debaty / ANKIETY I PODSUMOWANIA

Jestem mężczyzną, więc mam obowiązki męskie

Maja Staśko

Głos Mai Staśko w debacie "Na scenie czy w polu?"

strona debaty

Na scenie czy w polu?

Ja wiem, że panowie uwielbiają ciągnąć w nieskończoność totalnie bezproduktywne dyskusje, byleby tylko zaznaczyć swoją obecność. Ja wiem, że kochają dowodzić swoich racji swoim idiomatycznym językiem, by wygrać tę batalię, która niczemu innemu poza ich zwycięstwem, poza podreperowaniem sobie ego, nie służy. Ja wiem, że wprost ubóstwiają mansplainować i podważać argumenty poprzedników, by sami być za chwilę podważani, bo to taka twórcza wymiana! Nareszcie coś się dzieje! Zwłaszcza gdy w identycznej formie debata odbyła się kilka miesięcy wcześniej; w sumie tym lepiej, nie trzeba wymyślać nowych argumentów ani określać swojej pozycji od nowa – lajki lecą, a nic się nie zmienia, bo dyskusja wciąż wraca do początku, więc jej rozwój i wpływ jest skutecznie hamowany. Strasznie to wszystko ekscytujące i niewiarygodnie ważne, warto poświęcić temu swój czas wolny od pracy, bo jak go spędzać, jeśli nie na dawno odbytych dyskusjach i hodowaniu animozji i osobistych sympatii, pisząc za darmo teksty na portal wydawnictwa poetyckiego? No przecież, że tak.

Redaktor BiBLioteki, gdy wysyłał mi jakiś tydzień temu kolejną propozycję wypowiedzi w debacie, argumentował ją tak: „kurczę, byłoby bardzo klawo – z dwóch powodów. pierwszy, że ty, więc dobry głos gwarantowany. drugi, że do tej pory w dyskusji wzięli udział sami faceci – wszystkie krytyczki, które zapraszam do dyskusji, z różnych powodów odmawiają współpracy. jest mi przez to dość głupio, eh”. Zjawisko nienowe i bardzo znamienne – w dyskusjach na Facebooku, na portalach, na forach czy podczas spotkań poetyckich w zdecydowanej większości przeważają głosy męskie. Kultura flejmu, pięknie wspierana mitami poety-geniusza-jednostki i self-made mana, ogólnie służy temu, żeby zaorać i wygrać, a nie dojść do porozumienia. Żeby zaznaczyć swoją obecność, swój mocny i koniecznie ważny głos. Żeby zaistnieć w przestrzeni publicznej, nawet przez hejt czy totalnie absurdalne argumenty. Dzięki temu adrenalina wali, testosteron wrze, a sukces sukcesem pogania– żyć nie umierać po prostu. Pięknie jest, wspaniale.

Uwielbiam też być zapraszana do dyskusji, bo jestem kobietą – zwykle odbywa się to w mniej subtelny sposób niż ten drugi powód. Uwielbiam też szantaż emocjonalny typu: nie ma kobiet w debacie. Dalej czuję ciąg: skoro walczysz o miejsce kobiet w debacie, to weź w niej udział, bo inaczej nie będzie kobiet w debacie. Jesteś współodpowiedzialna, działaj. To jak pisanie: „zebrało się śliny? to wypluj!”, „nie ma kobiet w debacie? to napisz!”, „nie możesz odnieść sukcesu? to odnieś!”. We wspaniale couchingowych okrzykach umyka to, co umyka w całym neoliberalizmie: warunki wytwarzania. Te zaś wykraczają poza tę jedną jedyną osobę, która ma wypluć ślinę, napisać tekst czy odnieść sukces, bo za każdą z tych czynności wykonaną przez nią będzie się kryło kilka innych osób, które nie będą w stanie tego zrobić ze względu na systemową dyskryminację. I to problem zarówno klasowy, jak i genderowy.

Może więc jednak milczenie kobiet to wina miejsca i jego reguł, nie kobiet. Może nie bez powodu to głównie panowie przekrzykują się i naprężają swoje intelektualno-dyskursywne bicki w tego typu dyskusjach, by usłyszeć zbawienne „zaorałeś!” albo zdobyć miliony lajków. Patrz: edukacja, kultura, gender. Dziewczyny rzadziej mają na to ochotę, także dlatego, że inaczej są w takiej roli traktowane: nie jako dumne trolle czy zażarci dyskutanci, lecz jako rozkrzyczane feminazi, sfrustrowane i rozhisteryzowane, które odreagowują PMS; „policja menstruacyjna” – podsumował mnie jakiś czas temu poeta Adam Wiedemann na Facebooku. Kobiety często piszą więc wprost, że tego typu pompowanie sobie ego i wystawianie się na kolejne wyzwiska nieszczególnie je interesuje, a zamiast zaciekłych i pełnych samczego zacietrzewienia flejmów wolą iść na spacer albo robić dosłownie cokolwiek niż to.

