Wyspa Małgorzaty
Tak, mam drugie życie.
Uciekał przed nim, a pełne kwiatów gałęzie smagały go po twarzy.
Owszem, miał drugie życie.
Uciekał.
Słyszał za sobą stukot długich, szybkich kroków, szalony oddech swojego prześladowcy, twardo ubita ścieżka dudniła pomiędzy drzewami i krzewami.
Zaszedłem zbyt daleko – postękiwał cichutko – zbyt daleko. Nie mógł nie pójść daleko, niepotrzebnie czynił sobie wyrzuty, skoro był daleko od wszystkiego i od wszystkich. Igrał z niebezpieczeństwem, czuł, że żyje, aczkolwiek ten drugi ktoś do samego końca wszystko racjonalnie rozważał.
Przeciągnąłem strunę, wyprowadziłem ich z równowagi.
Wśród szeleszczącego wiatru i pełnej woni kwiatów ciemności można było obawiać się kieszonkowców, złodziei, morderców i akcji milicyjnych. Mogą go nawet zabić, było mu wszystko jedno, nie tego się bał. Nocne niebezpieczeństwa wzmagały jego podniecenie do granic wytrzymałości. Odkrył to niesamowite miejsce przed czterema dniami, wprawdzie poszedł o świcie do domu, jednak ledwie mógł się doczekać, aż nadejdzie zmierzch, spędzał tutaj już piątą noc z kolei. Jak gdyby pogrążał się w pracy etnologa przeprowadzającego badania w terenie i jeszcze nie rozeznał się w obowiązujących tam surowych, plemiennych zwyczajach.
Ludzie niewiele tu ze sobą rozmawiali, słyszał tylko krótkie gwizdy i posykiwania. Pojawiali się i znikali. Niektórych już poznawał, tych, którzy go szukali, obserwowali i śledzili, albo tych, których on śledził, by w końcu bez śladu zniknęli w mroku nocy.
Skradali się, poruszali z wielką ostrożnością, zakradali, jakby w gęstych, przesyconych westchnieniami i postękiwaniami ciemnościach ich oczy mogły coś dojrzeć. Odkrył, że on również widzi w mroku, i to sprawiło mu wielką frajdę. Mózg odnotowywał, odmierzał, tworzył związki, kombinował, przechowywał naglące pytania, działał pełną parą. Po pewnym czasie rozumiał, czy wydawało mu się, że rozpoznaje zamiary pojawiających się sylwetek i ich cieni, pojmował ich milczące emocje. Był szczęśliwy z powodu swoich naukowych odkryć. Kiedy obserwował wszystkie tak różne od siebie postacie i ich najrozmaitsze zamiary, aż zasychało mu w ustach, nerwowo oblizywał spękane wargi.
Młodszy z mężczyzn, osobnik z wąsami, zaraz zrobi wielkie okrążenie i zanim wybiegnie z ciemnego parku, wielkimi ramionami zagrodzi mu drogę na ścieżce. Czasami nie tylko zatrzymywał się przed nim, ale też z całej siły przyciągał go do siebie i czule go obejmował, a od kiedy po raz pierwszy pocałował go w szyję, nie tylko zapamiętał jego dotyk, ale też poczuł pożądanie. Widział przed sobą roześmianą twarz młodszego z nich, wielki, mięsisty nos i opadające na wargi węgierskie wąsy, czuł jego oddech, odrażającą mieszankę woni alkoholu i tytoniu. A jeśli pocałuje go w szyję? Na samą tę myśl robiło mu się słabo z przerażenia. Pomiędzy nimi trwa gra, wciska się pomiędzy dwóch rosłych mężczyzn. Zrozumiał też, że ci dwaj używają starszego jak przynęty, bo pozostali mężczyźni, a zwłaszcza młodzi jak on chłopcy, uważają, że to właśnie on jest najbardziej atrakcyjny. Lecą na niego, na jego fizyczną siłę, pragną wielkości i doskonałości jego ciała, starszy już samą swoją obecnością trafia w ich pragnienia.
A ci dwaj czekają, żeby, niczego nie podejrzewając, wpadł w ich sidła. Budują swoją strategię na cielesnej doskonałości tego starszego, współdziałają ze sobą w pełnej harmonii. Nie jeden czy drugi, obydwaj się na niego zasadzają, i to odkrycie powoduje, że staje się wobec nich nieufny. Widzi też, że ciągła pogoń jest sposobem podnoszenia napięcia, elementem ich uwodzicielskiej gry; w gruncie rzeczy igra z nim wieczne pragnienie posiadania doskonałego ciała. Wszystko jest z góry przesądzone, wszystko, co odkryje albo przewidzi, zazwyczaj zdarza się w nocy. Nie ma już różnicy pomiędzy jego światem wewnętrznym a tym zewnętrznym, dzieło stworzenia wszystko z góry ustaliło, i teraz, by wszystko się spełniło, brakuje tylko kody, śmiertelnego rzężenia albo ejakulacji. Gdyby mu pozwolił, poddaliby go brutalnym torturom, ostrymi zębami rozszarpaliby na strzępy jego mięśnie, w mgnieniu oka pożarli całe ciało.
To przyszło mu do głowy, inaczej nie umiał sobie wyobrazić, co mogliby zrobić, albo nie chciał inaczej wyobrażać sobie rozkoszy, jaką podstępnie szykowali mu ci dwaj osobnicy.
W mroku drżącym od falujących świateł oddalonych latarni gazowych pełno było wydeptanych ścieżek i ciosów. Z dróżki zbaczali mężczyźni, którzy niczym łupy czekające na zdobywcę oferowali swoje ciało albo czekali na kogoś, kto z gotowością w milczeniu zaoferuje swoje. To była zasada działania tego miejsca. Kiedy wieczorem po dziesiątej znikały z okolicy spacerujące zakochane pary, w głębi mroku, dokąd nie sięgały światła latarni ani odbite światła nieba nad miastem, pojawiały się nagie jak ich Bóg stworzył postacie. Ktoś, kto nagle z niedojrzałego chłopca musi stać się dojrzałym mężczyzną, nie umie powstrzymać ciekawości, jacy są pozostali mężczyźni. Idzie za nimi jak oczarowany, chciałby być taki sam jak oni. Wyobrażał sobie, że jest na ich miejscu, kiedy oferują siebie innym albo nadzy biorą w posiadanie obce, nieznane ciała, choć ciągle powtarzał, że nie pragnie nic więcej, tylko patrzeć i patrzeć.
Wyobraźnia wzajemnie skierowana na siebie była dla nich podnietą, a mrok drżał w podnieceniu, którego zwykły śmiertelnik nie byłby w stanie zaspokoić.
Zamknięta siedmioma pieczęciami tajemnica miasta, niczym zakazana wiedza, stawała się ich własnością.
