Dzieciństwo wydarza się w bliży, chociaż wyobraźnia dziecka może wędrować, gdzie zechce. Z roku na rok, po „wyjściu” na świat, terytorium dziecięcych eksploracji poszerza się i rośnie skala obcowania z materią. Tuż za domem, w trawie, dzieją się cuda, po drugiej stronie drogi rosną w lesie, a drobne wyjścia w przydomową otulinę mogą się jawić siedmioletniej osóbce jako prawdziwe wyprawy, podczas których można się bawić w podróże za morze albo na księżyc.
Gdy byłem chłopcem, obserwowałem mrówki, na kwietnej łące przyglądałem się motylom, w sadzawce żabom, a kopiec kreta był dziwny jak wulkan. Majowe chrabąszcze buszowały w kwiatach głogu przepychając się z pszczołami i trzmielami. Te rozistnienia przeradzały się w baśnie, które matka czytała mi przed snem, dopóki nie zacząłem czytać ich sam, przejęty do granic fantazji. Może dlatego Calineczka Andersena, z jej drobnym światem wielkich niebezpieczeństw, znalazły dla siebie dogodny zakamarek w mojej pamięci w postaci obrazów i fragmentów baśniowej opowieści. Calineczkę „poznałem” w wydaniu Krajowej Agencji Wydawniczej z roku 1980, w tłumaczeniu Stefani Beylin, z genialnymi ilustracjami Elżbiety Gaudasińskiej.
Calinczka niewątpliwa inspiracja dla Bylinek Aleksandry Weksej. Baśń Andersena zaczyna się tak:
Pewna dobra kobieta bardzo pragnęła mieć maleńkie dziecko, ale nie wiedziała, skąd by je wziąć. Poszła więc do czarownicy i rzekła:
– Tak bym chciała mieć malutkie dziecko. Powiedz mi, co tu robić, żebym je miała?
– O! To nietrudno – odpowiedziała czarownica – mogę ci doskonale poradzić. Masz tu ziarnko jęczmienia – ale to nie jest takie zwyczajne ziarnko, które sieją w polu albo sypią kurom na pokarm; zasadź je starannie w doniczce do kwiatów, a zobaczysz, co z tego będzie.
– Dziękuję – rzekła poczciwa kobieta i zapłaciła jędzy dziesięć groszy, bo tyle to ziarnko kosztowało. Po powrocie do domu zasadziła je starannie w doniczce od kwiatów i zaraz pokazała się mała roślinka, okryła się pięknymi listkami, a w środku wyrósł jakiś kwiat złotopurpurowy, podobny do tulipana, tylko zamknięty jak pączek.
– Cóż to za prześliczny kwiat! – rzekła kobieta i tak była zachwycona, że całowała złote i czerwone płatki.
W tej samej chwili jednak kwiat z wielkim łoskotem otworzył się i w środku, na zielonym dnie kielicha, gdzie zwykle mieści się słupek kwiatowy, stała sobie prześliczna mała dziewczynka. Nazwali ją Calineczką, gdyż była maluchna jak młoda pszczółka, tylko daleko zgrabniejsza.
Bylinki Aleksandry Weksej rodzą się podobnie. Wydają je na świat roślinne tobołki, przypominające pąki kwiatowe. Podobnie, jak ledwie wzeszłe rośliny, nowonarodzone istotki są zielone i porasta je meszek, który z czasem schodzi niczym skóra z węża. Owe narodziny nazywane są wybudzaniem. Bylinki wydzielają silny zapach, dzięki czemu, jako już dojrzałe, mogą odnaleźć swoje rodzące się siostry:
Szarotka podeszła, skrobiąc się pod szyją, i spojrzała na tobołek. Przypominał pąk kwiatu, jeszcze mocno zwinięty w sobie, otulony białawymi błonkami o licznych, jakby sprasowanych zagnieceniach. Wierzbówka gładziła go czule. Gdy zorientowała się, że Szarotka stoi obok, podniosła wzrok.
