debaty / ANKIETY I PODSUMOWANIA

Patrz w otchłań, nie trzymając czapki w dłoniach. Cztery uwagi o „Co jest nie tak z tymi ludźmi?” Adama Kaczanowskiego

Michał Trusewicz

Głos Michała Trusewicza w debacie „O poetyckich książkach trzydziestolecia”.

strona debaty

O poetyckich książkach trzydziestolecia

Wiersze Adama Kaczanowskiego z tomu Co jest nie tak z tymi ludźmi? (Poznań, 2016) są groteskowymi i autodestrukcyjnymi fantazjami, testującymi logikę sabotażowego absurdu. To poezja, która niesie znaczeniowe spustoszenie, oddychające klęską hegemonicznych i fikcjonalnych narracji o kapitalizmie, demokracji, religii oraz kondycji człowieka. Cztery wiersze, które stanowią całość książki Kaczanowskiego, to cztery etapy an-archicznej rewolucji, dokonującej radykalnych przetasowań w krajobrazie myśli humanistycznej. Struktura tomiku opiera się na dwóch częściach. Pierwsza z nich (wiersz tytułowy oraz „Witaminowy Jezus”) to postreligijna krytyka odruchu lokowania życia w mesjańskim „gdzie indziej” oraz myślenia o ludzkiej ontologii w innych kategoriach niż bycie „po prostu”. Druga z nich to an-archiczny demontaż neoliberalnych mitów, warunkujących późnokapitalistyczną rzeczywistość demokracji, która swoje istnienie opiera na ekskluzywnym konsensie. We wszystkich przypadkach mamy do czynienia z poetycką destabilizacją sensów i władzy, która swoim wizerunkiem obciąża każdy towarowy fetysz.

 I. Biedny cyborg patrzy na resztki

Załóżmy jednak, że spoglądamy w otchłań.
Peter Frase

Poezja Kaczanowskiego, wypełniona dreszczem nieświętej i kompulsywnej grozy, odsłania prawdę o istnieniu, które na próżno domaga się pomsty sensu. Sam byt okazuje się jedynie (i aż) niechlujnym ekscesem w skandalicznym kosmosie wykolejonego rytmu znaczeń. Taka poetyka wyrasta z pękniętych synaps – z tej próżni wylewa się ironiczny i groteskowy, wykrzywiony w neurotycznym paroksyzmie makabry pochód obrazów-wyrzutków, obrazów-wyplutków, zaburzających ład istniejącego porządku symbolicznego. W konsekwencji otrzymujemy anty-projekt, mozaikę pogruchotanych fresków codzienności, odsłaniający obłąkaną i realną nagość życia, błąkającego się między próżniowo zafoliowanymi strukturami niby-sensów.

Kompulsywna fraza, żebrująca strukturę wiersza, nieustannie przebija świętą pleromę, z której wypadają fałszywe i przedawnione sensy, rozbijające się na pustyni życia ponowoczesnego. Kaczanowski redukuje rzeczywistość do przemysłowego ugoru, supermarketowego nieużytku („sklep-świątynia”), księgarnianej (poradniki o porażkach i sukcesizmie) oraz rynkowej pustyni Realnego, zamieniającego egzystencję w mechaniczny tik pobudzany przez obecność mechanicznego Turka, potajemnie tasującego polem symbolicznym. Mechaniczny Turek, ukryty demon z twarzą wstrętnej, Benjaminowskiej teologii, to groteskowy i kapitalistyczny hieroglif-reklama, zarządzający apatycznym i pasywnym życiem człowieka, którego ontologię wyznacza parametr „po prostu”. W wierszu otwierającym tom czytamy: „Zrób ćwiczenie i wyobraź sobie, że ona/ wkłada ci w dupę tego miękkiego rogala z nadzieniem/ i nie robi tego z miłości/ ani z żądzy pieniądza/ po prostu”. Celowość znika, zostaje zastąpiona przez absurdalną losowość. Istnienie dogasa, całkowicie statycznie, gdzieś na dnie bytu, rozbite o kamieniste dno materii. Ekstatyczny język poetycki Kaczanowskiego to imitacja języka transcendencji, obiecującej symboliczny exodus z dna bytu, przekroczenia parametru „po prostu”. To imitacja energii, to parodia zbawienia, to ironiczny performans ponownego zaczarowania istnienia – nadania mu symbolicznego sensu w sfabrykowanym świecie. Rzeczywistość jest taka: „Spójrz w górę:/ niebo nie istnieje./ Spójrz pod nogi:/ piekło to byłby dla ciebie raj”. Próżno mówić w tym przypadku o jakimkolwiek heroizmie ludzkiej egzystencji – taką perspektywę można nazwać raczej heroikomicznym ateizmem. Pustynne błądzenie w poszukiwaniu „życia poza życiem” okazuje się jedynie farsą, ironicznie przedstawianą przez zastępy cyborgów-hierofantów. W wierszu „Co jest nie tak z tymi ludźmi?”pojawia się figura cyborga, zderzona z podmiotem-resztką, podmiotem-ekstrementem, którego ontologiczna jakość wyczerpuje się we frazie „po prostu”, usuwającej jakikolwiek sens symboliczny, wprawiającej ciało w ruch czysto repetycyjny, machinalny, nawykowy. Ten model podmiotu, wykreowany przez Adama Kaczanowskiego, okazuje się synonimiczny do „krynicy chwilówek”, „pociechy coachingu”, „logiki wyprzedaży”, czyli człowieka-pizdy Tomasza Bąka. W obu przypadkach mamy do czynienia z „resztkowym”, „wypłukanym”, „wytrąconym” podmiotem, derywowanym z języka ontologii bez-sensów.