Kiedy z wielką ostrożnością, zważając na każdy trzask, zbliżał się do nich, rozbiegali się na wszystkie strony, by prowadzić swoją grę gdzie indziej, z zupełnie innymi osobami, albo wołali go, machali dłońmi, coś pokazywali, szeptali, żeby przyłączył się na trzeciego czy na czwartego. Było im wszystko jedno. Oferowali wargi rozwarte do pocałunków albo do loda, tyłki lub stojącego w erekcji kutasa. Drwili z tęsknoty za życiem prowadzonym w parach czy z ckliwych idei poszukiwania drugiej połowy.
Wszystko mogło się zdarzyć. I wtedy przerażony musiał uciekać.
Ale nie zawsze było wszystko jedno.
Zazwyczaj nikt nie był do nikogo przywiązany, nic nawet na moment nie mogło być na stałe, każdy przypadkowy związek mógł rozpaść się w dowolnej chwili, każdy z nich bowiem w jakimś sensie był mężczyzną, dlatego mogli zawierać raz po raz, z innymi, z kimkolwiek, służące kultowi męskości sojusze, których celem była obrona lub tylko drwina. Choć nawet i te surowe zasady ciągle zmieniali i ustalali na nowo.
Czuł, że nie potrafi ich zrozumieć, ale podążał za nimi krok w krok.
Zdarzali się tacy, którzy błyskawicznie znajdowali tę jedną jedyną osobę i odchodzili z wesołym śmiechem. Niektórzy spośród nich wracali po kilku minutach i jak gdyby nic się pomiędzy nimi nie wydarzyło, obojętni albo nawet rozczarowani, rozpoczynali kolejne poszukiwania. Byli też tacy, którzy chowali swoje ubrania w ruinach średniowiecznego klasztoru świętej Małgorzaty, by nago jeszcze zuchwalej zwracać na siebie uwagę, pozostawiali je w pustych wykuszach na rzeźby, za gotyckimi kamieniami wyciągniętymi ze swoich miejsc, inni pakowali je w małe zawiniątka i przywiązywali do pasa albo do nóg poniżej kolan. Przerażający plemienni bojownicy. Zazdrościł im, na myśl o nich czuł ciepło w sercu, choć to właśnie ich powinien obawiać się najbardziej, bo byli dzicy, bezwzględni, twardzi i nieobliczalni. Niekiedy atakowali w grupie. Wydając syczące głosy, śmiejąc się jak dzieci, czynili pikantne aluzje, ich zachowanie było sztuczne i – mimo imponującej siły mięśni – kobiece. Niósł się za nimi zapach taniej wody kolońskiej pomieszany z ciężką wonią potu. Całowali, lizali i bili bez zastanowienia. Postanowili po prostu, że właśnie takie, pozbawione hamulców będzie ich życie.
Jeszcze nie umiałem podjąć decyzji.
Nie mogłem sobie wyobrazić, jaka rola miałaby mi przypaść w tym grupowym szaleństwie. W ogóle nie umiałem podjąć żadnej decyzji. Najpierw chciałem się poprzyglądać, dokładnie się przypatrzeć, zrozumieć, o co chodzi w tych scenach, bo odnosiłem wrażenie, że wszystko, co ze sobą robią, jest poniżające albo poniża tego drugiego, i nie potrafiłem tego pojąć. Jakbym niczym obca osoba z odrazą obserwował swoją niewystarczającą jeszcze gotowość do bycia poniżanym.
Jakbym przyglądał się skłonnościom człowieka, który wprawdzie bezustannie czyni sobie wyrzuty, ale jego życie i tak jest jedynie pustym przeciąganiem czasu. Mimo że należało natychmiast coś postanowić, skoro sprawa wydaje się nie mieć końca. Ale ten ktoś nie wiedział, co powinien zrobić, by móc podjąć decyzję. Dlatego raczej zostawał na dróżce.
Zamiast z niej zejść.
Dróżka zgodnie z miejscowymi zwyczajami dawała schronienie, bezpieczeństwo, ochronę, mówiła, że jeszcze nie podjąłem decyzji. Jak gdybym im dawał do zrozumienia, żeby ode mnie odstąpili, ja ciągle jeszcze szukam, wciąż czekam na tę wielką niewiadomą, nie chcę, żebyście mnie dotykali, tak długo, aż się sam nie poddam albo nie odnajdę tego, którego szukam.
Poza tym istniała obawa, że w gęstwinie łatwo wdepnąć w gówno, więc zboczyć ze ścieżki było trochę niebezpiecznie.
Pojawiali się tam też inni osobnicy, którzy pędzeni niemożliwymi do spełnienia pragnieniami bez końca błąkali się po ścieżkach, odchodzili i wracali, i było ich całkiem sporo.
Ale wszystko na nic, na nic, nikogo tam nie spotkali.
Niekoniecznie z powodu swojej strachliwej natury, raczej dlatego, że ciągle wybrzydzali albo mieli nadmierne oczekiwania.
Nie można było tego wszystkiego zrozumieć.
Może właśnie dlatego z radością zamieniłby swoje życie na życie tych najodważniejszych, którym jest całkowicie obojętne, z kim to robią, byle tylko ciągle to robić, i chociaż po części ich rozumiał. Gdyby można było ulec każdej próbie zbliżenia się obcej ci osoby, zrozumieć ją, pozwolić, a jednocześnie nikogo nie dotykać. Co oznaczałoby też, że nie zostanie się przez nikogo dotkniętym.
Gdyby tylko nie dręczył go w tak poniżający sposób brak cielesnego dotyku.
Nie mógł sam się zaspokoić, bo tutaj to oznaczałoby tylko jedno. Że oferuje swoje ciało niczym wolny łup, przecież obserwowali go ze wszystkich stron, podobnie jak on ich obserwował, każdy najmniejszy ruch. Jeden jedyny wyzywający znak wystarczał, by rzucili się na siebie i szybko się nawzajem zaspokoili, albo zaczęli gonić, uważając, by nie dojść po drodze, gestykulowali, jakby dziękując albo kogoś witając, i znikali w głębi nocy, by robić to samo z kimś innym. Jak gdyby dłuższe związanie się z jedną osobą postrzegali jako zbyteczny sentymentalizm. Spiskowali ze sobą, jedynie tym zdradzając najskrytsze i najniebezpieczniejsze tajemnice, choć przysięgali przestrzegać zasad. Na przykład, że natychmiast trzeba zaoferować swoje ciało. A on nie czuł w sobie tego rodzaju pokory. Nawet wykluczony i bez doświadczenia też nie był osobą niemiłą w obejściu, gdyż strach i przerażenie trzymały go w ciągłym napięciu. Chciał bez reszty zamknąć się w sobie, ale musiał pozostać otwarty. Ważne było, aby zachowywał się tak, jak gdyby należał do nich, jakby, kiedy tylko zechce, był w stanie zrezygnować z chronionej za wszelką cenę cielesnej integralności. W przeciwnym razie nie tolerowaliby go wśród siebie. Tymczasem cichutko kapała jego sperma. Erekcja nie miała związku z żadnym z nich, odnosiła się do tego, który pojawi się w dowolnym momencie i którego tu wszyscy uwielbiają oraz czczą jak bóstwo. Do tego, którego on także szukał, ale nie znalazł. Czy raczej to była pułapka, w głębi duszy ich rozumiał, choć lepiej by było – a tylko tak miał szansę zyskać o nich pełną wiedzę – gdyby się poświęcił, ale nie rozumiał, że tutaj nikt nie szuka realnego partnera, lecz kogoś, kto jest wytworem własnej wyobraźni.