– Twoja siostra – oznajmiła z uśmiechem.
W tej minipowieści dla dzieci bylinki stanowią człekopodobne istoty, które rodzą się w królestwie roślin i czuwają nad okolicznym mikroświatem. Potrafią też wzbić się w przestworza, korzystając z ptasich wierzchowców – jaskółek – czy pielęgnować biotop z pomocą owadów. Stanowią zatem pośrednie ogniwo między roślinami i zwierzętami, rodzaj istot obdarzonych inteligencją i emocjami, wiodących żywot liliputów, skrzatów albo leśnych bezskrzydłych wróżek. Gdy rodzi się srebrnowłosa Szarotka, postać wiodąca w narracji o krainie bylinek, szybko odnajduje ją miedzianowłosa Wierzbówka podróżująca na jaskółce. Inspiracją dla tego rodzaju „lotnej” możliwości jest oczywiście baśń o Calineczce.
Kim są bylinki? Ich nazwa pochodzi od bylin, które wraz z krzewinkami, krzewami i drzewami należą do roślin wieloletnich, zwykle żyjących dłużej niż dwa lata. Ich nadziemne części są niezdrewniałe, wielokrotnie kwitną wydając nasiona, bądź zarodniki, dlatego też wytrzymują trudne górskie warunki i dobrze radzą sobie w tundrze. Bajkowe bylinki są reinkarnacjami po okresach hibernacji. Szarotki, jak wszystkie bylinki, rodzą się z tobołków w tym samym miejscu, ale nie pamiętają swoich poprzednich wcieleń.
Miejscem bytowania bylinek jest siedlisko, gdzie w starym zwalonym buku znajduje się bukoteka, zawierająca na zwitkach całą wiedzę, mądrość i pamięć społeczności. Tutaj Szarotka usłyszała o swoje poprzedniczce:
– Naprawdę? – spytała zdumiona do granic swojego zielonego istnienia. – Poprzednia Szarotka była spisywaczką?
Przymiotno ponownie przytaknęło ze spokojną powagą.
– Własnoręcznie przepisała wszystkie przechowywane tutaj zwitki. – Spojrzało w głąb mroczniejącego tunelu, w którym świetlik zapalił dla nich wysepkę ciepłego blasku. – To było jej ulubione odgałęzienie. Znajdują się tu niegdysiejsze pieśni, których melodie z czasem zaginęły. Jedynie z opowieści wiemy, że dawniej je śpiewano. Chociaż Szarotka twierdziła, że dźwięki wciąż gdzieś płyną i tylko my nie potrafimy ich usłyszeć. Dlatego przez całe swoje życie przepisywała te pieśni, a to, czego zdołała się o nich dowiedzieć, zawarła we własnej opowieści, którą trzymasz przed sobą. – Szarotka spojrzała z drżeniem na brzozowy zwitek. Wszystkie nieuchwytne uczucia skłębiły się w niej i naprężyły. – Jesteś do niej niesamowicie podobna – dodało Przymiotno po chwili milczenia. – A zarazem zaskakująco inna.
– Jak to się w ogóle dzieje? – spytała Szarotka, zagubiona w gąszczu własnych myśli. – Jak to jest, że najpierw była ona, a teraz ja? Że jedne rzeczy w sobie odnajduję, a innych muszę się uczyć? Że pojawiają się w mojej głowie obrazy, których nie widziałam ja, tylko pewnie ona, ale znaków, które ona zapisała, nie pamiętam i nie potrafię odczytać?
Przymiotno pokiwało ze zrozumieniem.
– Wszystkie zadajemy sobie takie pytania. Od samych początków naszego istnienia, od czasów legendarnej Calineczki. Jednak wielu odpowiedzi wciąż nie znamy i pewnie nigdy nie poznamy. Mamy tylko mnóstwo teorii, całe osobne odgałęzienie bukoteki z opowieściami o naturze bylinek.
