teksty / Esej

Konglomeraty i krakeny

Łukasz Żurek

Recenzja Łukasza Żurka, towarzysząca premierze książki Wojciecha Kopcia Siedemnaście pieśni wyprowadzonych z przypadku, wydanej w Biurze Literackim 9 czerwca 2026 roku.

Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

Uczy­nić „pro­stą” „ogrom­ną i odstra­sza­ją­cą plą­ta­ni­nę” spo­łecz­nych i eko­no­micz­nych realiów jest celem każ­dej Czer­wo­nej Este­ty­ki.

(Todd Cro­nan, Dokład­nie przed­sta­wie­nie świa­ta, przeł. Bar­ba­ra Rojek)

Przy pierw­szej lek­tu­rze Sie­dem­naście pie­śni wypro­wa­dzo­nych z przy­pad­ku Woj­cie­cha Kop­cia może przy­tła­czać, tak jak przy­tła­cza pró­ba wyobra­że­nia sobie tego, że Oce­an Spo­koj­ny zaj­mu­je ok. 30% powierzch­ni Zie­mi. Książ­ka co chwi­la bowiem wymu­sza na jej czy­tel­ni­ku zauwa­ża­nie połą­czeń mię­dzy z pozo­ru odle­gły­mi feno­me­na­mi oraz utrzy­my­wa­nie w pamię­ci wiru­ją­cej kon­ste­la­cji figur, moty­wów i tema­tów, kon­stru­owa­nej począw­szy od mott z pio­se­nek The Beach Boys i Ste­reo­lab aż po koń­co­we uwa­gi o straj­ku w fabry­ce Jere­mias w Gnieź­nie. Dla­te­go zanim zaj­mę się Sie­dem­na­sto­ma pie­śnia­mi… bar­dziej szcze­gó­ło­wo, cał­kiem na miej­scu wyda­je się dość per­wer­syj­na pró­ba stresz­cze­nia tej książ­ki.

A zatem czwar­ta książ­ka poetyc­ka Kop­cia doty­czy: Pacy­fi­ku (cał­ko­wi­ta powierzch­nia: 155,6 mln km²), wysp na Pacy­fi­ku (od 25 do 30 tysię­cy) i gło­wo­no­gów żyją­cych w głę­bi­nach Pacy­fi­ku („Mątwa, sepia, poli­pos, ośmior­ni­ca, kraken,/ Micro­co­smus mari­nus, gło­wo­nóg, teu­ty­da”); histo­rii świa­to­we­go han­dlu, astro­lo­gii, ban­ków, geo­in­ży­nie­rii kli­ma­tu, gieł­dy i oso­bli­we­go bytu praw­ne­go, jakim jest kor­po­ra­cja; spe­cy­ficz­nych dla współ­cze­sne­go ryn­ku pra­cy form alie­na­cji; dez­in­du­stria­li­za­cji rodzin­ne­go mia­sta poety, Tar­no­brze­gu, upad­ku Pocz­ty Pol­skiej i Pol­skich Kolei Pań­stwo­wych. To tak­że esej o ogra­ni­cze­niach współ­cze­snej auto­fik­cji i spo­so­bach ich prze­kra­cza­nia, gra­ni­cach poznaw­czych meta­fo­ry (np. ośmior­ni­cy jako wizu­al­nej meta­fo­ry kor­po­ra­cji) oraz mani­fest wia­ry w fik­cję, któ­ra „w całej swo­jej przy­ro­dzo­nej wsob­no­ści potra­fi[] unieść (…) cyta­ty z kodek­su pra­cy czy dane doty­czą­ce wyga­sza­nych linii kole­jo­wych”. Od jesz­cze innej stro­ny: to zbiór sie­dem­na­stu pie­śni pisa­nych trzy­na­sto­zgło­skow­cem, sze­ściu próz i jed­nej ele­gii skła­da­ją­cej się z ośmiu czę­ści, wśród któ­rych znaj­dzie­my pro­zę auto­bio­gra­ficz­ną, wiersz gra­ficz­ny, pio­sen­kę i mon­taż inspi­ro­wa­ny Debo­rą Vogel. Nie bez zna­cze­nia dla cało­ści książ­ki jest tak­że to, że w tle przy­gry­wa Juan Gar­cía Esqu­ivel: kom­po­zy­tor i pia­ni­sta, łączą­cy awan­gar­do­we tech­ni­ki kom­po­zy­cyj­ne z doo wopem oraz brzmie­niem the­re­mi­nu. Przy lek­tu­rze moż­na więc popi­jać mai tai.

