Aleja
Urodziłam się w domu przy nieistniejącej już Alei Piastów. Nieistniejącej, choć nazwa, pisana rozmaicie – och, te reformy ortografii! – oczywiście tkwi na planie miasta i tabliczkach szpecących budynki. Przestała istnieć jako królestwo spaceru. A‑le-ja! Moja. Szeroka, zadrzewiona, dla pieszych i rowerzystów. Dziś jeżdżą po niej tramwaje linii 4, 11 i 12. Pod tramwaje, gdy chodziłam do podstawówki mieszczącej się w budynku obdarzonym wdziękiem koszar (cóż, na początku był pruską szkołą), wpadał co jakiś czas nieuważny ktoś, szczególnie zaś spośród dzieci z usytuowanego między Piastów a Jagiellońską kompleksu szkół. Mężczyzna, który umarł wczesnym wieczorem, gdy wracałam z lekcji fortepianu, zgnieciony i poszarpany przez pędzącą czwórkę, wypuścił z ręki siatkę kartofli. Miał je z kimś, tego dnia, może nazajutrz, zjeść jako purée, placki, przysmażone, frytki. Zbędne kartofle lub ziemniaki – zależy, skąd przybył do Ziemi Obiecanej, skąd pochodził – toczyły się po jezdni, odwracając szczęśliwie uwagę dziecka od krwi pod czerwonym tramwajem jadącym z Pomorzan. Wyjątkowo szybko jak na tamte czasy zagrodzono torowisko, a więc po lody do Rurki skakaliśmy przez niski płot, szczęśliwie unikając śmierci. Drożdżówki od piekarza urzędującego po tej samej co buda stronie Alei nie wymagały podobnego ryzyka, ale każdy wolał lody, choćby te oszukane, ciepłe.
Tak świat wtajemniczył mnie w śmierć. Miłość zaś uosabiała dla mnie koleżanka z szóstej B, w zaawansowanej ciąży, z farbowanymi włosami i papierosem w ustach, witająca nas, właścicieli brązowych tornistrów i ledwie budzących się marzeń, niewinnym „Dokąd tak zapierdalacie?”, gdy my do tej właśnie szkoły, a ona sobie stała przed sklepem spożywczym o wieloznacznej nazwie Złoty Róg. Kiblowała parokrotnie, więc w szóstej była mocno przerośnięta, a jednak wciąż nieletnia.
Pierwszą moją przyjaciółką została Sara, córka sklepikarza i dyktatora mody z Alei. Nie pamiętam imion dorosłych lokatorów. Używało się nazwisk w funkcji przydomków. My byliśmy Ciepli, wymarzona ksywka. Dzieci znające kindersztubę dodawały do nazwiska „pan”, „pani”, „państwo”. Ojciec mojej koleżanki (nie używam nazwiska, może by sobie nie życzyli występować w tym wspomnieniu-zmyśleniu) sprzedawał kapcie i paski, a spod lady towar z paczek. Paczki, byt tajemniczy, ubierały wtedy wszystkich, zatem i mnie, zanim się urodziłam, a miałam być chłopcem. Tak zdecydowały sąsiadki wyposażone w ówczesne USG, czyli głębokie spojrzenie w oczy matki. Urodziłam się więc w niebieskich ogrodniczkach i kopii koszuli ojca.
Zwykle bawiłam się z Sarą na podwórku. W przerwach między popisami gimnastycznymi, przesypywaniem piasku i szukaniem szkiełek wpadałyśmy do mieszkania mojego lub jej. U niej zawsze pachniało ciepłym jedzeniem. Sklepik Sarowego tatusia oferujący podwójny asortyment znajdował się w miejscu, gdzie w epoce gierkowskiej postawiono wieżowce. W latach sześćdziesiątych były tam tylko budy z różnościami i jadłodajnie. Pragnęłam jeść u sąsiadek i w budach, w dawnych salonach i spelunkach, byle nie w przedszkolu. Wolałam jedzenie po ludziach od chudego mięska i pożywnego rosołku mamy.
