Nieczyste kompozycje
recenzje / ESEJE Łukasz ŻurekRecenzja Łukasza Żurka, towarzysząca premierze książki Czas kompost Kacpra Bartczaka, wydanej w Biurze Literackim 28 sierpnia 2023 roku.
WięcejRecenzja Łukasza Żurka, towarzysząca premierze książki Wojciecha Kopcia Siedemnaście pieśni wyprowadzonych z przypadku, wydanej w Biurze Literackim 9 czerwca 2026 roku.
Biuro Literackie
kup książkę na poezjem.pl
Uczynić „prostą” „ogromną i odstraszającą plątaninę” społecznych i ekonomicznych realiów jest celem każdej Czerwonej Estetyki.
(Todd Cronan, Dokładnie przedstawienie świata, przeł. Barbara Rojek)
Przy pierwszej lekturze Siedemnaście pieśni wyprowadzonych z przypadku Wojciecha Kopcia może przytłaczać, tak jak przytłacza próba wyobrażenia sobie tego, że Ocean Spokojny zajmuje ok. 30% powierzchni Ziemi. Książka co chwila bowiem wymusza na jej czytelniku zauważanie połączeń między z pozoru odległymi fenomenami oraz utrzymywanie w pamięci wirującej konstelacji figur, motywów i tematów, konstruowanej począwszy od mott z piosenek The Beach Boys i Stereolab aż po końcowe uwagi o strajku w fabryce Jeremias w Gnieźnie. Dlatego zanim zajmę się Siedemnastoma pieśniami… bardziej szczegółowo, całkiem na miejscu wydaje się dość perwersyjna próba streszczenia tej książki.
A zatem czwarta książka poetycka Kopcia dotyczy: Pacyfiku (całkowita powierzchnia: 155,6 mln km²), wysp na Pacyfiku (od 25 do 30 tysięcy) i głowonogów żyjących w głębinach Pacyfiku („Mątwa, sepia, polipos, ośmiornica, kraken,/ Microcosmus marinus, głowonóg, teutyda”); historii światowego handlu, astrologii, banków, geoinżynierii klimatu, giełdy i osobliwego bytu prawnego, jakim jest korporacja; specyficznych dla współczesnego rynku pracy form alienacji; dezindustrializacji rodzinnego miasta poety, Tarnobrzegu, upadku Poczty Polskiej i Polskich Kolei Państwowych. To także esej o ograniczeniach współczesnej autofikcji i sposobach ich przekraczania, granicach poznawczych metafory (np. ośmiornicy jako wizualnej metafory korporacji) oraz manifest wiary w fikcję, która „w całej swojej przyrodzonej wsobności potrafi[] unieść (…) cytaty z kodeksu pracy czy dane dotyczące wygaszanych linii kolejowych”. Od jeszcze innej strony: to zbiór siedemnastu pieśni pisanych trzynastozgłoskowcem, sześciu próz i jednej elegii składającej się z ośmiu części, wśród których znajdziemy prozę autobiograficzną, wiersz graficzny, piosenkę i montaż inspirowany Deborą Vogel. Nie bez znaczenia dla całości książki jest także to, że w tle przygrywa Juan García Esquivel: kompozytor i pianista, łączący awangardowe techniki kompozycyjne z doo wopem oraz brzmieniem thereminu. Przy lekturze można więc popijać mai tai.
Samo wyliczenie tych różnorodnych tematów, gatunków literackich, obszarów problemowych i nakładających się na siebie zasad kompozycyjnych sugeruje, że mamy do czynienia albo z niezwykle ambitną, oryginalną książką, albo z może i mającym jakieś ambicje, ale koniec końców efekciarskim misz-maszem. Albo Kopeć dużo od nas wymaga i jednocześnie dużo daje w zamian, albo stworzył wielobarwną wydmuszkę i próbuje się do nas mizdrzyć.
