debaty / WYDARZENIA I INICJATYWY

Dysfagicy i dysfaganci (w polemicznym trybie)

Jakub Skurtys

Głos Jakuba Skurtysa w debacie „Na scenie czy w polu”.

strona debaty

Na scenie czy w polu?

1. W pierwszej osobie

Nie piszę tego tekstu w odpowiedzi na zaczepkę, bo rozpoczynający debatę esej Maćka Topolskiego „To wyplujcie” nie dotknął mnie osobiście. Ze wszystkich wymienionych, którym „obrywa się” za Zebrało się śliny oraz Kanon nowej poezji zaangażowanej w piśmie „Przerzutnia”, przy obu projektach miałem udział najmniejszy. Topolski porusza jednak problem tzw. „młodej krytyki zaangażowanej”, która skonstruowała podobno w ostatnich latach pojęcie tzw. „młodej (polskiej) poezji zaangażowanej”, i to właśnie stopień arbitralności tego gestu będzie tematem dyskusji. Niby zgadzam się z pewnymi ustaleniami, niby istnienie czegoś takiego jak poezja zaangażowana i zaangażowana krytyka o lewicowych sympatiach nie wzbudza we mnie żadnych wątpliwości, zwłaszcza jako rodzaj krytycznoliterackiego uproszczenia, konstruowanego w odpowiedzi na zastaną sytuację, odzyskującego dla literatury pewne pola dyskusji oraz konkretne sposoby ich ogrywania w wierszach. Niby podpisuję te same manifesty i opisuję tych samych poetów, których ‒ podobnie jak redaktorzy Zebrało się śliny ‒ przede wszystkim lubię czytać, a skoro lubię, to stawiam sobie pytanie: dlaczego? Pytanie to znajduje oczywiście odpowiedź w mojej wrażliwości społecznej, pokoleniowej i estetycznej, która z kolei jest wynikiem takiej a nie innej edukacji w dziedzinie literatury i filozofii.

Coś każe mi zatem najpierw pytać: „jak jest wiersz?”, „jak działa?”, niż z której ideologicznej strony wyważa drzwi (może to wpływ Lirycznych narracji jako pewnego modelu akademickiej krytyki). Jeśli zaś z powyższych pytań wyciągam rozstrzygnięcia ideowe, stoi za tym proste przekonanie: ani krytyka, ani poezja nie są niewinne i bezradne, bo język to podstawowe narzędzie tworzenia świata. Wolę zatem literaturę, która mówi o problemach społecznych i cywilizacyjnych, o miejscu słabszych, o wykluczeniach i przeoczeniach, od takiej, która wzrusza lub porusza wyłącznie kwestie metafizyczne i śledzi, jak śmiertelne „ja” paruje się z Bogiem. Wybieram poza tym na ogół poezję o lewicowej wrażliwości i takich sympatiach, bo ‒ jak większość współczesnych krytyków ‒ wolę afirmować, niż negować, poświęcić te kilkanaście godzin opisaniu znaczenia poematu Góry czy wiersza Witkowskiej, niż nudnemu (z mojego estetycznego i ideologicznego punktu siedzenia) rozmontowywaniu struktur językowych Tadeusza Dąbrowskiego czy Bronki Nowickiej. Po trzecie wreszcie, wybieram literaturę (i krytykę), w której coś dzieje się z językiem, a procesów tych nie da się do końca wyjaśnić, samą polityczność tekstu postrzegam bowiem nie jako opowiedzenie się po jednej ze stron konfliktu, ale jako zdolność wywoływania i rozmontowywania prostych opozycji.

W ostatniej poetyckiej połajance między Mają Staśko a Marcinem Sendeckim staram się więc zrozumieć argumenty obu stron[1], i choć bliższa pozostaje mi niejednoznaczność frazy Foksa, niż temat Dymińskiej, jakkolwiek zaangażowany by nie był, podzielam pogląd Staśko: koniec z mitem jedności. Wiara w emancypacyjną moc literatury może jest staroświecka i naiwna, ale pozwalam sobie na nią, choćby prawem młodości, przeciwko głosom „dojrzałych”, „nauczonych doświadczeniem”, „zrezygnowanych”, „niechętnych” lub „zastraszonych” (wiem: przywilej bycia na akademii jest tu nader istotny), oraz tych, którzy bronią liberalnego konsensusu estetycznego wedle zasady „przede wszystkim wiersz” i logiki „mało nas, nie kłóćmy się”.