Po latach zostałam czytelniczką Singera (nazwisko swojskie, na maszynach Singera szyło się i w domach, i u Sary, i u krawca ciężkiego, pana Wiesia-wiecznie-pijanego). Smaki, zapachy, zupy, czosnki, czulenty przekalkowałam więc najpewniej ze stron powieści, bo i ze Stryjkowskiego byłam przez pewien czas skłonna się doktoryzować. Moje „studia judaica” nie mogły pozostać bez wpływu na przeszłość. Słowem – wszystko to pewnie z mojej strony hucpa, ale Sara istniała, moje dzieciństwo zahaczyło o żydowski Szczecin. Małe dzieci mają kusą pamięć, więc gdy pani i pan z naprzeciwka wzięli od władz upokarzający bilet w jedną stronę, pogrzebałam w naszych sekretach, posiedziałam w kącie dużego pokoju, a następnie znalazłam nową przyjaciółkę „na zawsze”.
Mieszkała pode mną. Wyjścia na podwórko zastąpiło przesiadywanie u niej. Bawiłyśmy się w statek, granicą lądu i morza były dwa dywany pokrywające pokój. Zielony i czerwony. Przejście między nimi zapowiadało te przyszłe, ostateczne przejścia. Wystrzegałyśmy się choćby zahaczenia, przypadkowego muśnięcia stopą powierzchni, która chwilowo symbolizowała rewers naszego świata. Tak jak dbałyśmy, by nie uronić kropli malinowego soku z minifiliżanki dla lalek podczas wystawnego przyjęcia na pięć osób: nas dwie, misia, bobasa i ruskiego kosmonautę. Po powrocie z rejsów wczesnej podstawówki wyprawiałyśmy się pod dom pewnego przystojnego chłopaka. Była ode mnie starsza, musiała się zakochać. Podchodziła do tego zadania z powagą. Chłopak źle się uczył, źle zapowiadał, napytał sobie biedy. Gdyby nie matka, pracująca na wszystko, bo ojca tam, jak u wielu, nie było, skończyłby w poprawczaku. Z drugiej strony zapowiadał się przecież od razu na tego, kim został: na cinkciarza mieszkającego u matki, którą bardzo szanował. Też chciałam być zakochana, w nim lub w kimś jeszcze lepszym. Zdradziłabym przyjaciółkę, byle udowodnić swoją wartość na rynku podrywu. W czasach licealnych poznałam kilku młodych waluciarzy. Nie musieli się uczyć, chodzili u grubych ryb. Spędzali czas w bistro z pizzą i wermutem, gdzie codziennie czekał na mnie narzeczony. Amant, do którego podwalała się moja przyjaciółka, niegotowa zresztą na nic poza łażeniem pod kamienicę, by tam głośno dialogować ze mną o książkach w celu autoprezentacyjnym, nie wskoczył do ligi z bistra. Widywałam go w przelocie, należał do pejzażu mojego miasta i mam nadzieję, że w tym pejzażu, już bez mnie, tkwi nadal. Kim mógłby być? A w kogo ewoluowali waluciarze?
Poza eskapadami romansowymi miałyśmy banalne zajęcia. Wynosiłyśmy razem śmieci w blaszanych, a potem plastikowych wiadrach wykładanych gazetą. Każda okazja była dobra. Nigdy dość trajlowania i tajemnic. Planów na przyszłość, złości na matki. Sprawozdań z lektur, podśpiewywania. Ona bała się ciemnego wyjścia po małych schodkach na nasze podwórko, czekałam na parterze. Drzwi haczyły o piwniczne, na dole grasowali pijacy i szczury. Byłam nieskończenie nieśmiała, mała, chuda i harda. Ze strachu mogłam się posikać, ale nigdy bym nie uciekła. Aleja ciemniała po zmroku, blade światło latarni przegrywało z całą jej szarością. Przelotne bramy prowadziły do melin, w każdej klatce mieszkał ktoś, kto mógłby zrobić nam krzywdę. Dorośli zostawiali nam drobne na słodkie bułki i kartki z poleceniami, nie tłumacząc zagrożeń i nie ostrzegając przed obcymi. Działał instynkt. Na wkupne u złych chłopaków rozczęstowałam paczkę fajek podebranych matce. Byłam najmłodszą chuliganką w Alei, kumpelą z dobrymi stopniami, śmieszną gówniarą pod ochroną. Chciałam się napić wina, chciałam spróbować, zanim skończyłam trzynaście lat.