Od razu zaznaczę, że zdecydowanie wybieram pierwsze człony obu tych alternatyw. Uważam bowiem Siedemnaście pieśni… za jedną z najciekawszych, najoryginalniejszych i najambitniejszych książek poetyckich ostatnich lat. Niewykluczone jednak, że nieco przesadzam, podkreślając wyjątkowość Siedemnastu pieśni… Czy aby na pewno mamy do czynienia z czymś aż tak oryginalnym? W ignorowaniu podziałów gatunkowych najnowsza książka Kopcia przypomina w końcu Podania. O doświadczaniu języka Cezarego Domarusa, bezradnie określane w różnych miejscach raz to „zbiorem tekstów”, a raz „zbiorem esejów poetyckich”. Nie zapominajmy również o obróbce, jakiej Domarus poddawał język handlu zagranicznego i ekonomii w cargo, fracht. Całościowe komponowanie książek poetyckich i łączenie w ich obrębie cyklów poetyckich oraz próz o różnym poziomie natężenia językowego znajdziemy także u Kacpra Bartczaka. Hasła „długa forma poetycka” i „abstrakcje kapitalizmu” w oczywisty sposób przywołują na myśl Bailout Tomasza Bąka i Nie Konrada Góry. Ostatnimi czasy podróże transoceaniczne odbywał Krzysztof Pietrala w Ao Manao, nie wspominając już o „pacyficznych” fragmentach Nagiego wodnika w śródmieściu Bąka. Zbieżne z Kopciem lub przynajmniej zmierzające w podobnym kierunku inspiracje anglosaskim modernizmem odnajdziemy także u Radosława Jurczaka, Justyny Kulikowskiej czy Soni Nowackiej. Sam autor w premierowej rozmowie z Rafałem Wawrzyńczykiem wskazuje z kolei na istotność poezji Agaty Puwalskiej, na zauważaną u tej autorki „zamaszystość poetyki i ambicj[ę], żeby (…) pracować na wielkich pojęciach”.
Siedemnaście pieśni… da się zatem opisać poprzez wskazywanie na liczne podobieństwa z wieloma książkami poetyckimi wydanymi w ostatnich latach. Oryginalność czwartej książki Kopcia – jak to zwykle z oryginalnością w sztuce bywa – polega na tym, że jakiekolwiek wyliczenie punktów odniesienia bardzo niewiele nam o niej powie. Koniec końców jest ona bowiem niesprowadzalna do wypadkowej „inspiracji”, „wpływów”, „zbieżności poetyk/stylów”. Na czym jednak dokładnie polega osobność, dziwność Siedemnastu pieśni…?
Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy najpierw wrócić do poprzedniej książki autora, czyli Klifu, dywizu i sestyny. Zarówno fani, jak i antyfani Klifu… mogą powiedzieć o tej książce: to poezja dla poetów albo poezja dla krytyków literackich. Druga książka Kopcia, czyli Jest taki konik z 2023 r., była w porównaniu z Klifem… znacznie bardziej otwartym na czytelnika projektem, chociażby dzięki surrealistyczno-dadaistycznemu humorowi. Natomiast Klif… to książka abstrakcyjna tak, jak abstrakcyjna jest Anekumena Barbary Buczek: niezwykle gęsta, zainteresowana śledzeniem konsekwencji wynikających z konkretnych problemów estetycznych. Oskar Meller pisał przy jej okazji o „badaniu gatunkowych możliwości i ograniczeń konkretnych miar wiersza w tekstualnym kreowaniu przestrzeni”, a ja – o stawianiu przez Kopcia pytań „o związki, relacje, napięcia, jakie wiersz wytwarza ze swoim zewnętrzem”, o to, „czy poezja może mieć swoisty dla siebie związek z przestrzenią”.
Klif… przekonał mnie do siebie ze względu na frapującą wsobność języka, którą trzeba było poznać i docenić na ustanawianych przez nią zasadach. Jednak dokładnie ta jakość była zarazem najpoważniejszym ograniczeniem poprzedniej książki Kopcia. Ograniczeniem, na które oczywiście autor przystawał (w przeciwnym razie nie napisałby takiego tomu), ale które mogło zniechęcić do wnikliwej lektury Klifu… nawet wąziutkie grono czytelników poezji najnowszej. Co istotniejsze: wsobność, wewnętrzność Klifu… mogła prowadzić Kopcia do zamknięcia się w kolejnych książkach w obrębie manierycznego „testowania-granic-języka”, czyli produkowania znaczeń rozpoznawalnych jako znaczenia tylko dla bardzo wąskiego grona czytelników-specjalistów. Następna taka książka jak Klif… byłaby najprawdopodobniej porażką.
Kopeć chyba zdawał sobie sprawę z tych niebezpieczeństw przy pisaniu Siedemnastu pieśni… W rozmowie z Rafałem Wawrzyńczykiem czytamy:
(…) moja poprzednia książka (…) była mocno abstrakcyjna i chyba zaczęło mi brakować konkretu – może sięgnięcie po historię było dla mnie jedyną możliwością, żeby nie popaść w wydmuszkowatość?
O tym, czy na pewno Siedemnaście pieśni… nie jest książką mocno abstrakcyjną – za moment. Na razie zwróćmy uwagę na końcówkę wywiadu, w której, przy okazji pytania o stosunek do poezji Andrzeja Sosnowskiego, Kopeć wraca do pojawiającego się w powyższym cytacie problemu „wydmuszkowatości”:
(…) wpisana w projekt poetycki „skończoność”, to że gdzieś ostatecznie lądujemy, dotykamy tej ziemi albo przynajmniej próbujemy, mimo tego, że ziemia się od nas oddala, jest dla mnie istotne. W innym wypadku możemy skończyć na wiecznej wędrówce wokół Mikołowa.
