TransPort Literacki 27: Poważne rozmowy to dzisiaj rarytas

Od wielu lat najważniejszą i najbardziej wiarygodną formą podsumowania festiwalu Biura Literackiego jest ankieta, do wypełnienia której zostają zaproszeni publiczność oraz uczestnicy towarzyszących imprezie projektów wydawniczych i edukacyjnych. W tym roku nie było klasycznych pytań ze wskazywaniem najważniejszych wydarzeń, ulubionych książek czy ogólnych wątków, z zaznaczaniem jednej lub kilku odpowiedzi. Pytania prowokowały do długich i wnikliwych analiz. Swoje przemyślenia postanowiło w takiej formie przygotować aż osiemdziesiąt osób. Oto najbardziej reprezentatywne odpowiedzi na wybrane pytania.

 

 

 

Co festiwal zyskał na zmianie miejsca, a co stracił?

Czy powinien na kolejne lata wiązać się z tym miejscem?

A może powinien być nieustannie otwarty

na przeniesienie w kolejne miejsce?

 

W moim odczuciu festiwal stał się nieco mniej „odcięty od świata”, co ma oczywiście plusy i minusy. Stronie Śląskie było miejscem, które bardziej skłaniało do refleksji i obcowania z naturą – uciekało się od miejskiego zgiełku, który był już obecny w Kołobrzegu. Niemniej jako uczestnikowi festiwalu podoba mi się pomysł związania z tym miejscem przynajmniej na jakiś czas.

 

Uważam, że festiwal powinien na dłuższy czas lub nawet na stałe wpisać się w kołobrzeski krajobraz. I to nie tylko dlatego, że jest tam lepszy dojazd niż do Stronia Śląskiego, ale doświadczenie nadmorskiego klimatu poza sezonem to doświadczenie także literackie. Puste i ciche uliczki Grzybowa, nocne spacery na plażę. Tym bardziej przemawia za organizacją festiwalu w Kołobrzegu to, że Biuro Literackie ma tam swoją siedzibę. Kołobrzeg ma szansę zatem stać się stolicą polskiej ambitnej literatury. Poza tym sala RCK jest lepsza niż w Stroniu, wygodniejsza i dobrze widać scenę. Mieści więcej osób.

 

W Stroniu Śląskim zaraz po wyjściu z CETiK-u miało się przed sobą ławki i stoły pod parasolami, gdzie ludzie jedli i rozmawiali. Wystarczyło zrobić kilka kroków w lewo, żeby natknąć się na tory, na których ludzie siedzieli, rozmawiali, palili, pili, puszczali muzykę, rozwieszali gdzieś obok hamaki. To tworzyło niepowtarzalne warunki do kształtowania wspólnoty. W Kołobrzegu po wyjściu z RCK jest co najwyżej miejsce do palenia, a żeby usiąść na spokojnie, trzeba szukać i iść gdzieś dalej. W efekcie ludzie zbijali się w małe grupki i trudniej było o wspólnotę.

 

Wydaje mi się, że festiwal powinien być otwarty na różne miasta, które pozwolą również uczestnikom na walkę z rutynowym wracaniem w to samo miejsce. Oczywiście są i zwolennicy takich rozwiązań, ale w mojej ocenie oprócz festiwalowych wydarzeń znaczenie ma samo miasto, które oferować powinno również i sobą atrakcje.

 

Nie powiem, ani co zyskał, ani co stracił, gdyż był to mój pierwszy festiwal z Wami, ale myślę, że otwartość na różne miejsca daje sporą plastyczność i gotowość na wszystko!

 

Bliskość morza to ogromny atut – myślę, że łatwiej spontanicznie wyskoczyć na plażę, chociażby na kwadrans, niż wybrać się na spacer na górski szlak (nie wspominając o tym, że przy dobrej pogodzie zajęcia mogą odbywać się – i czasem się odbywały – nad samym morzem). RCK to bardzo przyjazne miejsce – mam tu na myśli m.in. przestrzeń do odpoczynku między wydarzeniami, znakomite strefy gastronomiczne, wygodny układ miejsc na sali. W pobliżu nie brak atrakcji turystycznych, można też spacerem udać się wprost na molo. Sądzę, że festiwal powinien być otwarty na zmianę miejsca w przyszłości, i jest to poniekąd wpisane w jego charakter, ale sama era nadmorska mogłaby potrwać jeszcze kilka lat, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę życzliwość lokalnych władz.

