książki / PROZA

Nieobecność

Krzysztof Chronowski

Fragmenty towarzyszące premierze książki Nieobecność Krzysztofa Chronowskiego, wydanej w Biurze Literackim 6 września 2021 roku.

Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

38.

 – Trzymamy sztamę? – Brat matki ma schizofrenię i roziskrzone euforią, wypukłe oczy. Jego bombastyczność rozlewa się na cały pokój. Dzisiaj nie jest kobietą, ma na sobie sztruksowe spodnie i białą koszulę z krótkim rękawem. Spod nogawek wystają poprzecznie prążkowane skarpetki. Na nadgarstku świeci biały ślad po zegarku, który ściągnęli mu, gdy spał na dworcu w Berlinie.

Krzesła w salonie mają skajowe, brązowe obicia. Kanapa jest sprężysta, ale nie miękka, czuję przez materiał ostry, żelazny szkielet, który matka przykryła zmechaconą kapą z frędzlami. Nad tapczanem obraz w ośmiokątnej ramie: odwrócona tyłem kobieta w powłóczystej, białej sukni przysiadła na kamiennym siedzisku w czymś na kształt świątyni dumania, poniżej widok na Akropol; nie przeszkadza to postrzępionemu stożkowi Matterhornu drapać chmur. Jeszcze mocno trzyma się ściany, przyjdzie czas, że spadnie mi na głowę. Obok reprodukcja Damy z łasiczką. Tuba kreślarska opiera się o kredens.

Rozkłada na szachownicy rżnięte w szkle figury. Tydzień temu uczył mnie, jak poruszają się poszczególne bierki, jeszcze nie tak dawno barykadowaliśmy przed nim drzwi. Spiłował wizytówkę, wygrawerowanego nazwiska nie dało się odczytać, litery zlały się w bezkształtną masę. Zapalniczką stopił plastik wizjera, który, ściekając, oblepił szkiełko. Odkąd się ożenił, wyprowadził, zaczął brać leki, wszystko się zmieniło.

W telewizorze z pokrętłem Abbott i Costello spotykają Frankensteina. W ten upalny, może lipcowy, może sierpniowy dzień obraz w ogóle nie śnieży, prawdziwe święto! Nić babiego lata nasiąka słońcem, spływa z ramienia anteny ustawionej na teleodbiorniku. Niedziela, a więc koncert życzeń, dobre słowa z ozdobnych okładek. Zygmunt Kałużyński uderza czołem o blat. Jerzy Waldorff kwestuje na Stare Powązki.

Jak co tydzień bierze mnie na bok, wsuwa w dłoń Stanisława Staszica. Pięćdziesiąt tysięcy złotych. Wymiędlony banknot brązowieje w mojej dłoni. Banknoty emitowane przez Narodowy Bank Polski są prawnym środkiem płatniczym w Polsce.

Kieruje wzrok gdzieś poza mnie, z piersi wyrywa mu się króciutki chichot. Wtedy, w trzeciej klasie szkoły podstawowej, zacząłem chyba konturować litery w zeszycie do środowiska.

– Chcesz zobaczyć boginkę? – Uśmiecha się, jak potrafią tylko ci, którzy coś sprzedają. Zrywa się z kanapy, otwiera tubę, wyciąga z niej olbrzymi rulon z aktem kobiecym naszkicowanym węglem. Dziewczyna o wysoko upiętych włosach jest zupełnie naga, siedzi na środku pokoju otoczonego lustrami, jej widmowe odbicia gęstnieją wokoło. Dłonie założone jedna na drugą zasłaniają rozchylone krocze.

Zrazy zawijane z ogórkiem kiszonym i kartofelki. Jajka w koszulkach. Czy chcesz jeszcze ziemniaków? Mogę chcieć. Ale nie ma to tamto, woda spod kartofelków na pewno! Alkohol: w żadnym razie.

Skrzydła stołu są rozłożone. Obrus jest obrębiony czerwoną nicią. Wcześniej, gdy jeszcze tu mieszkał, były maszynka spirytusowa na denaturat, prodiż, drzwi wstawione, by podzielić mieszkanie. Ręczniki w łazience powalane kałem, dyndające na kablach pokrętła od kuchenki gazowej, pokrywki po słoikach w miejscach palników. Zaciągał zasłony, nie chciał wpuszczać latających spodków. Przodkowie objawiali mu się z siekierami w rękach i pełnymi politowania uśmiechami. Palił w piecu kartkami żywnościowymi. Błądził palcami po ścianach, wymacywał nierówności, granice swojego świata; obłupywał tynk, wciskał knykcie miedzy obnażone cegły. A gdy próbował skoczyć z okna, to nie chcieli przyjechać. Dopiero kiedy mieszkający dwa piętra nad nami pan Gutek, zakochany w matce jednoręki stróż nocny, zagroził, że będzie strzelać, choć miał tylko pistolet gazowy, to przyjechali i rozłożyli na podwórku skokochron.