Niespecjalnie dotknięty zatem szkicem Topolskiego i niespecjalnie wywołany do odpowiedzi, a raczej odpowiadający na zaproszenie, bo żywioł polemisty jest mi ‒ inaczej niż Staśko czy Kaczmarskiemu ‒ obcy, wyjątkowo zmienię zasady: pokłóćmy się, karty na stół. To też dobra okazja, żeby odpowiedzieć: Kindze Dunin (czemu nie ma Jasia Kapeli?), Błażejowi Warkockiemu (gdzie są wiersze LGBTQ?), Rafałowi Gawinowi, Monice Brągiel i całemu gronu recenzentów wspomnianej już antologii Zebrało się śliny, których szkice czytam z zainteresowaniem, a którym polityczny charakter gestów byłej ekipy „Przerzutni” wydał się bądź to zbyt dotkliwy, bądź też za słabo umotywowany. Te bowiem dwa główne zarzuty udało mi się wyciągnąć z wielokrotnej lektury eseju Maćka: „niechlujność gestu” zaangażowanych krytyków szła w parze z ich silnym, politycznym pragnieniem władzy nad literackim podwórkiem.

2. Niechaj płynie ślina

Zacznę jednak od zabawy. Topolski zręcznie nawiązuje do Zebrało się śliny (który to cytat podobał mi się, gdy jeszcze zgłaszałem akces do samego projektu, więc i teraz będę go bronił) tytułem swojego eseju: „To wyplujcie”. Hasło to po dwakroć paradoksalne. Przypomnę wiersz Konrada Góry jego soki zalewają kraj ust, z którego cytat ten pochodzi:

naród, komenda stój.
Zebrało się śliny. – Miałem
chleba. – opowiedział chłopiec
zatrzymany w rozwoju, zamiatał
ulicę za pieniądze mniejsze niźli
na niej leżą. – Miałem ryb.

Komu zatem „zebrało się” tej śliny? Nam, krytykom? Im, poetom, w imieniu których podobno mówimy? Otóż nie. Śliny zebrało się niepełnosprawnemu chłopcu, który zamiata ulice, z tym samym prekarnym statusem, co przywoływani przez Staśko poeci. Na poziomie semantyki jego figura wywołuje jednak równocześnie dwa frazeologizmy, odsyłające nas do głodu: „głodnemu chleb na myśli” oraz „ślinka cieknie” (na myśl o jedzeniu). To, że jego (s)kraj ust staje się równocześnie naszym „krajem ust”, Polską pomówień i przemilczeń, to już poetyckie, twórcze nadużycie składni przez sam wiersz. Co więcej, tekst prowadzi nas od śliny, która wstrzymuje pochód, do powodzi, która w ‘97 przelała się przez Wrocław. Czy jego (chłopca) ślina będzie kiedyś czymś takim jak rzeczona powódź? Czy w końcu przeleje się jego gniew? Czy usta są raczej tamą, a nasza mała poetycka republika więzieniem? Wracając zaś do Topolskiego, jeśli zebrało się śliny ‒ przemilczeń, bezradności i ślepoty, gniewu czy absmaku ‒ może w ten właśnie sposób została wypluta: w wierszach „poetów zaangażowanych”? W antologii pod redakcją? W przedmowie i kilku szkicach? Naplute, zaklepane, jak to na podwórku.

Sama ślina przywodzi jednak na myśl również inny kontekst: opluwania, wykluczania, trwonienia, gadania bzdur („co ślina na język przyniesie”), z czego skorzystało wielu recenzentów antologii. Przednio. Wiemy wszak, jak bardzo łobuzerskie, pfe, proletariackie to zachowanie: pluć, spluwać. A nuż jakiemuś szacownemu gremium spadnie na buty! Kto to wyczyści? Ów chłopiec z wiersza? On ma już swój cokół. Zatem lekcja na dziś: pluć jest nieestetycznie, z kulturą, a zwłaszcza poetycką, nie ma to nic wspólnego.