 

Lokalizacja w Kołobrzegu jest trafiona. To duże miasto turystyczne, które we wrześniu zaczyna pustoszeć z racji kończącego się sezonu turystycznego. Festiwal może z czasem przyciągnąć turystów zainteresowanych połączeniem wypoczynku nad morzem z wypoczynkiem intelektualnym związanym z książkami.

 

Festiwal zyskał morze, stracił góry. Kołobrzeg to dobre miasto dla tego festiwalu i według mnie może on nadal odbywać się w tym mieście. Ten dźwięk pod RCK-iem, coś związanego z pociągami, to był dla mnie festiwalowy motyw i będę za nim tęsknić.

 

Różne miejsca byłyby prawdopodobnie ożywcze, ale stałość też ma plusy. Można ją doskonalić. Atutem – przy dobrej pogodzie – jest bliskość morza. Nie każdy chodził na szlaki w Czarnej Górze, nad morze raczej nas ciągnęło. Każde miejsce traci, gdy jest zimno, deszczowo lub wietrznie i trzeba być w namiocie albo się przemieszczać. Tym razem mieliśmy szczęście do pogody.

 

Żal kameralności Stronia, torów i bliskości wynikającej z tamtej przestrzeni. Warsztaty na plaży ten żal rekompensują. Jeśli miałbym coś podpowiadać, to powrót do czerwcowej daty – z końcem września jest ciut za zimno. Przestrzeń RCK-u jest bardzo dobra, ale nie daje swobody wokół siebie – może warto pomyśleć o jakichś stolikach, stoisku z herbatą i piwem na zewnątrz? W Stroniu przy tych pozornie nieistotnych stolikach zawiązywały się bardzo ważne relacje i toczyły się świetne dyskusje. Tu to trochę zastępowało stanie na papierosie i picie kawy w budynku, ale ewidentnie to nie działało tak dobrze.

 

Obecna lokalizacja jest znakomita. Kołobrzeg to bardzo fajne miasto, w którym jest co robić także poza festiwalem. Jako miejscowość wakacyjna dysponuje też rozbudowaną bazą noclegową. Myślę, że festiwal powinien tam pozostać na kolejne lata, zwłaszcza że reakcja miejscowych władz, co widać było na otwarciu, jest przychylna.

 

Kołobrzeg i województwo zachodniopomorskie wydaje się dobrym miejscem do rozwijania festiwalu, szczególnie że literacko i kulturalnie w województwie jest raczej posucha – festiwal może stać się przez to ważnym regionalnym wydarzeniem. Na plus też skomunikowanie Kołobrzegu (choćby pociągowe) z dużymi miastami w Polsce.

 

Myślę, że festiwal zyskał nową energię, wiatr od morza, nowe otwarcie – tak to odebrałem. Miejsce jest dobre. Daleko. Ale kiedy już się tam dotrze – to zanurzenie w literaturze czuję się bardzo mocno, każdym porem ciała. Z drugiej strony czuję, że ten festiwal jest otwarty i może żyć w górach, nad morzem, pod ziemią i na szczycie. I w każdym miejscu może rozkwitać, i w każdym się zakorzenić.

 

Jestem bardzo za pozostaniem festiwalu nad morzem. Jeśli nie mógłby to być Kołobrzeg, to na pewno jakieś wybrzeże. Mając porównanie z Wrocławiem i Stroniem – zdecydowanie jestem za konotacją morza w Porcie i TransPorcie. Jest jakoś więcej przestrzeni i powietrza, można lepiej i głębiej oddychać, wyjść na sensowny spacer. Moim zdaniem festiwal tylko zyskał na tym położeniu.

 

Myślę że paradoksalnie miejsce ma najmniejsze znaczenie ze wszystkiego. Festiwal pozostanie festiwalem niezależnie od lokalizacji. Gdybym miał zmieniać miejsce festiwalu, to jedynie ze względu na dojazd, ponieważ Kołobrzeg jest na końcu świata, ale poza tym nie wydaje mi się, żeby festiwal stracił wiele przez samą zmianę lokalizacji.

 

 

Mając na względzie, że ten pierwszy rok był trochę „testem”

różnych rozwiązań, jak oceniasz organizację wydarzenia?

Co się udało, co na pewno trzeba zmienić i poprawić?

 

Jestem pod ogromnym wrażeniem, jak dobrze udało się wszystko zgrać. Czułem się znakomicie także w czwartek wieczorem i bardzo miło mi się uczestniczyło w tym pierwszy dniu festiwalu, chociaż dotarłem praktycznie prosto z pociągu, po ośmiogodzinnej podróży. Uczestnicy i goście to tak doborowe towarzystwo, że zmęczenie pojawia się dopiero późnym wieczorem.