Co jest nie tak z tymi ludźmi? to groteskowa przypowieść, wpasowująca się w heroikomiczny model obrazowania sytuacji, opowiadająca o sfabrykowanych życiach ludzi żyjących „na niby”, ślepo wierzących w stare sensy i cele egzystencji. Język modelujący profanacyjne i błazeńskie hierofanie jest niesamowicie energetyczny, skontrastowany z inercyjnym charakterem bezładnego istnienia człowieka. Ta energia odsłania również przemoc, pulsującą w rdzeniu pustych prawd i sensów podmiotu-resztki, który chowa się w spakowanych walizkach, „by ruszyć na podbój podbitego świata,/ nowi konkwistadorzy zabijają własny cenny czas”. Cyborg zauważa, że „wasze gałęzie przemysłu są szybsze ode mnie,/ gdy zwijają się jedna po drugiej (…)”. Ekonomiczna i finansowa przepaść nie jest widoczna dla podmiotu-resztki, który raz po raz rozpoczyna przemocowy epos o dominacji egologicznych sensów. Cyborg, który jest ego-terrorystą, konstatuje: „Co jest nie tak z tymi ludźmi, którzy cierpią,/ widząc cierpienia całych kontynentów?” Wiersz, będący profanacyjnym hymnem wprowadzającym lucyferyczną jasność w przemysłowe zakamarki skarlałego istnienia, to manifest głęboko post-ludzki, krytykujący imperialne bez-sensy i egocentryczne zapaści.

Co ważne, cyborg nie różni się wiele od podmiotu-resztki, którego szczerze nienawidzi: „Pytasz, za co cię tak nienawidzę? Nie mam bladego pojęcia./ Sam jestem blady. Ze strachu?”. Skąd bladość? Raczej nie ze strachu (fałszywy trop), lecz z bliskości oddechu prawdy o bezsensie. Podmiot-resztka woli upudrować życie, cyborg to cyniczny mim dokonujący rytualnej repetycji pustych gestów wrogiego podmiotu. Gestów, które mają symulować sensy rzeczywistości. Cyborg perwersyjnie czerpie radość z przebywania w pobliżu symptomu Realnego – niszczącej prawdy będącej nieuchronną destytucją samego istnienia. Podmiot-resztka nie ma takiej świadomości – pozostaje w absolutnej zależności od własnej symbolicznej dumy: „nie jesteś jej słońcem, nie jesteś jej szczęśliwą gwiazdą./ Nie jesteś nawet brzytwą, której można się chwycić (…)”. Cyborg to guattariańska „zepsuta maszyna”, której obluzowany mechanizm rozpięty między zablokowaną i próżniową górą transcendencji a inercyjną pustynią bezładu materii, będącej tylko i aż „po prostu”. Nietrwałe, ulegające erozji desygnatów zębatki „zepsutej maszyny” świdrują stęchłe powietrze, gromadzące się na tej wertykalnej osi tradycyjnej tragedii. Cyborg projektuje objawioną prawdę, lecz wie, że nie może potraktować jej jako ontologicznego fundamentu – musi jednocześnie projektować i kontestować wiedzę, pogrążając się w post-tragicznej kondycji „zepsutej maszyny”. W tytułowym wierszu czytamy: „Czy cyborg może okłamywać samego siebie?/ Czy powinien? Czy ma inne wyjście/ niż wyjście ewakuacyjne?”. Niszcząca prawda jest  destytucją, nie jest fundamentem. Jedyna świadomość to świadomość pragnienia przebywania w pobliżu tego destrukcyjnego symptomu, który lśni dialektyczną mocą: „Moja armia zubożałych cyborgów/ kupuje wszystko, każdy kit, który ludzie starają się wcisnąć,/ kupuje tylko po to, by sprzedać im w zamian/ fangę w nos!”. Ironiczny cyborg performatywnie odgrywa życie podmiotu-resztki, niewyzbywającego się aspiracji do bycia kimś więcej niż tylko bezsensownym „istnieniem po prostu”. Cyborg re-cytuje transcendentalne tiki podmiotu-resztki, by je kontestować, demontować, rozkładać, kontaminować z absurdem i porażką. Sam „miękki rogal z nadzieniem” nie przynosi zwykłej przyjemności (plaisir), lecz jest obiektem psychicznej rozkoszy (jouissance), czerpanej z obserwacji tego, jak podmiot-resztka wypłukuje swoje istnienie z fragmentów celowości, sensu, prawdziwości i symbolicznego znaczenia. Podmiotem-resztką rządzi prymitywne pragnienie, dyktowane przez Lustprinzip (zasadę przyjemności), która umożliwia realne trwanie fikcji w obrębie tego podmiotu. Ta zasada jest brutalnie i perwersyjnie odwracana przez mowę cyborga, dla którego profanacja jest przywilejem epistemicznym: „Czas na hymn pisany specjalnie dla ciebie:/ Rycerzu, twój koń jest biały, wyraźnie widać na nim/ ślady twojej sraczki”. To nie jest jedynie widmowa kalka poetyki sowizdrzalskiej, zdeformowanej nowoczesną dykcją reklamy, pastiszu i ironii, lecz przejaw największej rozkoszy cyborga: alchemicznego wytrącania sensu z resztkowego istnienia.

Cyborg jeszcze inaczej formułuje narrację o samym sobie: „Jestem ostatnim drzewem i doskonale wiem,/ że im dalej w las, tym łatwiej zaprzyjaźnić się z pustką”. Fraza poetycka Kaczanowskiego po raz kolejny osadza się na dnie bytu, by opisać radość czerpaną z obecności w pobliżu unicestwiającego symptomu, który ostatecznie nie uśmierca cyborga, a jedynie trawestuje jego modus vivendi. Cyborg stara się „wyżymać język” – jeśli chcemy ująć ten problem słowami Tymoteusza Karpowicza – by ostatecznie zamieszkać w grze znaczeń, grze ironii, grze obrazotwórczych anty-projektów, kradnących podmiotom-resztkom prawo do wiary we własną iluzję czy symulację. W innym tomiku Adam Kaczanowski pisał następująco: „Moje słowa jako dowód na/ moje istnienie./ Mówię, więc jestem, piszę więc/ to już dowód rzeczowy”. W obliczu symptomatycznej destytucji cyborg zachowuje swoją jakość właśnie w potencji samego języka – dokonuje spontanicznych inskrypcji na twardym ciele marmurowych polilogów znaczeń, opisów, mitów. To sprawia, że cyborg uskakuje przed próbą „zanieistnienia” (jak zgrabnie to określa Andrzej Sosnowski) w resztkowej i skarlałej ontologii „po prostu”, przechwytując pewną wysokoenergetyczną adrenalinę, inwestowaną w realizację strategii kolejnego obnażania życia podmiotu-resztki, którego naga pierś – pozbawiona upudrowanych sensów i masek – bywa rozrywana piorunem ironicznej groteski (w wierszu pojawia się „grom z pustego nieba”). I to właściwie jedyna odpowiedź z góry, z nieba, z próżniowej blokady. Dlatego można stwierdzić, że kompozycja tytułowego wiersza z tego tomu nieprzypadkowo składa się z nawrotów i refrenów strukturalnych, które są kolejnymi próbami zbrojnymi, są nuklearną implozją mitów założycielskich dla podmiotu-resztki – wreszcie każdy sens butwieje, staje się klęską, perwersyjnie lokowaną w przepowiedniach cyborga. Ta strategia cyborga wynika z przemyślenia własnej kondycji, nie jest ona apoteozą naiwnego i rewolucyjnego buntu, gdyż „bunt nie ma sensu,/ bo sensu nie ma”. Bunt to retoryczna figura, która musiałaby być – prędzej czy później – zniszczona i sprofanowana przez zastępy ego-terrorystów – cyborgów – podnoszących herbertowski kamień, pod którym kryje się jedynie wiecznotrwała fikcja „ja”, skamielina wygasłych sensów, poczwarny zlepieniec trujących cząsteczek powietrza. Kamyk przestaje być idealnym istnieniem, gdyż pozostaje on jedynie fikcjonalną ontologią, pudrującą parametry życia „po prostu”.