Znały się w epoce jeszcze przed Waldkiem, a nawet przed ogólniakiem. Były między nimi trzy lata różnicy, więc nie chodziły do tej samej klasy. Jedna zaczepiła drugą o coś głupiego. Starsza ryzykowała, bo przyłapana na gadaniu z małą straciłaby autorytet w dzielnicy. Obie miały zapracowanych rodziców, większość dnia spędzały więc same, z kluczami na szyi. Przewalały się w mieszkaniu tej starszej, lepiej ogrzanym i zasobniejszym w pobudzające wyobraźnię przedmioty. Najpierw urządzały lalkowe baliki, popijając sok malinowy z miniaturowych filiżanek. Stopniowo jednak zaczęły przede wszystkim rozmawiać, dzieląc się niepokojami dojrzewania. Starsza miała mlecznobiałą skórę i śmietankową aurę. Wykonywała zlecane przez matkę obowiązki domowe, jej dłonie pachniały ziemniakami i marchewką. Pierwszy afrodyzjak w pamięci zapachowej Małgorzaty, bardzo spożywczy. Przecież nie można wyobrazić sobie, żeby uniknęły fascynacji, cofnęły się przed pokusą. Rozmawiały oczywiście o chłopcach, lecz przytulały się do siebie.
Sięgały do siebie nawzajem, jak sięgnąłby każdy, gdyby nie miał pojęcia o istnieniu zakazów. Kto mógłby je ich nauczyć? Matka Małgorzaty nie miała czasu, wygłaszała niekiedy proste maksymy swoim cichym głosem, niezdolna do roztaczania wizji jakichkolwiek represji, kar i konsekwencji. Kasię wychowywano surowo, co wyrażało się bezpiecznym dystansem. Jej ojciec, dużo starszy od matki, nie był zresztą wiarygodny. Nie byłby, gdyby zechciał wystąpić przeciw grzesznym praktykom dziewczynek. W kieszeni jego płaszcza znalazły szwedzki świerszczyk. W półmroku szafy, za zasłoną płaszczy, przyglądały się wizerunkom kobiet kopulujących z psami różnych ras. Miały poczucie winy, bo kradły ojcu tajemnicę. Na fotografiach obok dorosłych kobiet uwieczniono także dziewczynki, niedużo od nich starsze, z bezradnym wyrazem twarzy. Jedna z nich, gwałcona przez ogromnego wilczura, miała na pośladku małe, okrągłe znamię. Jak Małgorzata.
Mogłyby ufać naukom rodziców, gdyby te istniały? Wychowanie religijne obu dziewcząt, ewentualny depozyt strachu, pozostawiało sporo do życzenia. W tamtych czasach do kościoła chodziło raczej starsze pokolenie, ludzi w wieku średnim, rodziców, powstrzymywały rachuby kariery, posiadane legitymacje, choć przesadą byłoby mówić, że wiara była zabroniona. Dzieci posyłano do pierwszej komunii świętej, zapisywano na religię, resztę zostawiając naturalnemu biegowi rzeczy. A na religii, wiadomo, nie dyskutowano o ciele; pojęcie grzechu było tak abstrakcyjne, jak niezrozumiałym językiem informowały o nim przykazania. „Wyobraź sobie, chłopcy mają wychowanie seksualne na religii” – mówiła tydzień temu Katarzyna. Ciekawe, czy wobec tego zrozumieją lepiej, że nie wolno próbować „tych rzeczy” z najlepszym kolegą? Jeśli dotąd nie próbowali, są przecież starsi niż one wtedy. Z Katarzyny czas wypłukał zapach śmietanki. Emanuje drogerią.