 

Odczyty i prezentacje w warstwie merytorycznej były na równie dobrym poziomie. Trochę brakowało mi dawnego klimatu – ciekawych wizualizacji, atmosfery mariażu teatru. Za ogromną niedogodność uznaję też przeciągnięte do granic czwartkowe „Rozmowy na koniec” – po podróży wymagały ogromnej wytrwałości i hartu ducha. W mojej ocenie idealnie byłoby, gdyby tego dnia odbył się koncert, bo jego zagranie w ostatni dzień pozostawiło totalny niedosyt.

 

Przede wszystkim wszystkie festiwalowe wydarzenia były świetne. Stety/niestety ten czas był bardzo intensywny – być może przydałoby się ,,rozrzedzić” trochę harmonogram wydarzeń, np. jedna dłuższa przerwa w połowie dnia festiwalowego. Świetnym pomysłem są „Rozmowy na koniec”. Być może lepszym rozwiązaniem byłaby organizacja festiwalu trochę wcześniej – końcówka września jest już zdecydowanie chłodniejsza.

 

Bezustannie jestem pod wrażeniem tego, jak sprawnie poszła organizacja tak wielkiego wydarzenia! To po pierwsze. Jest jednak problem nadmiaru – patrząc na program, chciałam być na wszystkim, ale wiedziałam, że to fizycznie niemożliwe, bo po intensywnej pracy warsztatowej nie będę w stanie uważnie brać udziału we wszystkich spotkaniach. Nie widzę tu optymalnego rozwiązania oprócz odchudzenia programu albo zrobienia trochę większych przerw między wydarzeniami… Druga rzecz: niedosyt pracy warsztatowej. Ta uwaga na pewno będzie się powtarzała. W mojej grupie generalne odczucie było takie, że moglibyśmy pracować nawet dwa razy dłużej, a i tak nie wyczerpalibyśmy tematu naszych tekstów.

 

Gdyby zrezygnować z czwartkowych spotkań, może autokary mogłyby wieźć uczestników nocą, co by się opłacało i oszczędzało czas. Może rozwiązaniem jest przeniesienie festiwalu w jedno miejsce, a nie dwa, w centralnej Polsce – to skróci dojazd wielu osobom. Mamy też wśród uczestników ludzi na emigracji, którzy ceniliby sobie bliskie sąsiedztwo lotniska.

 

Oceniam organizację wydarzenia bardzo dobrze i sprawnie, choć czwartkowy wieczór był męczący. Może dałoby się poprawić lokalny transport? Miałem wrażenie, że w autobusach było czasem zbyt tłoczno, niegroźnego zdarzenia na drodze z udziałem autobusu też można by uniknąć, gdyby wszyscy wiedzieli, że na autobus należy wyjść na główną drogę. Przerwy między niektórymi wydarzeniami były dla mnie za krótkie, choć biorę poprawkę na to, że nie zależy to zawsze od samej organizacji, tylko od przedłużenia się interesującej rozmowy, dłuższego czytania etc.

 

Czwartkowa inauguracja była wspaniałym wydarzeniem, ale zmęczenie dawało się we znaki. Uważam, że pierwszy dzień powinien być czasem rekonesansu, hotelowej aklimatyzacji, spotkań w grupach i poza grupami (na terenie hotelu), ewentualnie wydarzeń lżejszej kategorii (koncert na terenie hotelu, luźny panel dyskusyjny, dla chętnych wspólna przechadzka po plaży etc.). Przerwy między wydarzeniami były dłuższe, co pozwalało lepiej się zresetować i oczyścić umysł, a przy tym spokojnie zjeść, skorzystać z toalety czy zaczerpnąć świeżego powietrza. Łatwiej mi było utrzymywać skupienie na kolejnych czytaniach; nie czułam się aż tak przytłoczona wielością treści. Program jest nadal dość napięty – myślę, że szkoda byłoby go znacząco okrajać, ale dbałość o możliwość szybkiego resetu jest kluczowa.

 

Dziękuję za zadbanie o zaplecze w RCK-u, za leżaki i za to, że nie trzeba było biegać za kawą czy obiadem po mieście. Przydałyby się tylko baniaki z wodą, żeby napełnić bidon.

