książki / PROZA

Miasto–ja–miasto

Inga Iwasiów

Fragmenty książki Ingi Iwasiów Miasto–ja–miasto, wydanej w Biurze Literackim 3 listopada 2026 roku.

Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

Ale­ja

Uro­dzi­łam się w domu przy nie­ist­nie­ją­cej już Alei Pia­stów. Nie­ist­nie­ją­cej, choć nazwa, pisa­na roz­ma­icie – och, te refor­my orto­gra­fii! – oczy­wi­ście tkwi na pla­nie mia­sta i tablicz­kach szpe­cą­cych budyn­ki. Prze­sta­ła ist­nieć jako kró­le­stwo spa­ce­ru. A‑le-ja! Moja. Sze­ro­ka, zadrze­wio­na, dla pie­szych i rowe­rzy­stów. Dziś jeż­dżą po niej tram­wa­je linii 4, 11 i 12. Pod tram­wa­je, gdy cho­dzi­łam do pod­sta­wów­ki miesz­czą­cej się w budyn­ku obda­rzo­nym wdzię­kiem koszar (cóż, na począt­ku był pru­ską szko­łą), wpa­dał co jakiś czas nie­uważ­ny ktoś, szcze­gól­nie zaś spo­śród dzie­ci z usy­tu­owa­ne­go mię­dzy Pia­stów a Jagiel­loń­ską kom­plek­su szkół. Męż­czy­zna, któ­ry umarł wcze­snym wie­czo­rem, gdy wra­ca­łam z lek­cji for­te­pia­nu, zgnie­cio­ny i poszar­pa­ny przez pędzą­cą czwór­kę, wypu­ścił z ręki siat­kę kar­to­fli. Miał je z kimś, tego dnia, może naza­jutrz, zjeść jako purée, plac­ki, przy­sma­żo­ne, fryt­ki. Zbęd­ne kar­to­fle lub ziem­nia­ki – zale­ży, skąd przy­był do Zie­mi Obie­ca­nej, skąd pocho­dził – toczy­ły się po jezd­ni, odwra­ca­jąc szczę­śli­wie uwa­gę dziec­ka od krwi pod czer­wo­nym tram­wa­jem jadą­cym z Pomo­rzan. Wyjąt­ko­wo szyb­ko jak na tam­te cza­sy zagro­dzo­no toro­wi­sko, a więc po lody do Rur­ki ska­ka­li­śmy przez niski płot, szczę­śli­wie uni­ka­jąc śmier­ci. Droż­dżów­ki od pie­ka­rza urzę­du­ją­ce­go po tej samej co buda stro­nie Alei nie wyma­ga­ły podob­ne­go ryzy­ka, ale każ­dy wolał lody, choć­by te oszu­ka­ne, cie­płe.

Tak świat wta­jem­ni­czył mnie w śmierć. Miłość zaś uosa­bia­ła dla mnie kole­żan­ka z szó­stej B, w zaawan­so­wa­nej cią­ży, z far­bo­wa­ny­mi wło­sa­mi i papie­ro­sem w ustach, wita­ją­ca nas, wła­ści­cie­li brą­zo­wych tor­ni­strów i led­wie budzą­cych się marzeń, nie­win­nym „Dokąd tak zapier­da­la­cie?”, gdy my do tej wła­śnie szko­ły, a ona sobie sta­ła przed skle­pem spo­żyw­czym o wie­lo­znacz­nej nazwie Zło­ty Róg. Kiblo­wa­ła paro­krot­nie, więc w szó­stej była moc­no prze­ro­śnię­ta, a jed­nak wciąż nie­let­nia.

Pierw­szą moją przy­ja­ciół­ką zosta­ła Sara, cór­ka skle­pi­ka­rza i dyk­ta­to­ra mody z Alei. Nie pamię­tam imion doro­słych loka­to­rów. Uży­wa­ło się nazwisk w funk­cji przy­dom­ków. My byli­śmy Cie­pli, wyma­rzo­na ksyw­ka. Dzie­ci zna­ją­ce kin­dersz­tu­bę doda­wa­ły do nazwi­ska „pan”, „pani”, „pań­stwo”. Ojciec mojej kole­żan­ki (nie uży­wam nazwi­ska, może by sobie nie życzy­li wystę­po­wać w tym wspo­mnie­niu-zmy­śle­niu) sprze­da­wał kap­cie i paski, a spod lady towar z paczek. Pacz­ki, byt tajem­ni­czy, ubie­ra­ły wte­dy wszyst­kich, zatem i mnie, zanim się uro­dzi­łam, a mia­łam być chłop­cem. Tak zde­cy­do­wa­ły sąsiad­ki wypo­sa­żo­ne w ówcze­sne USG, czy­li głę­bo­kie spoj­rze­nie w oczy mat­ki. Uro­dzi­łam się więc w nie­bie­skich ogrod­nicz­kach i kopii koszu­li ojca.

Zwy­kle bawi­łam się z Sarą na podwór­ku. W prze­rwach mię­dzy popi­sa­mi gim­na­stycz­ny­mi, prze­sy­py­wa­niem pia­sku i szu­ka­niem szkie­łek wpa­da­ły­śmy do miesz­ka­nia moje­go lub jej. U niej zawsze pach­nia­ło cie­płym jedze­niem. Skle­pik Saro­we­go tatu­sia ofe­ru­ją­cy podwój­ny asor­ty­ment znaj­do­wał się w miej­scu, gdzie w epo­ce gier­kow­skiej posta­wio­no wie­żow­ce. W latach sześć­dzie­sią­tych były tam tyl­ko budy z róż­no­ścia­mi i jadło­daj­nie. Pra­gnę­łam jeść u sąsia­dek i w budach, w daw­nych salo­nach i spe­lun­kach, byle nie w przed­szko­lu. Wola­łam jedze­nie po ludziach od chu­de­go mię­ska i pożyw­ne­go rosoł­ku mamy.