Jeśli zatem chcecie należeć do kulturalnych „elit”, może warto się powstrzymać? Może lepiej ślinę przełknąć i pogodzić się z tym, że istnieje dziś poezja szczególnie wyczulona na problemy społeczne, że są autorzy o lewicowej wrażliwości i tacy też krytycy, którzy będą o nich pisać? Że antologia była niedoskonała, bo (na szczęście) niczego nie rozstrzyga, ale sam gest jest zasadny? Zawłaszcza poetyckie podwórko? Gra o władzę i symboliczny kapitał? Może zatem już czas podwórko odzyskać, tak jak oni (Kaczmarski, Koronkiewicz, Staśko, Kujawa) zaczęli je kilka lat temu reorganizować po westchnieniach Pawła Próchniaka, Piotra Śliwińskiego, Mariana Stali, po wszechobecnym na wszystkich poziomach edukacji przekonaniu, że wiersz powinien dotyczyć wyłącznie spraw ducha i uczuć, po wciąż powtarzanych na uczelniach tezach o apolityczności roczników 90’ czy nazbyt upraszczającemu rozumieniu samej polityczności (to z kolei wciąż nieodkupiona wina Igora Stokfiszewskiego)? Zapraszam Maćku, a tymczasem proponuję przełykać, mimo wszystko przełykać, bo literacka dysfagia to choroba znacznie poważniejsza, niż zadławienie się Derridą (z grzeczności przypomnę wczesnego Sławka, a nie późnego Topolskiego).

Na marginesie w szkicu o Danke Dominiki Dymińskiej Przemysław Czapliński zaproponował nie tak dawno dwie figury, które przeniósł z pola schorzeń psychicznych, dowartościował je i kazał nam się w nich przejrzeć. Jedną była anorektyczka, drugą zaś bulimiczka. Przytoczę ten z pozoru tylko kuriozalny fragment:

bulimia to także postawa poznawcza. Zwracanie pokarmów to coś w rodzaju zyskiwania niezależnego osądu poprzez oddzielanie się świata. Prawdziwą niezależność względem rzeczywistości, względem pokus i smaków, pokarmów i darów, mogą zachować tylko anorektyczka i bulimiczka: pierwsza, bo odmawia jakiegokolwiek kontaktu, druga, bo odmawia różnicowania i zatrzymywania. Bulimiczka wie, że aby świat zrozumieć, trzeba się od świata oddzielić. Aby zaś od świata się odizolować, trzeba go zwrócić. Gdyby Kartezjusz przemyślał sprawę ciała, mógłby powiedzieć: „vomito ergo sum”. Rzygam, więc jestem.

Zachowajmy odrobinę krytycyzmu względem tego, przeszarżowanego nieco gestu. Wszak bulimiczka u Czaplińskiego wie lepiej, a anorektyczka zapewnie nie cierpi na żadne zaburzenia, tylko świadomie się wyrzeka. Rozumiem, że oba te stany można rozpatrywać socjologicznie i metaforycznie zarazem, zwłaszcza jeśli jest się wziętym krytykiem literackim i profesorem UAM, ale to wciąż zaburzenia. Nie sądzę, żeby takiej akurat podstawy dla rozumu poszukiwał Kartezjusz. Ale co może wiedzieć Kartezjusz, skoro nie przemyślał spraw ciała…

Twierdzę tymczasem, że tak jak „epistemiczna” anorektyczka i bulimiczka są wzorcowymi figurami dla ponowoczesności, jedna odmawia bowiem przyswajania informacji już na poziomie samego pragnienia, druga kompulsywnie zwraca, żeby informacji nie przyswoić, tak dysfagik jest w ponowoczesności figurą intruza, zrzędliwego i wiecznie niezadowolonego. Chciałby zjeść swoją porcję lodów, ale ma problemy z jej przełknięciem. Nic w tym śmiesznego, bo za wszystkimi trzema kryją się poważne schorzenia. Anorektyczka blokuje podstawowy, libidalny impuls i wszelką przemianę materii, bulimiczka patologicznie konserwuje siebie, usuwając bez wartościowania, dysfagik zaś bardzo chciałby włączyć się w proces rozumienia i przyswoić treści, ale coś mu to utrudnia; tak jakby ktoś włożył mu kij w szprychy hermeneutycznego koła, jakieś złe dzieciaki z podwórka zabrały rower, a jego porcję lodów zjadł starszy brat. Problem dysfagika z przełknięciem pewnych treści jest więc nie tylko niebezpieczny, ale i frustrujący: stwarza poczucie izolacji od świata, której ten wcale nie chce, staje się zatem ofiarą własnej niemożności przyswajania. Każdy kęs przeżuwa tak długo, aż ten straci konsystencję i smak. Zgaga odbija się raz to poczuciem rozgoryczenia i rozczarowania, skutkującym niechęcią wobec wszelkich pojęć i kategoryzacji, innym razem pojęciową czkawką. Oba te stany przywodzą mi na myśl obraz krytyki, za którą nie przepadam: bądź to opierającej osąd na własnym urzeczeniu, antyintelektualnej, impresyjnej i przewrażliwionej, bądź też popisującej się teoretycznym naddatkiem i stylistyczną ekwilibrystyką, chcącej równać raczej do Derridy niż Wyki czy Błońskiego.