Cyborg – w przeciwieństwie do podmiotu-resztki – nie próbuje lokować sensu w transcendencji/bogu/fantazmatach: „Jestem cyborgiem wpatrzonym w tabliczkę: Wyjście ewakuacyjne,/ rzucającym pytanie w próżnie”. Aby nie zostać wchłoniętym przez inercyjną próżnię bezsensu, należy mówić, gadać, opisywać, projektować śmierć znaczeń i dramatyczne zawalenie się desygnatowych rusztowań przy gmachach mitów kapitalistycznej codzienności. Taki język zbliża się do „mowy – rozerwanego milczenia, które rozerwało mowę” (Miklavž Komelj). Fraza poetycka Kaczanowskiego wprowadza czytelnika w semantyczny zamęt, w rozbiórkę maszynowej składni, w brukowy pasaż konotacji i asocjacji. Dlatego cyborg zagaduje kolejnych ludzi: „Mówię do pana przy stoliku obok:/ porzuć nadzieję na jakąkolwiek nadzieję”. To kawiarniane zaczepianie wydaje się przewrotnym ruchem sokratejskim: cyborg jest makabryczną akuszerką, wyjmującą z podmiotu martwe i fikcjonalne prawdy o nim samym, które żywiły się jego tkankami i nerwami. Nerwami, które okazywały się stymulowane przez kapitalistyczne fetysze i artefakty: „Myślę o ludziach, którzy modlą się,/ by na powrót poczuć radość z zakupu mebli w Ikei/ bez cienia wstydu (…)”. W tym punkcie spotykają się odmienne poetyki, kształtujące charakter najnowszej poezji polskiej, ponieważ Kaczanowski zbliża się do refleksji Szczepana Kopyta z wiersza „koce”: „to fetyszyzm jest pojęciem jakie musi stać w centrum walka klas/ to walka o świadomość fetyszu jako podstawy kultury/ pod makijażem fetyszu ukrywa się pustka to jest wiedza radosna”. Dla Kaczanowskiego jest to wiedza, która umożliwi dystynkcję między cyborgiem a podmiotem-resztką, która okazuje się ontologicznym synonimem do społecznej i materialnej walki klas – walki dwóch ontycznych jakości: hierofanty odsłaniającego pustkę sensu oraz „resztki”, pudrującej cel absurdalnej egzystencji, przypominającej właściwie losy nadliczbowego towaru. To wiedza radosna w swej grotesce, to sardoniczny śmiech języka cyborgów, gardzących podmiotową buchalterią pustych sensów. Wyjątkowość frazy poetyckiej Adama Kaczanowskiego polega na połączeniu ponurej i tanatycznej ontologicznej refleksji z polityczną krytyką opresyjnej (re)produkcji hegemonicznych znaczeń, skrywających abstrakcyjny anthropospod maską nienasyconych konsumpcyjnych konkwistadorów, walczących pod przerdzewiałą egidą prymitywnej zasady przyjemności, niezauważalnie chorującej na językową korozję. Odsłania się ona dopiero w oczyszczającej poetyce ciemnych epifanii cyborga – próżniowego proroka bytu „tak po prostu”. Anty-hymn Kaczanowskiego to czarny i gęsty nektar wizji, fetyszyzujących ponowoczesne ugory i duchowe nieużytki. To post-ludzkie Pieśni Maldorora, które opisują polityczność surowej resztki, zamieniającej podmiot w fetyszystyczny pomiot. Już wiadomo, co jest nie tak z nami – ludźmi.

II. Jezus przyjdzie w walizce, bo czasy są towarem

Pojęcia są potworami odradzającymi się ze swoich szczątków.
Gilles Deleuze, Félix Guattari

 Pewna choroba ontologiczna, której dwa przeciwciała (cyborg versus podmiot-resztka) zostały zasygnalizowane w profanacyjnym poemacie „Co jest nie tak z tymi ludźmi?”, przeradza się w zupełnie inne doświadczenie. Najogólniejsza tematyka wierszy Kaczanowskiego rodzi się z przekonania, że człowiek w pełni nie uczestniczy w istnieniu ze względu na paraliżującą obecność śmierci. Jest ona nieusuwalną negatywnością, która lokuje własną moc również w specyfice późnokapitalistycznego świata. Utwór „Witaminowy Jezus”wyrasta z doświadczenia ontologicznej, resztkowej, próżniowej choroby, opowiada jednak o losach sfabrykowanego sensu, efektu mitotycznego podziału i oddzielenia od świata. Walter Benjamin, opisujący hässliche Theologien –wstrętnych i ukrytych bogów, walczących wzajemnie o prymat w strukturze myśli współczesnej – patronuje poetyce „Witaminowego Jezusa”. Jezus okazuje się fake messiah, prorokiem sfabrykowym – jedynie kryptoteologicznym konstruktem, wartością zmrożoną. Fałszywy mesjasz to symulacja dantejskiego Wergiliusza, przewodnika po pojęciach immanencji i transcendencji: dwóch Benjaminowskich brzydkich teologii, będących naiwnymi kuracjami przepisanymi na ontologiczną chorobę nagich resztek. Charles Taylor opisał współczesność jako secular age– moment, w którym  powstała linia demarkacyjna nowych stosunków posiadania wierzeń. Kaczanowski idzie o krok dalej. Odrywa teologicznych bogów od warstw sensu, a samą wiarę kontaminuje ze skomplikowanym systemem rynkowym i fetyszystycznym.