Po latach zosta­łam czy­tel­nicz­ką Sin­ge­ra (nazwi­sko swoj­skie, na maszy­nach Sin­ge­ra szy­ło się i w domach, i u Sary, i u kraw­ca cięż­kie­go, pana Wie­sia-wiecz­nie-pija­ne­go). Sma­ki, zapa­chy, zupy, czosn­ki, czu­len­ty prze­kal­ko­wa­łam więc naj­pew­niej ze stron powie­ści, bo i ze Stryj­kow­skie­go byłam przez pewien czas skłon­na się dok­to­ry­zo­wać. Moje „stu­dia juda­ica” nie mogły pozo­stać bez wpły­wu na prze­szłość. Sło­wem – wszyst­ko to pew­nie z mojej stro­ny huc­pa, ale Sara ist­nia­ła, moje dzie­ciń­stwo zaha­czy­ło o żydow­ski Szcze­cin. Małe dzie­ci mają kusą pamięć, więc gdy pani i pan z naprze­ciw­ka wzię­li od władz upo­ka­rza­ją­cy bilet w jed­ną stro­nę, pogrze­ba­łam w naszych sekre­tach, posie­dzia­łam w kącie duże­go poko­ju, a następ­nie zna­la­złam nową przy­ja­ciół­kę „na zawsze”.

Miesz­ka­ła pode mną. Wyj­ścia na podwór­ko zastą­pi­ło prze­sia­dy­wa­nie u niej. Bawi­ły­śmy się w sta­tek, gra­ni­cą lądu i morza były dwa dywa­ny pokry­wa­ją­ce pokój. Zie­lo­ny i czer­wo­ny. Przej­ście mię­dzy nimi zapo­wia­da­ło te przy­szłe, osta­tecz­ne przej­ścia. Wystrze­ga­ły­śmy się choć­by zaha­cze­nia, przy­pad­ko­we­go muśnię­cia sto­pą powierzch­ni, któ­ra chwi­lo­wo sym­bo­li­zo­wa­ła rewers nasze­go świa­ta. Tak jak dba­ły­śmy, by nie uro­nić kro­pli mali­no­we­go soku z mini­fi­li­żan­ki dla lalek pod­czas wystaw­ne­go przy­ję­cia na pięć osób: nas dwie, misia, boba­sa i ruskie­go kosmo­nau­tę. Po powro­cie z rej­sów wcze­snej pod­sta­wów­ki wypra­wia­ły­śmy się pod dom pew­ne­go przy­stoj­ne­go chło­pa­ka. Była ode mnie star­sza, musia­ła się zako­chać. Pod­cho­dzi­ła do tego zada­nia z powa­gą. Chło­pak źle się uczył, źle zapo­wia­dał, napy­tał sobie bie­dy. Gdy­by nie mat­ka, pra­cu­ją­ca na wszyst­ko, bo ojca tam, jak u wie­lu, nie było, skoń­czył­by w popraw­cza­ku. Z dru­giej stro­ny zapo­wia­dał się prze­cież od razu na tego, kim został: na cink­cia­rza miesz­ka­ją­ce­go u mat­ki, któ­rą bar­dzo sza­no­wał. Też chcia­łam być zako­cha­na, w nim lub w kimś jesz­cze lep­szym. Zdra­dzi­ła­bym przy­ja­ciół­kę, byle udo­wod­nić swo­ją war­tość na ryn­ku pod­ry­wu. W cza­sach lice­al­nych pozna­łam kil­ku mło­dych walu­cia­rzy. Nie musie­li się uczyć, cho­dzi­li u gru­bych ryb. Spę­dza­li czas w bistro z piz­zą i wermu­tem, gdzie codzien­nie cze­kał na mnie narze­czo­ny. Amant, do któ­re­go pod­wa­la­ła się moja przy­ja­ciół­ka, nie­go­to­wa zresz­tą na nic poza łaże­niem pod kamie­ni­cę, by tam gło­śno dia­lo­go­wać ze mną o książ­kach w celu auto­pre­zen­ta­cyj­nym, nie wsko­czył do ligi z bistra. Widy­wa­łam go w prze­lo­cie, nale­żał do pej­za­żu moje­go mia­sta i mam nadzie­ję, że w tym pej­za­żu, już bez mnie, tkwi nadal. Kim mógł­by być? A w kogo ewo­lu­owa­li walu­cia­rze?