 

Organizacja była świetna jak dla mnie. Zabrakło mi tylko imprezy tanecznej na plaży dla uczestników. W piątek lub sobotę wieczorem. Jakiś fajny soundsystem byłby doskonałą okazją do integracji między rożnymi grupami warsztatowymi.

 

Moim zdaniem tak duży udział prozy w festiwalu był najgorszy i bardzo męczący. Wydarzenia w RCK również zdecydowanie za długie. Najbardziej podobała mi się jak co roku „Muzyka słowa”, oprócz prawie wszystkich czytań prozatorskich.

 

Chyba dopiero ostatniego dnia połapałem się, że na piętrze są usługi gastronomiczne dostępne dla wszystkich. Wcześniej z jakiegoś powodu myślałem, że są tylko dla gości festiwalu.

 

Oceniam ją pozytywnie, szczególnie profesjonalną scenę i ciekawą aranżację oraz oświetlenie. Myślę jednak, że rozmowy w namiocie nie do końca się sprawdziły, pomimo dobrego przygotowania prowadzących, z uwagi na późną porę.

 

Chyba lepiej byłoby, żeby wszystkie wydarzenia i zakwaterowanie uczestników było w Kołobrzegu, a nie Grzybowie. Kołobrzeg ma naprawdę dużą bazę noclegową. A w Grzybowie, choć z noclegiem nie było problemu, to do jedzenia nie było praktycznie nic, bo wszystkie punktu gastronomiczne były już zamknięte. Dosłownie jedynym miejscem, gdzie można było zjeść coś ciepłego, był Saltic. Trochę miałam wrażenie, jakby organizatorzy uprzywilejowali lepiej sytuowanych, a reszta została skazana na kanapkę z Żabki z braku innych opcji.

 

 

Co dla Ciebie jest największą wartością imprezy?

Czy kierunek festiwalowych zmian jest dobry?

 

Super, że festiwalowi towarzyszą wydarzenia angażujące lokalną społeczność i ukierunkowane na promocję czytelnictwa. Cieszę się, że festiwal nie pomija młodzieży i najmłodszych czytelników. Kierunek, w którym festiwal zmierza, bardzo mi się podoba.

 

W mojej ocenie jest to bardzo dobry kierunek zmian, przede wszystkim jeśli chodzi o nowe obszary językowe, nie zawsze w Polsce znane i popularne, a bardzo ciekawe i wzbogacające, były to zresztą dla mnie jedne z ciekawszych spotkań. Czytanie na scenie, rozpoznawanie autorów są też dla mnie bardzo ważne i są ogromnym przeżyciem. To naprawdę dobry kierunek.

 

Pierwsze moje wrażenie to uczucie, że czułam się tam jak „brzydkie kaczątko”, które znalazło wreszcie rodzinę łabędzi. Myślę, że wiele osób może się tak poczuć podczas festiwalu. Nikt nikogo nie ocenia ze względu na poglądy, orientację seksualną czy wiarę. Wszystkich łączy miłość do ambitnej literatury. Ważne jest jednak to, żeby nie przechylać się w stronę żadnej skrajności, bo wtedy festiwal może otrzymać łatkę, której moim zdaniem nie potrzebuje. Nie chciałabym na pewno, by festiwal był upolityczniony (myślę o polskiej partyjnej scenie politycznej, a nie o międzynarodowej). By nadal liczyła się wartość literacka, a nie czyjeś poglądy i orientacja seksualna bardziej niż sam utwór. Wartością ogromną festiwalu jest dawanie szansy każdemu do prezentacji swojego tekstu, pracy nad nim, dopóki naprawdę nie stanie się diamentem. Nie ma drugiego tak wartościowego festiwalu w Polsce. Połów to po prostu niesamowita szansa dla wszystkich tych, którzy piszą do szuflady obiecujące teksty, a nie są maszynkami do masowej produkcji bestsellerów.

 

Największą wartością byli dla mnie poznani ludzie – uczestnicy pracowni, jak i artyści z dorobkiem. Byłem zbudowany tym, że nie ma między nami podziałów formalnych, każdy może z każdym porozmawiać. Sam kierunek zmian jest dobry. Fascynującym przeżyciem była możliwość posłuchania zagranicznych autorów (i to w oryginale). Wszystkie wydarzenia były na wysokim poziomie. Niestety, nie wszystko udało mi się wyłapać ze słuchu w tekstach – być może warto by wyświetlać teksty także polskich poetów/pisarzy.