Do kogo zwraca się witaminowy fake messiah? Adresatami jego poetyckich epifanii są wszyscy ubodzy z ducha, ubodzy przez ducha, sprawiającego, że ludzie opisują swoją kondycję jako out of joint, niedostrojenie, mimowolne oddzielenie („Siostry! Będę podawał wam do stołu/ najgłodniejsze kawałki o miłości”). Adresatami są ci, których paraliżuje nihilistyczny atomizm, wanitatywny lukrecjanizm („Szybsza przemiana materii/ w coś tak ulotnego jak my”) – byt to tylko cząsteczkowe od-bycie się materii, to krótkie zaistnienie pozornego sensu i krótkofalowej zgodności atomów. Postsekularny coaching, w ilościach nadprogramowych wchłaniany przez duchowe receptory braci i sióstr, populistycznie wyrastający z niezgody na byt (będący właściwie tylko metafizycznym skandalem w kosmosie negatywności), okazuje się okrutną kpiną zarówno z  immanencji, jak i z transcendencji. Te dwie kategorie są jedynie naiwnym zacieraniem tego skandalu, są tylko duchowym tikiem, pragnieniem przekształcenia własnego istnienia. Mentorski ton fałszywego mesjasza miesza się z Youtube’owymi gadkami motywacyjnymi, włączonymi w logikę nieustającej wyprzedaży języka: „Odzyskajmy zachwyt:/ Nawet gdy dzień gryzie brzydotą,/ noc wciąż wydaje się piękna!” albo „Spójrzcie w niebo:/ czy nikt już nie wierzy w szczęśliwą gwiazdę?” Instruktażowy ton, czerpiący z parapsychologicznych konturów, to imitacja dyskursu homilijnego, sytuującego człowieka w przestrzeni rozpiętej między głęboką immanencją a odruchową transcendencją.

Poetyckim kryptonimem naiwnego zacierania negatywności wpisanej w istnienie jest sklep nocny, liminalna przestrzeń, źródło immanencji towarowej religijności: „Ekspedientki w sklepach nocnych,/ wiem, jak nienawidzicie tego hot doga,/ zamawianego przez złachanego, samozwańczego króla nocy,/ pocałujcie biedaka, niech żywi się miłością!” Sklepowe jarzeniówki, pulsujące przerywanym światłem, stają się detektorami, rejestrującymi hierofanię fake messiaha, serwującego  immanentny posiłek z własnego istnienia: „Sklepy całodobowe, w środku nocy,/ przemawiam do was: mam coś mocniejszego/ od wódki, pijcie krew moją/ i jedzcie ciało moje zamiast tych/ przesłodzonych słodyczy i przesolonych chipsów!” Ta całodobowa kaloryczna komunia (nie)święta (na pewno niechlujna, o wątpliwych warunkach sanitarnych) to podejrzany suplement, implikowany w żyły dietetycznego bytu: odchudzonego, wyniszczonego, będącego ontyczną resztką. W sklepie nocnym podmiot-resztka ma dostąpić łaski afirmacji własnego istnienia, ma uczestniczyć w kanibalistycznym pojednaniu z egzystencją, zaś niezadowolone ekspedientki zaczną zacierać skandal negatywności w swoich zeszytach. Wizja całodobowej komunii (nie)świętej to poetycki kryptonim teologicznej pustki, która wyziera z pozornej pełności immanencji – duchowej i afirmacyjnej korekty negatywności. Ostatecznie mesjański coachprzedstawia się jako duchowy akwizytor, oferujący najlepsze religijne suplementy: „Nie musicie wierzyć mi, ale uwierzcie moim odżywkom!” Efekt produkcji – duchowa odżywka w postaci immanencji – przysłania proces produkcji, czyli samą wiarę rozumianą jako długofalowa inwestycja środków produkcji oraz właściwej pracy ducha. Wątpliwej jakości towar-odżywka staje się metonimią samej wiary, okupionej wyzyskiem ciała.

W połowie „Witaminowego Jezusa”Kaczanowski decyduje się, by dokonać pewnego gestu: bracia i siostry pożerają ciało fake messiaha, ściągając maskę jego twarzy, pod którą pulsuje tkanka cyborga – figury z poprzedniego wiersza. Cyborga, który wizyjnie kreuje anty-projekt duchowości. Cyborga, który profanuje, by stać się akuszerką martwych prawd o „resztkowości” istnienia. Cyborga, który wykpi naiwność immanencji, dokonującej pojednania z negatywnością bytu. Cyborg, zrzuciwszy znoszony frak fałszywego mesjasza, kontynuuje swój poetycki hymn, tym razem wymierzony w złudną transcendencję, przekuwającą egzystencję na iluzoryczną zasadę „bycia gdzie indziej”, duchowego exodosu z pustyni doczesności: „Nikt nie może być/ nieśmiertelny ani przez wieczność, ani przez jedną chwilę./ Umrzecie, jak i ja umrę, to nie powód, by/ być aż tak śmiertelnie poważnym.”. Zapadają się kolejne fundamenty transcendentalnej wiary: „raj to pięciogwiazdkowa ściema dla ubogich,/ dla których oferta biura podróży to oferta marzeń”.

Metafizyczny głód to jedynie nienasycony apetyt turysty, korzystający z nekrograficznego globusu, spłaszczającego biegunowy dystans między doczesnością a docelową „transcendentalną rzeczywistością inaczej”. Zmartwychwstanie – mesjański aksjomat chrześcijański – przedstawiane jest w wierszu jako „fikcja literacka”. Religia to prze-pisanie pierwotnego odruchu transcendencji – uformowanie rzeczywistości słowami, modelowanie sensu poprzez język. Cyborgowi została zaimportowana świadomość, że żyjemy w fikcji, „której nikt nie pisze”. Nikt jej nie pisze, lecz trwa  poprzez (re)produkcyjne iterowanie pewnych religijnych odruchów, mechanicznych tików, pobudzanych przez bliską obecność religijnego fetyszu lepszego „życia gdzie indziej”, „życia inaczej”. Znaczenie kontaktu człowieka z fetyszem jest fundamentalne dla myśli Lacana: pragnienie zasysa się na materii fetyszyzowanego obiektu, by czerpać z niego fluidy spełnienia. U podstaw takich praktyk przejawia się dominujące panowanie Realnego – nieskończonej negatywności istnienia. Fetysz to religijna Wulgata, pauperyzująca ucieczkę podmiotu od negatywnego „dna bytu” – śmierci. Skoro żyjemy w fikcji, „której nikt nie pisze”, to jesteśmy bardzo blisko myśli Derridy: nasze życie się pisze. Pod siękryją się iterowane praktyki, skorelowane z fetyszyzacją religijnego myślenia (jako odpowiedzi na negatywność). Żyjemy w piśmie, lecz nie jest to Pismo Święte, a jedynie tradycyjna mechanika tików i (re)produkcji.