Poza eska­pa­da­mi roman­so­wy­mi mia­ły­śmy banal­ne zaję­cia. Wyno­si­ły­śmy razem śmie­ci w bla­sza­nych, a potem pla­sti­ko­wych wia­drach wykła­da­nych gaze­tą. Każ­da oka­zja była dobra. Nigdy dość traj­lo­wa­nia i tajem­nic. Pla­nów na przy­szłość, zło­ści na mat­ki. Spra­woz­dań z lek­tur, pod­śpie­wy­wa­nia. Ona bała się ciem­ne­go wyj­ścia po małych schod­kach na nasze podwór­ko, cze­ka­łam na par­te­rze. Drzwi haczy­ły o piw­nicz­ne, na dole gra­so­wa­li pija­cy i szczu­ry. Byłam nie­skoń­cze­nie nie­śmia­ła, mała, chu­da i har­da. Ze stra­chu mogłam się posi­kać, ale nigdy bym nie ucie­kła. Ale­ja ciem­nia­ła po zmro­ku, bla­de świa­tło latar­ni prze­gry­wa­ło z całą jej sza­ro­ścią. Prze­lot­ne bra­my pro­wa­dzi­ły do melin, w każ­dej klat­ce miesz­kał ktoś, kto mógł­by zro­bić nam krzyw­dę. Doro­śli zosta­wia­li nam drob­ne na słod­kie buł­ki i kart­ki z pole­ce­nia­mi, nie tłu­ma­cząc zagro­żeń i nie ostrze­ga­jąc przed obcy­mi. Dzia­łał instynkt. Na wkup­ne u złych chło­pa­ków roz­czę­sto­wa­łam pacz­kę fajek pode­bra­nych mat­ce. Byłam naj­młod­szą chu­li­gan­ką w Alei, kum­pe­lą z dobry­mi stop­nia­mi, śmiesz­ną gów­nia­rą pod ochro­ną. Chcia­łam się napić wina, chcia­łam spró­bo­wać, zanim skoń­czy­łam trzy­na­ście lat.

Zna­ły się w epo­ce jesz­cze przed Wald­kiem, a nawet przed ogól­nia­kiem. Były mię­dzy nimi trzy lata róż­ni­cy, więc nie cho­dzi­ły do tej samej kla­sy. Jed­na zacze­pi­ła dru­gą o coś głu­pie­go. Star­sza ryzy­ko­wa­ła, bo przy­ła­pa­na na gada­niu z małą stra­ci­ła­by auto­ry­tet w dziel­ni­cy. Obie mia­ły zapra­co­wa­nych rodzi­ców, więk­szość dnia spę­dza­ły więc same, z klu­cza­mi na szyi. Prze­wa­la­ły się w miesz­ka­niu tej star­szej, lepiej ogrza­nym i zasob­niej­szym w pobu­dza­ją­ce wyobraź­nię przed­mio­ty. Naj­pierw urzą­dza­ły lal­ko­we bali­ki, popi­ja­jąc sok mali­no­wy z minia­tu­ro­wych fili­ża­nek. Stop­nio­wo jed­nak zaczę­ły przede wszyst­kim roz­ma­wiać, dzie­ląc się nie­po­ko­ja­mi doj­rze­wa­nia. Star­sza mia­ła mlecz­no­bia­łą skó­rę i śmie­tan­ko­wą aurę. Wyko­ny­wa­ła zle­ca­ne przez mat­kę obo­wiąz­ki domo­we, jej dło­nie pach­nia­ły ziem­nia­ka­mi i mar­chew­ką. Pierw­szy afro­dy­zjak w pamię­ci zapa­cho­wej Mał­go­rza­ty, bar­dzo spo­żyw­czy. Prze­cież nie moż­na wyobra­zić sobie, żeby unik­nę­ły fascy­na­cji, cof­nę­ły się przed poku­są. Roz­ma­wia­ły oczy­wi­ście o chłop­cach, lecz przy­tu­la­ły się do sie­bie.

Się­ga­ły do sie­bie nawza­jem, jak się­gnął­by każ­dy, gdy­by nie miał poję­cia o ist­nie­niu zaka­zów. Kto mógł­by je ich nauczyć? Mat­ka Mał­go­rza­ty nie mia­ła cza­su, wygła­sza­ła nie­kie­dy pro­ste mak­sy­my swo­im cichym gło­sem, nie­zdol­na do roz­ta­cza­nia wizji jakich­kol­wiek repre­sji, kar i kon­se­kwen­cji. Kasię wycho­wy­wa­no suro­wo, co wyra­ża­ło się bez­piecz­nym dystan­sem. Jej ojciec, dużo star­szy od mat­ki, nie był zresz­tą wia­ry­god­ny. Nie był­by, gdy­by zechciał wystą­pić prze­ciw grzesz­nym prak­ty­kom dziew­czy­nek. W kie­sze­ni jego płasz­cza zna­la­zły szwedz­ki świersz­czyk. W pół­mro­ku sza­fy, za zasło­ną płasz­czy, przy­glą­da­ły się wize­run­kom kobiet kopu­lu­ją­cych z psa­mi róż­nych ras. Mia­ły poczu­cie winy, bo kra­dły ojcu tajem­ni­cę. Na foto­gra­fiach obok doro­słych kobiet uwiecz­nio­no tak­że dziew­czyn­ki, nie­du­żo od nich star­sze, z bez­rad­nym wyra­zem twa­rzy. Jed­na z nich, gwał­co­na przez ogrom­ne­go wil­czu­ra, mia­ła na poślad­ku małe, okrą­głe zna­mię. Jak Mał­go­rza­ta.