Jego żądza kierowała się na wszystkich, na kogokolwiek, ale kiedy ten ujawnił się spośród nich i próbował do niego zbliżyć, to był koniec, obiektem żądzy stawał się nikt.
Wtedy uciekał.
Uciekał przed molestującymi osobnikami, bo każdy z nich oznaczał, że musi zmierzyć się z magicznym przyciąganiem, jego stopy stukały na twardej dróżce, uciekał niczym dzikie zwierzę i, zdając się na wyostrzone zmysły, pędził przed siebie na oślep. Pnącza roślin oplatały całe jego ciało, ostre gałęzie smagały bezbronną twarz, kłuły i odpychały, wszystko trzeszczało i skrzypiało. Chciały go spętać lianami, mackami, przyciągnąć z powrotem, ukarać za to, że nie uległ realnej rzeczywistości, nawet z potrzeby, w krótkich chwilach zaspokojenia.
Przerażały go łapczywość i nieokiełznana brutalność, w dodatku w ich obecności boleśnie trzeźwiał, i choć nie potrafił ocenić szaleńczej odwagi, z jaką wraz z sekretnymi pragnieniami oferowali choć na chwilę swoje ekstatyczne ciała, albo ustami, uważnymi dłońmi czy dokładnie posmarowanymi poślizgową maścią rozwartymi odbytami dostarczali innym ekstazy.
Ich wolność wydała mu się piękna i oszałamiająca. A jego powstrzymywały konwenanse.
Gardził swoją służalczą naturą, brzydził się nie nimi, ale sobą samym. Mimo że wiele, niemal wszystko, robił przeciw sobie. Szybko zrozumiał, że w imię wolności człowiek nie może już spaść niżej, czy przynajmniej miał nadzieję, że nie musi. Walące serce niemal rozrywało mu klatkę piersiową, był jednocześnie szczęśliwy i przerażony, a ze strachu i zdumienia niemal tracił oddech. Nie byłby już w stanie spaść niżej, choć dobrze wiedział, że tu nie można się zatrzymać, i że właśnie to go czeka. Nikogo nie potrafi dosięgnąć, tak samo jak oni – mówił do siebie z wyrzutem. Usprawiedliwiając się, że wśród takiej ohydy nie potrafi sam się zaspokoić, nawet gdyby się okazało, że wszyscy mężczyźni tak robią. A wtedy musiałby porzucić swoje maniakalne poszukiwania. Tłumaczył to sobie tym, że potrzebuje uczucia. Tymczasem z powodu własnego tchórzostwa nie umiał zaakceptować ekstatycznych uczuć i tylko chronił się za podobnymi myślami. Albo nie chciał pogodzić się z tym, że nie ma na świecie człowieka, którego szuka. Ani mężczyzny, ani kobiety. Nie umiał zrezygnować z myśli o potrzebie łączenia się w pary, zapomnieć o próżnych i naiwnych wyobrażeniach, że spotka w końcu właściwą osobę, niczym trelująca ptaszyna, bo ciągle nie opuszcza go sentymentalna nadzieja.
Pełen obaw żywił mglistą nadzieję, że kiedyś los przywiedzie tu kogoś, podobnie jak przysłał jego, i już nie wypuści. Choć przez ten drobnomieszczański sentymentalizm sam wydawał się sobie śmieszny. Spotkać się ze swoim obcym sobowtórem, który pod wieloma względami, ale zawsze bardzo proporcjonalnie, będzie się od niego różnił. Nie umiał inaczej wyobrazić sobie tej osoby, tylko jako swojego sobowtóra, więc nie mogła to być dziewczyna. Sobowtór jednak musiał być od niego znacznie doskonalszy, trochę taki, jak olbrzym, przed którym uciekał. Ale nie mógł być doskonalszy od tamtego, by nie upokorzyć go cielesną i duchową przewagą.
Nie potrafił jednak sobie wyobrazić, że pocałuje olbrzyma w usta, w wyobraźni posuwał się najwyżej do zobaczenia nagiego ciała, uczucia, kiedy jedna naga skóra spotyka się z gorącymi wyziewami drugiej nagiej skóry.
Nie mógł pozwolić, by ci równi mu wiekiem albo nawet młodsi plemienni wojownicy, te dziwne, hałaśliwe istoty sprawiły, że porzuci swoje przekonania.
To musi być ktoś, nie ktokolwiek. Choć widząc ich, niemal zawsze tracił grunt pod nogami. Miał powody, żeby się ich bać, nie tylko dlatego, że bili bez najmniejszych oporów, ale też dlatego, że umieli przejrzeć jego najskrytsze zamiary, takie, których sam do końca nie był świadom i z którymi niechętnie się konfrontował.
Zostaw w cholerę tego gnojka – syczeli do siebie nawzajem, kiedy zauważyli, że znów się pojawił, skrada się tą samą alejką, nadchodzi i ciągle nie odpuszcza.
Niczego nie odpuszcza.
Czeka na rycerza ze swoich snów – rechotali chórem.
Dla nich w istocie nie istniała żadna świętość, cały świat był parodią, która miała za zadanie służyć ich zachciankom.
Chyba nie czekasz na przystojnego kontradmirała Miklósa Horthyego, kochasiu, patrz, nadjeżdża na swoim białym rumaku – sepleniąc, chichotali mu do ucha, kiedy przechodził obok nich.
Paplali dokładnie takim samym głosem jak eleganckie panie w cukierni Gerbaud.
Niech go nadzieje na swojego wielkiego, dymiącego chuja – wrzeszczeli za jego plecami.
Albo Jean Marais.
Mnie się, chłopaki, wydaje, że on czeka na żonę Béli Kuna.
Nie było sposobu, żeby im umknąć, ale i tak nie brał ich całkiem na serio. Dość szybko zrozumiał, że choć pod osłoną nocy wydają się potężni i odważni, to w istocie rzeczy są pariasami, sługami czyichś rozkoszy, zawsze od wszystkich zależnymi, więc nie mógł nie darzyć ich sympatią.
Uciekał przed nimi.
Pragnął ich wewnętrznej siły, nagich mięśni, mdlącego zapachu pudru, oczu upiększonych sztucznymi rzęsami, szalonej parodii, perfekcyjnego bezwstydu, ale nie zazdrościł im zależności od innych.
