą nieoczekiwane mocne wrażenie czy wybujała wyobraźnia, ale nie umiał się powstrzymać, by nie rzucić przynajmniej jednego podchwytliwego pytania.
Trudno było jednak choć na chwilę nie stracić spokoju, czy to w pierwszych godzinach śledztwa, które policja, używając złodziejskiego żargonu, nazywa maglowaniem, czy też w jego kulminacyjnym momencie, kiedy wynik jest wprawdzie jeszcze niepewny, ale wszystko już zaczyna składać się w całość. Czasami zastawiał małe pułapki. Tacy śledczy jak on zawsze uważają swoje pomysły za bardziej skuteczne niż rozwiązania powszechnie stosowane w kryminalistyce przez mniej odważnych kolegów. Jego podejście było pomysłowe, a metody stosował niekonwencjonalne. Używając branżowego języka: zamiast schematem sylogistycznym posługiwał się metodą heurystyczną, co czasami prowadziło nawet do tego, że naruszał przepisy.
Młody mężczyzna pod wpływem beznamiętnych pytań przestał wyrzucać z siebie potoki słów; studiuję filozofię i psychologię – odpowiedział zaskoczony. A mówiąc to, zastanawiał się, na co policjant zwraca uwagę i co może mu się w nim rzucić w oczy.
Tak myślałem – odpowiedział śledczy obojętnym tonem.
Co tamten dostrzega na jego szyi, na koszulce czy dresie.
Wreszcie przestał mówić. Jakby zdał sobie sprawę, że to wszystko, o czym opowiada, nikogo nie ciekawi. Pozostałych policjantów i śledczych interesowały inne szczegóły zajścia.
Nie obchodził ich ani on, ani jego zeznania.
Od pewnego czasu biegał w błyszczących obcisłych spodenkach, żółtych albo czerwonych. Wzrok śledczego błądził po jego udach i przyrodzeniu. Ten wzrok był tak natarczywy i przeszywający, że w końcu musiał przyjrzeć się mężczyźnie, który stał przed nim w pustym o porannej porze parku, pośród leniwie padających płatków śniegu. Jego ustom, oczom, wyjątkowo gęstym, wysoko osadzonym brwiom, wszystkiemu, co przecież dotychczas też widział, czołu, niesfornym kręconym włosom. Miał przed sobą człowieka o łagodnym usposobieniu, który patrzył na niego przenikliwie i niemal ze smutkiem, jakby już wszystko o nim wiedział i teraz po kolei wyciągał z jego przeszłości najskrytsze tajemnice, a nawet mu współczuł. A przecież roztargnionemu śledczemu przypomniało się jedynie, co kilka dni wcześniej przeczytał w jakimś durnym kolorowym piśmie, kiedy czekał w klinice stomatologicznej na swoją kolej – że w Niemczech co roku siedemnaście tysięcy maturzystów zapisuje się na filozofię, a dwadzieścia dwa tysiące na psychologię. Co oznaczałoby, że za życia jednego pokolenia dziesięć milionów osób zajmuje się kondycją ducha i duszy, to wielka liczba, aczkolwiek handlem, finansami czy wojskowością trudni się kilka razy więcej.
Młody człowiek zamilkł, czuł, że śledczy ma go za nic i lekceważy jego naukowe zainteresowania. Stał tam w przepoconym dresie i nie przestawał drżeć.
Co czyniło go bezbronnym.
Funkcjonariusz tymczasem, starszy o jakieś dziesięć lat prawnik z wykształcenia, w ciszy, która nagle zapadła, spytał, czy mają go odwieźć do domu, i szybko dodał, że chętnie to zrobią. Skoro nie chce pledu. Woleliby, żeby jedyny świadek zajścia się nie przeziębił. Używał liczby mnogiej niczym tarczy: to nie on mówi, nie on składa tę propozycję, lecz organ. Aczkolwiek z namaszczenia tego organu to właśnie on raz po raz omiatał mężczyznę przenikliwym spojrzeniem. Jakby badał podejrzaną dla kryminalnych okolicę. Albo zdjąwszy okulary śledczego, wreszcie uważnie przyglądał się człowiekowi z tłumu.
Nic dziwnego, że młody mężczyzna nie przyjął propozycji.
Ten człowiek niepostrzeżenie coś z nim zrobił, ocenił go i zaszufladkował, więc za chwilę może postąpić z nim, jak zechce. Widział jego jasne czoło, ciemne, kręcone włosy, jakby przytrzymujące wzrok, i duże, pełne, miękkie wargi. Musiał mieć się na baczności.
Jednym gestem, w sumie dość obcesowo, odrzucił propozycję, myślał tylko o tym, aby stąd pójść, ale jego głos nie zdradzał emocji.
Powiedział jedynie, że jeśli zajdzie taka potrzeba, to w święta na pewno nie, lecz zaraz potem będzie do ich dyspozycji.
Policjant jednak nie okazał zainteresowania tą ofertą. Z pewnością łaskawiej by ją potraktował, gdyby tamten nie odrzucił jego propozycji. Spisali dane studenta, nagrywając zeznania, utrwalili jego głos, niestety nie miał przy sobie żadnego dokumentu potwierdzającego tożsamość. Zresztą wobec braku poszlak przeciwko niemu nie mieli prawa go legitymować.
Jutro muszę jechać do domu – powiedział młody mężczyzna z zakłopotaniem.
Zdał sobie sprawę, że przy każdym słowie szczęka zębami.
To znaczy, że mieszka pan w Berlinie – zauważył dobrotliwie śledczy – ale pański dom jest gdzie indziej.
Nie pojmował, że ciało potrafi tak zawieść i poniżyć człowieka.
Śledczy może jednak coś z tego wszystkiego zrozumiał, podziękował studentowi za uprzejmą pomoc, po czym skinęli do siebie głowami.
W Berlinie mieszkam tymczasowo – rzucił student, starając się zapanować nad szczęką, czuł, że za tyle wyrozumiałości winien jest wdzięczność.
Z jakiejś przyczyny jakby nie potrafili się pożegnać.
Moi rodzice mieszkają w Pfeilen, tam się urodziłem. Fakt, że trochę za miastem.
Co to za miasto? – zapytał policjant i przez chwilę patrzyli na siebie nieufnie.
Na północy – wskazał palcem i dodał: – Niederrhein.
Nigdy o nim nie słyszałem, ale z pewnością to moja wina.
Od dawna mamy tam letni domek, ale rodzice mieszkają w mieście. To mała mieścina, nie musiał pan o niej słyszeć.
Młody człowiek próbował uprzejmie się uśmiechnąć, ale przypominało to raczej grymas.
Nie wiadomo, który z nich pierwszy wyciągnął dłoń. Podali sobie ręce, a ten uścisk dłoni obydwu wprawił w zakłopotanie.
Policjant przedstawił się: doktor Kienast – powiedział niepewnie.
Tytuł doktora zawisł pomiędzy nimi. W dotyku dłoni pełnych wypukłości było coś uderzająco cielesnego. Tytuł doktora kojarzył się raczej z leczeniem. Mniej więcej coś takiego obiecywał. I wyróżniał go z nieprzebranego tłumu, do którego obaj należą. Młodego człowieka wręcz zmroziła intymność tego gestu, nieśmiały, acz wiele obiecujący sposób, w jaki tamten się przedstawił. Nie odpowiedział.
Jeżeli ten drugi będzie ciekaw jego danych, sprawdzi sobie w protokole, który przed chwilą spisał ich umundurowany kolega. I w przekonaniu, że już bez przeszkód może wrócić do biegania, ruszył przed siebie.
W końcu nic się nie stało.
Po kilku chwilach jednak zrozumiał, że błędnie ocenił sytuację i własne możliwości. Znów spodziewał się po sobie więcej, niż mógł osiągnąć. Bo zaiste stało się coś ostatecznego, nad czym trudno będzie przejść do porządku dziennego. Jeśli w ogóle uda mu się uratować własną skórę. Zdradziło go gadulstwo, po co wypaplał, dokąd jedzie, czemu z własnej woli się tłumaczył. Zwolnił kroku, po czym zmieniając rytm biegu, spróbował znów przyspieszyć, ale drżały mu uda i kolana, nie mógł złapać oddechu, a przede wszystkim czuł na plecach spojrzenie tego przeklętego policjanta.