Mogły­by ufać naukom rodzi­ców, gdy­by te ist­nia­ły? Wycho­wa­nie reli­gij­ne obu dziew­cząt, ewen­tu­al­ny depo­zyt stra­chu, pozo­sta­wia­ło spo­ro do życze­nia. W tam­tych cza­sach do kościo­ła cho­dzi­ło raczej star­sze poko­le­nie, ludzi w wie­ku śred­nim, rodzi­ców, powstrzy­my­wa­ły rachu­by karie­ry, posia­da­ne legi­ty­ma­cje, choć prze­sa­dą było­by mówić, że wia­ra była zabro­nio­na. Dzie­ci posy­ła­no do pierw­szej komu­nii świę­tej, zapi­sy­wa­no na reli­gię, resz­tę zosta­wia­jąc natu­ral­ne­mu bie­go­wi rze­czy. A na reli­gii, wia­do­mo, nie dys­ku­to­wa­no o cie­le; poję­cie grze­chu było tak abs­trak­cyj­ne, jak nie­zro­zu­mia­łym języ­kiem infor­mo­wa­ły o nim przy­ka­za­nia. „Wyobraź sobie, chłop­cy mają wycho­wa­nie sek­su­al­ne na reli­gii” – mówi­ła tydzień temu Kata­rzy­na. Cie­ka­we, czy wobec tego zro­zu­mie­ją lepiej, że nie wol­no pró­bo­wać „tych rze­czy” z naj­lep­szym kole­gą? Jeśli dotąd nie pró­bo­wa­li, są prze­cież star­si niż one wte­dy. Z Kata­rzy­ny czas wypłu­kał zapach śmie­tan­ki. Ema­nu­je dro­ge­rią.

W spra­wach wia­ry zda­rza­ło się im bluź­nić. Urzą­dza­ły szy­der­cze modły przed wiszą­cym nad łóż­kiem bab­ci obra­zem przed­sta­wia­ją­cym Chry­stu­sa w dro­dze na Gol­go­tę. „O Boże, ześlij nam deszcz zło­ta i żeby Kaś­ce uro­sły cyc­ki!”. Naj­więk­sze bluź­nier­stwo popeł­ni­ła kie­dyś Kata­rzy­na; sto­jąc w oknie, wyra­zi­ła zwięź­le swą nie­wia­rę: „Bzdu­ry, Mary­ja taka świę­ta, że nie mogła się ru…”. Wybu­chły śmie­chem, pew­ne, że Bóg nic im nie zro­bi, wzy­wa­ły Go prze­cież wie­lo­krot­nie: „Spuść na nas grom ze swe­go jasne­go nie­ba, jeśli tam miesz­kasz”. Bluź­nier­stwa nie mia­ły naj­mniej­sze­go zna­cze­nia, ponie­waż żad­na z nich nie posia­da­ła meta­fi­zycz­ne­go ner­wu kato­li­cy­zmu.

Zmie­rza­ły za to do miło­ści, pole­gu­jąc na dywa­nie. Dłu­ga i zara­zem krót­ka dro­ga. Dla­cze­go Kasia nie mia­ła­by poka­zać przy­ja­ciół­ce cyc­ków, kie­dy naresz­cie poja­wi­ły się pod jej bluz­ką? I dla­cze­go Gosia nie mia­ła­by ich dotknąć, sko­ro uro­sły na cie­le tej, któ­ra wyda­wa­ła się bliź­nia­czą sio­strą, wypust­ką, pięk­niej­szą stro­ną ich wspól­nej oso­by? Co potem mogło­by powstrzy­mać je przed dotknię­ciem tego naj­taj­niej­sze­go miej­sca bez nazwy, prze­zy­wa­ne­go wul­gar­ny­mi napi­sa­mi w toa­le­tach? Kto mógł kie­ro­wać pal­cem muska­ją­cym twar­dy guzi­czek o nie­zna­nym prze­zna­cze­niu? Wyzna­czać tra­sę do cia­sne­go otwor­ka wypeł­nio­ne­go wil­go­cią jak dno dese­ro­wej czar­ki kre­mem wani­lio­wym? Były cie­kaw­skie i odważ­ne, czu­łe i samo­dziel­ne. Cza­sem zapra­sza­ły do zaba­wy misia, jedy­ne­go oprócz kosmo­nau­ty męż­czy­znę wśród zaba­wek. Kosmo­nau­ta był pla­sti­ko­wy, poma­rań­czo­wy, z napi­sem CCCP na kasku. Nie­zbyt przy­stoj­ny, został wyklu­czo­ny. Lal­ki znów – za małe; odpo­wied­nie roz­mia­ry miał tyl­ko nagi bobas: nie­do­pusz­cza­ny do zaba­wy z powo­du wie­ku. Kła­dły misia na sobie, zmu­sza­ły do opę­ta­nej sza­mo­ta­ni­ny, skon­cen­tro­wa­nej na pod­brzu­szu, skąd pły­nę­ły słod­kie impul­sy. „Mogłaś z misiem, to połóż się na mnie”. Nie mia­ły dość odwa­gi na poca­łu­nek, mar­ko­wa­ły go tyl­ko, muska­jąc się zaci­śnię­ty­mi war­ga­mi.