A, użyłam słowa „panowie” i będę używać słowa „panowie”, mimo iż w dyskusji na Fejsie pod filmem, w którym pisarka Joanna Lech opowiada o seksizmie w polu, poeta Piotr Janicki strofował mnie, gdy pisałam o haniebnych zachowaniach panów: „maju, kilka skroli wcześniej coś już było o pannach, panach itd. to w sprawie szlifowania języka debaty”. Uwielbiam te momenty, gdy w dyskusjach kobiet o seksizmie i dyskryminacjach, którym podlegają, panowie denerwują się, gdy słyszą „panowie”, „faceci” albo „kolesie” i poprawiają dziewczyny, bo sobie tego nie życzą: co jak co, ale to nazywanie ich „panami” jest tu istotą sprawy, a nie głosy systemowo wykluczanych. Tym sposobem z krzywdy dziewczyn, które opowieścią o niej zagarniają nagle przestrzeń symboliczną, więc miejsce dla panów w takiej dyskusji znacząco znika, panowie przenoszą uwagę na swoją krzywdę – i znów są w centrum uwagi, bo ofiara w mesjanistycznej kulturze to jest to. I nic się nie zmienia, podmiot jest męski jak zawsze: jakże wspaniały to hamulec działający w imieniu uprzywilejowanych! Co ty mi tu o molestowaniu, o systemowej dyskryminacji, kiedy ja zostałem nazwany „panem”, dziewczyno!

Biedni mężczyźni, ofiary seksizmu wobec kobiet.

Warto tylko dodać, że wbrew liberalnemu wyrównaniu, „panny” i „panowie” to jednak dwa totalnie inaczej nacechowane słowa i nie ma między nimi żadnej równości, tym bardziej w ramach ,,szlifowania” języka debaty. Ujawnia to choćby sytuacja, gdy w programie Studio Polska z 4 czerwca 2016 r. Konrad Berkowicz z partii KORWiN nazwał Justynę Samolińską z partii Razem „waćpanną”, nie widząc w tym nic złego (staropolskie! z szacunkiem!). Otóż naprawdę, „waćpanny” czy „panny” to nie jest to samo, co panowie – to słowa zakorzenione w patriarchacie, który ustawił ich działanie i rozumienie. Na przykład tak, że całkowicie uzależniają kobietę od mężczyzny, wskazując, że jest wolna i dostępna, bo niezamężna. Posługiwanie się tą kategorią przez „pana” jest protekcjonalne i seksistowskie. ,,Pan” to opresor, a ujawnianie i podkreślanie tego w rozmowach o dyskryminacji jest dużą wartością, bo właśnie relacje władzy, których ,,pan” jest wstrętną emanacją, ustawiają tego typu komentarze. Założenie o równości tych słów – podobnie jak bajeczki o równości płci, gdzie „wszystko zależy od ciebie” (no, może poza kontrolą własnego ciała i życia), a te same gesty osoby jednej płci względem drugiej i drugiej względem pierwszej zawsze znaczą to samo (no, może poza tym, że z jednej strony służą dyskryminacji, a z drugiej – jej przeciwdziałaniu) –jest podstawą neoliberalnego szowinizmu, który pomija warunki współkształtujące relacje. A warunki są seksistowskie i to w nich działamy, nie zaś w nienacechowanej próżni. Bez założenia o istniejących nierównościach trudno walczyć o równość, kiedy problemu nie ma. Można się spokojnie oddać celebracji siebie, uprzywilejowanego podmiotu, który nie musi dbać o jakieś walki, bo całkiem mu fajnie.

Więc dziękuję za to upomnienie, Piotrze, ale jednak nie, mansplaining jest zawsze super, ale jednak NIE.