3. Hej, towarzysze!

Druga sprawa, która wywołała mnie do odpowiedzi, to retoryczna strategia eseju Topolskiego. Zacytuję sam początek tekstu, bo gdy już przedarłem się przez splot okoliczności „sprzyjających” i „niesprzyjających” (ostatecznie nie wiem, które ułatwiły zawłaszczający gest krytykom, a które raczej podkreślają bezcelowość tego gestu), trafiłem na takie oto wyłożenie zasadności całej polemiki:

w tym tekście nie będą nas interesować wiersze (przynajmniej nie bezpośrednio), nie zamierzamy proponować nowych interpretacji wierszy uznanych za „zaangażowane” (to jest do zrobienia), nie chcemy zmieniać proponowanego kanonu (ten należy ciągle podawać w wątpliwość). Pragniemy przede wszystkim zająć się krytyką konkretnych tekstów krytycznych.

Jeśli już krytykować akademickość wcześniej wspomnianych głosów lub całego konceptu „poezji zaangażowanej”, może warto przeprowadzić to stylem nieco mniej akademickim? Kto jest bowiem tym „my”? Ani „my-my”, tzw. zaangażowani, ani „wy-wy”, krytyczni i sceptyczni, nie pragniemy chyba zbiorowo? Całość wypowiedzi przypomina przez to raczej internetowe żarty w stylu „ja papież ty papież Polska papież” i nie pozwala potraktować się w pełni poważnie.

Kto kryje się tym razem za liczbą mnogą, tak ładnie udającą zbiorowe niezadowolenie, zbiorowe poczucie odpowiedzialności i obiektywizujący tryb polemiki? Albo zapytam inaczej, mniej bezpośrednio: czyich interesów broni to „my”? Nieakademickich, nieprofesjonalnych czytelników? Całkiem nieźle w takim razie orientują się w robieniu przypisów i badaniach metakrytycznych (polecam Krytyczne nieporządki Doroty Kozickiej, wzorcową realizację gatunku), a w takim razie raczej nie potrzebują obrony przed zawłaszczającymi ruchami jakiejś tam grupki młodych krytyków. A może broni się tu polskiej poezji? Jej polifoniczności i dynamicznego obrazu? Zapewniam, że obraz jest dynamiczny i tutaj, po stronie tzw. „zaangażowanych”, którzy sami nie mogą się zdecydować, bo jeden woli Mansztajna, a drugi Taranka, bo jeden uważa za najbardziej niedoczytanego Czerkasowa, a druga składa wybór wierszy Pułki lub walczy o cybernetyczną rewolucję i ujawnia prekarność ukrytą pod płaszczykiem estetycznego samozadowolenia. Z tego co pamiętam, Staśko i ja broniliśmy prac magisterskich o Dyckim, Koronkiewicz o Sosnowskim, a Kujawa o wideopoezji z ukłonem w stronę Cage’a, Kaczmarski nic nie bronił, bo nie musiał, a Glosowitz właśnie doktoryzowała się z rozprawy o afektach u Podgórnik, Witkowskiej i Bargielskiej. Mało? No to dodajmy szkice i recenzje o rocznikach sześćdziesiątych, o tekstach Grzebalskiego i Sośnickiego, Pasewicza i Wiedemanna, a zwłaszcza już Foksa, Sendeckiego i Jarniewicza. Przypominam sobie, że z uwagą pisałem też o Miłobędzkiej, Zadurze, Sommerze czy Matywieckim, za innych mówić nie będę.