I tak. Rodzi­com Kasi powo­dzi­ło się nie­źle, coraz lepiej, zabra­li więc cór­kę z życia kochan­ki do domu na przed­mie­ściu. Począt­ko­wo poko­ny­wa­ły i tę prze­szko­dę, ale nie­dłu­go poja­wił się Andrzej, zawsze w pobli­żu, i Mał­go­rza­ta zbyt dłu­go musia­ła cze­kać na swo­ją kolej. Kie­dyś ich przy­ła­pa­ła. Ubra­nia w nie­ła­dzie, czer­wo­ne twa­rze. Poczu­ła obrzy­dze­nie. Jak­by Andrzej pró­bo­wał w nią wnik­nąć wstręt­ny­mi łapa­mi. Były bliź­nia­cze, co jed­na, to i dru­ga, ale ten gru­ba­wy chło­pak w żad­nym wypad­ku! Posta­no­wi­ła zerwać kon­takt. Z deter­mi­na­cją wła­ści­wą pierw­sze­mu zawo­do­wi miło­sne­mu nie odpo­wia­da­ła na – prze­ka­zy­wa­ne przez rodzi­nę i kole­żan­ki – proś­by o spo­tka­nie. Skre­śli­ła Kasię, razem z jej krwi­sto­czer­wo­nym wnę­trzem, bia­ły­mi pier­sia­mi i kuli­nar­nym zapa­chem.

A trzy lata temu, w swo­im nowym gabi­ne­cie, zoba­czy­ła ją wła­śnie od tej zasło­nię­tej dla innych stro­ny. Nic na to nie mogła pora­dzić, tak widzia­ła, przez swe­ter, spód­ni­cę, raj­sto­py. Wszyst­kie­mu win­na wyobraź­nia kar­mio­na lite­ra­tu­rą. Cia­ło Kasi na chwi­lę było jej wła­snym. Prze­szło tę samą dro­gę: poro­dów, cho­rób, hor­mo­nów.

Co jesz­cze? Pamię­tam wie­le, tyl­ko po co wspo­mi­nać? Sara wyje­cha­ła do Izra­ela w 1968 roku. Ja uro­dzi­łam się w 1963. Co więc tak napraw­dę pamię­tam? Mam we krwi swo­ją dro­gę do szko­ły pod­sta­wo­wej, póź­niej liceum, swo­je spa­ce­ry w kie­run­ku Cmen­ta­rza Cen­tral­ne­go, zaku­py na Turzy­nie. Rzad­ko jed­nak dzi­siej­sze szla­ki pro­wa­dzą mnie ku tam­tym. Gdy zda­rzy mi się wysiąść z samo­cho­du, przejść po tym kwar­ta­le ulic, któ­ry kie­dyś był moim śro­do­wi­skiem natu­ral­nym, jestem zdez­o­rien­to­wa­na. Kamie­nicz­na prze­strzeń wymknę­ła się pamię­ci, sła­bo pisz­czy spod naskór­ka remon­tów, skle­pów, nazw, dziur w pło­tach.

Miesz­ka­jąc na obrze­żach, zmie­nia­my nasze codzien­ne zwy­cza­je. Robi­my zaku­py w jed­nym z nie­licz­nych osie­dlo­wych skle­pów, wypro­wa­dza­my psa na osie­dlo­wy traw­nik. Nie pozdra­wia­my wszyst­kich miesz­kań­ców swo­jej klat­ki. Ina­czej niż przed laty, w śród­miej­skiej, ponie­miec­kiej kamie­ni­cy, gdzie zna­li­śmy się bar­dzo dobrze, żyjąc ze sobą przez skó­rę ścian. W podzie­lo­nych wiel­kich miesz­ka­niach, ze wspól­ną łazien­ką, fron­to­wy­mi drzwia­mi myty­mi na zmia­nę: my na Boże Naro­dze­nie, oni na Wiel­ka­noc. Ślu­by, chrzci­ny, pogrze­by anga­żo­wa­ły wów­czas całą spo­łecz­ność. I tu spo­ty­ka nas przy­kra nie­spo­dzian­ka: inni ludzie, inne zapa­chy. Czy w piw­ni­cy numer pięć sie­dzi jesz­cze mój plu­szo­wy miś? Czy miesz­ka­ją tam szczu­ry? Magia prze­szło­ści odkry­ta po kil­ku deka­dach: moje ówcze­sne miesz­ka­nie zaj­mo­wał w cza­sie woj­ny, a pew­nie i w latach trzy­dzie­stych, sto­ma­to­log z rodzi­ną. Miał prak­ty­kę (roz­le­głą, spo­dzie­wam się), gabi­net i pocze­kal­nię (nasze dwa przej­ścio­we poko­je). Wiel­ką kuch­nię z bal­ko­nem i spi­żar­nią. Służ­bów­kę (świa­teł­ka mini­ta­bli­cy roz­dziel­czej, dzwo­nek). Jest bar­dzo praw­do­po­dob­ne, że w służ­bów­ce trzy­mał Polkę do posług. Czy­ści­ła duże poko­je, dba­ła o odzież, buty i posił­ki domow­ni­ków. Ile rodzin miesz­ka­ło tam po woj­nie? Począt­ko­wo czte­ry, w moich cza­sach już dwie. Dziś całość wyku­pił kole­ga z podwór­ka. Odszy­ko­wa­li cha­tę na tip-top. Ota­cza­ją ich te same ścia­ny, z któ­rych pod­czas remon­tu odkle­ja­li­śmy kil­ka warstw tape­ty, a na koń­cu na gołym tyn­ku wid­nia­ła nie­miec­ka gaze­ta. Kie­dy idę klat­ką scho­do­wą, naj­pierw w odwie­dzi­ny do bab­ci, potem już tyl­ko oka­zjo­nal­nie, poko­nu­ję scho­dy, po któ­rych wbie­ga­łam i z któ­rych ska­ka­łam, patrzę na świa­tła w oknach kie­dyś moje­go poko­ju, czu­ję zapach chłop­ca, któ­ry odpro­wa­dzał mnie z prze­cią­gnię­tej rand­ki. Sama mu się ukła­da­łam w rękach, a on i tak nie umiał nie tyle się­gnąć, ile pod­dać się, dosto­so­wać dło­nie, usta, uda do moich kon­tu­rów. Jesz­cze na klat­ce, ostat­ni raz, pró­bo­wa­li­śmy trud­nej sztu­ki dopa­so­wa­nia. Pod­czas remon­tu kapi­tal­ne­go (cho­dzi­li­śmy po deskach, nie było stro­pu, co za radość dla dzie­ci) wymie­nio­no klam­ki u okien na nowo­cze­sne, alu­mi­nio­we. Na pierw­szym pię­trze znisz­cze­nie dotknę­ło pięk­nych drzwi. Nie było mowy o reno­wa­cji, rzą­dził prag­ma­tyzm. Gdy weszłam do miesz­ka­nia na Redzie, pach­ną­ce­go cemen­tem, zna­la­złam w nim butel­ki po robot­ni­kach. Gaze­ty, butel­ki – surow­ce wtór­ne pamię­ci.