Zresztą, pod wspomnianym postem z filmem Joanny Lech nie pojawiają się komentarze dziewczyn o podobnych doświadczeniach, słowa wsparcia czy postulowane rozwiązania; całość od początku sprawnie zagarniają gównoburze wokół wypowiedzi panów: poety Kaspra Pfeifera, który wrzuca zdjęcie Lech z kawałkiem biustu i jakże zabawnie komentuje: „DAJE DO MYŚLENIA”, a potem żenujące wyznania poety Szymona Bogumiła Jakucia w stylu: „prostytutka to zawód a kurwa to charakter”, i opowieści, jak to nie potrzebuje już zdjęć pisarki, bo „od groma jest takich dziewcząt jak ty na portalach społecznościowych”. Gdzieś tam dalej poeta Rafał Gawin mocą całej swojej wiedzy w temacie tłumaczy, że „tu nie chodzi o molestowanych i molestujących, „prowokujących” i „sprowokowanych””, bo „tego się nie da tak po prostu raz a dobrze rozdzielić na tym poziomie”– czyli typowe neoliberalne pierdololo, które przez rozmywanie i płynność blokuje walkę z dyskryminacją, skoro sama dyskryminacja jest niejasna, a tym samym przyzwalana molestowanie i sankcjonuje istniejące warunki (Gawin powołuje się na zjawisko hejtu w internecie jako na argument tłumaczący seksistowskie komentarze – usprawiedliwianie seksizmu seksistowskimi warunkami w patriarchacie zawsze na propsie, byleby tylko z nim nie walczyć: biedni seksiści w seksistowskim świecie, doprawdy). Inni piszą o tym, że pisarka sama to sprowokowała, że to tylko żarty albo alkohol, że skoro nie reagowała, to jej się podobało – wszystko jak z podręcznika do szowinizmu naszego powszedniego. W tak ustawionej sytuacji kobietom pozostaje odpierać tego typu ataki i po raz kolejny je demaskować, co oczywiście znów kieruje energię na podmiot męski w centrum uwagi zamiast na wspólne działanie podmiotów żeńskich.

Chociaż może właściwie nie powinnam w tekście na portalu poważnego wydawnictwa wspominać o Fejsie, bo taki komentarz czy post to jednak nie oficjalna publikacja, która podbudowuje elitarne poetyckie ego, tylko jakieś powszechne, codzienne medium społecznościowe, gdzie pisać może każdy, a nawet – o zgrozo – każda (chociaż to w tym środowisku rzadziej). Poeta Marcin Sendecki, gdy zamieścił wiersz Tran w komentarzu pod postem z fragmentem tekstu Skurtysa, kilka godzin później usunął go, bo „miejsce nie to”, i opublikował, jak trzeba, w magazynie poetyckim. Też za darmo, też z minimalnym zasięgiem, ale punkciki prestiżu lecą, w końcu – wedle samego wiersza – „wiersze leją inaczej”, nie w lesie (zważywszy na ich w większości papierowe wydania, to jednak w lesie, niemniej Szyszko dziękuje Poecie), jak prawdziwość, klasowość, przytomność czy świadomość. Wszak liczy się tylko tekst, a nie cały ten brud poza nim: pozycja w polu, relacje władzy, uprzedzenia czy dyskryminacje. Dzięki temu pozostają bez zmian i trudno je tknąć, kiedy tknięcie jest doraźne (fu), plotkarskie (fu), brukowe (fu)i ogólnie nie na temat. Bo liczy się tylko tekst.

Na przykład taki tekst, którym Marcin Sendecki rozpoczął swój flejm, bynajmniej nie w internecie, lecz w papierowym magazynie, w „Książkach”:

… że na koniec malutkie pro domo sua, lecz sami państwo rozumieją, że samokrytyka jest zawsze na miejscu. Otóż zostaliśmy zdemaskowani. Ja i kolega Darek Foks, ale – sami państwo zobaczą – moja wina jest większa. Otóż w tej samej „Krytyce Politycznej” ukazał się tekst bojowej krytyczki Mai Staśko o dźwięcznym tytule „Poeta precarius”, który zaczyna się znamiennymi słowy: „Koniec mitu jedności w poezji. Czas obudzić się na podziały klasowe”. A potem w końcu padają nazwiska niektórych szkodników, co to jednoczą i się klasowo nie budzą: „Na niedawnym spotkaniu w Poznaniu »Poezja polska i sytuacja polityczna 2006 vs. 2016« Darek Foks powiedział, że doskwiera mu obecna sytuacja polityczna, ale czy o tym właśnie ma napisać wiersz? Marcin Sendecki zaśmiał się, że przecież jasne, że nie. Otóż właśnie o tym. Tak robią choćby Jaś Kapela i Dominika Dymińska, gdy publikują swoje zaangażowane wiersze w »Krytyce Politycznej«”. No więc, trudna rada, przyznaję – parokrotnie zaśmiałem się, i to może nawet szyderczo. I wciąż uśmiecham się, lecz tylko półgębkiem, gdy widzę, jak pieczołowicie Staśko naśladuje styl i finezję argumentów Melanii Kierczyńskiej, autorki „Sporu o realizm” z 1951 r., i gratuluję, że tak godnie niesie pochodnię stalinowskiego socrealizmu w mrokach łże-demokracji. Bo gotów jestem ponieść różne konsekwencje braku klasowej czujności, ale błagam – niech mi Maja Staśko nie każe robić tego, co robią Jaś Kapela i Dominika Dymińska, bo Foks zabije mnie śmiechem.