Jego żona ma zbrązowiałe od nikotyny palce. Szepce do siebie, potrząsa głową, dawno już przedawkowała rzeczywistość. Dostaję od niej Zimę Muminków i zbiór pocztówek z Ermitażu. Jej oczy są przytomne. Czekolada z alpejskiego mleka służy za zakładkę. Tenisówki barwy blanszowanych migdałów podrygują do rytmu niesłyszalnej melodii.

– Ćwiczę się siłowniczo! – Napręża mięśnie, patrzy mi w oczy. – Nadchodzi nowa Polska mocarstwowa, demokratyczna, krainowa, kapitalistyczna, germańska, boska! W dziesiątym zduszonym do punktu wymiarze są dla nas miejsca! Nie musisz już rosnąć! Papa-dance! Papa-dance!!!

Daje nura pod stół, matka podnosi go z ziemi, kolejny chichot dobywa się z piersi.


 61.

 Pod łukowym sklepieniem krzyżują się plany na przyszłość i smukłe klingi floretów. Plakat przy wejściu przedstawia scenę kolonialną stylizowaną na francuską grawiurę: biały pan pędzi przed sobą czarnych niewolników. Rzezany w glinie herb któregoś z władców dzielnicowych i przyszpilony do drzwi palarni schemat procesu warzenia piwa. Nie patrzę jej w oczy, choć czuję, że szuka mojego spojrzenia. Ty nie możesz oderwać od niej wzroku. Czy jej tęczówki są zielone? Muszą być zielone, bo jakżeby inaczej? Nie możesz uwierzyć, że siedzicie tutaj razem, i że ma na sobie lureksową bluzkę od ciebie. Wisiorek z kameą wpukla się w dekolt. Jest zbyt wyraźna, układasz ją sobie w głowie, żeby nagle nie prysnąć gdzie pieprz rośnie. Ja też ślepnę od świateł, umacniam się w cudzie. Włosy postawione na lakier grają rolę, dezinformują w najlepsze; przeciwległe policzki pałają pozytywnymi fluidami. Jej usta, na które pada światło gazowe, są żywo czerwone. Z antyramy do szklanek zagląda miejscowa szyszka. Kardigan otwiera się na koszulę wizytową ze stójką. Zapachy dymu i perfum mieszają. Krzesła – co to szkodzi? – mogą być te same.

Twoja żona gasi w kuchni papierosa. Nie wygląda przez okno, nie czeka. Przecież pojechałeś z kolegami przeczesywać lasy za szpeniem, który urwał się z transportu. To zadziwiający typ urody, raz jest Polą Raksą, kiedy indziej: Dorotą Kamińską, Ireną Jarocką, słowem: woltyżerka, wolne żarty. Jej nieznośna wierność, jej kwocze przywiązanie, fryzura złapana w kordonkową siatkę wytrąca cię nocami z domu. Kawa plujka stygnie w zahartowanej szklance. Jej słowa – jeśli w ogóle jakieś wypowiada – uderzają o ścianę.

Tutaj Paul Anka, Stonesi, Beatlesi, Cliff Richard śpiewa. Albo Shakira czy Las Ketchup. U szyi wisi ci żakardowy krawat ze spinką. Czarno obwiedzione źrenice mają się trochę ku sobie. Futro w panterkę i płaszcz flauszowy z kapturem obejmują oparcia krzeseł. Z drugiej strony skórzana kurtka za cztery i pół miliona oraz pikowana kurtka na watolinie. Grubas obok rzuca na ciebie krótkie, niepewne spojrzenia; ledwie mieści bąblasty brzuch pod blatem. Ma „śpiochy” na powiekach, może cię kojarzy? Chłopaki na ławie przy ścianie sączą z tuby chrzczone piwo, dziewczyny o perłowych włosach wybierają im z talerzy oliwki. Wszystkie oczekują zaskoczenia, solidarności w gestach. Spodnie z diagonalu marszczą mi się na udach, są zawinięte na cholewkę, nie zdążyłem ich jeszcze skrócić. Choć nie kręcisz głową, widzisz wszystkich. Mnie widzą wszyscy.