Na nowym osie­dlu dopie­ro po jakimś cza­sie zaczę­łam roz­po­zna­wać twa­rze, nie łącząc ich już z nazwi­ska­mi w spo­sób wynie­sio­ny z życia kamie­nicz­ne­go. Były mia­na­mi rodzi­ców dzie­ci uczęsz­cza­ją­cych z moimi do kla­sy, a prze­cież o dzie­ciach nie mówi się po nazwi­sku. Mat­ka Hele­ny i Łuka­sza była mat­ką Hele­ny i Łuka­sza. Eks­pe­dient­ka była panią ze skle­pu. Wła­ści­ciel budy warzyw­nej – face­tem z warzyw­nia­ka. Poza tym ci z trze­cie­go, ci z dzie­sią­te­go, ci spod dzie­siąt­ki.

Pogod­no mia­ło być sąsiedz­kie, ale póki co znam fry­zjer­kę, pana ze spo­żyw­cze­go i bar­ma­na pro­wa­dzą­ce­go mały bar, tutej­szą roz­pi­jal­nię. Bio­rę lane piwo lub u‑boota, zale­ży od dnia tygo­dnia.

Do cen­trum wybie­ram się rzad­ko. Depre­sja zatrzy­mu­je mnie w poko­ju. Leżę w łóż­ku, a widok na sąsied­ni dom nie wró­ży popra­wy nastro­ju. Ktoś w nim w nocy zosta­wia zapa­lo­ne świa­tło. Blak­nie dopie­ro rano. Obser­wu­ję wzo­rek tape­ty z moty­wem ogro­du. Małe ludzi­ki krzą­ta­ją się wokół drzew. Gdy­bym miesz­ka­ła bli­żej cen­trum – oca­li­ło­by mnie mia­sto. Spa­ce­ry wśród ludzi. Kum­ple z bram. Dziew­czy­ny z podwór­ka. Coraz bar­dziej boję się prze­strze­ni dzie­lą­cej mnie od miesz­ka­nia z kwa­te­run­ku, a zara­zem prze­jeż­dża­jąc przez Ale­ję Pia­stów, nie patrzę na kamie­ni­cę. Zagnieź­dzi­łam się na swo­im stry­chu.

Myśla­łam wie­lo­krot­nie, że mogła­bym stąd wyje­chać. Zarzu­cić węd­kę ku knajp­ce, w któ­rej lepiej sma­ko­wa­ło­by piwo, mięk­kie­mu traw­ni­ko­wi, wygod­nie urzą­dzo­nej biblio­te­ce. Powie­trze było­by tam przej­rzy­ste, słoń­ce cie­płe i nie bała­bym się wycho­dzić z domu. Tyle nas wyemi­gro­wa­ło, a ja wszyst­ko sobie urzą­dzam w tym mie­ście.

Mój pierw­szy chło­pak miesz­ka w Ame­ry­ce. W Nowym Jor­ku. Może to dziw­ne, ale nie umiem tam go umiej­sco­wić, a jed­no­cze­śnie czu­ję się tro­chę dum­na, jak­by swo­im nowym życiem prze­no­sił i mnie, pro­win­cjusz­kę, w wiel­ki świat z lek­tur ame­ry­kań­skich kla­sy­ków współ­cze­sno­ści. Pozna­li­śmy się przy satu­ra­to­rze z wodą sodo­wą. Miał zawsze przy sobie zło­tów­kę na czer­wo­no zabar­wio­ne bąbel­ki. Kochał mnie i chęt­nie o tym mówił. Był metro­sek­su­al­ny – chy­ba już się tak nie mówi. Prze­ży­wał wiel­ki dra­mat pożą­da­nia, gdy doty­kał moich kolan, sto­jąc w osie­dlo­wej pia­skow­ni­cy. Byłam wynie­sio­nym na obra­mo­wa­nie małym bóstwem, skłon­nym zresz­tą do upad­ków: pozwa­la­łam się cało­wać, goniąc za słod­ko-cierp­ką nie­mo­cą, mro­wie­niem po wewnętrz­nej stro­nie ud, prą­dem bie­gną­cym od uszu, przez ramio­na, ku bio­drom. Wszy­scy zazdro­ści­li mi moje­go małe­go męż­czy­zny. Dziew­czę­ta z osie­dla nosi­ły w tor­ni­strach jego nie­ak­tu­al­ne zdję­cia legi­ty­ma­cyj­ne wyłu­dzo­ne od sio­stry. Bra­ły, co się dało, cokol­wiek, chu­s­tecz­kę, pasmo wło­sów, kart­kę z zeszy­tu. Ich bóstwem był on.