W biegu nie mógł jednak rozeznać się w skomplikowanej sieci dróżek, ścieżek i ciosów, i nie było to nic innego jak ślad topografii bezsensownych tęsknot, pielęgnowanych fantazji oraz daremnych życzeń odbity w tej brudnej ziemi. Gdyby wszystko widział, gdyby umiał przeniknąć system, w jakim żyją, dopiero wówczas by ich zrozumiał.
Wczuć się w drugą osobę, a zarazem nie wyrzekać się siebie i nie tknąć jej nawet palcem.
Już pierwszej nocy postanowił, że wróci, gdy będzie widno. Jednak z nadejściem dnia wszystkie nocne postanowienia traciły aktualność. Jakby w dzień mógł z innego życia wrócić na tereny badań niczym ornitolog, ptaki wydawały z siebie chaotyczne wrzaski, kłóciły się, śpiewały, ćwierkały, burczały i popiskiwały. Tymczasem w świetle dnia wyłaniało się z wczorajszych przeżyć coś, co mogło doprowadzić go do praktycznych antropologicznych odkryć. Nie miał w tym żadnego konkretnego interesu, dlatego w dzień ten, którym był w nocy, stawał się dla niego obcą osobą. W tamtym życiu nie miał dostępu do potrzeb tego drugiego życia. Zatem któreś z tych żyć powinien zamienić na drugie, żeby jego istnienie nie było tak pokrętnie zakłamane, by dwie części stały się całością. Czuł, że kiedy tego naprawdę spróbuje, sprowadzi na siebie szaleństwo. Albo już tkwi w tym wszystkim po uszy i nie potrafi oddzielić od siebie najrozmaitszych płaszczyzn ani poziomów realnego życia. Coś nieodwołalnie się wydarzy i natychmiast wymknie się spod kontroli.
Kiedy z kimś rozmawiał, starając się nie słyszeć swojego wiecznego wewnętrznego monologu, miły uśmiech nie znikał z jego twarzy, a to zazwyczaj wystarcza, żeby pozyskać ludzką sympatię. Ale z tego samego powodu odczuwał realny charakter swojego szaleństwa. Cierpieniu, jakie niosła ze sobą dwoistość, nie była w stanie przynieść kresu trzeźwa i silna osoba, którą był za dnia. Uśmiechając się uprzejmie, w dzień więcej obiecywał i więcej zapominał, niż potrafił dać z siebie w nocy. Aby scalić te dwie osobowości, musiał jednej z nich podszepnąć, która z nich jest tą drugą. To jednak mu się nie udawało, bo żadna z nich nie była ani bardziej wyrazista, ani bardziej nieprawdopodobna, ani ta z nocy, ani ta z jasnego dnia.
Wydawało się, że sensowniejszym rozwiązaniem będzie nie wypierać się nocy spędzonej na Wyspie Małgorzaty. Ale nawet gdyby sobie tego zakazał, to i tak daleko by nie zaszedł. Mógł jedynie trzymać się tego, że musi pozostać na wyznaczonych dróżkach. Patrzeć, widzieć, obserwować, ale nie mieć nic wspólnego z tymi, którzy przyznawali się wyłącznie do swojego nocnego ja. Pilnować, kim jest za dnia, żeby przynajmniej w kontekście doboru w pary pozostać spójną całością. Może nie całkiem trzeźwo, ale tylko na granicy obłędu.
Musi zawierzyć swojemu węchowi.
Wyczuć w ciemnościach powiew i fale zapachów, tytoń, gówno, zjełczały mocz, spermę, przyjacielskie albo wrogie opary podnieconych lub właśnie uspokajających się ciał, które zawsze, w każdym momencie służyły mu za drogowskaz. Stawał się niczym zwierzę, podążał za zapachem, nogi same go niosły. Jako zwierzę czuł się tam lepiej niż jako człowiek, potrzebie rzeczowego osądu udawało mu się sprostać za pomocą zmysłów funkcjonujących na poziomie zwierzęcia. Miłe poczucie, że jest zwierzęciem, należało do jego cudownych nocnych odkryć. Było tak przemożne, że mogło go uratować, znosiło poczucie winy, rozwiewało moralne wątpliwości. A przecież na tych mrocznych dróżkach ani stopy, ani nos nie zapewniały mu całkowitej pewności.
Wszystkie zmysły razem wzięte nie wystarczały, by był wystarczająco czujny.
Nieopodal szerokiej kamienistej alejki, oddzielającej park skrywający ruiny klasztoru od rozsiewającego mdląco słodką woń różanego ogrodu, też zdarzały się tonące w brudzie miejsca. W dzień na tych nocnych dróżkach ludzie załatwiali swoje potrzeby albo wyprowadzali popiskujące i przebierające łapami duże psy lub szczeniaki, by mogły się wysikać czy zrobić kupę, albo kobiety przyciśnięte koniecznością tu zmieniały zakrwawione podpaski. Kiedy w emocjach nie tracił węchu bądź jego ostrości nie stępiały niespodziewane emocje, woń zgnilizny potrafiła być dobrym drogowskazem.
Nie tędy.
Do tego doszedłem, że znalazłem się w takim punkcie – wyrzucał sobie, rozmyślając o obowiązujących ludzi konwencjach, zanurzony w odchodach, pocie, smrodzie moczu i menstruacji – że błąkam się wśród obsranych papierów oraz zakrwawionej waty i w ten sposób muszę rozpoznać moją jedyną, nieskrywaną rzeczywistość.
Rolę rozkoszy przejęła rozkosz poszukiwań i samoudręczeń, choć doskonale wiedział, że tym wiecznym szukaniem próbuje, uciekając w sentymentalizm, oszukać rzeczywistość. Widokiem brutalności innych chciał zrównoważyć własną brutalność. Ale nie mógł, nie pozwalało mu na to jego niezadowolone ciało.
Zwierzęce ja funkcjonowało równolegle do jego ja uczuciowego.
Nie sięgał do niego smród innych.
Najwyżej szedł nie w tę, ale w tamtą stronę. Z powodu takich drobiazgów nie mógł zrezygnować z tego, że odkryje i zrozumie zasady, wedle których funkcjonuje jego ciało, nie mógł porzucić potrzeby jego poznania. To zwierzęce ja, to znowu uczuciowe ja krzyczało o bolesnym braku, a on nie potrafił za nie rozstrzygnąć swoich moralnych wątpliwości. Nie mógł przyjąć, nie mógł zawłaszczyć czegoś, czego nie znał, ale jak miał coś odrzucić, skoro nie wiedział, czy jest częścią jego osobowości, bo przecież dopiero teraz je poznał. Co powinien uczynić ze swoim lodowatym ja, które nie miało nic wspólnego z żadnym z jego żyć, ani z tym uczuciowym, ani codziennym, ani nocnym, ani zwierzęcym, z żadnym z nich nie łączyły go jasne uczucia, był obojętny tak wobec rozkoszy, jak i wobec cierpienia, podobnie jak obojętne mu były powszechnie przyjęte normy moralne.