Ten długo odprowadzał go wzrokiem, po czym polecił technikowi, żeby zabezpieczył ślady stóp. Na jego dłoni pozostał dotyk ręki drugiego człowieka, jej ciepło wniknęło w skórę i pomiędzy mięśnie, i było to więcej niż przyjemne, aczkolwiek ocena tego dotyku niewątpliwie stanowiła element śledztwa. Kienast, który swój doktorat poświęcił dziejom czynności dochodzeniowych – okresowi magicznemu, mitycznemu i racjonalnemu – w oczach swoich kolegów dbających o naukową ścisłość i przestrzegających surowych urzędowych procedur jawił się jako fantasta. I gdyby nie jego wyjątkowa spostrzegawczość i godna zaufania wiedza merytoryczna chętnie podważyliby stosowane przez niego metody.
Powoli świtało, w świetle odległych latarni wciąż jeszcze było widać padający śnieg.
W uścisku dłoni tamtego poczuł wielką siłę i dziwne drżenie, we wzajemnej dysharmonii. Pomyślał, że może chłopak bierze narkotyki, a kiedy jest na głodzie, jego twarz wydaje się nerwowa, zmęczona i przedwcześnie postarzała.
Ciągle jeszcze widział jego smukłą sylwetkę w padającym śniegu, między drzewami.
To beznadziejne – pomyślał, choć nie umiałby powiedzieć, kogo lub co miał na myśli.
Jakby dostał mu się kolejny beznadziejny przypadek. Zawdzięczał to okoliczności, że nikt go nie zmienił podczas służby. I jakby nadchodzące święta Bożego Narodzenia tylko temu miały służyć, by wszystko pogmatwało się jeszcze bardziej. Choć w tej sprawie miał ustalić właściwie dwie proste kwestie: tożsamość mężczyzny oraz to, czy do jego śmierci nie przyczyniły się osoby trzecie. Przeczuwał, że choć rzecz jest prosta jak kij od szczotki, nie będzie umiał załatwić jej należycie. Ten chłopak namieszał w sprawie. Ciekawszy był drugi beznadziejny przypadek, którym zajmował się od niemal dwóch miesięcy. Ojcobójstwo, do którego przyznała się matka, żeby chronić współżyjącą z ojcem nieletnią córkę.
Po nocnym dyżurze często odczuwał przygnębienie, do którego dołączał strach, skądinąd uzasadniony. Naturalne ludzkie lenistwo w ten sposób znajduje sobie pretekst czy wytłumaczenie. Kienast był jak wielki kot, lubił wszystko, co miękkie, ciepłe i wygodne.
Już choćby z tego powodu upłynęło sporo czasu, nim zidentyfikowano zwłoki, ofiary nikt nie szukał, nawet po świętach.
Zanim ciało umieszczono w chłodni, koroner dokonał pierwszych, najbardziej niezbędnych oględzin. Technicy kryminalni dokładnie zbadali rzeczy denata. I nawet wtedy nie dostrzeżono ani na jego ciele, ani na ubraniu śladów, które mogłyby wskazywać na jakąkolwiek przemoc. Prawdopodobnie mężczyzna doznał na ławce zawału serca.
Nie uszło jednak uwagi Kienasta, że na wszystkich częściach garderoby zmarłego brakuje wszywek z markowym logo. Kiedy trudno ustalić czyjąś tożsamość, takie wszywki są bardzo pomocne. Trzeba je poddawać rutynowym oględzinom: wywrócić na lewą stronę płaszcz, marynarkę i sprawdzić podszewkę. W przypadku koszuli albo swetra wszywki należy szukać na kołnierzu lub na karku, w spodniach – po wewnętrznej stronie paska. Czasami, na skarpetach albo bieliźnie, logo marki jest wyhaftowane, na tańszych tekstyliach znajduje się zwykły nadruk. Takie wskazówki bywają cenniejsze niż bertillonage, czyli jedenaście danych potrzebnych do identyfikacji ciała, lądujących najczęściej w czeluściach biurek i banków danych. Zmarły nie nosił tanich ciuchów. Doktor Kienast oglądał już trzecią czy czwartą sztukę, dłońmi w rękawiczkach wyjmował z opisanych plastikowych woreczków poszczególne części ubrania, i kiedy po raz kolejny zobaczył, że miejsce, gdzie było logo, jest puste, aż zasyczał z zaskoczenia.
Był sam, jego syknięcie odbiło się echem od wyłożonych kafelkami ścian sali.
W porządku, kiedy wszywka wydaje się komuś zbyt jaskrawa, drażni skórę albo denerwuje go, że w ogóle tam jest, wypruwa ją z płaszcza czy z marynarki. Można zrozumieć, kiedy usuwa logo ze swetra lub z koszuli, bo drapie go w szyję, ale po co, do cholery, wycina ją z paska spodni, skoro akurat tam, po jego wewnętrznej stronie, jest zupełnie niewidoczna. To mania, ale jaki może mieć sens? Stał nad zwłokami, a złościł się, jakby miał do czynienia z żywym człowiekiem.
Co za maniak usuwa z ubrania wszystkie elementy mogące służyć identyfikacji? Inni w ogóle nie zauważają tych wszywek albo nawet je lubią, bo są dumni ze swoich markowych rzeczy. Racjonalna odpowiedź nasunęła się sama. Mania prześladowcza, przymus ukrywania się, uzasadniony albo nieuzasadniony lęk, pragnienie, by nie zostawiać po sobie śladów. Po prostu zniknąć. Przyglądał się zwłokom i ubraniu.
Na zaskakująco małych, przeźroczystych, wykonanych z lekko błyszczącego materiału spodenkach dostrzegł sporą plamę spermy. W każdym razie lubił kolor niebieski, wszystkie jego odcienie.
Mężczyzna, który białe prążki na niebieskim tle tolerował tylko w przypadku koszuli.
Trochę za wiele tego niebieskiego, za wiele.
To nudny człowiek.
Ta monotonna elegancja musiała służyć mu za maskę, a tak naprawdę cierpiał na nerwicę natręctw albo jakąś manię. Wymagający człowiek, w którym buzowały namiętności, dbał o siebie, ale był nie do zniesienia. Na cienkich, granatowych skarpetach z delikatnej bawełny też nie było logo marki. Wypruto je również ze szwu srebrzyście połyskujących slipów w kolorze śliwki, został tylko wystrzępiony skrawek. To były wyjątkowe spodenki. Takie noszą zamożni fetyszyści. Przyjrzał się widniejącej na nich wielkiej plamie spermy. Pozostałości po bezustannej erekcji, wycieku spermy albo niewielkiej ejakulacji. Będzie czego szukać na materiale spodni. Już widział spiczaste, wyjątkowo ostre nożyczki do wycinania skórek, którymi jednym ruchem wycięto wszywkę.
Ten człowiek maniacko się ukrywał i chyba w każdej godzinie życia liczył się ze śmiercią.
Na jego szczupłych, kościstych nadgarstkach nie dostrzegł śladu po zegarku, obrączki też chyba nie nosił. A jednak Kienast sądził, że był żonaty. Jako kawaler miałby więcej śmiałości i zamiast slipek pod eleganckim ubraniem nosiłby jockstrap z białej albo czerwonej satyny. W jego czarnym portfelu z miękkiej skóry znaleziono zaskakująco wysoką kwotę pieniędzy, ale nie było w nim nic osobistego. Co też sugerowało, że szukał szybkiej okazji do płatnego seksu, i dostał go znacznie taniej, niż się spodziewał. Wreszcie czarne sznurowane półbuty – jedyny element jego garderoby, który o czymś informował, nie tyle o właścicielu, ile o nich samych; solidne włoskie buty, jednej z najlepszych marek, jakie można kupić tylko w Londynie. I było coś jeszcze, z czym doktor Kienast nie wiedział, co począć. Zapach tego ciała. Otóż wcale nie przykry, wręcz przeciwnie. Jakby duszący damski zapach, który Kienast całkiem niedawno poczuł gdzieś z bliska i wydał mu się przyjemny.