W sprawach wiary zdarzało się im bluźnić. Urządzały szydercze modły przed wiszącym nad łóżkiem babci obrazem przedstawiającym Chrystusa w drodze na Golgotę. „O Boże, ześlij nam deszcz złota i żeby Kaśce urosły cycki!”. Największe bluźnierstwo popełniła kiedyś Katarzyna; stojąc w oknie, wyraziła zwięźle swą niewiarę: „Bzdury, Maryja taka święta, że nie mogła się ru…”. Wybuchły śmiechem, pewne, że Bóg nic im nie zrobi, wzywały Go przecież wielokrotnie: „Spuść na nas grom ze swego jasnego nieba, jeśli tam mieszkasz”. Bluźnierstwa nie miały najmniejszego znaczenia, ponieważ żadna z nich nie posiadała metafizycznego nerwu katolicyzmu.
Zmierzały za to do miłości, polegując na dywanie. Długa i zarazem krótka droga. Dlaczego Kasia nie miałaby pokazać przyjaciółce cycków, kiedy nareszcie pojawiły się pod jej bluzką? I dlaczego Gosia nie miałaby ich dotknąć, skoro urosły na ciele tej, która wydawała się bliźniaczą siostrą, wypustką, piękniejszą stroną ich wspólnej osoby? Co potem mogłoby powstrzymać je przed dotknięciem tego najtajniejszego miejsca bez nazwy, przezywanego wulgarnymi napisami w toaletach? Kto mógł kierować palcem muskającym twardy guziczek o nieznanym przeznaczeniu? Wyznaczać trasę do ciasnego otworka wypełnionego wilgocią jak dno deserowej czarki kremem waniliowym? Były ciekawskie i odważne, czułe i samodzielne. Czasem zapraszały do zabawy misia, jedynego oprócz kosmonauty mężczyznę wśród zabawek. Kosmonauta był plastikowy, pomarańczowy, z napisem CCCP na kasku. Niezbyt przystojny, został wykluczony. Lalki znów – za małe; odpowiednie rozmiary miał tylko nagi bobas: niedopuszczany do zabawy z powodu wieku. Kładły misia na sobie, zmuszały do opętanej szamotaniny, skoncentrowanej na podbrzuszu, skąd płynęły słodkie impulsy. „Mogłaś z misiem, to połóż się na mnie”. Nie miały dość odwagi na pocałunek, markowały go tylko, muskając się zaciśniętymi wargami.
I tak. Rodzicom Kasi powodziło się nieźle, coraz lepiej, zabrali więc córkę z życia kochanki do domu na przedmieściu. Początkowo pokonywały i tę przeszkodę, ale niedługo pojawił się Andrzej, zawsze w pobliżu, i Małgorzata zbyt długo musiała czekać na swoją kolej. Kiedyś ich przyłapała. Ubrania w nieładzie, czerwone twarze. Poczuła obrzydzenie. Jakby Andrzej próbował w nią wniknąć wstrętnymi łapami. Były bliźniacze, co jedna, to i druga, ale ten grubawy chłopak w żadnym wypadku! Postanowiła zerwać kontakt. Z determinacją właściwą pierwszemu zawodowi miłosnemu nie odpowiadała na – przekazywane przez rodzinę i koleżanki – prośby o spotkanie. Skreśliła Kasię, razem z jej krwistoczerwonym wnętrzem, białymi piersiami i kulinarnym zapachem.
A trzy lata temu, w swoim nowym gabinecie, zobaczyła ją właśnie od tej zasłoniętej dla innych strony. Nic na to nie mogła poradzić, tak widziała, przez sweter, spódnicę, rajstopy. Wszystkiemu winna wyobraźnia karmiona literaturą. Ciało Kasi na chwilę było jej własnym. Przeszło tę samą drogę: porodów, chorób, hormonów.
Co jeszcze? Pamiętam wiele, tylko po co wspominać? Sara wyjechała do Izraela w 1968 roku. Ja urodziłam się w 1963. Co więc tak naprawdę pamiętam? Mam we krwi swoją drogę do szkoły podstawowej, później liceum, swoje spacery w kierunku Cmentarza Centralnego, zakupy na Turzynie. Rzadko jednak dzisiejsze szlaki prowadzą mnie ku tamtym. Gdy zdarzy mi się wysiąść z samochodu, przejść po tym kwartale ulic, który kiedyś był moim środowiskiem naturalnym, jestem zdezorientowana. Kamieniczna przestrzeń wymknęła się pamięci, słabo piszczy spod naskórka remontów, sklepów, nazw, dziur w płotach.