Jakby jego dusza i sposób rozumowania zostały obdarzone cechami, które nie były właściwe jego osobowości. Przynajmniej tak to widział i czuł, że nie mają wiele wspólnego z wewnętrzną walką, która z natury rzeczy miała za zadanie zapewnić warunki dla trwania jego osobowości.
W ciemnościach dosięgały go ich ręce, niepodziewanie wsuwające się pomiędzy nogi i uda, badające jakość jego ciała, mięsistość chuja, a ponad wszystko rozmiar. Ktoś łagodnie chwytał go za przegub, nie widział jego twarzy, tamten nisko się pochylał i zionąc gorącym oddechem, brał w dłonie jego policzki, próbował dotknąć ich wilgotnymi wargami. Nie chciał tego i natychmiast odpychał od siebie wszystkich po kolei. A jednak nie potrafił oprzeć się zaskakującemu dotykowi obcego kutasa, wyłaniającej się zza pomarszczonej skóry żołędzi, gorących, wilgotnych żył i napiętego wędzidełka, więc poddawał się przeszywającemu do głębi uczuciu, że ktoś w ten sposób oddaje swój pulsujący los w jego ręce. Chwytał go jak niemowlę smoczek. Nie mógł zapominać o tym, że niepodobna się oprzeć wyjątkowości i niepowtarzalności jego chuja. Nauczył się tego od odrętwiałych ze strachu, ostrożnych, małych dłoni, wystarczyło kilku napastliwych mężczyzn i pewien przypadek.
Każdy kutas był inny niż pozostałe, tak samo jak to dzieje się z ludźmi, choć każdy był zarazem zaskakująco różny od swojego właściciela. To wspomnienie wracało do niego z przemożną siłą, aczkolwiek nie potrafiłby powiedzieć, jakie miało dla niego znaczenie. I nie mógł o nim zapomnieć, nawet gdy wokół byli sami ubrani ludzie. Od tamtej chwili wiedział, że ubranie skrywa to, o czym każdy chciałby zyskać najważniejszą dla niego wiedzę. Jakby poprzez męskiego chuja na siłę wciskano mu w dłoń kamień mądrości, a on z powodu własnej głupoty nie wiedział, co ma z nim zrobić. Mimo że sama myśl napełniała go obrzydzeniem, chciał dotykać obcych mężczyzn, ich warg, skóry pachnącej zarostem, śliskich kropel spermy wyciekających podczas ciągłej erekcji, lepiących się do wszystkiego i pozostawiających po sobie plamy. Podczas mycia instynktownie odwracał wzrok. W stanie erekcji był do tego stopnia wrażliwy, że nie potrafił odróżnić rozkoszy od bólu. Kiedyś po wielogodzinnej erekcji tak przykleił mu się do slipek, że musiał go odrywać.
Odkąd odkrył ten teren, nie umiał oprzeć się pokusie, musiał przywoływać nieznośne obrzydzenie, które wzbudzały w nim ciała, tak samo jego własne, jak i tamte, należące do innych mężczyzn. Nie dotyczyło to jednak ciał kobiet, uczucia, jakimi je darzył, były niezależne od tamtych. Aczkolwiek nie oznaczało to, że w kontekście kobiet mógł zapomnieć o wiedzy, o którą wzbogaciły go te nowe przeżycia. Podobnie jak wcześniej trudno było mu odmówić sobie zejścia za dnia do znajdujących się w podziemiach wucetów, poobserwowania z jeszcze większą uwagą, jak wszyscy stojący tam mężczyźni udają, jakby tylko siusiali.
On robił tak samo.
Prawda jest taka, że miałem dwa rozpoczęte niegdyś życia – przyznał kiedyś – od jednego dostawałem zbyt mało, drugie obiecywało za wiele, i w obydwu czułem się całkowicie obcy. Ale teraz koniec, wiedziałem to już wtedy, gdy uciekałem przed starszym z nich, potężnym mężczyzną o budowie atlety i dłoniach niczym młoty, którego ramiona i klatka piersiowa niemal rozrywały kraciastą koszulę. Muszę za wszelką cenę się stąd wydostać – powtarzało niczym zaklęcie moje zrozpaczone drugie ja. Jeśli uda mi się z parku pełnego kremowożółtych kwiatów japońskich akacji wrócić na alejkę, będzie to znaczyło, że im uciekłem.
Biegł w stronę światła, widział siebie, jak pędzi ku światłu.
Nie zdarzały się w jego życiu momenty, w których potrafił się wyzwolić od tego lodowatego spojrzenia. Już nigdy tu nie wrócę – obiecywał. Nie powtórzę życia mojej matki.
Nagle wyszedł z gęstwiny.
Przystanął na skraju ścieżki i z ulgą głośno dyszał.
Jest uratowany.
Oddychał głęboko, wciągając w płuca parę i ciężką woń wody. Znów musiał zmierzyć się ze świadomością, że ta chwila przeczy jego wcześniejszym rachubom. Nikt nie próbował zagrodzić mu drogi, nikt nie całował go w szyję. Tego żałował. Był tak komiczny, że powinien jeszcze bardziej się wstydzić, ale nie potrafił. Na czarnych, ubitych kamyczkach nadbrzeżnej dróżki nie skrzypiały niczyje kroki. To była zwyczajna noc spoczywająca w potężnych ramionach rzeki daleko od rozpościerającego się na brzegach miasta. Potężny nurt mógł go przykryć i porwać ze sobą ciało. Bolały go brzuch i jądra. Było zbyt późno. Znów długie godziny spełzły na niczym, krótkie jak minuty, których nigdy nie umiał policzyć. Zostanie tu jeszcze pół godziny, na tyle sobie pozwoli, a potem pójdzie do domu. Doprawdy nie istnieje dobra rachuba czasu. Znów wróci do domu, wiele nie doświadczywszy, noc szybko minęła na kolejnych półgodzinach, a on nie spotkał żywego ducha. Nikogo nie mam i nikogo nie spotkam. Był spragniony, spocony i głodny, powinien pójść do pobliskiej studzienki z wodą pitną, bo bardzo go suszyło. Wzdychał i błagał jak mnich o choćby jednego jedynego żywego człowieka.
Niżej już nie upadnę – groził sam sobie.
A jednak nie potrafił poddać się w walce, której sensu sam nie rozumiał.
Nad wymarłą alejką w głuszy i pustce świeciły latarnie gazowe. Czy los znów go oszukał, czy to on chciał wystawić go do wiatru? Na brzegu po stronie Pesztu tak samo świeciły latarnie nad pustym nabrzeżem.