Już się z nim zetknął przelotnie i nie uznał go za odrażający. Możliwe, że przypominał mu jakiś inny zapach, i dlatego wydał mu się znajomy, ale tamtego już nie potrafił sobie przypomnieć. Sądził, że to zapach damskich perfum, bo był cięższy i słodszy niż woń wody po goleniu, męskich perfum czy dezodorantów. Pachniało nie tylko ubranie, ale także ciało. Zwłoki potrzebowały jeszcze pół godziny, żeby wystygnąć; tyle utrzymuje się zapach ludzkiego ciała. Doktor Kienast czuł nieodpartą chęć, żeby je obwąchać jak pies policyjny. Nie miał odwagi, ale martwe ciało niezmiennie budziło jego zawodową ciekawość. Powąchał powietrze, wydało mu się, że przez intensywną woń pachnidła przebija stęchła, gorzka woń tytoniu. Jak gdyby nieboszczyk stronił jednak od perfum. W gruncie rzeczy Kienasta bawiło własne tchórzostwo.
Tak, nie ulegało wątpliwości, na palcach zmarłego widniały brązowe przebarwienia świadczące o nałogu tytoniowym.
Tymczasem nie znaleziono przy nim ani papierosów, ani zapalniczki, ani zapałek.
Jedynie klucze w czarnym skórzanym futerale, pod ławką.
Ciało było czyste i nietknięte. „Nietknięte” – to pierwsze słowo, które przyszło mu do głowy, kiedy jeszcze w parku rozbierano zwłoki, a on w świetle reflektorów zaczął oglądać ostrożnie zdejmowane ubrania. Dlatego ten zapach wydawał się tak uderzający. Leżało przed nim ciało człowieka, który prawdopodobnie nie lubił niczego ani nikogo dotykać. To częste zjawisko wśród fetyszystów. Ulegają tylko swoim najsilniejszym skłonnościom albo temu, co ich bez reszty pociąga. Wchodzą w relację nie ze sobą nawzajem, nie z kimś, lecz z symbolicznymi przedmiotami, które stykają się z czyimś ciałem. W tym sensie ci ludzie pod każdym względem odróżniają się od pospolitych wielkomiejskich egoistów, którzy nawet w obecności drugiej osoby są zajęci wyłącznie sobą.
Kiedy Kienast przyglądał się niemal pozbawionemu owłosienia, gładkiemu, proporcjonalnemu ciału, pomyślał, że ten człowiek był suchy. Z takim pojęciem jak suchość bądź wilgotność ciała pierwszy raz spotkał się na uczelni, kiedy studiował antyczne techniki śledcze i czytał oryginalne teksty na temat greckiej medycyny. Taka śmierć nie pasuje do suchego człowieka. Według Galena śmierć na atak serca jest typowa dla osobników wilgotnych albo mokrych.
I pomyślał też, że to nie jego zapach, nie pasuje do niego, że w ostatnich godzinach życia przeszedł nań z ciała innej osoby.
Ktoś, kto zdradza, za każdym razem przynosi do domu obcą woń. I nic nie pomogą prysznic, mydło ani szorowanie, te obce zapachy, bez względu na to, czy ładne, czy wręcz odrażające, okazują się niewiarygodnie trwałe.
Czasami są wyczuwalne nawet na drugi dzień, jakby osiadły na włoskach w nosie, i niewierny nie ma innego wyjścia, jak ulec grzesznym myślom i wrócić do ich źródła. Doktor Kienast bardzo młodo się ożenił i równie młodo rozwiódł, właśnie z powodu swojej niewierności. I kiedy teraz, powodowany takimi uczuciami, bezsprzecznie miłymi, z rozmarzeniem wspominał w towarzystwie nieboszczyka tamte słodkie powroty, przypomniała mu się mądra kobieta o ochrypłym głosie, o której nikt by nie powiedział, że skrycie prowadzi szaleńczą, zawziętą, namiętną walkę z własną brzydotą i z tej przyczyny szafki jej przestronnej łazienki skrywają cały arsenał perfum, kremów, mleczek do twarzy, pianek do kąpieli, szminek oraz pudrów, mimo że była senselierką i powinna wykazywać wobec kosmetyków więcej powściągliwości. Wiedziała, że niewiele dzięki nim osiągnie. Ona mogłaby wiedzieć. Rozpoznałaby ten ciężki zapach z cierpką nutą w głębi – pomyślał, i ta nagła myśl kazała mu podnieść do nosa granatowy sweter zmarłego. A nuż rozpozna ten zapach.
Może tamta kobieta przypomniała mu się, bo podobnie pachniało jej ciało.
Miał wrażenie, że czuje napięcie i lekkie, powstrzymywane drżenie jej mięśni.
Ciało nie zapomina.
Kobieta szczytowała w milczeniu, z otwartymi ustami, krzyczała dopiero chwilę później, po orgazmie, ale i wtedy próbowała dławić w sobie ten krzyk. Jednak nie, na granatowym swetrze zapach perfum był ledwie wyczuwalny, silniej pachniał papierosowy dym.
Czyli woń perfum pochodziła z jego ciała.
Z sali oświetlonej zimnym światłem jarzeniowym prowadziły na korytarz dwie pary drzwi wahadłowych. Przez jedne przywożono denatów, przez drugie wywożono ich do chłodni i stamtąd transportowano na sekcję zwłok. Skrzydła drzwi cicho stukały, zapewne gdzieś zostawiono otwarte okno.
Kienast nie słyszał odgłosu kroków na korytarzu. Kiedy nadstawił ucha, na biurku obok zadzwonił telefon. Doktor lekko zadrżał, telefon nadal dzwonił, nie odbierał go.
Z powodu zawodowej ciekawości nie pierwszy raz znalazł się w krytycznej sytuacji i musiał postąpić wbrew zasadom dobrego wychowania czy nawet przepisom prawa. W przeciwnym razie nie umiałby podążać za sposobem myślenia przestępców i nie wybrałby takiego zawodu. Odłożył sweter, wziął do ręki koszulę w biało-niebieskie paski i zyskał całkowitą pewność, że mężczyzna najprawdopodobniej nie w tym swetrze i nie w tej koszuli spędził ostatni dzień swojego życia, ale przebrał się po południu albo – szybko zmienił zdanie – wczesnym wieczorem. To bardzo proste. Na ubraniu czuć było jeszcze zapach proszku do prania i płynu do płukania, a może nawet pachnidełka umieszczonego w szafie. A ostatnie godziny spędził w pomieszczeniu pełnym papierosowego dymu, w gospodzie, barze, taniej restauracji, w miejscu niegodnym jego pozycji społecznej.
Perfumy wyczuwało się jedynie na dole koszuli i na spodenkach, które wydzielały też woń szybko rozkładającej się spermy. Telefon ciągle dzwonił, poza tym nie było słychać żadnych odgłosów. Kienast podszedł do nóg nieboszczyka i, jakby prosząc ziemskie szczątki bliźniego o wybaczenie, dotknął jego stóp, po czym pochylił się nad genitaliami. Telefon umilkł, znów dało się słyszeć, jak skrzydła drzwi obijają się o siebie w przeciągu. Przymknął oczy, chyba bezwiednie, by nie patrzeć z tak bliska. Uderzył go przenikliwy zapach penisa. Wszystko wskazywało na to, że jego przypuszczenia są słuszne. Mężczyzna uprawiał co najwyżej seks oralny, na pewno nie waginalny czy analny, sekcja zwłok pozwoli na bardziej szczegółową ocenę. Ciężki zapach perfum osiadł na gęstym owłosieniu łonowym i rzadszym, już mocno posiwiałym na podbrzuszu, stąd rozchodził się po sali. Kienast nie chciał stracić ani chwili. Usłyszał kroki. Dopóki jeszcze mógł nadejść koroner, musiał kontynuować oględziny. Ani na klatce piersiowej, ani pod pachami, ani za uszami nie wyczuł zapachu. To były ostatnie wątpliwe miejsca, uznał, że już naprawdę zrobił wszystko, co mógł, i wszystkiego się dowiedział. Na ciele pozostał zapach obcych perfum.