Potę­ga miło­ści poko­nu­je wszyst­ko. W czwo­ro­bo­ku zło­żo­nym z trzech sta­rych kamie­nic i repre­zen­ta­cyj­ne­go wie­żow­ca dzia­ły się mrocz­ne histo­rie. Zgwał­co­no dziew­czyn­kę. Leczo­no ją potem dłu­go, a jeden z wino­waj­ców tra­fił do domu popraw­cze­go. Bawi­łam się pod okiem ojca pra­cu­ją­ce­go w zakła­dzie zegar­mi­strzow­skim, ale że romans z Wald­kiem trwał dłu­go, prze­sta­łam spo­wia­dać się rodzi­com z ran­dek. Praw­do­po­dob­nie bawi­łam się z gwał­ci­cie­la­mi, gdy przez podwór­ko szła wcią­ga­ją­ca wszyst­kich fala dwóch ogni czy ber­ka.

Mieć chło­pa­ka, cho­dzić z chło­pa­kiem, nie z gów­nia­rzem, ze star­szym. Żuć balo­nó­wę Donald na zmia­nę z trzy­na­sto­let­nim kochan­kiem. Cze­kać na nie­go nie dłu­żej niż minu­tę, bo zbie­gał do mnie scho­da­mi szyb­ciej, niż dowio­zła­by go win­da.

Spo­tka­łam go w Alei Fon­tann. Trzy­mał za rękę dwu­let­nie­go chłop­czy­ka. Przy­je­chał tego dnia w odwie­dzi­ny. Od paru lat miesz­kał w USA. Wybrał się tam do krew­ne­go z dziew­czy­ną, któ­rą widy­wa­łam wcze­śniej. Zastą­pi­ła mnie, gdy miał już pra­wo jaz­dy na jed­no­ślad, wsko­czy­ła z wdzię­kiem na sio­deł­ko. Jeź­dzi­li w bia­łych kaskach. Ona w spód­ni­cy. Wyobra­żam sobie ich więc w tej dro­dze do Ame­ry­ki, wyglą­da­ją­cych podob­nie, zespo­lo­nych w typo­wym geście pary moto­cy­klo­wej, lek­ce­wa­żąc fakt, że pole­cie­li samo­lo­tem i zapew­ne nie nada­li Hon­dy na bagaż. W Alei Fon­tann poczu­łam nie­opa­trzo­ne, wciąż ciek­ną­ce cię­cie. Ćmi­ło, bo nie zna­łam dal­sze­go cią­gu ich histo­rii, nie wie­dzia­łam nawet, czy to z nią ma syna. Przez kolej­ne mie­sią­ce fan­ta­zjo­wa­łam przed snem o sek­sie z Wald­kiem. Pró­bo­wa­łam prze­nieść akcję do Sta­nów, ale lepiej było mi przy Pla­cu Żoł­nie­rza.

O autorze

Inga Iwasiów

Profesorka Uniwersytetu Szczecińskiego, literaturoznawczyni, krytyczka literacka, poetka i prozaiczka. W latach 1999–2012 redaktorka naczelna Szczecińskiego Dwumiesięcznika Kulturalnego „Pogranicza”. Pomysłodawczyni oraz była przewodnicząca kapituły Ogólnopolskiej Nagrody Literackiej dla Autorki Gryfia, zasiada w kapitule Poznańskiej Nagrody Literackiej im. A. Mickiewicza. Członkini jury Nagrody Literackiej Nike, prezeska Polskiego Towarzystwa Autobiograficznego. W pracy naukowej specjalizuje się w zagadnieniach z zakresu historii literatury polskiej, historii literatury XX wieku i teorii literatury. Odznaczona Brązowym Krzyżem Zasługi (2001) oraz Brązowym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” (2005). W 2010 roku została uhonorowana tytułem Ambasadora Szczecina. Wyróżniona Nagrodą Artystyczną Miasta Szczecin (2008) i Zachodniopomorskim Noblem (2009).

Powiązania

Udzieliłam pomocy kobiecie, którą byłam

wywiady / o książce Artur Burszta Inga Iwasiów

Roz­mo­wa Artu­ra Bursz­ty z Ingą Iwa­siów, towa­rzy­szą­cą pre­mie­rze książ­ki Ingi Iwa­siów Miasto–ja–miasto, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 3 listo­pa­da 2026 roku.

Więcej

Rozmowy na koniec: odcinek 47 Aleksandra Kasprzak, Mira Suchowiejko / Inga Iwasiów

nagrania / między wierszami Aleksandra Kasprzak Inga Iwasiów Mira Suchowiejko-Opolska

Czter­dzie­sty siód­my odci­nek z cyklu „Roz­mo­wy na koniec” w ramach festi­wa­lu Trans­Port Lite­rac­ki 30.

Więcej

Rozmowy na koniec: odcinek 45 Magdalena Genow, Maciej Wnuk / Inga Iwasiów

nagrania / transPort Literacki Inga Iwasiów Maciej Wnuk Magdalena Genow

Czter­dzie­sty pią­ty odci­nek z cyklu „Roz­mo­wy na koniec” w ramach festi­wa­lu Trans­Port Lite­rac­ki 30.