Mówisz jej coś, czego nie rozumiesz, tyle że znowu właściwie dobierasz słowa, jesteś modelowym prestidigitatorem, barwnym kuglarzem zdań podrzędnie złożonych, więc nienachalnie nabiera rumieńców. W końcu Kalibabka zaszczepił ci sekrety, subtelne tajemnice wiary. Jej głos głaszcze. Lornety flankują talerze. Grzane wino ze skórką pomarańczową i goździkami. Jest też torcik węgierski plus wiśnia skąpana w syropie. Samym sobą dokonujesz przewrotu, zamachu stanu, oczy nabierają koloru, nabierają na kolor, postanawiasz, że postanowi w ciebie uwierzyć.

Z torebek wychylają się: korektor i przezroczyste puzderko zbrylonego pudru. Przesuwa mi palcami po głowie, odsłania gniazdko, pewnego dnia, ani chybi, rozrośnie się w tonsurę. Pokazujesz, że umiesz wstrzymać oddech na dwie minuty, to zdolność nie w kij dmuchał, jeszcze nie raz, nie dwa będzie się przydawać!

Patrzę na zegarek, ale nie widzę godziny. Jeszcze raz i znowu to samo, nadal nie wiem, która godzina! Zna wszystkie rośliny zimozielone na naszej szerokości geograficznej, wymienia je alfabetycznie jedna po drugiej. Przerzucacie się wyćwiczonymi spojrzeniami. Wie, co to jest propedeutyka, wie, jak się pisze „nie” z czasownikami, więc rozwiązuje twoje zadania domowe z technikum wieczorowego. Ponad wycięciem bluzki pociąga łyk miodowego piwa, rozważa, czy to już. Bąbelki uderzają w nozdrza, jeszcze trochę. Biorę głęboki wdech, to już prawie ruch!

Nie umiesz szukać, jednak znalazłeś kwiat paproci. Jej spojrzenie to już nie obietnica, błysk źrenic daje ostrogę, jest iskrą w stogu siana. Jak to robi, że jest ładniejsza od Catherine Oxenberg? Jak to robi, że jest piękniejsza od Kate Beckinsale? Mówi, że najsmutniejszą flagą jest flaga Bangladeszu. Mój stupor versus jej toczone ramiona i przepastne wykłady o maxi sprawach. Prostujesz kolana, gotujesz się do oracji na stojąco. Żadna kobieta nie kocha tak łodzi podwodnych, a może chodzi tu o Seana Connery’ego? Zbiera wojskowe menażki i grywa – nie do wiary! – Mokujinem lub Columbus Blue Jackets z Krzysztofem Oliwą. Lustro za nią nie nadąża. Szkicujesz w kurzu mapę Ogrodu Tuileryjskiego, a przed sobą masz zdumiewającą dziewczynę Bonda.

– Kto mówi?

– Słodkich słów.


89.

Idę. Latarnie garbią się nad przecinającą wieś żwirówką. Kiedy ty idziesz, jeszcze nie ma ani jednej, światło ledwie ćmi się z okien. Lato. Noc. Jak niemal każda tutaj, gęsta i lepka, przywiera do mokrego ciała. Niezakłócone gwiazdy rozpinają się nad głową, nigdzie nie ma takiego nieba! Mrok zalega w obejściach, które mijam, które mijamy. Ocynkowane blachy dachów mrugają. Psy kąsają mnie wzrokiem, warczą, ślina cieknie im z pysków, tłuką łapami w siatki ogrodzeń. Nawołują się, przejmują wycie po sobie, czuję, jakby skowyt miał wpaść pod przycupnięty za domami horyzont, zamaszyście obiec świat i wypaść zaraz z drugiej strony niesiony ruchem kołowrotnym. Zabawa weselna w centrum kultury odbija się od murów. W ręku butelka johnniego walkera. W ręku butelka czystej.

Z gazonów przy szkole wyrasta jakieś postrzępione zielsko. Okna tych zabudowań patrzyły na twoją młodość, schody słuchały twoich kroków. Mija was w drodze do pracy w zakładzie fryzjerskim. Siadam na schodach. Siadasz. Nie dajesz im po sobie poznać, nie zauważyli jej, ale czujesz serce w skroniach. Zapach płynu do płukania tkanin, przechodzi mimo. To jej tyle lat nie widziałeś? Dziewczyna o bladej cerze pokrytej pajęczynką niebieskich żyłek na przedramionach. Meszek na skórze. Myszka na wewnętrznej stronie lewego uda. Półprzeźroczyste, trochę jakby bufiaste rękawy spływają na łokcie, gdzie ściągają je tasiemki. Wcześniej zbierała jagody drucianą maszynką i sprzedawała w skupie, żeby móc wyjechać na kolonie (a ty masz przecież swoje jabłka, pamiętasz?). Gdy siedzieliście razem nad rzeką, wasze usta usypały w kobiałce górkę z truskawkowych szypułek.