Interesujący jest protest przeciwko logocentryzmowi istnienia, pojawiający się w ekstatycznych wizjach podmiotu-cyborga: „Wierutna bzdura z tym ‘Na początku było słowo’./ Na jakim, kurwa, początku? Jakie, kurwa,/ słowo? Człowieku, pamiętaj: masz prawo nie mieć/ własnego zdania”. I dalej czytamy: „Miłość! Na początku była upojna noc bez słowa,/ potem przyszedł dzień, co gryzie brzydotą”. Ten protest wyrasta z przekonania, że Pismo jest przestrzenią władzy, która normatywnie wyznacza parametry istnienia człowieka, zmuszając go do duchowej emigracji w przestrzeń nie-doczesną, w której lokowane są fałszywe sensy. Dla Rolanda Barthes’a początek zawsze pozostawał jedynie figurą retoryczną, podobnie u Kaczanowskiego: biblijny początek jest arbitralnie ustalonym punktem startowym hegemonii religijnych niby-sensów. Pozorny nihilizm to zakamuflowany protest przeciwko słowom-fetyszom, coachingowym protezom i podpórkom: „Jakie słowo? Masz prawo nie mieć zdania./ Nie zostanie po tobie nawet dziura w ziemi, alleluja!” Protest przeciwko logocentryzmowi to próba wyjścia z Pisma, z życia, które się pisze. To ekstatyczna próba językowej transgresji, zanurzenia się w anomalię życia (kosmicznego ekscesu), w czystą negatywność, która swym napięciem wyznacza konkretną rodzajowość istnienia. Dlatego cyborg-hierofanta gardzi obietnicą transcendentalnej religii i immanencji (złudne pojednanie się z losem, perwersyjne i sadomasochistyczne amor fati). Podobną perspektywę można połączyć z wyobraźnią Errosa („błąd, wykolejony z porządku ontologicznego” − jak zauważa Agata Bielik-Robson). Wyobraźnia errotyczna Cyborga sprawia, że każda pomyłka podczas szkolnego dyktanda z Pisma, które samo się pisze, jest życiodajnym błędem, jest drobnym drganiem witalności w skamielinie ontycznej resztki, wypłukanej z mesjańskiego sensu iluzji. Errotyczna medytacja cyborga przekreśla wiarę w coś innego niż teraźniejszość: „Zacznijmy od początku, z którego/ nie widać końca, który nadejdzie, bez szans na/ sequel, prequel czy remake”. Teraźniejszości nie można transcendentalnie zastąpić kolejnymi planszami w religijnym tycoonie, teraźniejszości nie można zmodyfikować żadną immanentną korektą w duchowym softwarze, teraźniejszości nie można retropijnie kształtować Pismem tradycji. Teraźniejszość jest naznaczona tylko negatywnością – cyborg dokonuje inicjacji w świat prawnie ustanowiony przez zasadę śmierci i skończoności: „Nie pozostanie dziura, bo nie pozostanie/ żadna Ziemia”. Taka prawda nie znosi kłamstw transcendencji oraz immanencji. Cyborg trwa mimo prawomocnego werdyktu końca, wpisanego w jego własne istnienie.

W kartografii współczesnej duchowości należy wyróżnić jeszcze inną strategię, powiązaną tym razem z perspektywą mitycznego oglądu istnienia. Cyborg Kaczanowskiego wytrzymuje konfrontację z nieprzejednanym wzrokiem Apollina, uważając życie nie za przejaw kamiennej wiecznotrwałości, lecz jako pewną symulację, której istnienie bywa zapośredniczone przez libidalną ekonomię reklamy i pragnienia: „Żyjemy w reklamie życia, teraz tak mogłaby się/ reklamować najpodlejsza buda z hamburgerami”. Cyborg obsesyjnie szuka ontycznego analogonu w uniwersum rynku, kapitalizmu, nadprodukcji, reklamy, mediów, obnażając tym samym efektywność perspektywy mitycznej, szukającej śladów tego, co trwać będzie „najbardziej” i „najczyściej”. Życie cyborga nie zaświeci pełną istnienia, może być oświetlone jedynie w sposób nuklearny, spalając się paradoksalnie w pełni nieistnienia. I właśnie to nuklearne słońce umożliwi człowiekowi poznanie prawdy o tym, czym jest w istocie negatywność bytu: „Jak wielki cień trzeba rzucić w twoją stronę,/ byś przypomniał sobie o słońcu?” Herbertowski kamień za długo pozostawał w cieniu, by rozpoznać zmienność nuklearnego słońca.