Mieszkając na obrzeżach, zmieniamy nasze codzienne zwyczaje. Robimy zakupy w jednym z nielicznych osiedlowych sklepów, wyprowadzamy psa na osiedlowy trawnik. Nie pozdrawiamy wszystkich mieszkańców swojej klatki. Inaczej niż przed laty, w śródmiejskiej, poniemieckiej kamienicy, gdzie znaliśmy się bardzo dobrze, żyjąc ze sobą przez skórę ścian. W podzielonych wielkich mieszkaniach, ze wspólną łazienką, frontowymi drzwiami mytymi na zmianę: my na Boże Narodzenie, oni na Wielkanoc. Śluby, chrzciny, pogrzeby angażowały wówczas całą społeczność. I tu spotyka nas przykra niespodzianka: inni ludzie, inne zapachy. Czy w piwnicy numer pięć siedzi jeszcze mój pluszowy miś? Czy mieszkają tam szczury? Magia przeszłości odkryta po kilku dekadach: moje ówczesne mieszkanie zajmował w czasie wojny, a pewnie i w latach trzydziestych, stomatolog z rodziną. Miał praktykę (rozległą, spodziewam się), gabinet i poczekalnię (nasze dwa przejściowe pokoje). Wielką kuchnię z balkonem i spiżarnią. Służbówkę (światełka minitablicy rozdzielczej, dzwonek). Jest bardzo prawdopodobne, że w służbówce trzymał Polkę do posług. Czyściła duże pokoje, dbała o odzież, buty i posiłki domowników. Ile rodzin mieszkało tam po wojnie? Początkowo cztery, w moich czasach już dwie. Dziś całość wykupił kolega z podwórka. Odszykowali chatę na tip-top. Otaczają ich te same ściany, z których podczas remontu odklejaliśmy kilka warstw tapety, a na końcu na gołym tynku widniała niemiecka gazeta. Kiedy idę klatką schodową, najpierw w odwiedziny do babci, potem już tylko okazjonalnie, pokonuję schody, po których wbiegałam i z których skakałam, patrzę na światła w oknach kiedyś mojego pokoju, czuję zapach chłopca, który odprowadzał mnie z przeciągniętej randki. Sama mu się układałam w rękach, a on i tak nie umiał nie tyle sięgnąć, ile poddać się, dostosować dłonie, usta, uda do moich konturów. Jeszcze na klatce, ostatni raz, próbowaliśmy trudnej sztuki dopasowania. Podczas remontu kapitalnego (chodziliśmy po deskach, nie było stropu, co za radość dla dzieci) wymieniono klamki u okien na nowoczesne, aluminiowe. Na pierwszym piętrze zniszczenie dotknęło pięknych drzwi. Nie było mowy o renowacji, rządził pragmatyzm. Gdy weszłam do mieszkania na Redzie, pachnącego cementem, znalazłam w nim butelki po robotnikach. Gazety, butelki – surowce wtórne pamięci.
Na nowym osiedlu dopiero po jakimś czasie zaczęłam rozpoznawać twarze, nie łącząc ich już z nazwiskami w sposób wyniesiony z życia kamienicznego. Były mianami rodziców dzieci uczęszczających z moimi do klasy, a przecież o dzieciach nie mówi się po nazwisku. Matka Heleny i Łukasza była matką Heleny i Łukasza. Ekspedientka była panią ze sklepu. Właściciel budy warzywnej – facetem z warzywniaka. Poza tym ci z trzeciego, ci z dziesiątego, ci spod dziesiątki.
Pogodno miało być sąsiedzkie, ale póki co znam fryzjerkę, pana ze spożywczego i barmana prowadzącego mały bar, tutejszą rozpijalnię. Biorę lane piwo lub u‑boota, zależy od dnia tygodnia.