 

Cieszę się, widząc znajome i nowe twarze, jakimś cudem udało się Wam przenieść klimat festiwalu w Stroniu do Kołobrzegu – ale to pewnie za sprawą osób, które pojadą za festiwalem, gdziekolwiek będzie trzeba. Podoba mi się otwarcie Biura na prozę i wielu zagranicznych gości. Konkurs doraźny kolejny raz bardzo się sprawdził.

 

Cieszę się, że mogłam usłyszeć teksty ubiegłorocznych laureatów Połowu. Połów, jak i Pracownia pierwszej książki to dla mnie największa wartość tego festiwalu. Wspaniała była również formuła spotkań z doświadczonymi autorami – czytania przy akompaniamencie, sensownie prowadzone rozmowy, również te na koniec.

 

Bardzo pozytywnie oceniam ten aspekt festiwalu, poezja z Azji (Korea!) to było prawdziwe odkrycie, a poszerzanie formuły o większą liczbę „nowych głosów z Polski” dało wydarzeniu dużo pozytywnej energii.

 

Jeśli chodzi o słowo „trans”, to jego nadużywanie było dla mnie nieco męczące, ponieważ jako osoba trans(płciowa) odnoszę je mocno do siebie. Oglądam się wręcz za każdym razem, kiedy je słyszę, i sprawdzam, czy nikt mnie nie woła. Zachęcam do refleksji nad faktem, że słowo „trans” to nie tylko piękne hasło, podkreślające dynamikę, zmienność i płynność otoczenia, ale również określenie na konkretną grupę społeczną. Może jej temat powinien być poruszony w ramach wydarzeń festiwalowych, skoro już została nadana taka nazwa?

 

Bardzo ucieszyła mnie nie tylko obecność autorów z innych krajów, ale też fakt, że czytali swoją twórczość we własnych językach, co nawet przy braku ich znajomości stanowiło dla mnie interesujące doświadczenie (ich głosy nakładały się na tłumaczenia studiowane w myślach, tworząc zaskakująco spójną całość). Uważam, że Biuro powinno jak najbardziej kroczyć możliwie globalną ścieżką – kanon europejski to śmiały i wartościowy koncept, ale obcowanie z literaturą innych kontynentów nad naszym polskim morzem to doświadczenie nie z tej ziemi.  Całkowicie zaciera się wrażenie jakiejkolwiek izolacji czy prowincjonalności polskiego życia kulturalnego; otwierają się także horyzonty myślowe czytelników.

 

Jestem fanką „Nowego europejskiego kanonu literackiego”, to świetna inicjatywa! Zawsze też jestem za otwieraniem się na obszary poza naszym krajem i kontynentem. Dla mnie to świetne.

 

Zdecydowanie festiwal potrzebuje takich wydarzeń jak te z udziałem gości zagranicznych, zwłaszcza nieznana lub znana w niewielkim stopniu w Polsce literatura azjatycka i marokańska (Najat El Hachmi). Największą wartością festiwalu pozostaje i tak wspólnota, nieważne, w jakich warunkach by się odbywał. Nie bez znaczenia jest też umożliwienie wystąpienia na scenie każdemu piszącemu oraz udostępnienie wydarzeń dla ludzi z zewnątrz, dzięki czemu literatura dociera także poza specyficzną „bańkę”.

 

Największą wartością imprezy jest dla mnie jej wysoki poziom intelektualno-artystyczny. Możliwość spotkania nowych głosów, dykcji, niesamowitych osobistości i ich różnorodnego języka oraz podejścia do twórczości. Trans – proszę jeszcze bardziej poszerzać.

 

Dla mnie największa wartość tego wydarzenia to właśnie poszerzenie pola językowego. Możliwość posłuchania innych głosów, innych języków, idiolektów. Oczywiście nie do przecenienia jest także możliwość konfrontacji swoich tekstów ze świadomą, wyrobioną, otwartą publicznością.

 

Największą wartością imprezy jest to, że trzyma poziom. To bardzo rzadkie dziś ogólnie, na wszystkich polach. Mogłam wreszcie odetchnąć, bo nie musiałam się za nikogo wstydzić – jeśli wiecie, co mam na myśli.

 

Dla mnie największą wartością jest usłyszenie głosów, których nie znam, zderzenie się z tekstami, które może nie trafiłyby inaczej w moje ręce. Drugą równie ważną rzeczą jest integracja z piszącymi: świetnie się bawiliśmy codziennie w swoim towarzystwie, rozmawiając długo po całym dniu festiwalowym, to daje piękne poczucie wspólnoty.