Więcej

Przyszłość literatury

nagrania / transPort Literacki Różni autorzy

Dys­ku­sja Gabrie­li Bar, Jerze­go Jar­nie­wi­cza, Ingi Iwa­siów, Beaty Sta­siń­skiej i Justy­ny Sobo­lew­skiej w ramach festi­wa­lu trans­Port Lite­rac­ki 29.

Więcej

TransNowa Książka: Widok z okna w podróży służbowej, Poezja w odcinkach

nagrania / transPort Literacki Inga Iwasiów Joanna Roszak Justyna Sobolewska

Spo­tka­nie z udzia­łem Ingi Iwa­siów, Justy­ny Sobo­lew­skiej i Joan­ny Roszak w ramach festi­wa­lu Trans­Port Lite­rac­ki 29. Muzy­ka Mali­na Mide­ra.

Więcej

Nowy europejski kanon literacki: Mój pan mąż, Poniewczasie, Skóra to elastyczna osłona

nagrania / transPort Literacki Różni autorzy

Spo­tka­nie z udzia­łem Rume­ny Buža­ro­vskiej, Lisy Krän­zler, Bjør­na Rasmus­se­na, Bogu­sła­wy Sochań­skiej, Doro­ty Stro­iń­skiej i Ingi Iwa­siów w ramach festi­wa­lu Trans­Port Lite­rac­ki 29. Muzy­ka Mali­na Mide­ra.

Więcej

Przyszłość literatury: esej na otwarcie TransPortu Literackiego 29

nagrania / transPort Literacki Inga Iwasiów Malina Midera

Esej Ingi Iwa­siów otwie­ra­ją­cy festi­wal Trans­Port Lite­rac­ki 29. Muzy­ka Mali­na Mide­ra.

Więcej

Życie pisarza to pokój hotelowy o znośnym standardzie, gdzie nie zawsze jest uroczo i miło

wywiady / o książce Aleksandra Gieczys-Jurszo Inga Iwasiów

Roz­mo­wa Alek­san­dry Gie­czys-Jur­szo z Ingą Iwa­siów, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki Ingi Iwa­siów Widok z okna w podró­ży służ­bo­wej, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 6 maja 2024 roku.

Więcej

Widok z okna w podróży służbowej

utwory / zapowiedzi książek Inga Iwasiów

Frag­men­ty książ­ki Ingi Iwa­siów Widok z okna w podró­ży służ­bo­wej, któ­ra uka­że się w Biu­rze Lite­rac­kim 6 maja 2024 roku.

Więcej

Nowy europejski kanon literacki: Trupi bieg, Świerzb, Emily forever

nagrania / transPort Literacki Różni autorzy

Spo­tka­nie z udzia­łem Bene­de­ka Tot­tha, Fríðy Ísberg, Marii Navar­ro Ska­ran­ger, Ingi Iwa­siów w ramach festi­wa­lu Trans­Port Lite­rac­ki 28. Muzy­ka Resi­na.

Więcej

Z kamienia i kości, Ostatni patriarcha i Ktokolwiek, tylko nie ja

nagrania / transPort Literacki Różni autorzy

Spo­tka­nie z udzia­łem Béren­gère Cour­nut, Naja­ta El Hach­mie­go, Hały­ny Kruk, Ingi Iwa­siów w ramach festi­wa­lu Trans­Port Lite­rac­ki 27. Muzy­ka Hubert Zemler.

Więcej

Moloch z fałdami

recenzje / ESEJE Inga Iwasiów

Recen­zja Ingi Iwa­siów, towa­rzy­szą­ca wyda­niu książ­ki Elż­bie­ty Łap­czyń­skiej Bestia­riusz nowo­huc­ki, któ­ra uka­za­ła się w Biu­rze Lite­rac­kim 21 grud­nia 2020 roku.

Więcej

Leżąc na polu z oderwaną nogą, gdy górą idzie parada

debaty / ankiety i podsumowania Inga Iwasiów

Głos Ingi Iwa­siów w deba­cie „Jesz­cze jed­na dys­ku­sja o pary­te­tach”.

Więcej

Trochę poety

recenzje / ESEJE Inga Iwasiów

Recen­zja Ingi Iwa­siów z książ­ki Soma Łuka­sza Jaro­sza.

Więcej

O Somie

recenzje / Różni autorzy

Komen­ta­rze Boh­da­na Zadu­ry, Agniesz­ki Wol­ny-Ham­ka­ło, Ingi Iwa­siów, Paw­ła Lek­szyc­kie­go, Mariu­sza Grze­bal­skie­go, Macie­ja Rober­ta, Mar­ci­na Orliń­skie­go, Artu­ra Nowa­czew­skie­go, Grze­go­rza Tomic­kie­go, Pio­tra Kępiń­skie­go.

Więcej

Udzieliłam pomocy kobiecie, którą byłam

wywiady / o książce Artur Burszta Inga Iwasiów

Roz­mo­wa Artu­ra Bursz­ty z Ingą Iwa­siów, towa­rzy­szą­cą pre­mie­rze książ­ki Ingi Iwa­siów Miasto–ja–miasto, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 3 listo­pa­da 2026 roku.

Więcej

Fabuła i dokument, czyli o podróżach służbowych Ingi Iwasiów

recenzje / ESEJE Barbara Elmanowska

Recen­zja Bar­ba­ry Elma­now­skiej, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki Ingi Iwa­siów Widok z okna w podró­ży służ­bo­wej, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 6 maja 2024 roku.

Więcej