Tytuł książki Ilczewskiego brzmi jak wypowiedziany w trybie oznajmującym akt samoświadomości. To oświadczenie brzmi niczym konstatacja wyroku. Bo przecież nie kojarzy się z radosnym wyznaniem grabarza, który ma mniej roboty czy farmera po zaoraniu połowy gruntu. To po pierwsze. Po drugie: nie czytałem dotąd debiutu poetyckiego, którego lekturę należałoby zacząć od końca. Ale Odpadło pół ziemi Andrzeja Ilczewskiego w zasadzie domaga się takiego aktu, bo obrobione jest ze znaczeń właściwie rozpoznawalnych tylko przez subkulturę. Przed spisem treści zamykającym książkę znajdziemy słowniczek, który wyjaśnia znaczenie trzydziestu jeden słów i zwrotów pochodzących przeważnie z gwary więziennej bądź ulicznej, tudzież potocznego języka. Słowniczek jest przyczółkiem albo raczej przedsionkiem do dość precyzyjnie zakreślonej przestrzeni wierszy, ale zanim wstąpimy w ten „nawias” (a może i „zawias”) od strony jego domknięcia, uchwyćmy jeszcze jego otwarcie – ów podszyty tajemnicą tytuł.
Zakłamane AI najpierw przypisało go wierszowi Krzysztofa Jaworskiego, za drugim wyszukiwaniem Jakubowi Kornhauserowi, iż rzekomo utwór poetycki o tym tytule znajduje się w tomie Drożdżownia. Do niczego tytułowa ta fraza nie chciała się zgodnie z realem przykleić, a sam zwrot „pół Ziemi” okazał się ostatecznie tytułem książki Edwarda Wilsona, amerykańskiego zoologa, i oznacza postulat trwałej ochrony biosfery planety co najmniej na połowie globu. To niezbędny, wedle Wilsona, warunek przetrwania życia na Ziemi.
Może zatem tytuł debiutu Ilczewskiego, tak mocno odciśnięty w słowniczku pod „ziemską” metaforą, wskazywałby żywot, a raczej życie pozbawione wolności w wymiarze jego połowy? Grubo? Bo niewątpliwie, jak sugeruje już pierwsza, niełatwa, lektura debiutanckiej książki Ilczewskiego, znajdujemy się w jakimś pierdlu, w zamkniętej na rygiel zmarniałej egzystencji, w wymiarze wyrażanym przez semantykę gwary więziennej. Ten poetycki świat jawiłby się zatem poprzez język „dołka”, w którym podmiot liryczny odbywa odsiadkę połowy żywota, połowę przydanej mu przez los „ziemi”. Każdy jest przecież osobną planetą krążącą po różnych „zamkniętych” układach-zakładach.
W jaki sposób Ilczewski skonstruował tę paragnostyczną baśń o „więzieniu”, i co ono więzi? Baśń bowiem często pojawia się w tytułach poszczególnych wierszy jak np. „Baśń pełnokrwista”„ „Czarnabaśń” czy „Baśń nieszkodliwa”. Ilczewski nazwą fantastycznego gatunku epickiego opatrzył wiersze gadki-zagadki, które najszybciej mógłby zapewne rozkminić poeta Wojciech Brzoska, do niedawna oficer służby więziennej, gdyby wykorzystał swoją znajomość grypsery do dekodowania skonstruowanych przez Ilczewskiego i zawartych w poszczególnych frazach znaczeń.
Za ich użyciem kryje się niewątpliwie nasłuch debiutanta, czuły jak u Białoszewskiego. Ale docenić należy także oko o ostrym od sarkazmu spojrzeniu. Dzięki tym zmysłom powstałe wiersze, w tak niepowtarzalny sposób, wykorzystują właśnie leksykę grypsery (np. bardacha, farmazon, gad, lipko, lola, poszukijąca) i ciętą, zaburzoną bądź nawet wybrakowaną składnię, poprzez taki zabieg niewątpliwie poddającą wiersz hermetyzacji, a zatem potęgującą wrażenie niejako „uwięzionego” znaczenia.
Ilczewski tworzy scenerię intersubiektywnych międzyludzkich stosunków zamkniętych w owym znaczeniowym kazamacie:
Reszki, orzełki// To my sami o sobie:/ jesteśmy pełnym pęcherzem/ systemu, twardą kloaką bytu./ Życzą nam zimy stulecia, zjazdu/ do zajezdni, powodzenia.