Czy cała polska poezja jest zatem zaangażowana w znaczeniu, jakie proponują wyżej wymienieni krytycy? Nie. Nie musi, nie powinna wręcz. Na postulowaną kategorię zaangażowania składa się zespół czynników, decydujących o jej nieostrości i zarazem wyczuwalnej w środowisku wspólnocie: poruszanie tematów społecznych, definiowanie samego siebie w kontekście lewicowej wrażliwości lub aktywizmu, świadomość własnego statusu społecznego w obrębie kapitalistycznego podziału pracy, ponadto przynależność do pewnej formacji literackiej, której wspólne jest poczucie przewartościowania najpierw „brulionu”, a potem dykcji Sosnowskiego (który ‒ swoją drogą ‒ sam doskonale ją w tym wszystkim wyprzedza), wreszcie: sympatie i antypatie poszczególnych krytyków.

Jeśli jednak grupa tak różnych, niezgadzających się co do metod i podejść ludzi zbiera pod wspólną etykietą grupę poetów, których dzieli prawie wszystko, ale którzy chętnie przystają na sam pomysł, to gest taki nie jest próbą stworzenia szkoły, chodzenia parami, ideologicznego upraszczania czy zasłaniania się programem, jak to zwykle mówi się o wszelkich grupowych występach na tym liberalnie spaczonym, indywidualistycznym podwórku, tylko działaniem wynikającym z podobnej wrażliwości i podobnej diagnozy literackiego pola: stagnacji, niechęci do wytyczania nowych linii, rozproszenia poetyckiej mapy na szereg grup-czasopism i określanych „na czuja” dykcji regionalistycznych, petryfikowania się modelu czułego, acz nie wnoszącego wiele informowania o debiutach oraz wzdychania nad bezpiecznie okopanymi rocznikami sześćdziesiątymi.

Jeśli poezja się liczy, bo liczy się literatura ‒ a bez tej wiary możemy się od razu zamknąć w akademickich gettach zdziwaczałych profesorów, których korpusy przechadzają się po każdej z polskich uczelni ‒ to dlatego, że jest wciąż sposobem myślenia o życiu, wyobrażania sobie innych możliwości, czasem prowadzi do obnażenia manipulacji językowych, a czasem działa bezpośrednio i pozwala wyartykułować gniew, opowiedzieć o zmieniającej się sytuacji i niezmieniających się problemach. „Język to sznur pod dzwon” ‒ tą frazą z wiekowego już wiersza Góry mierzę swoje tzw. zaangażowanie w krytyce literackiej. To oczywiście sprawa metafory i analogii, ale może czas (po Wynaleźć codzienność, Tysiącu plateau i Społeczeństwie Spektaklu) potraktować te dwie figury jako narzędzia politycznego konfliktu.

4. O tzw. krytykę projektującą

A teraz, na koniec, najważniejsze pytanie: czym jest krytyka, jaka była i jaka być może? Dla przypomnienia tym wszystkim, którzy oskarżają Zebrało się śliny lub działania „Przerzutni” o gest wykluczający, o uzurpowanie sobie pozycji, o przemilczanie ważnych poetów: krytyka wywodzi się w większości języków europejskich z greckiego czasownika krinein, czyli „rozdzielać”, „odsiewać”, „rozstrzygać”, „sądzić”. Jest źródłowo spleciona z podziałem i koniecznością wyboru, a Kantowska Krytyka władzy sądzenia to z tej perspektywy wręcz pleonazm. Sama krytyka literacka zaś w naszym, nowoczesnym rozumieniu, zaczyna się w okolicach XVIII wieku, jako wywodzący się z warstw mieszczańskich głos sprzeciwu wobec absolutyzmu państwa. Z czasem zwykliśmy mówić o projektującej i sprawozdawczej roli krytyki literackiej, a ostatnio ‒ jak się zdaje ‒ o tej pierwszej zapomnieliśmy zupełnie. Jak przypomina nam ponadto Jan Gondowicz we wstępie do książki Pan tu nie stał, polemizując z Jerzym Stempowskim, recenzja literacka u swoich źródeł genologicznych miała charakter interwencji i działania politycznego, wcinającego się pomiędzy tych, którzy sprawują symboliczną władzę, a tych, którzy są zobowiązani do jej respektowania:

Recenzent jest zawiadowcą, mającym nawiązać kontakt z nieświadomym często sojusznikiem bądź rozpoznać podstępy wroga. W sumieniu recenzji jako gatunku literackiego tai się kontestacja: nie sposób być krytykiem literackim, nie będąc krytykiem ustroju[2].