Ich pokolenia następują po sobie wciąż z tym samym zróżnicowaniem ról, zapewniając społeczności ciągłość istnienia. Wierzbówka odnajduje rodzące się bylinki, Przytulia opiekuje się nimi, gdy dotrą do siedliska. Nebielistka jest szwaczką, z pomocą pająków szyje ubrania dla nowicjuszek. Pszczolinki zapylają kwiaty. Firletka uczy latać na ptakach, a Przymiotno sprawuje opiekę nad Bukoteką. Pośród nich Lilijka i Szarotka to właśnie nowicjuszki, które przybyły, by kontynuować misję swoich poprzedniczek.
Weksej wprowadza nas w tę społeczność, konstruuje jej biotop, aż do momentu katastrofy, która oznacza reset lokalnego ekosystemu. Naszą przewodniczką po tym mikroświecie jest Szarotka, istotka dość sceptyczna, wciąż poddająca pod wątpliwość obowiązujące reguły. I ten dystans okazuje się w pewien sposób zbawienny, bowiem zawsze oferuje inną perspektywę. A przecież ratunek często nadchodzi z nieoczywistej perspektywy.
Jedno jest pewne, po katastrofie, burzy, która niszczy siedlisko wraz z bukoteką, republika stworzona przez zielone istotki znajduje proste uzasadnienie dla swojego istnienia i widzi w tym powód, by odbudować miejsce wspólnoty. Wszystkie bylinki radzą wspólnie i razem podejmują decyzję. Szarotka mimowolnie przechowała jeden zwitek, od którego można zacząć odtwarzać zbiory bukoteki.
Jaką nowinę niosą nam Bylinki Weksej? Czego może uczyć się dziecko zanurzone w tej opowieści: troski o naturę, różnorodności we wspólnocie, kolegialnego podejmowania decyzji i współpracy, wreszcie, szarotkowej sceptycznej postawy, która mądrze testuje słabe ogniwa wewnętrznych powiazań. Ale z drugiej strony Bylinki uczą praw natury, zachowywania wiedzy o wiecznym powrocie materii, który podtrzymuje życie.
Minipowieść Weksel, stworzona dla dzieci w wieku wczesnoszkolnym, jest świetną odtrutką dla wyścigu szczurów kodującego neoliberalny system: proponuje zgodną współpracę na zdrowych zasadach, może bardziej w dziewczyńskiej wersji.
Baśnie i bajki w sposób symboliczny zawsze uczyły dzieci, czym jest świat i jakie wypełniają go zagrożenia. Tego rodzaju opowieści przechowują prastare ryty inicjacyjne, dla których scenerią zawsze jest Natura. Weksej kontynuuje tę tradycję za swoim mistrzem Andersenem, ale baśniowy świat jest tu bardziej alegorią, co oznacza, że twarde stąpanie po ziemi ma pierwszeństwo przed kontemplacją symbolicznych obrazów. To exodus z baśni z jej zwitkiem pod pachą, ale tylko w ten sposób Bylinki mogą oderwać dzieci od zwodniczych ekranów i zwrócić je światu tutaj, tej łące, temu skwerowi, temu leśnemu skrawkowi. W czasach, gdy ponad 60% społeczeństwa nie ma kontaktu z naturą, a jej deficyt negatywnie zaburza rozwój najmłodszej jego części.
Dzięki Bylinkom Weksej możemy przypomnieć sobie stare prawdy. Jak napisał mistrz Jastrun:
Dzieciństwo jest jeszcze tym okresem, w którym świat materii poznawany dopiero i sprawdzany ustawicznie nie budzi podejrzeń. Jeszcze wtedy każda rzecz świetnieje cała, pełna w swym trójwymiarze i nie odczuwamy tego oddzielenia, które w późniejszych latach zmienia nasz stosunek do otaczającej nas natury.