Po Moście Małgorzaty rozpiętym w zimnym, niebieskim świetle lamp łukowych wspinał się w górę leniwy, żółty tramwaj.
Nikt za nim nie szedł.
Tylko nieznajomy, starszy od niego chłopak, który mógł mieć nie więcej niż trzydzieści lat, jakiś czas podążał jego śladem, słyszał, jak dyszy, ale w końcu zniknął. Dlaczego miał nie zniknąć. Jestem zupełnie beznadziejnym gościem, małym, głupim chujkiem. Żałował, że go nie dopadli, nie rzucili się na niego i nie zrobili z nim tego wszystkiego. A teraz mi żal. Leżałby w odchodach, zakrwawiony i porozrywany, umazany ich spermą, ale przynajmniej, choć z poderżnięty gardłem, miałby z głowy to całe koszmarne, beznadziejne życie. Przyszliby policjanci. Zmagał się z nieznanym i z samym sobą. Nie dość, że urodziłem się Żydem, nie dość, że jestem sierotą, to na dodatek mam być pedałem. Nie rozumiał swoich narodzin, wiedział, że w imię własnego szczęścia powinien rozstać się z życiem, bo i tak już na nic nie może liczyć. Ale nawet to nie było prawdą. Na tym właśnie polegał jego problem, że utknął ze swoim życiem gdzieś na linii połówki. Żeby choć urodził się jako prawdziwy Żyd, ale jego matka pochodziła z najprawdziwszej katolickiej rodziny. Żeby choć naprawdę był sierotą, skoro jego ojca, Żyda, zatłukli komuniści, jego komunistyczni towarzysze, ale stało się tak, że to matka porzuciła własne dziecko.
Z tych przyczyn miał powód, żeby się nad sobą użalać, tymczasem uznał, że lepiej jest żyć bez takiej nikczemnej matki.
Życie, które przypadło mu w udziale w dniu narodzin, nic nie znaczyło ani dla niego, ani dla nikogo. Dziś jest najlepsza okazja, jutro będzie za późno, teraz muszę to załatwić. Od wielu miesięcy nie opuszczała go myśl, że w imię miłości do człowieka musi usunąć siebie spośród żywych. I nawet jeśli nie było w pobliżu tych wyłaniających się z głębi nocy i ginących w niej gości, to ich brutalność i okrucieństwo pojawiały się w jego zbrukanej wyobraźni jak coś ponad wszystko oczekiwanego, jak ostatnia deska ratunku. Zatem dotychczas nie istnieli. Był bliski wniosku, że to z powodu bolesnego braku orgazmu ich istnienie jest tylko złudzeniem zmysłów. Nie istniał ani ciemnoskóry, powolny, cudowny wielkolud, który mógł być Cyganem albo pół-Cyganem, ani jego prowincjonalny, z wyglądu młodszy pomocnik, ze zmierzwionymi włosami i węgierskimi wąsikami opadającymi po bokach warg, wiedział, że w tym pustym świcie ucieka sam przed sobą. Wszystko pozostałe to czyste rojenia. Wyobrażał sobie ponure, ozdobione blaszanymi kopułami kamienice, ledwie o tej porze oświetlone perłami świateł peszteńskiego nabrzeża. W kilku mieszkaniach widać było zapalone światło, a od lekko zachmurzonego nieba równomiernie odbijała się feeria czerwono-żółtych świateł miasta.
To są dekoracje, to są tylko posępne dekoracje, a w rzeczywistości stoi samotnie na pustej wyspie pomiędzy dwiema wielkimi wodami.
Chroni go tylko własna wyobraźnia.
Przypływ, który raz po raz przykrywa go i porywa ze sobą, ale nigdy nie będzie nikogo miał – tyle właśnie jest warte ludzkie życie.
Powiew wiatru dotykał jego spoconej pod czarną koszulą skóry.
Nie jestem – wypowiedział półgłosem. – I nie będę – dodał.
Jeśli chcę pozostać przy życiu – dorzucił w myślach – muszę przywyknąć do tego, że nie jestem – powtórzył jeszcze raz półszeptem.
Wielka, wezbrana rzeka roztaczała swoje wonie i mrocznie falowała z długimi, drżącymi światłami na grzbiecie. Już ucichła, fale się uspokoiły. Nie zalewały wznoszących się schodów nabrzeży. Na stopniu zanurzonym w wodzie żaby huśtały się, wydając z siebie głośny rechot. Dwa holowniki ciągnące niebezpiecznie zanurzone barki zderzyły się ze sobą z hukiem, aż zadrżało kamienne koryto rzeki, były już daleko i dało się słyszeć tylko przeciągłe wycie ich syren. Jeden dźwięk dochodził z północy, zza słabo oświetlonego Mostu Árpáda, drugi z przeciwległego kierunku, zza wojennych ruin Mostu Elżbiety.
Różnej wysokości dźwięki zawisały w wilgotnym powietrzu, a pomiędzy dwoma brzegami unosił się za nimi tłusty dym.
Czasami miał nieodparte wrażenie, że jego istotę stanowią jedynie słuch, węch i wzrok, że za pomocą zmysłów podąża za ludźmi. Za osobami, których być może także nie ma, czy, mówiąc ściślej, których wzajemny dotyk sprawia, że natychmiast tracą swoją cudowną cielesną postać.
Światło dnia psuło cielesny czar chłopców i dorosłych mężczyzn, a dotyk sprawiał, że czar natychmiast pryskał.
Zostawała mu w dłoni twarda, stawiająca opór, nieprzyjemna materia, dziwne uczucie, którego nie sposób zmyć mydłem. Czar dziewcząt czy dojrzałych kobiet trwał dłużej i działał silniej, bo darzył je większą ufnością, i ta ufność była święta. Wystarczyło, że zmrużył oczy, by nic nie widzieć, i mógł z nimi przekroczyć cienką granicę, gdzie spotyka się dusza z ciałem; wtedy trzeźwiał. Po chwili ociągania zdarzało się, że pocałunek trwał długo albo wracał do nich krótkimi pocałunkami, ulegał im, ale nigdy nie robił tego powtórnie z tą samą kobietą.
Działał całkiem na trzeźwo, lecz przypominać sobie o wszystkim nie było miłe, a jeszcze bardziej przykre okazałoby się do tego wracać.
Jak gdyby wiedział, że je oszuka. Kiedy czynił swoją powinność zgodnie z powszechnie przyjętym rytuałem i oczekiwaniami, czy przynajmniej starał się robić to, o czym nic nie wiedział, z odrazą wpatrywał się w wykrzywione grymasem twarze i drżące kobiece ciała. Uciekał od nich, kiedy ponownie się zbliżały i pragnęły tego, co zawsze. Jakby dotykał szczególnej substancji, która nie miała wiele wspólnego z często przywoływanymi cielesnymi pragnieniami i skłonnościami, a im intensywniej zbliżała się ze swoimi ohydnymi cielesnymi pragnieniami, tym bardziej go od niej odrzucało.