Zapalasz pierwszego papierosa w życiu. Jest też z wami Mundek, wtedy wszędzie ze sobą chodziliście. Pokazuje ci, jak się zaciągać. Zaciągasz się jak stary palacz. Chłopaki są pod wrażeniem, nie tego się spodziewali, myśleli, że posiniejesz na twarzy, zaczniesz się krztusić, że będzie przy tym sporo zabawy. Nic z tych rzeczy, wypalasz całego papierosa skręconego z tytoniowej krajanki, bierzesz drugiego, obrywasz ustnik, jesteś brawurowy, ponosi cię, jak zawsze w takich sytuacjach. Bardzo chcesz, by wrażenie głęboko w nich zapadło.

Pierwszy raz sam się upiłem, kiedy twoja średnia córka dostała ataku wyrostka. Łaskocze mnie w karku. Butelki są już prawie puste. Kubeł wypełniony po grdykę dławi się śmieciami. Na skórkach od bananów leżą buty sportowe z wywiniętymi językami. Oddechy skraplają się na wnętrzach szkieł. Pod wiatą przystanku chłopak z ospowatą twarzą zagaduje o papierosa. Częstuję go? Czy pokazuję na migi, że mam ostatniego? Raz, drugi, przełykam krzyk. Potem krzyczę na całe gardło, wyję, wyrzuca mi się z płuc, razem z treścią żołądka.

Kiedy stanąłeś pod domem tego bandyty, wydzierając się wniebogłosy, czmychnął tylnymi drzwiami. Sam się zaskoczyłeś, że potrafisz tak krzyczeć. Widziałeś, jak zasunął firankę. Wiedział, że wychodzisz z wojska. Wycofywał się, śledząc twoje ruchy, patrzył, jak gmerasz przy kaburze u parcianego paska, którego nie zdałeś, bo ktoś w intendenturze nie chciał albo nie umiał liczyć.

Przed oczyma przelatują nam wędliny, portrety zawieszone in effigie, śledź w salsie, ziemniaki z okrasą. Oleiste powietrze rozmięka, prześlizguje się z czoła na policzki, tchnie z tancbudy skiśniętym potem. Gówniarzeria obłapia się na przystanku, kiecka zadarta, ręka między udami, stęka przeciągle, robią teatr na całego. Po drugiej stronie na ławce gość o chocholej fizjonomii bawi się nasadą sflaczałego członka.

To jednak niesamowite, że w takich chwilach świat nie staje w miejscu! Ludzie nadal chodzą drogami i jeżdżą ulicami. Ile razy zakradałeś się pod jego dom? Teraz też się zakradasz. Leży w rozwidleniu rzeki pod lasem, opodal grożącego zawaleniem drewnianego młyna. Tam, gdzie łopatki wiatraka od siedemdziesięciu lat z okładem wydają ten sam skrzypiący odgłos. Jak poruszane wiatrem huśtawki z horroru zgrzytliwie płoszą ciszę, która chciałaby tu zalegać. Trzeba wspiąć się na skarpę, stamtąd widać wszystko jak na dłoni. Leżałeś w tym brudnym piachu i gryzłeś knykcie do kości. Leżałeś. Leżysz. Leżymy. Co widzisz, patrząc w dół, dodając do tego oddech i niepewność podlaną alkoholem? Czujesz ciężar słońca na karku? Wiatrak roztrząsa krople, które padają w nurt wiązkami iskier? Pies modli się do sadzawki, podszerstek unoszą nierówne oddechy. Chłód stali przyciska się do brzucha. Teraz to agroturystyka, jego wnuki ze swoją przyciężką biżuterią jak kit klajstrują wyrwy w krajobrazie. W łożysku strumyka odkładają się kamienne zatory. Tafla zalewu po zachodzie słońca jest jak zastygła rtęć. Naskórek wody wibruje, kiedy dźwięki disco polo ślizgają się po powierzchni.