Ale i też czyni rzadkie wspomnieniowe wycieczki podmiotu lirycznego we własne rodzinne środowisko:
Matka// Byli tu. Pytali o ciebie. Powiedziałam im, żeby sobie poszli,/ na miłość boską; i że nie wiem, dokąd cię poniosło, do jasnej/ cholery! Myślę, że na razie nie powinieneś się stąd ruszać – / nigdzie indziej nie jesteś bezpieczny. A oni? Oni nie mają/ bladego pojęcia, że pod podłogą może się znajdować/ podziemny świat i ten materac wypełniony powietrzem/ z twoich płuc
Tematy obyczajowe z życia prowincji rozciągają się od dolnego poziomu cywilizacyjnego „aresztu”, w którym dozoruje się lokalne treści, po „górkę” znaczeń wpisanych w ogólnoludzką kondycję:
Niewinni czarodzieje// O! jeszcze Nintendo… O! jeszcze bojo… O! jeszcze sklep…/ O! a te chmury, co tam płyną, to po najlepszym szuwaksie/ w mieście. O! a tu rozmawiamy niby niewinni czarodzieje,/ nie wiemy, że zaraz skoczymy sobie do oczu, szok!/ Tu Wisła… Tej wody z Wisły wypiło się… a z otoczyświat./ To z Przebojem się tak piło.
Owa „górka” uniwersaliów wskazuje na „uwięziony” w katastrofie ziemski padół:
Dziecko wojny// Podbita ziemia nigdy nie będzie matką. Podbita/ ziemia może być najwyżej macochą, jeszcze trochę/ i to ona będzie nas nagrywać badziewiem/ z Chin.
Tak się zatem rozgrywają te historyjki obyczajowe. Dozoruje je groteskowy idiom więzienny, który „wygląda przez judasze” – wizjery odniesień poza sam wiersz na to, co się ukrywa za winklem po stronie czytelnika. Po stronie wiersza jego poetyka osiąga konsystencję grypsu i projektuje swoisty lingwistyczny habitat rozciągnięty semantycznie między spacerniakiem a warzywniakiem.
Otwierając tę książę, jak drzwi do „pokoju widzeń”, doświadczamy języka jakby zamkniętego w celi wiersza, a więc w celi straty:
Zmywacz// Chyba że to najzwyklejsza z żałób – / ta tak zwana żałoba po utraconej ziemi?
Po jej połowie, tuż za winklem, i w każdym ekranie. I tu w zasadzie można by zakończyć misję „odwiedzin” krytyka. Ale pokusa sprawdzenia, co kryje się pod podłogą wierszy tworzących „więzienne” uniwersum debiutu Ilczewskiego, jest na tyle silna, że odsłania potrzebę pogłębionej interpretacji. Trzeba się przebić przez emanacje czasu „poetyckiej odsiadki” do momentu ogłoszenia wyroku, jak przez frazy wiersza „Wagony, przepustki”:
[…]// Pierwsza rocznica – pasiasta,/ druga – kolczasta,/ trzecia – okratowana,/ czwarta – murowana.
Bowiem poetycka „baśń” Ilczewskiego, ze skraju zadupia i większych ekumen, wydaje się alegoryczną opowieścią o upadłym świecie i upadłym języku stworzoną z więziennej grypsery, przyziemnego slangu i znacząco-ułomnej w licznych frazach składni. To rozpoznanie można bowiem odnieść do rozumienia języka, jakie zaproponował Walter Benjamin w swojej naznaczonej żydowską teologią i materializmem filozofii. Centralną kwestią owego rozumienia jest bowiem motyw grzesznego upadku języka, popadnięcie w niemotę natury oraz „przejście” od języka „czystego”, który zapewnia łączność z auratyczną boską rzeczywistością stworzenia do języka – jak ujął to za Benjaminem Ryszard Różanowski w Pasażach Waltera Benjamina – „jako konwencjonalnego narzędzia racjonalizacji rzeczywistości i komunikacji”. Ale przede wszystkim chodzi o „problem zbawienia, ocalenia przeszłości i reaktualizacji pierwotnego doświadczenia świata”.
Poezja dąży do odzyskania tego doświadczenia, ale czyni to w sposób dialektyczny i zarazem jedyny możliwy – czyli ułomny – poprzez jego negację reaktualizowaną w kolejnych językowych innowacjach. Zaprawdę dobrze rozpoznała własną kondycję: świata nie ocali i nie zbawi, nie obmyje, ale sama jest wciąż podejmowaną odkrywczą porażką języka. „Cóż po poecie w czasie marnym” – można po wielokroć pytać za Heideggerem i tym razem odpowiedzieć Ilczewskim. W trybie jego więziennej alegorii, kolejnej postaci innowacji, wystawiając sygnaturę krytyka na zbieżność z frazą, jak w wierszu „Zmywacz”:
[…]// Psim swędem zapuścić się w prawdę// o świecie, którego nie da się zmyć niczym?
Którego obraz kładzie się czarno na białych stronach, jak rysunki Ilczewskiego między jego wierszami.