Samo wyli­cze­nie tych róż­no­rod­nych tema­tów, gatun­ków lite­rac­kich, obsza­rów pro­ble­mo­wych i nakła­da­ją­cych się na sie­bie zasad kom­po­zy­cyj­nych suge­ru­je, że mamy do czy­nie­nia albo z nie­zwy­kle ambit­ną, ory­gi­nal­ną książ­ką, albo z może i mają­cym jakieś ambi­cje, ale koniec koń­ców efek­ciar­skim misz-maszem. Albo Kopeć dużo od nas wyma­ga i jed­no­cze­śnie dużo daje w zamian, albo stwo­rzył wie­lo­barw­ną wydmusz­kę i pró­bu­je się do nas miz­drzyć.

Od razu zazna­czę, że zde­cy­do­wa­nie wybie­ram pierw­sze czło­ny obu tych alter­na­tyw. Uwa­żam bowiem Sie­dem­naście pie­śni… za jed­ną z naj­cie­kaw­szych, naj­ory­gi­nal­niej­szych i najam­bit­niej­szych ksią­żek poetyc­kich ostat­nich lat. Nie­wy­klu­czo­ne jed­nak, że nie­co prze­sa­dzam, pod­kre­śla­jąc wyjąt­ko­wość Sie­dem­na­stu pie­śni… Czy aby na pew­no mamy do czy­nie­nia z czymś aż tak ory­gi­nal­nym? W igno­ro­wa­niu podzia­łów gatun­ko­wych naj­now­sza książ­ka Kop­cia przy­po­mi­na w koń­cu Poda­nia. O doświad­cza­niu języ­ka Ceza­re­go Doma­ru­sa, bez­rad­nie okre­śla­ne w róż­nych miej­scach raz to „zbio­rem tek­stów”, a raz „zbio­rem ese­jów poetyc­kich”. Nie zapo­mi­naj­my rów­nież o obrób­ce, jakiej Doma­rus pod­da­wał język han­dlu zagra­nicz­ne­go i eko­no­mii w car­go, fracht. Cało­ścio­we kom­po­no­wa­nie ksią­żek poetyc­kich i łącze­nie w ich obrę­bie cyklów poetyc­kich oraz próz o róż­nym pozio­mie natę­że­nia języ­ko­we­go znaj­dzie­my tak­że u Kac­pra Bart­cza­ka. Hasła „dłu­ga for­ma poetyc­ka” i „abs­trak­cje kapi­ta­li­zmu” w oczy­wi­sty spo­sób przy­wo­łu­ją na myśl Bailo­ut Toma­sza Bąka i Nie Kon­ra­da Góry. Ostat­ni­mi cza­sy podró­że trans­oce­anicz­ne odby­wał Krzysz­tof Pie­tra­la w Ao Manao, nie wspo­mi­na­jąc już o „pacy­ficz­nych” frag­men­tach Nagie­go wod­ni­ka w śródmie­ściu Bąka. Zbież­ne z Kop­ciem lub przy­naj­mniej zmie­rza­ją­ce w podob­nym kie­run­ku inspi­ra­cje anglo­sa­skim moder­ni­zmem odnaj­dzie­my tak­że u Rado­sła­wa Jur­cza­ka, Justy­ny Kuli­kow­skiej czy Soni Nowac­kiej. Sam autor w pre­mie­ro­wej roz­mo­wie z Rafa­łem Waw­rzyń­czy­kiem wska­zu­je z kolei na istot­ność poezji Aga­ty Puwal­skiej, na zauwa­ża­ną u tej autor­ki „zama­szy­stość poety­ki i ambicj[ę], żeby (…) pra­co­wać na wiel­kich poję­ciach”.