Skrzydła drzwi wahadłowych otworzyły się w chwili, kiedy Kienast podnosił głowę.
Jakby przed chwilą całował się z trupem.
Szybko się odwrócił i powiedział, że jeśli idzie o niego, jest gotów.
Znalazłeś coś ciekawego? – zapytał wesoło koroner. Był w Instytucie Medycyny Sądowej dyżurnym lekarzem, z którym śledczy pozostawał w miłych, codziennych kontaktach. Co oznaczało, że od czasu do czasu dochodziło między nimi do większych czy mniejszych tarć, ale, jak to się mówi, umieli z tym żyć.
Zostawię to raczej tobie – powiedział Kienast tonem pełnym kurtuazji – ale byłbym niezmiernie wdzięczny – dodał bez odrobiny zażenowania – gdybyś ty też powąchał jego brzuch i owłosienie łonowe. To jakieś perfumy, pachnące mydło, ale nie wiem, ki diabeł.
Może rozpoznasz – dodał.
Koledzy doktora Kienasta bronili się czasem, udając, że nie słyszą, co mówi, o co prosi czy czego sobie życzy. I to nie tylko ci, którzy rzadko z nim pracowali, ale także jego bezpośredni podwładni. W tym środowisku zazwyczaj wszyscy zwracali się do siebie po imieniu, ale starali się trzymać z dala od niego i jego manii. Uchodził za dziwaka, któremu należy pozwolić na to i owo, stopując go jednak, nim wciągnie człowieka w swoje ciemne, nieczyste sprawy. Teraz było podobnie. Doktor Kienast czekał, aż koroner zrobi to, o co go prosił – ale tamten nie zareagował. I wcale nie dlatego, że nie pochwalał takich metod, po prostu nie usłyszał owej prośby.
Zdziwiony Kienast tylko burknął pod nosem.
Nie mógł zrozumieć, jak to jest, że ludziom wystarczy tak niewiele, i gdzie się podziewają ich ludzka ciekawość czy zawodowe zainteresowanie.
Skończywszy rutynowe oględziny, koroner stwierdził, że nieznany z nazwiska, około pięćdziesięcioletni, zadbany i z wyglądu zdrowy mężczyzna zmarł najprawdopodobniej kilka minut przed pojawieniem się parkowego biegacza.
Choć niewykluczone, że śmierć nastąpiła trochę później.
Można sobie nawet wyobrazić – wtrącił doktor Kienast nie bez złośliwości – że on wciąż żyje.
To są bardzo świeże zwłoki – odparł koroner lekko urażonym tonem – zobacz, proszę.
Podniósł rękę zmarłego, wskazał na paznokcie i ją opuścił. I jakby tego nie było dość, wcisnął palec w udo nieboszczyka.
Całkiem możliwe – wyjaśniał – że skonał właśnie wtedy, kiedy karetka i wy dotarliście na miejsce. Gdyby ten poranny biegacz znalazł go chwilę wcześniej albo szybciej zawiadomił policję, albo gdybyście się nie guzdrali, lekarze z pogotowia pewnie przywróciliby go do życia.
Doktor Kienast zapytał, czy ciało nie jest w zbyt dobrym stanie, by podejrzewać zawał jako przyczynę śmierci.
Koroner roześmiał się z ulgą. Niech nie zadaje takich durnych pytań, jak jakiś dyletant.
Nie, nie – Kienast zaczął się usprawiedliwiać – pytam o to tylko dlatego, że się zastanawiam, czy nie powinniśmy pójść całkiem innym tropem.
Gdybym chciał być drobiazgowy – odparł koroner, nie rozumiejąc, do czego zmierza Kienast – powiedziałbym, że na pierwszy rzut oka w istocie można by tak sądzić, ale to za mało, by cokolwiek ustalić.
Trzeba poczekać na sekcję – dodał po chwili.
To nie są zwłoki schorowanego człowieka – upierał się doktor Kienast.
Spójrz na jego nogi i na klatkę piersiową. Brzucha też nie ma, musiał pływać albo grać w tenisa, nie wiem, w każdym razie uprawiał jakiś sport. Trzeba by pobrać próbki z brzucha i przyrodzenia – dodał – na slipach są ślady spermy, i próbkę z odbytu, bardzo cię proszę.
Kto wie, może to wcale nie jego sperma. I dowiedzieć się czegoś o sposobie ostatniego współżycia. Wygląd członka nie wskazuje na stosunek analny ani waginalny.
Przykro mi – odparł koroner zniecierpliwionym tonem – ale nie mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć nic więcej ani wydać innej opinii. Trzeba ustalić wszystkie szczegóły, żeby dowiedzieć się, co zaszło. I dokładnie zbadać spermę. Z pewnością, jak zwykle, otrzymam od doktora listę ze wszystkim, czego potrzebuję. A co do wyglądu nóg denata czy uprawiania przezeń sportów wysiłkowych, to prawdopodobnie w młodości jeździł na rowerze.
Śledczy był zaskoczony. Nie przyszło mi to do głowy – zawołał.
Nabrzmiałe żyły, to jasne, jeździł na rowerze.
Potem już wszystko szło utartym torem.
W tych szalonych dniach wiele osób zmarło z powodu udaru czy ataku serca, nagle, nieoczekiwanie, ale wszystkie miały przy sobie dokumenty.
Czasem ocieplało się, jakby nadchodziła wiosna, to znów temperatura spadała i robiło się potwornie zimno. Było mroźnie i sucho, padał śnieg. Jak gdyby pogoda też dokładała swoje do panującego zamieszania.
Zwłoki wywieziono przez drugie drzwi do pomieszczenia, gdzie, lekko wychłodzone, miały czekać, aż prokurator wyda zezwolenie na sekcję i pobranie tkanek. Zmarły miał na szyi małą plamkę. Możliwe, że ktoś znienacka objął go od tyłu i wessał się albo ugryzł, zostawiając, jak to się mówi, malinkę i drobne podskórne wylewy. Ktoś, kto być może nie widział go od dawna. Nie mówili o tym, ale obaj wiedzieli, że ten ślad należy natychmiast zabezpieczyć. Robi się to za pomocą wosku stomatologicznego: trzeba nałożyć go na to miejsce, a następnie negatyw wypełnić gipsem, w ten sposób powstaje odcisk warg czy zębów nieznanej osoby, podejrzanego albo ostatniego świadka. Dotychczas jednak nikt nie skonfrontował zeznań studenta z opinią koronera.
Nikt nie zadał sobie pytania, co ów dobrze sytuowany dżentelmen mógł robić w nocy czy o świcie w osławionym parku, nikt nie spytał o to, jakim cudem na jego ramionach i rękach jest tyle śniegu, skoro zmarł niedawno. Tak czy siak śledczy miał mnóstwo roboty w sprawie dziewczyny podejrzanej o ojcobójstwo. I wiedział, że dopóki nie dostanie wyników od techników kryminalistycznych, nie warto nad czymkolwiek się zastanawiać. Matka przyznała się do zabójstwa nie z samopoświęcenia. To była dla niej jedyna szansa na uniewinnienie. Gdyby do winy przyznała się córka, matkę pewnie skazano by za współudział w przestępstwie. Niekiedy było lepiej, gdy Kienast odkładał sprawy na bok i pozwalał im dojrzeć. Po południu półprzytomny z niewyspania z trudem zebrał siły i kiedy w pośpiechu szykował dokumenty dla prokuratury i federalnego urzędu śledczego, jego wzrok znów zatrzymał się na nazwisku młodego mężczyzny: Döhring.