Porozmawiajmy zatem o krytyce projektującej, o jej politycznym wymiarze i o lęku rodzimych humanistów przed każdym silnym gestem.

Jednym z zarzutów Topolskiego wobec samej antologii i pozostałych działań „krytyków zaangażowanych” (niech im, nam, czy komu tam, będzie tak na drugie) jest brak zdefiniowana teoretycznych i historycznoliterackich ram zjawiska „poezji zaangażowanej”, którą przedstawia się w Zebrało się śliny i Kanonie…. Nie wiem, jaka pasja starego polonisty przemówiła przez Maćka, ale krytyka towarzysząca, ferująca wyroki i wyznaczająca nowe podziały literackiego podwórka, dokonująca pobieżnych często wartościowań i wymyślająca produktywne metafory, nie jest, przynajmniej w moim rozumieniu, równoznaczna z historycznoliteracką syntezą na potrzeby ostatniego roku polonistyki (nie trzeba sięgać do chybionych, ale ożywczych kiedyś metafor Karola Maliszewskiego, wystarczy spojrzeć, jak bardzo „korygował się” zawsze skłonny do syntezy Czapliński, np. między Śladami przełomu a Polską do wymiany).

Życie literackie to pewien dynamiczny proces, odbywający się w lepiej lub gorzej zorientowanej przestrzeni. Możemy ją oczywiście przycinać, pisać słownikowe hasła i definicje, jak np. Krzysztof Biedrzycki do monumentalnego The Princeton Encyclopedia of Poetry and Poetics (wydanie czwarte), który w polskiej liryce po roku 1989 nie raczył wspomnieć o Andrzeju Sosnowskim i Eugeniuszu Tkaczyszynie-Dyckim. Możemy pisać programy i tak przykręcić śrubę kryteriów wartościowania, że właściwie niemożliwe będzie ich spełnienie (że przypomnę „Zwrotnicę”, skoro już wciągamy „Przerzutnię”). Tylko po co to wszystko? Żeby silny gest krytyczny, jakim zawsze jest wydanie antologii, grupowanie siebie lub poetów, uczynić jeszcze silniejszym, a przez to bardziej siermiężnym? A może to właśnie siła tego gestu wzbudza taką niechęć? Raczej jego podjęcie, niż celowe niedomknięcie?

Jacek Gutorow (nie sądzę, żeby ktoś podejrzewał go o bycie krytykiem czy poetą zaangażowanym, w sensie proponowanym przez byłych i obecnych redaktorów „Przerzutni”) bronił się kiedyś przed podobnymi zarzutami po wydaniu Urwanego śladu: „Utopia to synonim albo figura niekończącego się postępowania. Dynamizmu ‒ bo nigdy nie dochodzimy do sedna, które jest zawsze gdzie indziej, powiedzmy przed nami ‒ a zarazem absolutyzacji”. Największą zaletą podjętych w obrębie „Przerzutni” i Zebrało się śliny… działań była dla mnie właśnie ich utopijna specyfika: nie tyle oddzielająca dobro od zła, jak imputuje Topolski, bo nie o tej rangi metafizycznym geście mówimy, ale przywracająca możliwość poetologicznego i zarazem politycznego myślenia o wierszach w obrębie mocno sformalizowanej krytyki, otwarcie występującej przeciwko tendencjom impresjonistycznym i antyintelektualnym. Wynikające stąd (do)wartościowanie pewnych poetów jest raczej pochodną możliwości lektury, jakie stwarzają ich wiersze, niż chęcią przemilczenia innych.