Sie­dem­na­ście pie­śni… da się zatem opi­sać poprzez wska­zy­wa­nie na licz­ne podo­bień­stwa z wie­lo­ma książ­ka­mi poetyc­ki­mi wyda­ny­mi w ostat­nich latach. Ory­gi­nal­ność czwar­tej książ­ki Kop­cia – jak to zwy­kle z ory­gi­nal­no­ścią w sztu­ce bywa – pole­ga na tym, że jakie­kol­wiek wyli­cze­nie punk­tów odnie­sie­nia bar­dzo nie­wie­le nam o niej powie. Koniec koń­ców jest ona bowiem nie­spro­wa­dzal­na do wypad­ko­wej „inspi­ra­cji”, „wpły­wów”, „zbież­no­ści poetyk/stylów”. Na czym jed­nak dokład­nie pole­ga osob­ność, dziw­ność Sie­dem­na­stu pie­śni…?

Aby odpo­wie­dzieć na to pyta­nie, musi­my naj­pierw wró­cić do poprzed­niej książ­ki auto­ra, czy­li Kli­fu, dywi­zu i sesty­ny. Zarów­no fani, jak i anty­fa­ni Kli­fu… mogą powie­dzieć o tej książ­ce: to poezja dla poetów albo poezja dla kry­ty­ków lite­rac­kich. Dru­ga książ­ka Kop­cia, czy­li Jest taki konik z 2023 r., była w porów­na­niu z Kli­fem… znacz­nie bar­dziej otwar­tym na czy­tel­ni­ka pro­jek­tem, cho­ciaż­by dzię­ki sur­re­ali­stycz­no-dada­istycz­ne­mu humo­ro­wi. Nato­miast Klif… to książ­ka abs­trak­cyj­na tak, jak abs­trak­cyj­na jest Ane­ku­me­na Bar­ba­ry Buczek: nie­zwy­kle gęsta, zain­te­re­so­wa­na śle­dze­niem kon­se­kwen­cji wyni­ka­ją­cych z kon­kret­nych pro­ble­mów este­tycz­nych. Oskar Mel­ler pisał przy jej oka­zji o „bada­niu gatun­ko­wych moż­li­wo­ści i ogra­ni­czeń kon­kret­nych miar wier­sza w tek­stu­al­nym kre­owa­niu prze­strze­ni”, a ja – o sta­wia­niu przez Kop­cia pytań „o związ­ki, rela­cje, napię­cia, jakie wiersz wytwa­rza ze swo­im zewnę­trzem”, o to, „czy poezja może mieć swo­isty dla sie­bie zwią­zek z prze­strze­nią”.

Klif… prze­ko­nał mnie do sie­bie ze wzglę­du na fra­pu­ją­cą wsob­ność języ­ka, któ­rą trze­ba było poznać i doce­nić na usta­na­wia­nych przez nią zasa­dach. Jed­nak dokład­nie ta jakość była zara­zem naj­po­waż­niej­szym ogra­ni­cze­niem poprzed­niej książ­ki Kop­cia. Ogra­ni­cze­niem, na któ­re oczy­wi­ście autor przy­sta­wał (w prze­ciw­nym razie nie napi­sał­by takie­go tomu), ale któ­re mogło znie­chę­cić do wni­kli­wej lek­tu­ry Kli­fu… nawet wąziut­kie gro­no czy­tel­ni­ków poezji naj­now­szej. Co istot­niej­sze: wsob­ność, wewnętrz­ność Kli­fu… mogła pro­wa­dzić Kop­cia do zamknię­cia się w kolej­nych książ­kach w obrę­bie manie­rycz­ne­go „testo­wa­nia-gra­nic-języ­ka”, czy­li pro­du­ko­wa­nia zna­czeń roz­po­zna­wal­nych jako zna­cze­nia tyl­ko dla bar­dzo wąskie­go gro­na czy­tel­ni­ków-spe­cja­li­stów. Następ­na taka książ­ka jak Klif… była­by naj­praw­do­po­dob­niej poraż­ką.