Od momentu penetracji kobiety już chciały nie jego, lecz czegoś, co mogłyby otrzymać od kogokolwiek, kto ma chuja i wyczucie rytmu. Ale nie mógł nawet powiedzieć tego, co w kółko powtarzali inni głupi faceci, że kobiety potrzebują wyłącznie kutasa, gdyż w tym sensie te kobiety z uporem maniaka grzecznie udawały, jak gdyby ten nie istniał, to musi im przyznać.
O chuju w istocie rzeczy marzyli jedynie faceci, więc tego wszystkiego po prostu niepodobna zrozumieć.
Nie chciał wierzyć, że ludzie oszukują się poprzez cielesny dotyk i gorące chwile spełnienia.
Był w nim ktoś, kto z lodowatym spokojem towarzyszył mu w każdym gorącym geście i przy każdej grzesznej myśli, ale jemu także nie dowierzał.
Obecność tego kogoś, chociaż nigdy się nie odzywał, z czasem stawała się bardziej wyczuwalna.
Nie miał jednak tyle siły, żeby zawiesić niezwykłą grawitację fizycznego istnienia.
Nie mógł w to uwierzyć.
W istocie rzeczy nie walczył z tym, że widzi dwie rzeczywistości, ale zmagał się z kimś trzecim. Który teraz też był z nim, czaił się gdzieś z boku, za jego plecami, podczas gdy on stał tuż nad wodą i rozmyślał ukryty w głębokim cieniu białego domku klubu żeglarskiego, a od wielu minut był obserwowany przez starszego od niego o kilka lat chłopca.
Kiedy z trudem pohamowując niewinne dyszenie, przeszedł przez oświetloną łagodnymi kręgami świateł latarni gazowych, cicho skrzypiącą ścieżkę, śledziło go rzecz jasna więcej spojrzeń niż tylko tego jednego, cierpliwie stojącego na czatach starszego chłopaka.
W ślad za jego krokami pomiędzy wielkimi drzewami rosnącymi wzdłuż dróżki błyskały jeden po drugim ogieńki papierosów.
Cztery szalone rozżarzone błyski daleko od siebie ponad jaśminami.
Ci zawsze pragnęli świeżego mięsa.
Młody człowiek ukryty w cieniu białego domku klubu żeglarskiego szybko mógł policzyć swoich konkurentów, ocenić szanse, ale serce przyspieszyło mu dopiero wtedy, kiedy spacerowicz niepewnie zatrzymał się nad wodą.
Usłyszał, ale nie zrozumiał, co tamten powiedział półgłosem.
Emanował złą energią, więc lepiej nie – pomyślał. Jakiś wariat, łazi tu i gada do siebie. Głupi, mały chujotłuk.
To miła rzecz uwieść takiego małego chujotłuka, a potem zostawić go samego z jego wariactwami. Tacy gówniarze wyobrażają sobie, że przydarzy im się coś ważnego. Jeszcze jednak nie podjął decyzji, czy sam ma go uwieść, czy zostawić innym, kiedy widząc go z tyłu, rozpoznał go po wyprostowanej jak struna postawie.
To Kristóf Demén – wymawiając to imię, był tak zaskoczony, że nie wątpił w swoje odkrycie.
Ale coś w nim pękło, coś, co po cichu i niezauważenie w sobie budował. Ten Kristóf okazuje się takim samym nieszczęśnikiem jak ja, tyle że jest dopiero początkujący, i tak samo w tym beznadziejny, jak we wszystkim innym. Nie widział go cztery lata, ale nieraz o nim marzył, czasami bezwiednie, a czasami z pełną świadomością. Przez te cztery lata życie wydawało się wiecznością. Nie umiał o tym mówić i nie chciał z nikim o tym rozmawiać, ale i tak pierwsze, co przyszło mu do głowy, to tyle, że niczego na szczęście nikomu nie powiedział. Jakby przez te cztery lata myślał o nim jak o kimś, komu może powierzyć swoje koszmarne tajemnice. Ilekroć przejeżdżał tramwajem przed kamienicą na bulwarze, spoglądał w okna z myślą, że wejdzie na górę i otworzy swoją duszę, i tego pragnął nawet bardziej niż jego ciała. Nie zrobił tego ze strachu, co byłoby później.
Człowiek szuka śmietnika dla swojej duszy, a potem zawsze się okazuje, że natrafił po prostu na gadułę, takie miał właśnie doświadczenia.
Tamten był jedynym mężczyzną, który budził w nim pokusę, byłby tym jedynym, i ta świadomość przyprawiła go o dreszcze, bo to oznaczałoby koniec próżnych nadziei. To też przecież tylko mały głupi pedał. W gruncie rzeczy nie było na świecie nikogo, komu mógłby o tym powiedzieć.
Tego wieczora Kristóf miał na sobie czarną koszulę i czarne spodnie, na nogach czarne buty, a że jest totalnym głupkiem – pomyślał o nim ten drugi – to zapewne ma też czarne skarpetki. Na letnim obozie w Hohenwaldeck, gdzie razem spędzili lato w pięćdziesiątym siódmym, każdego rana przypatrywał się z łóżka jego wymuskanemu ubiorowi. W mroku nocy rozpoznał jego sylwetkę, niemożliwą do pomylenia z nikim innym postawę, nagą szyję, proporcje i regularną w swoim owalu czaszkę.
Cały na czarno ubierał się nie z powodu najnowszej mody, choć ta też nie była bez znaczenia, czarny kolor miał sprawić, by w ciemnościach nocy stał się niewidoczny.
Co też należało do jego właśnie odkrytej zwierzęcej natury.
Ten drugi jednak pamiętał go, jak stał przed szafą i dobierał kolory ubrań.
Żeby było widać co najwyżej ręce i twarz.
O tym jednak nie pomyślał podglądający go młodzieniec, gdyż dla niego noce miały inny sens.
Nosił obcisłe podkoszulki, nigdy ciemne, tylko żółte albo białe, i krótkie, wąskie spodenki. Nigdy nie miał bokserek. Kupował wyłącznie takie rzeczy, w których mógł bez ograniczeń pokazywać i oferować swoje ciało, i w każdej chwili bez problemu te ubrania z siebie zrzucić. Na nogach miał skórzane sandały z kilku rzemyków, wyglądał, jakby był nagi. W takie miejsca nikt nie chodzi ubrany na czarno, bo na ubraniu widać wtedy najmniejszy pyłek.
Mocno go poruszyło, że w takim miejscu spotyka tego bojaźliwego chłopca z dobrego domu, którego od pierwszej chwili otaczał opieką.
Co za kretyn, w co on się wplątał. Albo postradał zmysły i mówi sam do siebie.