Ciekawe, że takie mocno neurotyczne osoby, jeśli tylko mogą, idą studiować psychologię albo filozofię. Co raczej utrudnia im życie, niż ułatwia. Podczas tych kilku lat stają się wprawdzie mądrzejsze, ale to wcale nie znaczy, że dowiadują się czegoś więcej o swoich problemach.
Wybuchł śmiechem i kiedy odczytał adres studenta, Fasanenstrasse, pokiwał głową z zadowoleniem. Chłopak ma beztroskie życie, może spokojnie studiować, nie musi obawiać się biedy – pomyślał, po czym świeżo założone dossier szybko włożył do koperty jako dokumentację jednej ze spraw bieżących.
A student nazajutrz o świcie, tak jak sobie zaplanował, wyjechał z miasta.
Powracający sen Döhringa
Powoli nastała cisza, wszystko wokół zrobiło się białe i pełne słodkiej lekkości.
Najpierw posadzili go na ławce, potem przywrócili do pionu. Chwilę dyskutowali, kto, co i jak ma robić. Pozwalał im na to, niczym się nie przejmując, choć z trudem znosił to, że zajmowali się nim obaj naraz. Zdjęli z niego płaszcz. Zapewne zaprotestowałby, gdyby mógł się odezwać, bo obawiał się o swój płaszcz. To nie był jakiś szczególnie dobry płaszcz, ale bez niego by tu nie dotarł. Rzucili go gdzieś na bok. Wysunęli z rękawów długie ramiona, poluzowali sznurek u spodni. Miał rację zakonnik, który twierdził, że na siedząco będzie łatwiej.
Mówiłem, że tak się nie uda.
Mogli mu ściągnąć spodnie przez buty, ale długich kalesonów już nie zdołaliby tak zdjąć. Szybko z powrotem posadzili go na ławce. W gęstwinie krzewów buzowały znane wonie, tłumione jedynie zapachem rumianku, widział, jak stoi w tym koszmarnym stroju na znajomej łące, na której latem pyszniły się kwitnące rumianki.
Miał ochotę powiedzieć, że będą problemy, ale nie mógł zdobyć się na odwagę.
Po raz pierwszy stracił przytomność, kiedy próbowali zdjąć mu buty, jasne, że wraz z poszarpanymi na strzępy kalesonami mogliby ściągnąć spodnie w pasy, całe zafajdane od środka. Zaraz wszystko się okaże. Niemal słyszał, jak zaczynają wrzeszczeć i za chwilę okropnie go pobiją. Czuł wredną radość, że stopy zahaczają o buty. W ten sposób zyskuje na czasie. Jest tak słaby, że jego ciało nie przetrwałoby kolejnego bicia. To dobrze odżywieni, wprawdzie niemłodzi, ale zdrowi jak byk mężczyźni, ich uderzenia muszą być silne. Już zdążył doświadczyć, jaka to rozkosz, kiedy śmierć pozwala na siebie poczekać. Zniszczone, zapinane na trzy guziki więzienne drewniaki, wrośnięte w zakrwawione i zaropiałe stopy, skleiły się z onucami. Chciał ostrzec zakonników, żeby nie próbowali eksperymentować, bo to właśnie tak jest, muszą się z tym pogodzić, ale nie wiedział, w jakim języku ma się odezwać, i nie umiał porządnie sklecić zdania. A już na pewno nie po niemiecku. Z większą łatwością potrafił sobie wyobrazić, że już nigdy nie zdejmie butów.
Bolało go, że już nigdy więcej nie będzie Niemcem, bo nie może nim być.
Zgadzał się na wszystko, niech będzie tak, jak chcą, skoro musi być. Przychodziło mu to bez trudu, bo usta miał pełne znajomego, słodkiego, lepkiego smaku mleka, niech robią, co chcą.
Nie zapomniał o obietnicy, że po kąpieli jeszcze mu dadzą.
Zaczekaj, do diaska – wrzasnął przerażony zakonnik stojący za jego plecami, skąd obserwował, co ten drugi wyprawia z jego potwornymi kopytami.
Wszystko ma tam pozlepiane.
Nie pozlepiane, a przegniłe – odezwał się gniewnie zakonnik klęczący przed jego nogami, który próbował tak trzymać w dłoni buty, żeby nie zapaskudzić sobie habitu. Nie przysuwał ich zbyt blisko, ale choć na twarzy miał wypisaną odrazę, to jednak zajrzał do środka krótkich cholewek i, już nie patrząc, ostrożnie wcisnął palec do środka. Dotykał czegoś miękkiego, błotnistego, śliskiego, zakrzepniętej krwi i nagich, wilgotnych kości.
Trzeba będzie to obciąć – podniósł wzrok z uśmiechem na ustach – razem z nogą. Nie wiem, co powinienem zrobić – mamrotał zrozpaczonym głosem, szukając czegoś, w co można by wytrzeć palec.
Na szczęście ty zawsze wszystko wiesz.
Już był pewien, że nie ma zmiłuj, musi je zerwać jednym wprawnym ruchem.
Znów zerknął na tego drugiego, ale uśmiech znikł z jego twarzy.
Złap go za ramiona – powiedział.
Po co? – zapytał tamten ze złością.
Wtedy odezwał się, nie chciał kłopotów. Tak naprawdę – powiedział cicho – już dawno narobiłem w gacie.
Chciał im wytłumaczyć, że proszę, to nie jego wina, kiedy utknął na górze żywopłotu, a oni we dwóch go bili, przeleciał na drugą stronę. Ale nie zdążył wydusić z siebie słowa, kiedy zakonnicy już wrzeszczeli na całego. Choć to nie był wrzask, lecz rechot, wcale nieświadczący o ich dobrym humorze.
Nie mów – krzyczał jeden z nich, niemal się dusząc – to niesamowite. Że narobił w gacie.
Kto by pomyślał.
Od godziny nie mamy lepszych rozkoszy, niż wąchać twoje gówno, ofiaro – krzyczał ten drugi, bardziej opasły, który objął go w pasie, przyciągnął do siebie i ukrył jego twarz oraz ramiona w rękawie habitu, jakby zanurzając je w znajomym zapachu słodkiego nadzienia kwaskowatych cukierków.
Trzymaj mocno ten żydowski pomiot, nie puszczaj – wołał.
Doszedł do siebie, kiedy w leniwie parującej ciszy dostrzegł stojących wokół wielkich, nagich mężczyzn.
Ktoś właśnie przyniósł gorącą wodę, nalał, ale wszystko na nic, woda natychmiast uciekła.
A dwóch zakonników tymczasem znikło.
Gdyby śnił, powinien był się obudzić, chyba że zapadli się pod ziemię. Skoro nie ma zakonników – pomyślał – to znaczy, że wszystko to po prostu jest sen, jeden z wielu, kiedy kolejny bolesny sen zastępuje poprzedni. W miejscu zakonnika klęczał przed nim wielki, nagi mężczyzna, długie, czarne jak smoła, wilgotne włosy opadały mu na czoło, spoglądał nieufnie wąsko rozstawionymi, bystrymi oczyma, marszczył gęste, długie brwi i ciągle coś do niego mówił, mówił, a on rozumiał każde słowo, choć nie potrafił rozpoznać nieznanego mu języka. Którego chyba jeszcze nigdy nie słyszał.
Powiedział, że jest majorem, przedstawił się z nazwiska, oznajmił, że służy jako porucznik w jakiejś tam armii, może w Royal Air Force, i czekał z ciekawością, aż on też się przedstawi, powie, gdzie się urodził czy skąd pochodzi.
Skąd go zabrali.
Skąd.