Kopeć chy­ba zda­wał sobie spra­wę z tych nie­bez­pie­czeństw przy pisa­niu Sie­dem­na­stu pie­śni… W roz­mo­wie z Rafa­łem Waw­rzyń­czy­kiem czy­ta­my:

(…) moja poprzed­nia książ­ka (…) była moc­no abs­trak­cyj­na i chy­ba zaczę­ło mi bra­ko­wać kon­kre­tu – może się­gnię­cie po histo­rię było dla mnie jedy­ną moż­li­wo­ścią, żeby nie popaść w wydmusz­ko­wa­tość?

O tym, czy na pew­no Sie­dem­naście pie­śni… nie jest książ­ką moc­no abs­trak­cyj­ną – za moment. Na razie zwróć­my uwa­gę na koń­ców­kę wywia­du, w któ­rej, przy oka­zji pyta­nia o sto­su­nek do poezji Andrze­ja Sosnow­skie­go, Kopeć wra­ca do poja­wia­ją­ce­go się w powyż­szym cyta­cie pro­ble­mu „wydmusz­ko­wa­to­ści”:

(…) wpi­sa­na w pro­jekt poetyc­ki „skoń­czo­ność”, to że gdzieś osta­tecz­nie lądu­je­my, doty­ka­my tej zie­mi albo przy­naj­mniej pró­bu­je­my, mimo tego, że zie­mia się od nas odda­la, jest dla mnie istot­ne. W innym wypad­ku może­my skoń­czyć na wiecz­nej wędrów­ce wokół Miko­ło­wa.

Nadziei na ratu­nek przed melek­sowsz­czy­zną Kopeć upa­tru­je zatem zarów­no w mate­ria­le, jak i w okre­ślo­nym spo­so­bie prze­tra­wie­nia tego mate­ria­łu, dzię­ki któ­re­mu książ­ka poetyc­ka doty­czą­ca mno­go­ści róż­nych rze­czy osta­tecz­nie „gdzieś lądu­je”: jest o czymś. W przy­pad­ku Sie­dem­na­stu pie­śni… tym czymś jest sze­ro­ko rozu­mia­ne zewnę­trze, czy­li, jak ujmu­je tę kwe­stię Kopeć w pierw­szej z próz zamiesz­czo­nych w książ­ce, „tam­to, któ­re się wyda­rza bez nasze­go udzia­łu, a wyda­rzać się musi, choć jest cał­ko­wi­cie nie­do­rzecz­ne”. (Widać w tym miej­scu, że Sie­dem­naście pie­śni… wła­ści­wie wyra­sta z Kli­fu…, książ­ki mapu­ją­cej rela­cję for­my do prze­strze­ni.) Wszyst­kie lub pra­wie wszyst­kie wyli­czo­ne na począt­ku tek­stu moty­wy, pro­ble­my i figu­ry słu­żą bowiem auto­ro­wi do obry­so­wy­wa­nia nad­rzęd­ne­go tema­tu – róż­nych posta­ci tego, co wykra­cza poza pod­mio­to­wą per­spek­ty­wę, a co przy pró­bie spro­wa­dze­nia do pod­mio­to­wej per­spek­ty­wy albo zni­ka, albo sta­je się zwy­czaj­nie nie­zro­zu­mia­łe. Prze­chwy­tu­jąc frag­ment Bailo­utu – poema­tu, któ­re­go for­mal­ne ambi­cje są dość bli­skie Sie­dem­na­stu pie­śniom… – mogli­by­śmy powie­dzieć, że czwar­ta książ­ka Kop­cia to pró­ba wytłu­ma­cze­nia tych rze­czy, któ­re będąc dosko­na­le wytłu­ma­czal­ny­mi, są nie­zwy­kle trud­ne do wytłu­ma­cze­nia. Wła­śnie dla­te­go spo­ty­ka­ją się tutaj restruk­tu­ry­za­cja pocz­ty, archi­pe­la­gi wysp na Pacy­fi­ku, pogo­da (zwłasz­cza zachmu­rze­nie i opa­dy desz­czu), waha­nia gieł­dy, han­del mię­dzy­na­ro­do­wy oraz „dłu­gie trwa­nie ban­ków, domów han­dlo­wych i usług”.