Liczy się tylko tekst, a nie cały ten brud poza nim: nie własne nazwisko w tekście, nie ambicje, osobiste animozje, strach przed zmianą, poczucie urażenia czy zagrożenia własnej pozycji w polu związane z innymi wartościami młodych krytyczek i krytyków; nie spotkania czy festiwale poetyckie, często pełne wyższościowej szydery tych uznanych. Tylko tekst. Tylko tekst. Szkoda tylko, że w tekście poeta odwołuje się wyłącznie do jednego zdania, w którym pojawia się jego nazwisko, a nie do całości. Może gdyby ją uwzględnił, nie myliłby przykładów zaangażowanych działań poza polem z „kazaniem mu robić tego, co robią Jaś Kapela i Dominika Dymińska”. Bo też nie wszystko kręci się wokół niego – tak akurat przedziwnie tu wyszło, że mowa o wspólnocie pracowniczej, a nie o nim. Wiem, szok. Podmiot nie zawsze jest pojedynczy i męski, naprawdę. Choć gdy „liczy się tylko tekst”, to to może umykać.

A argument typu: „gotów jestem ponieść różne konsekwencje braku klasowej czujności, ale tego, że kolega Foks mnie wyśmieje, to już nie zniosę” – może i byłby śmieszny, gdyby nie był jednak tak prawdziwie smutny. Homospołeczność level ∞: tego typu przedowcipnymi frazami Sendecki ośmiesza wrażliwość klasową, co – jak nietrudno się domyślić – działa świetnie dla wyśmiewających, ale już dla osób, w których interesie byłoby zmienić (klasowo/genderowo/narodowo itd.) dyskryminujący system, niekoniecznie. Opisywany problem pracowniczy (który dotyczy– jako pracownika poezji – także jego) przekształcił poeta w festiwal własnego dobrego samopoczucia: w centrum znów jest podmiot męski, kryzys zażegnany. I to mu się opłaca. To tu tak naprawdę wychodzi jego klasowa czujność: jednostkowy sukces daje mu zwyczajnie więcej profitów niż walka o lepsze warunki dla całej grupy zawodowej. Żarciki o zabiciu śmiechem przez kolegę to zatem tylko infantylizująca przykrywka – konsekwencje braku klasowej czujności są dla poety oczywiście znacznie poważniejsze. Jego teksty i jego postawa są najlepszym wyrazem tej czujności: działa w swoim interesie.

„Wiersze leją inaczej”, a jednak wiersz z taką puentą służy bardzo konkretnie do zaorania komentowanych i podbicia własnej pozycji i własnego ego, w istocie blokując jakiekolwiek „inaczej”. Jako hejterski komentarz na Facebooku brawurowo spełniał więc swoją funkcję.

Swoją drogą, dziękuję poecie za cały akapit o mnie w zamian za jedną małą wzmiankę o nim– to korzystna wymiana, zwłaszcza z takimi afiliacjami (Kierczyńska!). Polecam się na przyszłość, takie transakcje to czysta przyjemność.

Kultura flejmu jako element kultury patriarchalnej, kultury gwałtu, ze swoim seksizmem, podbijaniem poczucia wyższości, protekcjonalnością, wykorzystywaniem pozycji władzy i upokarzaniem systemowo wykluczanych, działa w oczywistym interesie uprzywilejowanych. Z medium, które deklaruje równościowość i społecznościowość, zrobiła zwykłą kapitalistyczną sieczkę, gdzie osoby wyzyskiwane są upokarzane, a wyzyskujący lub pretendujący do tego stanowiska budują sobie na tym upokorzeniu własną pozycję i podbijają swoje dobre samopoczucie. Offlinowe relacje władzy w polu – związane z mitem geniusza-outsidera, poety przeklętego czy self-made mana – znakomicie odnalazły się ze swoimi strukturami i językami w nowomedialnej przestrzeni, i to w potężnym zwielokrotnieniu. Kliknęły w narcystycznego, elitarystycznego buca i wybrały „kopiuj-wklej”. I trzymają się tego wyboru.