To miłe, że Maciek pofatygował się przeczytać te kilka szkiców ze strony „Przerzutni”, które weszły w skład Kanonu nowej poezji zaangażowanej, projektu tyleż ważnego, co niepoważnego, już z nazwy stojącego w sprzeczności z działaniami poszczególnych krytyków, ale też jawnie godzącego w samodekonstruujące się, z założenia słabe literaturoznawstwo ostatnich dwóch dekad. Miło, że włożył tyle pracy w przeanalizowanie poszczególnych zdań w przeczących sobie wzajemnie esejach (np. bardziej formalistycznej Koronkiewicz i performatywnie bojowej, socjologicznej Staśko), i że postanowił napisać swój szkic, rozmontowujący krytycznoliteracką kliszę „poezji zaangażowanej”, pokazując niedociągnięcia i przemoc w afirmatywnych gestach.

Kanon jako taki, podobnie jak archiwum ‒ przypomina Topolski, na wszelki wypadek, a jakże, odsyłając czytelnika do autorytetu Jacques’a Derridy ‒ zawierając w sobie konkretny, ustalony, wskazany zbiór tekstów (kultury) jest konstrukcją wykluczającą, która pozostawia poza swoim obrębem tych, którzy są (poetycko) „niesłyszani”, a więc nie zostali przez instytucję posiadającą moc performatywną „uświęceni” ze względu na swoją siłę. Z jednej strony mamy do czynienia z poetą politycznym unikającym haseł czy słów-kluczy, z drugiej z krytykiem literackim stawiającym na hasłowość, na przecenienie słowa „(polityczne) zaangażowanie” i stawiania jednych poetów wyżej od innych.

Problematyczne są zatem ‒ jak rozumiem ‒ zwłaszcza kryteria wyboru tych a nie innych poetów. Kaczmarski i Koronkiewicz stworzyli w Zebrało się śliny… dość toporną konstrukcję, ale może nie dało się jej inaczej napisać, co wypunktował Topolski:

prezentowani poeci są tymi, którzy redaktorzy lubią czytać, których najbardziej cenią i uważają za najbardziej obiecujących „niezależnie od ich stosunku do kategorii zaangażowania”. To słowo „niezależnie” jest wyłącznie zasłoną dymną, gdyż poeci i poetki tworzący poezję zaangażowaną są zarazem najciekawszymi, a są „najciekawsi” (najlepsi, najsilniejsi) wyłącznie przez fakt gustu redaktorów. Daje to proste subiektywne równanie: zaangażowani = najlepsi / najlepsi = zaangażowani.

Nie wiem, czy słowo „niezależnie” rzeczywiście ma w przedmowie do Zebrało się śliny taką moc ukrywania równań. Zamiast zakładać, że redaktorzy (jako autorzy wyboru) i autorzy esejów przemawiają jednym głosem, cechuje ich ten sam gust, a zatem ich subiektywny wybór (nasi poeci) zaczyna legitymizować wartościowanie (najlepsi) i zarazem nową kategorię krytycznoliteracką (zaangażowani), warto by rozważyć inną opcję. Skoro nie ma programu krytyki zaangażowanej, nie ma definicji poezji zaangażowanej, skoro kanon zawiera pięć interpretacji i raczej z kanonów się naśmiewa, a sami krytycy otwarcie mówią równocześnie o odczuciach, intencjach, preferencjach lekturowych itd., to i wybór poetów do antologii również jest wynikiem kompromisów, połączonych z możliwościami wydawnictwa i brakiem jakichkolwiek dotacji, nie zaś w tajemnicy obmyślonym zamachem na polską literaturę najnowszą.

Jeśli zaś chodzi o to, których poetów wyróżnia sama kategoria zaangażowania, odpowiedź jest dla mnie banalnie prosta i powtarza argumenty Kaczmarskiego z przedmowy do Zebrało się śliny: w tej chwili najciekawszych, a gdyby kategorii nie było, pisałbym o nich z podobnym zainteresowaniem i uwagą. Potrzebujesz, Maćku, przepraszam, potrzebujecie (towarzysze?) innych kategorii, wyróżniających innych poetów i dowartościowujących ich na innej zasadzie? Ponownie: zapraszam do wymyślania, do pracy równocześnie nad wierszami i pojęciami, jak rozumiał to Gilles Deleuze, do takiej więc, jakiej podjął się np. Kaczmarski w cyklu esejów na łamach „Arterii”. Jak na razie nie widzę jednak na tym podwórku kogokolwiek, kto zamiast grzebania patykiem w ziemi zaproponowałby sadzenie nowych drzewek. Na najciekawszą grupę opozycyjną wobec akademickich standardów, formalistycznych analiz, ideowego skrzywienia „krytyków zaangażowanych” oraz ich doraźnego podejścia, wyrasta tymczasem facebookowa ekipa „Porozmawiajmy o poezji”, która raczej nie zamierza wydawać książek z esejami ani historycznoliterackich monografii.