Inni poeci zatrzy­ma­li­by się pew­nie na samej nie­opi­sy­wal­no­ści: okrą­ża­li ją od róż­nych stron i z melan­cho­lią lub pew­ne­go rodza­ju hero­izmem kon­sta­to­wa­li nie­wy­star­czal­ność języ­ka. Nato­miast Kop­cia inte­re­su­je napi­sa­nie cze­goś, co jed­no­cze­śnie odda­wa­ło­by trud­no­ści z opi­sem oraz sta­no­wi­ło tych trud­no­ści prze­kro­cze­nie, czy­li – pozwa­la­ło­by zro­zu­mieć dane zja­wi­sko, daną rela­cję na tyle, na ile pozwa­la na to krót­ka pro­za czy wiersz. Podej­mu­je więc pró­by poka­za­nia histo­rycz­nych lub struk­tu­ral­nych zależ­no­ści mię­dzy na pozór nie­po­wią­za­ny­mi ze sobą kwe­stia­mi (wie­dza o pogo­dzie – han­del – astro­lo­gia; muzy­ka loun­ge – „łatwe czy­ta­nie” – eks­port wody z Fidżi – brak zna­cze­nia; sek­ta kata­rów – dług). Do uchwy­ty­wa­nia i śle­dze­nia tych zależ­no­ści przy­da­ją mu się m.in. „lep­kie” figu­ry, dzię­ki któ­rym może płyn­nie prze­cho­dzić mię­dzy róż­ny­mi pozio­ma­mi zna­cze­nia („kon­glo­me­rat”, „oce­an”, „ośmior­ni­ca”, „wypro­wa­dze­nie”, „oso­ba trze­cia”…) oraz oczy­wi­ście for­ma juk­sta­po­zy­cyj­ne­go wier­sza, któ­ry niczym w Pieśniach Poun­da prze­ci­na porząd­ki histo­rycz­ne, prze­strzen­ne, pro­ble­mo­we i pozwa­la połą­czyć krop­ki. (Na mar­gi­ne­sie – to, jak w zapo­wia­da­nym w tytu­le książ­ki cyklu sie­dem­na­stu pie­śni Kopeć prze­twa­rza Poun­dow­ski wor­ty­cy­zmu, bar­dzo przy­po­mi­na „sko­ry­go­wa­ny” prze­kład Can­to XLV autor­stwa Rado­sła­wa Jur­cza­ka. W obu przy­pad­kach zamiast fety­szy­zmu i misty­cy­zmu otrzy­mu­je­my jakąś postać mate­ria­li­zmu histo­rycz­ne­go.) Cza­sem dość dosłow­nie zmu­sza się nas przy lek­tu­rze do cze­goś w rodza­ju szki­co­wa­nia połą­czeń mię­dzy ele­men­ta­mi, patrz: część czwar­ta „Miejsc zebra­nych, ele­gii”, któ­ra Waw­rzyń­czy­ko­wi sko­ja­rzy­ła się z „roz­sy­pa­ny­mi” frag­men­ta­mi Gdzie koniec tęczy nie doty­ka zie­mi oraz Po tęczy Sosnow­skie­go i nie jest to sko­ja­rze­nie nie na miej­scu, sko­ro Kop­cio­wi, tak jak Sosnow­skie­mu, też cho­dzi o kata­stro­fę. Czę­ściej nato­miast Kopeć wyma­ga od czy­tel­ni­ka, aby w prze­lo­cie, mgnie­niu oka zauwa­żał roz­ma­ite przej­ścia: od ode­rwa­nych fak­tów, miejsc, zda­rzeń do total­no­ści obej­mu­ją­cej te fak­ty, miej­sca, zda­rze­nia.