Trwająca tu aktualnie debata wpisuje się w tę kulturę i jej poetykę – rozpoczyna się od ataku, który już dawno został dokonany i wielokrotnie odparty, by cofnąć się znów do początków i zablokować jakikolwiek rozwój debaty, wpisuje się też we flejm (czy też „poetycką połajankę”, wedle Jakuba Skurtysa) wywołany publikacją w „Książkach”, nie dąży do porozumienia czy nawet dyskusji, a raczej do zaznaczenia swojej obecności i „sporu” za wszelką cenę.

I Jakub Skurtys, i Dawid Kujawa, przez włączenie się w tę dyskusję, przez – kolejny raz – spokojne tłumaczenie, wyjaśnianie od początku, choć początek już dawno za nami, przez odpowiedź na prowokację, która nie tłumaczenia się domaga, lecz ruchu na stronie, ruchu w polu –w istocie diagnozują panujące warunki i związaną z nimi własną pozycję: nie ma czasu, miejsca, pieniędzy, więc i ogólnych warunków na wspólnotę. Każda wspólnota w tym polu wiąże się z rodzajem wyzysku bądź autowyzysku, bo działania zbiorowe nie są wynagradzane ani nagradzane, więc odbywają się za darmo, w czasie wolnym. W przeciwieństwie do sporu między konkretnymi osobami, najlepiej z osobistymi niesnaskami, który zbiera lajki i sprzedaje się wspaniale. W przeciwieństwie do samodzielnie pisanych i publikowanych na portalach tekstów, które, nawet gdy pisane za darmo, czasem liczą się do stypendium doktoranckiego (choć zwykle w ograniczonej liczbie) jako „popularyzacja literatury” czy „inne artykuły” – inaczej niż teksty czy komentarze na Facebooku, nawet z tą samą zawartością.

Tu widziałabym najmocniejszy gest i Jakuba, i Dawida: postawienie się po konkretnej stronie, a wraz z nim konkretne zaangażowanie i jego charakter. I ja jestem doktorantką, i ja walczę co roku o stypendium. Jesteśmy w tym razem, rywalizujemy z innymi doktorantami i doktorantkami o miejsce na liście rankingowej. Dostosowanie się do tego systemu pozwala mieć się z czego utrzymać. Walka o zmiany systemowe już nie: pochłania czas i energię, które inni i inne wykorzystują na publikacje i stypendia. A trudno się angażować, gdy nie ma się z czego żyć. Liczy się zwycięstwo, a nie współpraca: zaorać i wygrać, a nie dojść do porozumienia. Dzień dobry, kapitalizmie kognitywny.

Tak naprawdę nie ma tu więc żadnego sporu: są za to bardzo wspólne warunki, które każą walczyć o publikacje, o zabranie głosu, o zaznaczenie obecności i punkty – jednym słowem: o pozycję w polu. Czy tam na scenie. To są realne warunki produkcji naszych tekstów. A skoro nie ma tu żadnego sporu – tylko konkurencja ustawiająca hejt i flejm – to nie ma też mowy o żadnej wspólnocie. W debacie każdy z wypowiadających się ma swój język, swoje wartości i swoich (głównie męskich) ulubieńców w poezji, każdy – czy „zaangażowany”, czy nie – podkreśla (większy bądź mniejszy) dystans do mocnego, konsekwentnego projektu poezji zaangażowanej – jak z mokrego snu teoretyka transformacji ustrojowej lat 90. w Polsce. Każdy ma też płeć i tu także nie ma różnicy. W istocie wszyscy walczą w ramach tego samego modelu krytyki/poezji– różnorodnej, „wolnościowej”, zdystansowanej, nienarzucającej swoich wartości i cech, więc podporządkowanej wartościom i cechom dominującym pod przykrywką równości i pluralizmu. I taki to typ wspólnoty – wspólnota poetycka: seksistowska, klasistowska, neoliberalna.

Dlatego całym sercem jestem w tej debacie po stronie Jakuba Skurtysa i Dawida Kujawy, no przecież. Jak tak mogłeś, Macieju Topolski, jak Pan tak mógł, Panie Marcinie Sendecki! Łukaszu Żurku, jak miło, że zrewidowałeś swoją opinię o nas! Aż się serce raduje.

A skoro już się postawiłam, to serio nie mam ochoty na nudne flejmy i idę na spacer.