A może już wtedy dlatego wydawał się taki łagodny i dziwny, że od dawna dojrzewało w nim szaleństwo. Zwariował czy nie, poczuł, że musi natychmiast go stąd zabrać, że trzeba durnia wyprowadzić z tego miejsca. Żeby nie ziściło się to, co od dawna się szykuje. Trzeba ochronić go przed wiedzą, która nie jest przeznaczona dla niego i do której nie został przygotowany. W jednej chwili dostrzegł, że idiota eksperymentuje ze sobą, i nawet gdyby naprawdę w to wszystko wdepnął, to i tak zawsze pozostanie outsiderem. Najlepiej byłoby zrzucić go z tych schodów prosto do Dunaju. Niech sobie płynie, i tak nie będzie z niego prawdziwego flecisty.
Chyba dlatego pomyślał o takim brutalnym rozwiązaniu, że to, co zobaczył, nie wzmocniło w nim poczucia, że jego życie jest coś warte, a wręcz przeciwnie, niemal mu je odebrało.
Jak gdyby mówiło, że nie, to niemożliwe, Kristóf nie może być pedałem.
On też by tego nie robił, gdyby go nie zmuszono. Świat przecież funkcjonuje normalnie, a pedalstwo to tylko odstępstwo, o którym nie wolno nawet wiedzieć niewtajemniczonym. Mocno zaciągnął się ukrytym w dłoni papierosem i cienką podeszwą sandała wgniótł rozżarzonego peta w czarny żwir.
Nie chciał za wcześnie się zdradzić. Czy raczej w ogóle nie chciał się ujawnić przed Kristófem.
Chyba że w odpowiedniej chwili, kiedy będzie miał z tego jakąś korzyść. Jak gdyby już postanowił, że zgarnie tego chłopca. Firma byłaby naprawdę bardzo wdzięczna za taki sowity łup.
Zacieraliby rączki. Jeszcze mleko pod nosem, a już mówi w kilku językach i nie ma książki ani encyklopedii, której by nie znał.
Konkurenci ukryci pomiędzy drzewami obserwowali spadający ogieniek. Wszyscy, którzy tu przychodzili, znali się z widzenia. Nowe mięso było czymś nader rzadkim.
I jaką mamy dziś dostawę – pytali każdego wieczora nowo przybyli.
A jeśli akurat się nie znali, to i tak wiedzieli, co i jak, dlaczego ten drugi właśnie robi tak, a nie inaczej. Zdolności młodzieńca w krótkich spodenkach znane były szeroko także na innych miejskich łowiskach, w Parku Ludowym, w Parku Miejskim, w Kiskulacs albo w podziemnych wucetach, w łaźniach, na Krwawym Polu czy w bistro zwanym Miejska Brama. Kiedy tylko się pojawiał, należało się ba,ć bo bezwzględnie i błyskawicznie pozbywał się konkurentów.
Stali pod drzewami z papierosami w dłoniach i nie rozumieli, dlaczego Pista się za niego nie zabiera.
Może odpali któremuś z nas tego aniołeczka z maleńkim kutasikiem.
Wiedział, że tych czterech tak właśnie interpretuje jego bezruch, ale nawet przez myśl mu nie przeszło, by wyjść z cienia klubu.
Niech go sobie biorą, jak chcą.
Raczej czekał na to, że Kristóf wreszcie się ruszy, jakkolwiek i z kimkolwiek, a on potajemnie będzie mógł go śledzić. Nie oddali się ani na krok. Jego ciało już go nie pragnęło, mimo że w ostatnich czterech latach często o nim myślał, wyobrażał sobie jego wargi i nieporadną nagość, małą, jędrną pupę, i obrazy te słodko kołysały go do snu. Ale przedmiot rytuału i realna osoba nie miały ze sobą nic wspólnego.
Tamtej ciepłej nocy u początku lata był wobec niego niczym sopel lodu, bo nieoczekiwanie zrozumiał, że zawsze potajemnie go kochał i nadal kocha. Było przed nimi życie i z radością by je z nim spędził.
Poczeka, aż któryś porządnie go przerżnie, i dopiero wtedy go zaczepi.
Gdy podekscytowany i zawstydzony będzie pędził do domu do swojej kochanej cioteczki.
Najlepiej, jeśli zrobi to na pustym moście. Zdemaskuje go i zniszczy. Nawet czubki twoich ślicznych czarnych butów masz, mój drogi, upaprane spermą. To właśnie mu powie. Jeśli pozwolisz, chciałbym cię o tym poinformować. Jego piękne nagie uda od długiego oczekiwania i podniecającej myśli o zdradzie pokryły się gęsią skórką. O tak późnej porze doprawdy nie liczył na taki cenny łup. Cieszył się ze swojego odkrycia jak człowiek, który zaciera ręce w oczekiwaniu dobrego zarobku. Chciał się natychmiast na nim zemścić, i miał za co.
Nienawidził go z całego serca, dokładnie tak samo jak siebie samego, więc okoliczność, że jest od niego zależny, sprawiała, że czuł się szczęśliwy.
Mam cię w ręku, wstrętny mały Żydku.
Kristóf tymczasem, niczego nie podejrzewając, rozkoszował się grobową ciszą i zmagał się z żyjącymi w nim różnymi osobami.
Druga żyjąca w nim osoba nie mówiła mu, żeby zszedł do wody, tam, gdzie na lśniących szarych schodach zieleniły się ciemne glony.
Ale nie mówiła też, żeby nie szedł.
Lepiej byłoby skoczyć z mostu. Ale nie mówiła też, żeby rzucił się z mostu w głębinę, choć on już wypatrzył dobre miejsce na moście, z którego najlepiej byłoby skoczyć do rzeki. Żeby pęd nie rzucił go na filary, właśnie tak chciałby ze sobą skończyć. Żeby zabrała go woda, tak samo jak przy drugim brzegu kiedyś zabrała ciała i rannych zastrzelonych przez strzałokrzyżowców seriami z karabinów.
Żeby ślad nie pozosta.ł
Może to była jakaś trzecia osoba, która myślała w nim takie rzeczy, to już nie jestem ja – pomyślał – bo ta osoba nie miała dla niego żadnego współczucia, mimo że zawsze i każdemu bez słów dawała do zrozumienia, jakimi go darzy uczuciami.
W każdym razie od pewnego czasu czuł, że w ciemnościach jest ktoś, kto ma wobec niego jakieś zamiary.
Nie spojrzał na zegarek, ale już naprawdę miał ochotę sobie pójść, nie dlatego, żeby nic więcej nie mogło się wydarzyć, i żeby nie uwiódł go olbrzym, lecz popędzało go poczucie, że czas przestał istnieć.
Musi się stąd natychmiast oddalić, i może lepiej, żeby wreszcie ze sobą skończył.
Zyskał pewność, że nie należy z tym dłużej czekać. W jego drugim życiu nie należało mieć świadomości upływającego czasu.
To były noce, których kresem nie był brzask, bo nie przychodził po nich świt.