Nadziei na ratunek przed meleksowszczyzną Kopeć upatruje zatem zarówno w materiale, jak i w określonym sposobie przetrawienia tego materiału, dzięki któremu książka poetycka dotycząca mnogości różnych rzeczy ostatecznie „gdzieś ląduje”: jest o czymś. W przypadku Siedemnastu pieśni… tym czymś jest szeroko rozumiane zewnętrze, czyli, jak ujmuje tę kwestię Kopeć w pierwszej z próz zamieszczonych w książce, „tamto, które się wydarza bez naszego udziału, a wydarzać się musi, choć jest całkowicie niedorzeczne”. (Widać w tym miejscu, że Siedemnaście pieśni… właściwie wyrasta z Klifu…, książki mapującej relację formy do przestrzeni.) Wszystkie lub prawie wszystkie wyliczone na początku tekstu motywy, problemy i figury służą bowiem autorowi do obrysowywania nadrzędnego tematu – różnych postaci tego, co wykracza poza podmiotową perspektywę, a co przy próbie sprowadzenia do podmiotowej perspektywy albo znika, albo staje się zwyczajnie niezrozumiałe. Przechwytując fragment Bailoutu – poematu, którego formalne ambicje są dość bliskie Siedemnastu pieśniom… – moglibyśmy powiedzieć, że czwarta książka Kopcia to próba wytłumaczenia tych rzeczy, które będąc doskonale wytłumaczalnymi, są niezwykle trudne do wytłumaczenia. Właśnie dlatego spotykają się tutaj restrukturyzacja poczty, archipelagi wysp na Pacyfiku, pogoda (zwłaszcza zachmurzenie i opady deszczu), wahania giełdy, handel międzynarodowy oraz „długie trwanie banków, domów handlowych i usług”.
Inni poeci zatrzymaliby się pewnie na samej nieopisywalności: okrążali ją od różnych stron i z melancholią lub pewnego rodzaju heroizmem konstatowali niewystarczalność języka. Natomiast Kopcia interesuje napisanie czegoś, co jednocześnie oddawałoby trudności z opisem oraz stanowiło tych trudności przekroczenie, czyli – pozwalałoby zrozumieć dane zjawisko, daną relację na tyle, na ile pozwala na to krótka proza czy wiersz. Podejmuje więc próby pokazania historycznych lub strukturalnych zależności między na pozór niepowiązanymi ze sobą kwestiami (wiedza o pogodzie – handel – astrologia; muzyka lounge – „łatwe czytanie” – eksport wody z Fidżi – brak znaczenia; sekta katarów – dług). Do uchwytywania i śledzenia tych zależności przydają mu się m.in. „lepkie” figury, dzięki którym może płynnie przechodzić między różnymi poziomami znaczenia („konglomerat”, „ocean”, „ośmiornica”, „wyprowadzenie”, „osoba trzecia”…) oraz oczywiście forma jukstapozycyjnego wiersza, który niczym w Pieśniach Pounda przecina porządki historyczne, przestrzenne, problemowe i pozwala połączyć kropki. (Na marginesie – to, jak w zapowiadanym w tytule książki cyklu siedemnastu pieśni Kopeć przetwarza Poundowski wortycyzmu, bardzo przypomina „skorygowany” przekład Canto XLV autorstwa Radosława Jurczaka. W obu przypadkach zamiast fetyszyzmu i mistycyzmu otrzymujemy jakąś postać materializmu historycznego.) Czasem dość dosłownie zmusza się nas przy lekturze do czegoś w rodzaju szkicowania połączeń między elementami, patrz: część czwarta „Miejsc zebranych, elegii”, która Wawrzyńczykowi skojarzyła się z „rozsypanymi” fragmentami Gdzie koniec tęczy nie dotyka ziemi oraz Po tęczy Sosnowskiego i nie jest to skojarzenie nie na miejscu, skoro Kopciowi, tak jak Sosnowskiemu, też chodzi o katastrofę. Częściej natomiast Kopeć wymaga od czytelnika, aby w przelocie, mgnieniu oka zauważał rozmaite przejścia: od oderwanych faktów, miejsc, zdarzeń do totalności obejmującej te fakty, miejsca, zdarzenia.