Do centrum wybieram się rzadko. Depresja zatrzymuje mnie w pokoju. Leżę w łóżku, a widok na sąsiedni dom nie wróży poprawy nastroju. Ktoś w nim w nocy zostawia zapalone światło. Blaknie dopiero rano. Obserwuję wzorek tapety z motywem ogrodu. Małe ludziki krzątają się wokół drzew. Gdybym mieszkała bliżej centrum – ocaliłoby mnie miasto. Spacery wśród ludzi. Kumple z bram. Dziewczyny z podwórka. Coraz bardziej boję się przestrzeni dzielącej mnie od mieszkania z kwaterunku, a zarazem przejeżdżając przez Aleję Piastów, nie patrzę na kamienicę. Zagnieździłam się na swoim strychu.
Myślałam wielokrotnie, że mogłabym stąd wyjechać. Zarzucić wędkę ku knajpce, w której lepiej smakowałoby piwo, miękkiemu trawnikowi, wygodnie urządzonej bibliotece. Powietrze byłoby tam przejrzyste, słońce ciepłe i nie bałabym się wychodzić z domu. Tyle nas wyemigrowało, a ja wszystko sobie urządzam w tym mieście.
Mój pierwszy chłopak mieszka w Ameryce. W Nowym Jorku. Może to dziwne, ale nie umiem tam go umiejscowić, a jednocześnie czuję się trochę dumna, jakby swoim nowym życiem przenosił i mnie, prowincjuszkę, w wielki świat z lektur amerykańskich klasyków współczesności. Poznaliśmy się przy saturatorze z wodą sodową. Miał zawsze przy sobie złotówkę na czerwono zabarwione bąbelki. Kochał mnie i chętnie o tym mówił. Był metroseksualny – chyba już się tak nie mówi. Przeżywał wielki dramat pożądania, gdy dotykał moich kolan, stojąc w osiedlowej piaskownicy. Byłam wyniesionym na obramowanie małym bóstwem, skłonnym zresztą do upadków: pozwalałam się całować, goniąc za słodko-cierpką niemocą, mrowieniem po wewnętrznej stronie ud, prądem biegnącym od uszu, przez ramiona, ku biodrom. Wszyscy zazdrościli mi mojego małego mężczyzny. Dziewczęta z osiedla nosiły w tornistrach jego nieaktualne zdjęcia legitymacyjne wyłudzone od siostry. Brały, co się dało, cokolwiek, chusteczkę, pasmo włosów, kartkę z zeszytu. Ich bóstwem był on.
Potęga miłości pokonuje wszystko. W czworoboku złożonym z trzech starych kamienic i reprezentacyjnego wieżowca działy się mroczne historie. Zgwałcono dziewczynkę. Leczono ją potem długo, a jeden z winowajców trafił do domu poprawczego. Bawiłam się pod okiem ojca pracującego w zakładzie zegarmistrzowskim, ale że romans z Waldkiem trwał długo, przestałam spowiadać się rodzicom z randek. Prawdopodobnie bawiłam się z gwałcicielami, gdy przez podwórko szła wciągająca wszystkich fala dwóch ogni czy berka.
Mieć chłopaka, chodzić z chłopakiem, nie z gówniarzem, ze starszym. Żuć balonówę Donald na zmianę z trzynastoletnim kochankiem. Czekać na niego nie dłużej niż minutę, bo zbiegał do mnie schodami szybciej, niż dowiozłaby go winda.
Spotkałam go w Alei Fontann. Trzymał za rękę dwuletniego chłopczyka. Przyjechał tego dnia w odwiedziny. Od paru lat mieszkał w USA. Wybrał się tam do krewnego z dziewczyną, którą widywałam wcześniej. Zastąpiła mnie, gdy miał już prawo jazdy na jednoślad, wskoczyła z wdziękiem na siodełko. Jeździli w białych kaskach. Ona w spódnicy. Wyobrażam sobie ich więc w tej drodze do Ameryki, wyglądających podobnie, zespolonych w typowym geście pary motocyklowej, lekceważąc fakt, że polecieli samolotem i zapewne nie nadali Hondy na bagaż. W Alei Fontann poczułam nieopatrzone, wciąż cieknące cięcie. Ćmiło, bo nie znałam dalszego ciągu ich historii, nie wiedziałam nawet, czy to z nią ma syna. Przez kolejne miesiące fantazjowałam przed snem o seksie z Waldkiem. Próbowałam przenieść akcję do Stanów, ale lepiej było mi przy Placu Żołnierza.