Porucznik pochylił się nad nim, lekko otworzył usta, w których przyjaźnie pobłyskiwały jego zdrowe białe zęby, ale już chwilę później niezadowolony zatrzepotał czarnymi, mocnymi jak szczotka rzęsami, bo on w tym nieznanym języku z trudem umiał wysylabizować cyfry. I zamiast powiedzieć, jak się nazywa, wskazał na widniejący na lewym ramieniu pięciocyfrowy numer. Dlaczego miałby go ukrywać, skoro nadali mu go niczym nowe imię. Ktoś chwycił go za rękę, przytrzymał, przesunął po nim palec, jakby chciał sprawdzić, czy te cyfry są prawdziwe. I trochę się nad nim litował. Gdyby się dobrze zastanowił, może nawet powiedziałby, jak ma na imię, ale nie chciał, więc choć się zastanawiał, to nie udało mu się nic sobie przypomnieć. Porucznik miał powierzchowność Włocha, a przynajmniej wydawało mu się, że Węgrzy tak nie wyglądają. Poza tym nie rozumiał, skąd w angielskiej armii miałby wziąć się Węgier.
Tymczasem reszta wymyśliła, żeby zamoczyć obute nogi w wielkiej kadzi. Potrzeba zdrowego rozsądku nie była w stanie zburzyć szalonej logiki wydarzeń.
Każdy robił to po swojemu. Dotychczas polewali się wzajemnie zimną wodą z kadzi. A teraz wpadli na nowy, zabawny pomysł. Śmiał się wraz z nimi, choć nie był aż tak pełen entuzjazmu. Woda zrobiła się przyjemnie ciepła, początkowo parzyła, szczypała, a on cieszył się, że może przebywać wśród takich ładnych ludzi. Teraz porucznik tylko go obserwował, nie zadając żadnych pytań. I wtedy, wśród powszechnego śmiechu, zauważył, że nieopodal nich stoi zakonnik, z głową opartą o wilgotne, białe kafle i twarzą ukrytą w dłoniach. Kiedy przyglądał się jego drżącym ramionom, nie był pewien, czy trzęsie się ze śmiechu, czy właśnie mówi coś zabawnego, i czy przypadkiem się z niego nie nabija.
W końcu zapytał nagiego mężczyznę, któremu z brzucha wyrastała czarna szczecina strzelająca aż po szyję równolegle i promieniście niczym woda w fontannie, by tam opaść z powrotem, okalając mięśnie piersi, dokąd zabrali jego płaszcz.
To było dziwne, że potrafi wysłowić się w tym nieznanym języku.
Tam – wskazał porucznik – proszę spojrzeć, właśnie go palą.
Rzeczywiście zobaczył, jak drugi z zakonników wrzuca do ognia kolejno każdą z jego rzeczy.
Nie ufał porucznikowi, który nie miał takiego białego, zaczerwienionego ciała jak pozostali, w dodatku był chudy, jakby jeszcze kilka tygodni wcześniej sam był więźniem.
Nie ma się pan czego bać – odpowiedział porucznik – dadzą panu porządne ubranie, i nie zostawią tak tego wszystkiego. Nie da się ukryć, że trochę zwlekali, ale teraz już wiedzą, jak ma się sytuacja. I nie pozwolą, żeby uniknęli kary. Jeśli dobrze się pan przysłucha, dowie się pan, co tu się teraz dzieje.
W istocie, choć bardzo cicho, zza starych klasztornych murów dochodziły odgłosy ruszających z miejsca motocykli.
Porucznik przytaknął głową, tak, tak, to cały oddział żołnierzy na motocyklach, są jak jaskółki, wylatują, w sumie siedemdziesiąt dziewięć motorów, z tego dwadzieścia siedem z bocznym koszem, razem sto dwadzieścia trzy osoby. Widać było po jego twarzy, że zimna zemsta dodaje mu pewności siebie, a nawet budzi poczucie wyższości. Nie będą robili niczego nadzwyczajnego. Po prostu trzeba zamurować dwie bramy do miasta, już przestudiowali mapę. Cała akcja nie będzie trwała długo.
Chciał błagać i krzyczeć, żeby tego nie robili, zawołać, że przecież nic się nie stało, że to są ofiary, niewinni ludzie.
Ale nie mógł się odezwać, głos uwięzł mu w gardle.
Jak mógł twierdzić coś podobnego, skoro nie było tu ani jednego człowieka, o którym można by powiedzieć, że jest niewinny. Mógł spróbować innej argumentacji. Przecież ten porucznik widzi, że wszystkich nie zamordowali, w końcu sam przeżył, wraz ze swoim bratem bliźniakiem. Ale o tym nie mógł głośno powiedzieć, musiał milczeć o bracie bliźniaku, który właśnie zabił mężczyznę noszącego nazwisko Döhring. Dziwnym zbiegiem okoliczności dowiedział się o tym we śnie. Czy jest więc coś, o czym nie muszę milczeć?
Z rozpaczy zaczął się rzucać, miał wrażenie, że odcięto mu nogi i ręce, krzyczał bez sensu, jak ktoś, kto walczy, by się wreszcie przebudzić.
Nie mogę jednak o wszystkim milczeć.
Ale krzykiem niewiele wskórał, piękni, nadzy mężczyźni podnieśli go i wsadzili do wanny, widział, jak czarnowłosy porucznik ostrzegawczo podniósł palec, jaskółki wyfrunęły, motocykle odjechały. Nim nadszedł świt, Pfeilen było zamurowane, a mieszkańcy zostali skazani na zagładę. Nad opustoszałym Kloosterplein w wieczornej ciszy unosiły się opary benzyny. Wszystko jest kwestią najbliższej przyszłości. Wydarzeń nie da się powstrzymać. Podczas gdy wszyscy naraz myli się, polewali wodą, szorowali i mydlili, a w łazience rozlegał się głośny gwar, wszyscy jednocześnie rozmawiali, śmieli się, krzyczeli, przez niewidoczne szczeliny i popękane drzwi niepostrzeżenie dostawały się gęste opary, które podstępnie mieszały się z pachnącą rumiankiem parą wodną.
Piękni nadzy mężczyźni myśleli, że to przez te opary stracił przytomność.
Taki jest biedak słaby – mówili ze śmiechem – że mdleje od odrobiny oparów benzyny. Tymczasem on stracił przytomność z powodu złych przeczuć. Nie wiedział, kim jest. Z powodu strasznej myśli, że choć teraz cieszy się kąpielą, bo nie potrafi się nią nie cieszyć, i przecież ma dostać mleko, to katastrofa już się wydarzyła.
Nie wiedział, co to ma to oznaczać, kim mieliby być ci jego ludzie, i próbował odnaleźć w swoim przerażeniu jakiś sens.
A potem z wielkim trudem odkrył, że kolejny będzie nie jego dziadek, ale nauczyciel religii.
Na szczęście.
Widział z góry, jak zbliżają się z dwóch stron, w zamkniętym szyku tną reflektorami ciemność nadchodzącej nocy.
Nie było żadnego opóźnienia, tego dnia nauczyciel religii po raz drugi bił w dzwon. Ostrożnie, tak żeby obłe serce ledwie dotknęło ciemnego wieńca, przez moment nad mrocznym, leżącym w gruzach miastem dało się słyszeć przeszywający, ostry głos. Straszny huk, skrzyp i dudnienie, głos przypominający
jedno jedyne uderzenie dzwonu, dochodzący gdzieś spod ziemi. Trzęsły się ziemia i całe na wpół umarłe miasteczko, cała okolica, ludzie wyskakiwali z łóżek, zadrżały nawet grube mury klasztoru w dalekim Venlo. W łaźni na chwilę zapanowała cisza, nadzy żołnierze nadstawili uszu, słychać było tylko szum wody lejącej się z różyczek pryszniców.
Spadający dzwon rozbił w mak znajdujące się pod nim belki i wrył się w ziemię na głębokości czterech i pół metra. Wybrukowany ciężkimi kamieniami rynek zapadł się wraz ze stojącymi tam domami, najpierw wzbił się w górę, by za chwilę się zawalić. Runął budynek plebanii, a kościół luterański obrócił się w stertę kamieni.
Wiedział, że nie ma sensu, żadnego sensu, żeby śniły mu się takie historie. Musi się przebudzić. Na jawie też dobrze wszystko rozumie.