Czy cyborg może zaoferować trzecią drogę (inną niż transcendencja czy immanencja)? W „Witaminowym Jezusie”czytamy: „Pytasz o drogę?/ Nie mam zdania”. Wydaje się, że jest to swoiste credo cyborgów, ich wyznanie anty-wiary, wyznanie ontycznego „po prostu”, pozbawionego sensotwórczej dyspozycji. Fraza poetycka Adama Kaczanowskiego deformuje szlak pojednania z istnieniem, wykrzywia mesjaniczny protest przeciwko teraźniejszości, wreszcie – degeneruje litery Pisma, godząc się na wypisanie się z księgi uniwersalnej narracji, tworzonej z perspektywy bezosobowego się. Transcendencja to „ściema dla ubogich”, immanencja to „najbardziej pozbawiona sensu kampania społeczna”. Franz Rosenzweig, opisując różnicę między myślą ateńską  a jerozolimską, konstatował, że w pierwszym przypadku filozofia może zapytać jedynie o byt i niebyt, w drugim przypadku tylko, i aż, o życie oraz śmierć. Poznańsko-warszawska myśl Kaczanowskiego pyta „po prostu” o bez-sens i sens, nie będąc żadną jednoznaczną „trzecią drogą” w świetle negatywności. Fake messiah(przemieniony, przeanielony w cyborga) jarzeniówkami sklepu całodobowego naświetla podmiotowe szukanie sensu jako bez-sensowną degradację duszy, pogrążającej się w faustowskim rytuale wymiany, zamieniającej marzenie o własnym sensie i celu w towarowy fetysz, uruchamiający demoniczny krąg kalkulacji ekonomicznych i religijnych. Nawet ten metafizyczny pakt okazuje się jedynie pustą inscenizacją: „Nie wszystko da się sprzedać, żaden rogacz, frajer/ nie kupi od was duszy, więc tym bardziej/ upajajcie się moją krwią”. Poszukując sensu, dusza wkracza w środek rytualnego kręgu ekonomii ducha i fetyszu – wszystko kończy się bez-sensowną ekonomiczną i religijną katastrofą, eksplozją nuklearnego słońca.

Cały religijny sztafaż okazuje się jedynie protezą kapitalistycznej rzeczywistości, zastępującej nieboski pentagram nieludzkim kołem produkcji i wyzysku, wymieniającej Szatana i Boga na Pana i Niewolnika. Śmierć fałszywego mesjasza nie może być ofiarą, symboliczną śmiercią – staje się jedynie l’acte gratuit, zbrodnią bez żadnego motywu, śmiercią „po prostu”. Dlatego postreligijna poezja Kaczanowskiego zawsze wybrzmi jak groteskowe kondolencje, fruwające nad bezdenną otchłanią nieistnienia.

III. Co skrywają toalety w Mariocie?

Kapitał niecierpliwy jest,
ruchliwy jest.
Tomasz Bąk, „Hymn”

Istnieje jeszcze inna możliwość: drwić sobie z logiki, która zwraca się przeciw ludzkości.
Theodor Adorno, Max Horkheimer, Dialektyka oświecenia

„Co jest nie tak z tymi ludźmi?” oraz „Witaminowy Jezus”to dwie widokówki z religijnego i duchowego ugoru, na którym rosną skarlałe i zdegenerowane formy podmiotowości. Podmioty są  uzależnione od finansowej fotosyntezy, dzięki której mogą zdobyć upragnione toksyczne fetysze, palone potem w piecach, zatruwające lokalne środowisko. Mistyczna piramida, rujnowana w dwóch wierszach Kaczanowskiego, okazuje się piramidą finansową, rynkowym stelażem, s(t)ymulacją ideologicznego rusztowania. Poeta lokuje bezsens kapitału w nadpalonym tabernakulum umieszczonym w samym centrum sfinksowej piramidy, budowanej z gruzów religijnych dróg (od immanencji do transcendencji). Ta subwersywna pseudometafizyka sprawia, że mamy do czynienia z diametralną zmianą dyskursu: opadają akcenty religijne na rzecz wywrotowej filozofii czynu. „Utopia”to wiersz właściwie an-archiczny, którego poetycka procedura to ogromny akt dekapitacji obecności jakiejkolwiek arche, rządzonego strukturami rzeczywistości, w której żyjemy. W przypadku świata postreligijnego – spustoszonego przez fałszywego mesjasza i cyborga – taką materią prima był kapitał: wielogłowa hydra (wyzysk, pieniądz, towar, produkt, fetysz).„Utopia” nie jest wcale manifestem, na podstawie którego można stworzyć ponadlokalny ład, lecz jest symbolem an-archii, kapitulacji pierwszej zasady. Jedyna jedność, o jakiej może być mowa, to delezjański bezkształtny chaos, amorficzna konwergencja wielu serii i porządków, które w swej kumulacji blokują możność uprzywilejowania jednego porządku. „Utopia” Kaczanowskiego opowiada właśnie o an-archicznym procesie przetapiania neoliberalnego dekalogu na chaotyczną konwergencję bezsensowności i bezczynności. Finansowe arche przestaje być nadrzędną i uniwersalną zasadą, która jest w stanie organizować życie – nawet jeśli to życie z uchem przyciśniętym do dna bytu.