 

 

Własne opinie, odczucia i propozycje na przyszłość

 

Wybrałem „totalne zanurzenie” – uczestniczyłem we wszystkich wydarzeniach, chciałem chłonąć wszystkie głosy. Niezwykle trudno mi pokusić się o jakieś „topy” i „debesty”. Ale… Dla mnie otwarcie w postaci esejów profesora Sławka jak gdyby „ustawiło” festiwal, nastroiło nas wszystkich, zachęciło do odwagi, spiętrzania sensów, sięgania głębiej i dalej.

 

Jak powiedział profesor Sławek: „poważne rozmowy to dzisiaj rarytas”. Jestem oczarowana tym, że istnieje takie miejsce, w którym można prowadzić konwersacje na serio. Takim miejscem jest właśnie festiwal. I nikogo nic nie dziwi. Możliwość czytania swoich tekstów do muzyki Huberta Zemlera to już nie tylko zwykłe czytanie, ale performance. Dla osób, które uwielbiają scenę, to marzenie, by tam wystąpić. Na festiwalu po prostu dzieje się prawdziwa sztuka (sztuka prawdy czy też „sztuka mięsa”), a nie pseudosztuka o tzw. dupie marynie.

 

Podobał mi się pomysł poznania wieczorem osób, ich książek czy projektów, które miały być prezentowane kolejnego dnia. Z czytań najbardziej zapadło mi w pamięć prezentowanie tłumaczeń tekstów Nicka Cave’a z doskonałą muzyką. Zmieniło to mój odbiór tego artysty, na plus. Inauguracyjny wykład (również niesamowita muzyka!) pozwolił mi „wejść” w nastrój, atmosferę wzajemnego szacunku, nauki od osób o podobnych zainteresowaniach, pozwolił mi na chwilę zapomnieć o bardziej przyziemnych i codziennych sprawach i skupić się w pełni na obecności festiwalu. Podobała mi się bardzo literacka forma esejów i odwołanie do klasyki literatury.

 

Scenografia i w ogóle oprawa wizualna moim zdaniem najlepsza od kilku lat, minimalistyczna, a jednocześnie bardzo efektowna, wspaniale. Natomiast nie wiem, o co chodziło ze światłami na scenie i czy to tylko mój problem, czy szersze zjawisko, ale były bardzo męczące dla oczu. Spędzenie całego pojedynczego wydarzenia było wyzwaniem, bo oczy wręcz bolały.

 

Spotkanie z Kim Yideum i Lynnem Suh. Choć formuła tłumaczenia pytań i odpowiedzi na scenie mogłaby spowolnić rytm rozmowy na tyle, że stałaby się ona mało przejrzysta, to w tym wypadku na linii tłumacz–autorka, tłumacz–publiczność rodziły się urocze żarty. Oboje goście są na tyle charyzmatyczni i błyskotliwi, że obcowanie z nimi dawało wielką przyjemność, a przy tym zdawali się szczerze zainteresowani reakcją polskich czytelników i wzruszeni entuzjastycznym przyjęciem.

 

Wydarzenia na scenie wspaniałe, Hubert Zemler – akompaniament i koncert – mistrzostwo świata, esej profesora Sławka – wyśmienity, spotkania i czytania – także. Opuściłam dwa wydarzenia, ale to dlatego, że byłam już zmęczona i bardzo chciałam zobaczyć morze. Kim Yideum – bardzo mocne zakończenie spotkań w RCK, wspaniałe i inspirujące. Program był bardzo gęsty, spałam po 2–3 godziny na dobę, bo nie chciałam rezygnować też z nocnych rozmów z tak ciekawymi ludźmi.

 

Przyznam, że bałam się warsztatów, nie byłam pewna, czy to coś dla mnie. Teraz mogę powiedzieć, że były świetne. Przede wszystkim stały się okazją do poznania i wymiany myśli z fantastycznymi ludźmi! Bez wazeliniarstwa, w mojej grupie znalazły się ogromnie ciekawe, wrażliwe osoby. Myślę, że ten kontakt się nie urwie.

 

Wiele, wiele emocji, zmian, dyskusji – to naprawdę miejsce, które daje możliwość otwarcia się na ludzi i literaturę/kulturę. W chwili obecnej nie wyobrażam sobie, żeby wysiadać z transportowego pociągu.

 

Na przyszłość – tylko bez rewolucyjnych zmian. Jest dobrze!

 


 

Posłuchaj także specjalnej audycji z podsumowaniem festiwalu

inne wiadomości z kategorii