Coś smyrga pod nogami. Szczur? Jeż? Ona się zatrzymuje. Zatrzymuje się, by ją zawołać? Wołasz. Krzyk wstrząsa powietrzem. Twój krzyk? Jej? Czy mój? Nie myśl sobie, ja też mam kogoś takiego! Na krawędzi ciemności słyszysz muzykę. Jak ślepiec przyciągasz ją do siebie, obejmujesz rękami mrok. Czy idziemy w tym samym kierunku? Za późno, już zaczyna się las, czarna ściana pni wyrasta przed oczami i wspina się na wzgórze. Sosny trzymają się za ręce, wystrzeliwują w powietrze. Gałęzie parcelują niebo, zapalają się na koniuszkach, pocierając o siatkę gwiazd jak o draskę. Tam gdzieś wyżej musi być żydowski cmentarz, którego nikt nie widział.

– Nie warto iść pod górę. Ugrzęźnie pan w bagnach.

Słyszę, ale przecież nikogo tu nie ma.

Z drugiej strony lasu na oblanej przez księżyc polanie potężne koła ciężarówki buksują w miejscu. Pryskają pecynami błota.

O AUTORZE

Krzysztof Chronowski

Urodzony w 1985 roku we Wrocławiu. Laureat ogólnopolskich konkursów literackich w kategoriach prozy i dramatu. Teksty prozatorskie publikował m.in. w „Arteriach”, „Akancie”, „Afroncie”, „Twórczości” i „Pocisku”. Laureat projektu „Pierwsza książka prozą 2020” Biura Literackiego. Ukończył studia administracyjne i prawnicze. Mieszka we Wrocławiu.

powiązania

Zestaw narzędzi podręcznych

recenzje / KOMENTARZE Krzysztof Chronowski

Autorski komentarz Krzysztofa Chronowskiego w ramach cyklu „Powieść w drodze”, towarzyszący premierze książki Nieobecność, wydanej w Biurze Literackim 6 września 2021 roku.

WIĘCEJ

Książki z Biura: Odcinek 15 Nieobecność

nagrania / Między wierszami Krzysztof Chronowski

Piętnasty odcinek cyklu Książki z Biura. Nagranie zrealizowano w ramach projektu Kartoteka 25.

WIĘCEJ

Nieobecność, czyli o mozaice braków

wywiady / O KSIĄŻCE Jakub Kornhauser Krzysztof Chronowski

Rozmowa Jakuba Kornhausera z Krzysztofem Chronowskim, towarzysząca premierze książki Nieobecność, wydanej w Biurze Literackim 6 września 2021 roku.

WIĘCEJ

Nieobecność

utwory / zapowiedzi książek Krzysztof Chronowski

Fragmenty zapowiadające książkę Nieobecność Krzysztofa Chronowskiego, która ukaże się w Biurze Literackim 6 września 2021 roku.

WIĘCEJ

Zestaw narzędzi podręcznych

recenzje / KOMENTARZE Krzysztof Chronowski

Autorski komentarz Krzysztofa Chronowskiego w ramach cyklu „Powieść w drodze”, towarzyszący premierze książki Nieobecność, wydanej w Biurze Literackim 6 września 2021 roku.

WIĘCEJ

Obchodzi nas zeszłoroczny śnieg

recenzje / ESEJE Aleksandra Byrska

Recenzja Aleksandry Byrskiej towarzysząca premierze książki Nieobecność Krzysztofa Chronowskiego, wydanej w Biurze Literackim 6 września 2021 roku.

WIĘCEJ

Książki z Biura: Odcinek 15 Nieobecność

nagrania / Między wierszami Krzysztof Chronowski

Piętnasty odcinek cyklu Książki z Biura. Nagranie zrealizowano w ramach projektu Kartoteka 25.

WIĘCEJ

Nieobecność, czyli o mozaice braków

wywiady / O KSIĄŻCE Jakub Kornhauser Krzysztof Chronowski

Rozmowa Jakuba Kornhausera z Krzysztofem Chronowskim, towarzysząca premierze książki Nieobecność, wydanej w Biurze Literackim 6 września 2021 roku.

WIĘCEJ

Nieobecność

utwory / zapowiedzi książek Krzysztof Chronowski

Fragmenty zapowiadające książkę Nieobecność Krzysztofa Chronowskiego, która ukaże się w Biurze Literackim 6 września 2021 roku.

WIĘCEJ

Obchodzi nas zeszłoroczny śnieg

recenzje / ESEJE Aleksandra Byrska

Recenzja Aleksandry Byrskiej towarzysząca premierze książki Nieobecność Krzysztofa Chronowskiego, wydanej w Biurze Literackim 6 września 2021 roku.

WIĘCEJ