Nie wiem, czy któremuś z poetów zebranych w antologii lub omawianych przy różnych okazjach zaszkodziła dotąd kategoria zaangażowania. Jedni przyznawali się do niej sami, drudzy musieli się potem tłumaczyć lub problematyzować ją na swój sposób, co i tak wydaje mi się produktywne i inspirujące w kraju, w którym poezja pozostaje sprawą prywatną: indywidualnej dyspozycji, samotnego geniuszu, niewytłumaczalnej wrażliwości. Że Góra różni się od Witkowskiej? Tego właśnie dotyczy każda recenzja i każdy szkic wspomnianych krytyków. Że mają coś wspólnego? Czasem warto podjąć się i tego rodzaju opisu, a wydaje mi się, że Topolski chętnie spróbowałby znowu swoich sił w pewnego rodzaju syntezie, w jakimś mniej „niecierpliwie i niechlujnie powołanym projekcie krytycznoliterackim”. Zachęcam, bo krytyka potrzebuje ich tak samo, jak wnikliwych szkiców o jednym wierszu czy polemicznych wobec siebie recenzji.


[1]Staśko podała w szkicu z „Krytyki Politycznej” przykład Darka Foksa i Marcina Sendeckiego, jako poetów niepodejmujących w wierszach tematyki społecznej (powołując się zresztą głównie na panel dyskusyjny z ich udziałem), w przeciwieństwie do Jasia Kapeli i Dominiki Dymińskiej. Odpowiedział na to w „Nowych Książkach” Marcin Sendecki, określając ją mianem współczesnej Melanii Kierczyńskiej i przywołując ironiczny „śmiech Foksa” jako arbitra elegancji przeciwko ideologicznym uroszczeniom wobec literatury. Cały problem polega na tym, że zarówno w moim odczuciu, jak i chyba większości wywołanych przez Topolskiego do głosu krytyków, to właśnie Foks prezentuje jedną z najciekawszych w swoim pokoleniu wizji polityczności literatury, i choć do grona „młodych poetów zaangażowanych” z pewnością go zaliczyć nie można, to jego dialog z sytuacjonizmem i Debordem zasługuje na uwagę każdego lewicowo zorientowanego krytyka. Staśko zakreśla jednak nieco inny, bardziej socjologiczny obraz „poezji zaangażowanej” (czy ta definicja jest wystarczająco precyzyjna, Maćku?): „Poezja gra kulturę «wysoką», ale poetki i poeci nie są elitą. Nie mają szerokiej możliwości zabierania głosu, pracują w zamkniętej przestrzeni, której reguł nie są w stanie ustalać, na niestabilnych formach zatrudnienia, wykluczeni z systemu ubezpieczeniowego i emerytalnego. Podobnie jak cały prekariat. «Umowa o dzieło» dotyczy w takim samym stopniu sprzątania uniwersytetu, jak i wytwarzania wierszy – ani jedno, ani drugie nie jest dziełem czy arcydziełem, lecz codzienną pracą. (…) I dokładnie dlatego tak rozumiana poezja – poezja zaangażowana – jest rzeczywiście uniwersalna. Nie dotyczy wyłącznie uprzywilejowanej szajki decydujących, lecz reprezentuje szersze grupy społeczne, które często nie mają do głosu prawa czy dostępu”.
[2] J. Gondowicz, Genealogia recenzenta, [w:] Pan tu nie stał. Artykuły drugiej potrzeby, Warszawa 2011, s. 14. Po więcej tego typu historii, a także tego, jakie znaczenie w tworzeniu się profesji krytyka literackiego miał gust oraz wiara w „zdrowy rozsądek” (common sense), odsyłam do The Function of Criticism Terry’ego Eagletona.