Kaczanowski każe swoim podmiotom wzniecać polityczny i rynkowy zamęt, pomaga im dezorganizować arbitralny ład. Krajobraz społeczno-ekonomiczny zaczyna przypominać poetycki pejzaż bałaganiarskiego kinderyzmu, podtruwanego an-archicznym jadem i wściekłością: „ale skoro pierdnięcie motyla/ może niechcący zaprosić tsunami,/ wzniećmy tę falę!” Jest to zupełnie inny paradygmat myślenia o rewolucji (oraz o samym zaangażowanym wierszu) niż w przypadku Szczepana Kopyta czy Konrada Góry. Wiersz nie jest już polityczną ulotką, puszczaną z rąk do rąk (tak było u Kopyta,  puszczającego wiersz w krwiobieg wyzyskiwanych i sprekaryzowanych ciał z tomu Sale sale sale). Poetycka rewolucja Kaczanowskiego jest błazeńskim i subwersywnym podszeptem: „Powiedziałem bratu: utop wszystkie pieniądze (…)”. Jeśli Góra, pisząc „piosenki z mięsa”, starał się znaleźć poetycki ekwiwalent udręczonego ciała robotnic i robotników, to Kaczanowski traktuje kapitalistyczną maszynerię (nad)produkcji arche jako coś mięsnego, co można perwersyjnie zawiesić w przestrzeni publicznej, rządzonej zgoła odmiennym dyskursem widzialności. Pieniądz jest mięsem sadystycznie dręczonym przez nowoczesnych chałupników, radykalnie bez-sensownych an-archistów. Mięso kapitału rozkłada się w delirycznych oparach absurdu i niedorzeczności (kapitalistyczne generowanie zysków staje się an-archicznym degenerowaniem sensu i celu): „Powiedziałem ojcu: utop całe oszczędności/ w piramidzie finansowej, a potem umów się/ na wizytę u psychoanalityka i mu nie zapłać”. Jeśli Szczepan Kopyt opowiada się za liryką „zdania zaczynającego się od nie”, to Kaczanowski rozpoczyna wiersz od absurdalnego „tak”, afirmatywnego w swym bezsensie, an-archicznego w swej wywrotowości. Wszystkie rady, w istocie znoszące prymat pseudometafizyki obecności kapitału-arche, są błazeńskim (sowizdrzalskim) przedrzeźnianiem znajomych dyskursów: terapeutycznego, neoliberalnego („kasa jest na wyciągnięcie ręki”), ekonomicznego, trenerskiego. Popularny mentalny rozwój (quasi-psychologiczny coaching) zostaje zdemaskowany – o przyszłości ego możemy mówić jedynie w granicach języka zracjonalizowanej neoliberalnej nowomowy: „Powiedziałem bratu: utop pieniądze/ w inwestycję w samego siebie, skończ kursy,/ jak najłatwiej skończyć ze sobą, pnąc się po szczeblach”. Imitacja samorozwoju prowadzi do samozagłady – autodestrukcja naiwnych podmiotowych resztek jest wpisana w krwawą i absurdalną logikę an-archii Kaczanowskiego: „i każ sobie skopać dupę ochroniarzom w Tesco,/ napluj im na śledzie i na makrele/ i niech ci potną ostatnią kredytową kartę”. Śmierć bohaterów Kaczanowskiego rzadko jest realna („multimilionerze od siedmiu boleśni,/ nie stać cię na samobójstwo”) – chodzi raczej o śmierć idealnych figur pracowników, inwestorów, konsumentów, klientów, (re)produkujących hegemonię kapitalistycznej zasady, finansowej arche, opartej na wyzysku, nierówności i ekonomicznej niesprawiedliwości. Deliryczna i rewolucyjna cha-cha, do której zaprasza an-archiczny sukub („głosy podszeptujące ojcom, braciom, siostrom i synom”), zamienia się w bezduszne danse macabre– w zdeformowanym zwierciadle Stendhala odbijają się martwe maski, ekonomiczne typy idealne, bierni powielacze i wybielacze kulturowej oraz ekonomicznej nierówności. An-archiści Kaczanowskiego mają w sobie coś z fag fighters Karola Radziszewskiego – radykalnie demonstrują, że inna niehegemoniczna rzeczywistość jest (nie)możliwa, przedrzeźniają normatywne dyskursy kapitalistyczne i neoliberalne, swoimi różowymi kominiarkami parodiują przemoc systemu, ukazując z-boczone i poprzekręcane odbicie tego pozornie neutralnego obrazu świata (nie kwestionują przy tym realnych krzywd). U Kaczanowskiego czytamy: „(…) i wytłumacz kibolom,/ że najdrobniejszy gej ma większe jaja od nich,/ i poproś kiboli, by przestali się okłamywać i przyznali,/ że kochają męskie towarzystwo, i każ im się pocałować w dupę”. An-archiści demonstrują, że porządek kapitalistyczny (ciągłe pragnienie, inwestowanie energii libidalnej) można swobodnie wiązać z utrzymywaniem rzeczywistości homospołecznej w stereotypowo męskich środowiskach. Jeśli fag fighters są queerowym ucieleśnieniem politycznego lęku przed homoseksualizmem, to an-archiści z „Utopii”są rewolucyjnymi przeciwciałami, toksycznie implantowanymi w krwiobieg opresyjnych i arbitralnych sensów – kapitalistycznych zasad, fetyszystycznej arche. Mamy tutaj do czynienia z radykalnymi bojówkami, zrzeszającymi takie językowe semy, które podszeptami wprowadzają bez-sensowny bałagan w niesprawiedliwych regulacjach hegemonicznego systemu.

Kapitalistyczna prazasada zysku zracjonalizowała (i zinstrumentalizowała) rozwiązania w obszarze dyskursów mówienia o przyszłości „ja”. Radykalny (bez-sensowny) an-archizm „Utopii”to odpowiedź na agresywną ideologię narzucania odpowiedzialności za maksymalizację wartości rynkowej własnego życia, własnej pracy i rozwoju. Absurdalne rozwiązania w zakresie dysponowania kapitałem (np.: „Powiedziałem żonie: utop całą kasę w basenie,/ w zlewie, w pralce, zapchaj naszą kasą kibel,/ wezwij ekipę od przepychania kibla i powiedz im,/ że kasa jest na wyciągnięcie ręki”), których poetycki kontur opiera się na imitacji neoliberalnej nowomowy, są radykalnym sabotażem, są błazeńską akcją dywersyjną w rynkowej guberni, rządzonej przez neoliberalną racjonalność, która fetysz samowystarczalności ustanowiła jako absolutny ideał etyczny. An-archizm Kaczanowskiego musi być zatem nieetyczny, gdyż powinien przeciwstawić się hegemonii samowystarczalności – narzucanej prazasadzie życia w warunkach niesprawiedliwości i nierówności. An-archiczne praktyki bez-sensownych bojówkarzy materializują rzeczywistość, która pozostawała skrzętnie ukryta pod arche: „Miałem sen, w którym ryby chciały pracować w biurach/ za głodowe pensje./ Miałem sen, w którym jelenie zarabiały/ w szarej strefie bez szans na ubezpieczenie./ Miałem sens, w którym każda bakteria liczyła dni do wypłaty/ i co chwila pukała do gabinetu głównej księgowej”. Neoliberalna racjonalność arche narzuca prekarność. Ekonomiczna ideologia formuje nowy rodzaj zbiorowości, której odmówiono najważniejszych gwarancji (praw socjalnych, dochodu, stabilności, ochrony). Jak zauważa Judith Butler, prekaryzacja (czyli utrzymywanie struktur niepewnej pracy tymczasowej, minimalizacja usług publicznych i socjalnych) to kolejna forma politycznej biowładzy, gdyż jedynie racjonalność rynkowa może decydować o tym, kto zasługuje na zdrowie i życie, czyje życie powinno zostać chronione pakietem socjalnym, a czyje powinno zostać zepchnięte na margines. Represyjny etos samowystarczalności prowadzi do tego, że neoliberalna arche modeluje ciała sprekaryzowane, kruche, niepewne, przestraszone – „zbędne życia” (Achille Mbembe), którym odmawia się podstawowych świadczeń. Gorączkowy an-archizm, forma aktywności wyrastająca z postreligijnego ugoru (dwa poprzednie wiersze z tomu), nie proponuje żadnego ekonomicznego mesjanizmu: „Utop pieniądze na tacy, bo że bóg nie istnieje,/ jest wiadome przynajmniej od pięciu miliardów lat”. Wiersz kończy się zawołaniem „przestań płacić za nieswoje grzechy!” – religijna odpowiedzialność również została zdemaskowana jako forma rynkowej i eschatologicznej nierówności oraz niesprawiedliwości. W świecie Kaczanowskiego nawet prawo Pascala to bez-sensowna inwestycja papierów bezwartościowych w kosmiczną próżnię: „bo kosmosu nie ma, są ceny z kosmosu”. Niepłacenie za nieswoje grzechy to pierwszy krok an-archii, odsłaniającej zło neoliberalnej prazasady, łączącej etykę z ekonomią samowystarczalnego i rentownego ego. Odpowiedzialność za grzech prekaryzacji stoi tylko i wyłącznie po stronie tych, którzy regulują istnienie przez normy, (re)produkujące wykluczające hierarchie finansowe, ekonomiczne oraz socjalne. An-archiści Kaczanowskiego prezentują wolność odmienną niż (mimo)wolna inwestycja we własną wartość rynkową. Należy działać i działając, niszczyć sens i hegemoniczną arche.