W Sie­dem­na­stu pie­śniach… Kopeć two­rzy tak­że nie­zwy­kle suge­styw­ne, este­tycz­ne ekwi­wa­len­ty rela­cji kształ­tu­ją­cych naszą rze­czy­wi­stość, jak np. w pro­zie o zni­ka­niu, uzmy­sła­wia­ją­cej dia­lek­tycz­ny zwią­zek mię­dzy kon­kret­nym czło­wie­kiem wyko­nu­ją­cym daną pra­cę a zakła­da­ną przez warun­ki zatrud­nie­nia i orga­ni­za­cję miej­sca pra­cy abs­trak­cyj­ną wer­sją tego czło­wie­ka. Albo wte­dy, gdy prze­ko­nu­je nas, że lokal­ny biz­nes­men, „któ­re­go nikt nigdy nie widział, nie licząc paru odpry­sków obec­no­ści: na wpół roz­po­czę­tych prac roz­biór­czych, ogło­szeń i tabli­czek” oraz Wil­liam Whit­ney, czło­wiek odpo­wia­da­ją­cy „nie tyl­ko za dzia­ła­nie każ­dej nie­mal latar­ni w Nowym Jor­ku, ale też mię­dzy inny­mi za tory łączą­ce to mia­sto z Bosto­nem”, mają spo­ro wspól­ne­go z kra­ke­nem.

Spo­so­bem na prze­kro­cze­nie wsob­no­ści Kli­fu… nie jest więc dla Kop­cia po pro­stu napi­sa­nie książ­ki na łatwo uchwyt­ny temat, lecz napi­sa­nie książ­ki włą­cza­ją­cej w obręb tego, o czym w ogó­le moż­na napi­sać książ­kę poetyc­ką w 2026 r., zja­wi­ska naj­trud­niej­sze do przed­sta­wie­nia, opi­sa­nia. O ile „abs­trak­cyj­ność” Kli­fu… była wywie­dzio­na z wyso­ko­mo­der­ni­stycz­ne­go podej­ścia do for­my (wier­sza, poema­tu, tzw. pro­zy poetyc­kiej…), o tyle w przy­pad­ku Sie­dem­na­stu pie­śni… to wła­śnie zewnę­trze – rze­czy­wi­stość – jest w punk­cie wyj­ścia abs­trak­cyj­ne, trud­no uchwyt­ne, nie­wy­obra­żal­ne. Nato­miast tyl­ko wyso­ko­mo­der­ni­stycz­ne rozu­mie­nie for­my oraz mon­ta­żo­wa i quasi-ese­istycz­na kom­po­zy­cja całej książ­ki pozwa­la­ją Kop­cio­wi powie­dzieć o zewnę­trzu coś, co bro­ni się este­tycz­nie oraz – co za tym idzie – nie popa­da w poli­tycz­ny banał. Z per­spek­ty­wy Sie­dem­na­stu pie­śni… widać zatem, dla­cze­go przed tą książ­ką Kopeć musiał naj­pierw napi­sać Klif… Bez wcze­śniej­szej lek­cji wsob­nej abs­trak­cji nie­moż­li­we było­by napi­sa­nie książ­ki mie­rzą­cej się z np. real­ny­mi abs­trak­cja­mi kapi­ta­li­zmu. Bez wcze­śniej­sze­go wypra­co­wa­nia jakiejś wer­sji poety­ki cało­ści nie­moż­li­we było­by napi­sa­nie książ­ki pró­bu­ją­cej chwy­tać pew­ną trans­hi­sto­rycz­ną całość.