Wszystko to trwało bardzo krótko, a potem zapadła niema cisza.
Obudził go krzyk, ciągle słyszał wrzask, który wyrwał go ze snu.
Na suficie sypialni szumiało miasto, rzucające czerwone i żółte blaski, jakby to nie była noc.
Nadal miał poczucie, że nie wolno mu mówić o tym, o czym przecież powinien, i choć starał się ze sobą walczyć, ból był coraz dotkliwszy. Z kim miałby rozmawiać. I za dnia, i w nocy, zawsze jest sam. Ostatnio śniło mu się, że siedzi na łóżku, nie śpiąc, i czuje ból, jakby bez znieczulenia amputowano mu kończyny, ale i tak wyraźnie widział swoje sny. To było budujące. Wzniósł się ponad wszystko. Jego ciało jest strzępem mięsa, z którego strumieniami leje się krew. Wiedział, co z kim się wydarzyło, miał świadomość, o czym śnił teraz, a o czym ubiegłej nocy, był szczęśliwy, że potrafi oddzielić od siebie kolejne fantazmaty. Widział jak na dłoni, co zdarzy się we śnie, choć już się przebudził, a jego umysł nie mógł być bardziej trzeźwy. Widział, jak angielscy motocykliści, nie przejmując się tym, że przed chwilą z dzwonnicy spadł dzwon, a pod domami na rynku jest pełno trupów, ale też żywych ludzi, wszystkich wypędzają z domów. W oślepiających światłach reflektorów zamykają obydwie bramy prowadzące do miasta. Takiego krwotoku nie da się powstrzymać. Wszyscy zginą. Myśląc zdroworozsądkowo: będę musiał do końca patrzeć na swoją śmierć. Szukał argumentów, które pozwolą mu zyskać bardziej szczegółową wiedzę. Nie da się ukryć, że dzwon się zerwał – pomyślał – ale nie wtedy i nie w taki sposób. To też prawda, że Gerhard Döhring wrócił po czterech latach z niewoli i zapamiętale szukał jakiegoś kartonowego pudełka, które podobno miał dać na przechowanie swojemu ciotecznemu wnukowi, Hermannowi Döhringowi, ale Izolda nie chciała słyszeć o żadnym pudełku, a w ich okolicach nie było żadnego obozu.
Ale był i nikt nie zaprzeczał, że Gerhard pełnił w nim funkcję strażnika i że te poszukiwania odjęły mu rozum.
Był – powtarzał obcy, beznamiętny głos, przed którym nie potrafił uciec.
Siedział na łóżku z poczuciem, że musi tak uparcie fantazjować i kłamać, dlatego że nie wie, kim jest. Kim jestem, skoro był jakiś on, który istniał w wielu osobach. Prawdą jest też, że Hermanna Döhringa zabito przed jego własnym domem, tego samego poranka, ale zabójcy nigdy nie zidentyfikowano. Coś wyjaśniano, no bo trzeba było wyjaśniać. Prawie wszystko. Ale skąd wzięli się ci bliźniacy. Dlaczego jednego z nich podejrzewam o dokonanie morderstwa, a o drugim mówię, że spłonął na Rewirze. Dlatego we śnie nie potrafił ich rozróżnić i krążył bezmyślnie od jednego do drugiego. Ten sen był taki za sprawą siostry bliźniaczki, z powodu której postrzegał siebie jako dziewczynę, i do dziś ani nie umiał, ani nie chciał wyraźnie ich od siebie oddzielić. Dlatego chcę studiować filozofię i psychologię, żeby z dwóch perspektyw naraz móc przyjrzeć się takim pokrętnym sprawom. Ponieważ nie rozumiem – płakał jego sen, a on wołał, że nie rozumie, że nie może zrozumieć. Jednak wiedza pozyskana ze snu okazała się silniejsza. Czuł we własnym ciele umęczone, skazane na śmierć ciała, ciała obydwojga z nich. A to, że żyją, było dla niego jedynym ratunkiem. Co oznacza, że noszę w sobie kogoś, kim nie jestem, i za ich sprawą mogę zajrzeć w czasy oraz miejsca, w których nigdy nie byłem, albo mogę spojrzeć w przyszłość, która beze mnie nie stałaby się czyimś udziałem.
Tłumaczył to sam sobie i zakłopotany kręcił głową, bo wiedział, gdzie jest, ale i tak niczego nie rozumiał.
Kiedy całkiem się wybudził, pomyślał, że może ja, który myślałem o tym wszystkim, to wcale nie jestem ja. Żyją we mnie inne osoby, których nie znam, albo w chwili śmierci odeszły wraz ze mną. Jakby we śnie szukał wśród nich swojego ziemskiego ja, ale pokłady gówna wyrwały go ze snu i teraz czuje, że jakkolwiek bardzo chciałby się wyrwać spośród nich, nie jest sobą, nie odnajduje siebie, nie może znaleźć własnego ja i nie istnieje.
Najwyżej odnajduje swoją siostrę bliźniaczkę i prawdopodobnie dlatego czuje wobec niej taką obcość.
Nie rozumiał, dlaczego czuje silny smród odchodów, i czy jest tą osobą, która go czuje.
Mój sen był pełen gówna. Ale nie potrafił uznać swojego empiryzmu za jedyne wytłumaczenie.
Wcześniej próbował uciec od problemu, traktując go jako zagadnienie filozoficzne, które jednak nie wyjaśniało w sposób wystarczający, dlaczego czuje taki rzeczywisty, przenikliwy smród.
To wprawdzie nie objaśnia świata, ale dzięki temu poczuł, że jest tu ktoś, kto siedzi na obcym łóżku w gęstych, grubych pokładach gówna i roztrząsa problem empiryzmu. To było łóżko Izoldy. Narobiłem pod siebie albo to też mi się śni. Ten ktoś ma pełno w odbycie albo w kałuży rzadkiego kału tkwi sobie twardsza, grubsza kiełbaska, tam, w otworze odbytu, a właściwie w spodniach pidżamy.
Niemożliwe.
Czyli tam na wsi to nie Döhring narobił pod siebie, kiedy zamordował go mój brat bliźniak. Bo Döhring to jestem ja. Albo to nie mój brat bliźniak narobił w gacie, kiedy chcieli go ściągnąć z żywopłotu i kijem bili po głowie oraz plecach. Zresztą nie mam żadnego brata bliźniaka. Ale jak miałbym nie mieć. Jestem jakimś innym Döhringiem. Który siedzi we własnym gównie niczym małe dziecko. Choć żadnemu z nas już nie wolno. Za to dostaje się w tyłek. Sen po to właśnie wymyślił mojego brata bliźniaka, żebym to nie był ja albo żebym mógł się zabić, żebym nie był moją siostrą bliźniaczką, albo żebym mógł ją pod byle pretekstem zamordować i sam nie zostać ofiarą.
Ale głupoty chodzą ci po głowie.
Słyszał, jak jego głos niesie się po pokoju rozświetlonym błyskami nocy.
Czuł, że chce wyskoczyć z łóżka, ale bał się, żeby tłusta kiełbaska nie wyślizgnęła się na zewnątrz, a rzadka kupa nie popłynęła po łydkach. Co mam w takim razie zrobić, co mam robić – rozpaczał bezgłośnie.
Jeszcze nigdy nie słyszał, żeby zdrowi, dorośli, normalni ludzie robili pod siebie we śnie.
Na szczęście przyszło mu do głowy, że to może być efekt zbyt dużej ilości zjedzonych suszonych jabłek i śliwek.
Człowiekowi, który głodował, nie wolno naraz zjeść tak dużo niepłynnych pokarmów.
Musiał jednak szybko zapomnieć o podobnym wytłumaczeniu, bo przecież nie można narobić pod siebie po zjedzonych we śnie suszonych owocach.
Głodował też tylko we śnie.