W Siedemnastu pieśniach… Kopeć tworzy także niezwykle sugestywne, estetyczne ekwiwalenty relacji kształtujących naszą rzeczywistość, jak np. w prozie o znikaniu, uzmysławiającej dialektyczny związek między konkretnym człowiekiem wykonującym daną pracę a zakładaną przez warunki zatrudnienia i organizację miejsca pracy abstrakcyjną wersją tego człowieka. Albo wtedy, gdy przekonuje nas, że lokalny biznesmen, „którego nikt nigdy nie widział, nie licząc paru odprysków obecności: na wpół rozpoczętych prac rozbiórczych, ogłoszeń i tabliczek” oraz William Whitney, człowiek odpowiadający „nie tylko za działanie każdej niemal latarni w Nowym Jorku, ale też między innymi za tory łączące to miasto z Bostonem”, mają sporo wspólnego z krakenem.
Sposobem na przekroczenie wsobności Klifu… nie jest więc dla Kopcia po prostu napisanie książki na łatwo uchwytny temat, lecz napisanie książki włączającej w obręb tego, o czym w ogóle można napisać książkę poetycką w 2026 r., zjawiska najtrudniejsze do przedstawienia, opisania. O ile „abstrakcyjność” Klifu… była wywiedziona z wysokomodernistycznego podejścia do formy (wiersza, poematu, tzw. prozy poetyckiej…), o tyle w przypadku Siedemnastu pieśni… to właśnie zewnętrze – rzeczywistość – jest w punkcie wyjścia abstrakcyjne, trudno uchwytne, niewyobrażalne. Natomiast tylko wysokomodernistyczne rozumienie formy oraz montażowa i quasi-eseistyczna kompozycja całej książki pozwalają Kopciowi powiedzieć o zewnętrzu coś, co broni się estetycznie oraz – co za tym idzie – nie popada w polityczny banał. Z perspektywy Siedemnastu pieśni… widać zatem, dlaczego przed tą książką Kopeć musiał najpierw napisać Klif… Bez wcześniejszej lekcji wsobnej abstrakcji niemożliwe byłoby napisanie książki mierzącej się z np. realnymi abstrakcjami kapitalizmu. Bez wcześniejszego wypracowania jakiejś wersji poetyki całości niemożliwe byłoby napisanie książki próbującej chwytać pewną transhistoryczną całość.
Jednocześnie ten sposób na przekroczenie ograniczeń, które się sobie samemu wytworzyło, tłumaczy, dlaczego najnowsza książka Kopcia jest tak pięknie dziwaczna. Od pewnego momentu przy lekturze Siedemnastu pieśni… autor może już zrobić w niej właściwie wszystko. Żaden przeskok stylistyczny (od „Kto umarł z przejedzenia, kiedy trzecie oko/ Mijanego poranka zgasło we właściwym/ Jedynie sobie czasie?” do „u nas było po prostu ok”) czy formalny nie wydaje się nie na miejscu, żadne przejście tematyczne/problemowe nie jest niewykonalne i nieprzekonujące. Jak sądzę, za ten rozmach – nie mający nic wspólnego z dezynwolturą – odpowiada właśnie wyzwolenie energii twórczej, będące konsekwencją skupienia uwagi na obiektywnym zewnętrzu (historycznym, ekonomicznym…) zamiast na zewnętrzu tworzonym przez samą pracę języka. W Siedemnastu pieśniach… kilka razy (i zawsze w kontekście korporacyjno-biurowym) powraca motyw pustego, mechanicznego pozbawionego znaczenia pisania/mówienia. Sama książka Kopcia nie ma natomiast z takim pisaniem nic wspólnego.
Ur. 1991, krytyk literacki, filolog, pracownik Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Autor książki Filologia lokalna – lokalność filologa. Praktyki literacko-naukowe Stefana Szymutki (Warszawa 2022).
Recenzja Łukasza Żurka, towarzysząca premierze książki Czas kompost Kacpra Bartczaka, wydanej w Biurze Literackim 28 sierpnia 2023 roku.
Więcej
Głos Łukasza Żurka w debacie „Nowe języki poezji”.
Więcej
Głos Łukasza Żurka w debacie „Na scenie czy w polu?”.
Więcej
Odpowiedź Łukasza Żurka na polemikę Pawła Kaczmarskiego z głosem autora w debacie „Formy zaangażowania”, towarzyszącej premierze antologii Zebrało się śliny, która ukaże się w Biurze Literackim.
Więcej
Głos Łukasza Żurka w debacie „Formy zaangażowania”, towarzyszącej premierze antologii Zebrało się śliny, która ukaże się niebawem w Biurze Literackim.
Więcej
Głos Łukasza Żurka w debacie „Wielki kanion”.
Więcej
Głos Łukasza Żurka w debacie „Krytyka krytyki”.
Więcej