Jed­no­cze­śnie ten spo­sób na prze­kro­cze­nie ogra­ni­czeń, któ­re się sobie same­mu wytwo­rzy­ło, tłu­ma­czy, dla­cze­go naj­now­sza książ­ka Kop­cia jest tak pięk­nie dzi­wacz­na. Od pew­ne­go momen­tu przy lek­tu­rze Sie­dem­na­stu pie­śni… autor może już zro­bić w niej wła­ści­wie wszyst­ko. Żaden prze­skok sty­li­stycz­ny (od „Kto umarł z prze­je­dze­nia, kie­dy trze­cie oko/ Mija­ne­go poran­ka zga­sło we właściwym/ Jedy­nie sobie cza­sie?” do „u nas było po pro­stu ok”) czy for­mal­ny nie wyda­je się nie na miej­scu, żad­ne przej­ście tematyczne/problemowe nie jest nie­wy­ko­nal­ne i nie­prze­ko­nu­ją­ce. Jak sądzę, za ten roz­mach – nie mają­cy nic wspól­ne­go z dezyn­wol­tu­rą – odpo­wia­da wła­śnie wyzwo­le­nie ener­gii twór­czej, będą­ce kon­se­kwen­cją sku­pie­nia uwa­gi na obiek­tyw­nym zewnę­trzu (histo­rycz­nym, eko­no­micz­nym…) zamiast na zewnę­trzu two­rzo­nym przez samą pra­cę języ­ka. W Sie­dem­na­stu pie­śniach… kil­ka razy (i zawsze w kon­tek­ście kor­po­ra­cyj­no-biu­ro­wym) powra­ca motyw puste­go, mecha­nicz­ne­go pozba­wio­ne­go zna­cze­nia pisania/mówienia. Sama książ­ka Kop­cia nie ma nato­miast z takim pisa­niem nic wspól­ne­go.

O autorze

Łukasz Żurek

Ur. 1991, krytyk literacki, filolog, pracownik Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Autor książki Filologia lokalna – lokalność filologa. Praktyki literacko-naukowe Stefana Szymutki (Warszawa 2022).

Powiązania

Nieczyste kompozycje

recenzje / ESEJE Łukasz Żurek

Recen­zja Łuka­sza Żur­ka, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki Czas kom­post Kac­pra Bart­cza­ka, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 28 sierp­nia 2023 roku.

Więcej

Rozwlekłe przypisy do sekularnych egzorcyzmów

debaty / ankiety i podsumowania Łukasz Żurek

Odpo­wiedź Łuka­sza Żur­ka na pole­mi­kę Paw­ła Kacz­mar­skie­go z gło­sem auto­ra w deba­cie „For­my zaan­ga­żo­wa­nia”, towa­rzy­szą­cej pre­mie­rze anto­lo­gii Zebra­ło się śli­ny, któ­ra uka­że się w Biu­rze Lite­rac­kim.

Więcej

Co się dzieje z formą, kiedy ktoś się jej boi (lub jej nie widzi)

debaty / ankiety i podsumowania Łukasz Żurek

Głos Łuka­sza Żur­ka w deba­cie „For­my zaan­ga­żo­wa­nia”, towa­rzy­szą­cej pre­mie­rze anto­lo­gii Zebra­ło się śli­ny, któ­ra uka­że się nie­ba­wem w Biu­rze Lite­rac­kim.

Więcej