W końcu zrozumiał, że nie ma innego wyjaśnienia, jest tu ktoś jeszcze, kto siedzi na obcym łóżku w gęstej, gorącej mazi gówna. Nasrałem pod siebie, a może to też tylko mi się śni. I ten ktoś ma pełno w tyłku, siedzi w kałuży wodnistej sraki, a z otworu odbytu sterczy mu gruba kiełbasa, i jestem w piżamie.
Jakkolwiek problem był poważny i niczego nie zmieniało, że śmiał się ze swoich nieudolnych wytłumaczeń, to i tak senny świat okazywał się tym bardziej realnym. Może z tego powodu, że to na łóżku Izoldy, w jej sypialni doświadczył takiego wstydu.
I poniżenia.
Jednocześnie światło dzienne ujrzały związki, których dotychczas nie zauważał, tak jak nie rozumiał ich nikt z jego rodziny i nikt w całych Niemczech. W końcu pojął też, że dlatego nie mógł we śnie mówić po niemiecku. Wolał stać się innym człowiekiem. Lepiej było uciec przed poniżeniem w sen, który nawet na jawie nie przestawał pracować w jego głowie. Przymuszał go do siebie, kusił szeptem: jeśli chcesz, mój drogi, to zaprowadzę cię na jeszcze większe głębiny. To jasne, że dlatego do dziś nikt niczego nie podejrzewa w sprawie kartonowego pudełka, że wszyscy są niewinni. Izolda była sama, kiedy natknęła się na nie w suszarni owoców. Kto inny mógł je tam znaleźć.
Nic bardziej oczywistego.
Zaciekawiło go, że senne marzenia przebudowały świat rodzinnych powiązań. Pradziadek, którego ledwie mógł znać, stał się dziadkiem, bracia zamienili się w braci ciotecznych. Izolda też była we śnie jego cioteczną siostrą, choć w realnym życiu była ciotką. To jasne, że Izolda jako ciotka zatrzymała dla siebie swoje tajemnice, ale jej karierę życiową, inną niż wynikałaby z sytuacji majątkowej rodziny, można było zrozumieć właśnie dzięki tym snom.
Jakby znów śnił, mimo że na jawie już się cieszył, że w końcu udało mu się znaleźć wytłumaczenie.
Ojciec Izoldy zabrał pudełko, zawiózł je na wieś i tam schował, a na drugi dzień o poranku zamordowało go trzech więźniów zbiegłych z obozu. Kiedy cztery lata później Gerhard Döhring wrócił z niewoli, nie uwierzył w ich solenne zapewnienia, że to oni zabrali tajemnicze pudełko, a rodzina nic nie wie o jego losie. Dlaczego miałby sądzić, że jego własny brat jest taki głupi, by nie umieć niczego porządnie ukryć. A skoro tak, to pudełko gdzie musi być. Nie mógł go tak nieudolnie ukryć, żeby natychmiast odkryli je ci przeklęci więźniowie. Niejeden raz przeszukali cały dom, piwnicę i strych, sprawdzali w kominach, pod podłogą i w ścianach. Dwa razy wynieśli z komórki całe drewno. Trzy razy przeszukali suszarnię. Nie przez przypadek. Rozkopywali wszystkie podejrzane miejsca. Ale Gerhard nie chciał przyjąć do wiadomości prostego faktu, że pudełka nigdzie nie ma. Rodzina pamiętała o wszystkich możliwych w przeszłości i dawniej istniejących skrytkach, w ścianie suszarni już sto lat wcześniej zrobiono w tym celu wgłębienie, ale pudełka nigdzie nie było. Komu mogło przyjść do głowy, że znalazła go mała Izolda dwa tygodnie przed powrotem Gerharda Döhringa?
Nie minęło kilka tygodni od powrotu Gerharda Döhringa, a już całe miasteczko drżało przed nim ze strachu. Choć przecież obcy niczego nie wiedzieli o pudełku.
Bez niczyjego upoważnienia prowadził sekretne śledztwo, które miało wyjaśnić dziwne wydarzenia, jakie miały miejsce w ostatnich tygodniach wojny. Nie robił tego sam, lecz z dwoma dobrymi przyjaciółmi i z bohaterem spod Sedanu, własnym ojcem, który przecież był prawnikiem, a na którego pooranej bliznami twarzy już we wczesnym dzieciństwie obserwował i dotykał obcej, wrogiej historii świata. Wszyscy czterej uważali, że fakt okupacji nie rozgrzesza ciężkich przestępców, zdrajców, żołnierzy niewykonujących rozkazów, sabotażystów albo dezerterów, którym należy się słuszna kara. Takie sprawy muszą sami po cichu załatwić za plecami okupantów. Spośród dezerterów, którzy szczęśliwie przeżyli pierwsze okupacyjne lata, dwóch zaginęło bez śladu, a żeby przyczyna ich zniknięcia nie budziła zbędnych pytań, trzeciego znaleziono martwego. I była jeszcze jedna mroczna sprawa, którą Gerhard Döhring koniecznie chciał wyjaśnić. Skoro ktoś podpalił dwa szpitalne baraki, to dlaczego te nie spłonęły i jak więźniowie się z nich wydostali. Maniacko, tak samo jak pudełka, szukał jakiegoś wytłumaczenia.
We śnie tymczasem zrozumiał, że mimo tego, co sądziła rodzina, Gerhard Döhring nie postradał zmysłów. Dręczyło go, że nie uniknie swojego losu, i brak sensownego rozwiązania dopiero później doprowadził go do obłędu. Porażki nie da się naprawić morderstwem. Wreszcie to rozumiał, ale ta nowa wiedza była trudna do zniesienia. Z tą świadomością doprowadzi do szaleństwa żyjącego w nim wuja.
Dwa razy do roku rozpalają w suszarni piece.
Kiedy jest urodzaj na owoce, rozpalają je raz po raz, dwa cykle suszenia mogą trwać nawet cały miesiąc. Ukryte w ścianie przemoknięte pudełko w czwartym roku bez problemu zajęło się ogniem.
Spośród dwóch córek Döhringa Izolda bardziej nie lubiła prac gospodarskich.
Po strasznej śmierci ojca wszystkie cięższe prace musiał wykonywać jego jedyny syn. Wdowa próbowała sprawiedliwie dzielić prace pomiędzy trójkę dzieci. Pilnowała Izoldy, żeby nie leniła się kosztem rodzeństwa. Tamtej zimy wysłała ją samą na wieś, by uporządkowała w suszarni ruszty. To nie była praca, do której byłyby potrzebne dwie osoby. A jeśli się boi, to musi zapanować nad strachem. I kiedy dziewczyna wyciągała ruszty, na tacce, którą usiała umyć z pozostałego na niej soku, znalazła pomiędzy zwęglonymi resztkami kartonu kilka błyszczących przedmiotów. Nie wiedziała, co to jest. Kilka minut później w zagłębieniu w ścianie natknęła się na górę złota.
Było jasne jak słońce, kto i w jakich okolicznościach tam je ukrył.
Stało się to powodem straszliwych czynów.
Przerażony, że potworny sen każe mu widzieć obrazy, których sensu nikt do dziś nie pojął, w końcu się przebudził.
Kiedy wreszcie zobaczył sypialnię drżącą w żółto-czerwonych blaskach nocy i otwarte drzwi, zaświtała w nim nadzieja, że owszem, narobił po siebie, ale tylko w swoim śnie.
Smród był jednak rzeczywisty.
Podciągnął aż pod kolana szerokie spodnie piżamy, przytrzymał i wyszedł z łóżka tak, że kał spłynął tylko do kolan. Na pościeli zostały potężne plamy. Drobił małe kroczki, zaciskając kiełbaskę pomiędzy pośladkami, przez chwilę udawało mu się ją nieść, ale kiedy dotarł do drzwi łazienki, kiełbaska wypadła i rozleciała się na kawałki, które musiał dłonią wyciągać z pełnej kału, ściskanej drugą ręką nogawki.
Wtedy już wszystko płynęło i rozmazywało się niczym krew po brutalnym mordzie.