Czymś upraszczającym byłoby traktowanie „Utopii”jako rewolucyjnego wzorca komediowego. Absurd i bezsens działania an-archicznego to wyraz szczególnej cynicznej drwiny wobec neoliberalnej i kapitalistycznej „logiki, która zwraca się przeciwko ludzkości”. „Utopia”to poetycka wstęga Möbiusa, nieustanny przeplot subwersywnej mobilizacji i an-archicznej demobilizacji – wiersz pokazuje nieuchronnie tragiczne ciało rewolucji, ścierające się o antynomiczne dno bytu. An-archiści Kaczanowskiego to przepojeni postreligijną negatywnością renegaci z Grand-Hotelu „Otchłań”, osobliwie opisywanego przez György’ego Lukácsa jako „piękny, wyposażony we wszelki możliwy luksus hotel, położony na skraju otchłani, nicości i absurdu”. An-archizujący buntownicy-renegaci z hukiem opuszczają neoliberalny Grand-Hotel, opierający się na nicującej etyce, prekaryzującej „zbędne życia”, wrzucane do otchłani szarej strefy, mieszczącej się w głębokiej fosie wokół fasady budynku. An-archistyczna perspektywa krytyczna, wymykająca się panowaniu prazasady zysku i samowystarczalności, przemienia kapitalistyczny Grand-Hotel w opuszczoną rezydencję finansowej dekadencji oraz inwestycyjnej abnegacji. Okrzyk „przestań płacić za nieswoje grzechy!” nie jest żadną wiarą w naiwny idealizm wielkich celów (postreligijny krajobraz, skonwertowany przez skrypt cyborga-hierofanta, już na to nie pozwala). To raczej ośmielająca zachęta do indywidualnego nieposłuszeństwa sprekaryzowanych ciał, to rewolucyjna parataksa: horyzontalne połączenie wielu „zbędnych żyć” w złożony mechanizm protestu, niezgody, an-archicznej demaskacji kapitalistycznej pseudometafizyki. W tej rewolucji nie ma żadnego naddatku sensu. Prazasada stała się przesadą.

IV. Niedyskretny urok bakłażanów

Pieprzyłem to życie i gryzłem jak pies. Ssać
nie potrafię, zaplułem się mlekiem
Konrad Góra, „LUDZKIE DZIECKO, WIDZIAŁEM OD DOŁU”

jestem powietrzem jestem
apeironem autonomią
autarkią anarchią anomią […]
Szczepan Kopyt, „uderzenie”

Ostatni wiersz z tomu staje się luźnym przepływem fraktali intensywności i ekstatyczności. Strategiczny opór to estetyczny sabotaż, dysocjacyjny dynamit wybuchający w samym sercu instytucjonalnej hegemonii wartości, ekonomii i filozofii. „Kto się nie boi Virginii Woolf”  to utwór całkowicie zdominowany przez wyobraźnię krzyczącego podmiotu – wiersz przypomina eksperymentalną improwizację, której obluzowana struktura wykorzystuje dyskursywne chwyty i klisze. Wizyjność tego poematu przypomina erupcję promieniującego wulkanu konotacji, które wcale nie zastygają w formie sensów. Czym jest podmiot utworu kończącego tom Co jest nie tak z tymi ludźmi? To wróżbiarski skrypt, fluorescencyjny algorytm, emitujący (nie)możliwe scenariusze i taktyki. W tym świecie próżno mówić o jakiejkolwiek tożsamości, opierającej się na heideggerowskim czasie narracji: „Wnętrze mojej dłoni nie ma żadnej historii,/ te linie są warte tyle, co podarte kupony lotto”. Post-ludzka wyobraźnia podmiotu-skryptu jest właściwie gargantuiczna, odpychająca – przypomina zdeformowane pluginy, instalujące pasożytnicze cyberwizje: „Wbijam się w dupę mojej starej matki, matuli!, krzyczy/ chłopiec, którego trudno polubić”. W trzech poprzednich etapach poetyki Kaczanowskiego mieliśmy do czynienia z całkowitą destrukcją: towarową próżnią fetyszu, duchowym kiczem postreligijnego landszaftu, an-archią bezsensu. Po zerwaniu tych wszystkich „wieżyczek nonsensu” może wreszcie rozkwitnąć forma wyobraźni, nieskrępowanej i twórczej, mogącej opisać nową kondycję post-ludzką. Kaczanowski odpowiada tym samym Samuelowi Beckettowi, głoszącemu w jednej ze swoich próz: „wyobraźnia martwa wyobraźcie sobie”. Kaczanowski rzuca cuchnącą petardę w sam środek instytucjonalnego archiwum różnych imaginariów (estetycznych, politycznych, społecznych, poznawczych), przepisując gest an-archii z „Utopii” na konieczność interwencji w obszarze wyczerpanej i przemęczonej wyobraźni, która modeluje poznawcze odruchy człowieka (kapitalizm wymusza ciągłość innowacji, bywa to męczące nawet dla abstrakcji). Impuls odnowy wyobraźni to jakaś próba przezwyciężenia pasywnego nihilizmu, o który łatwo w takim pejzażu mentalnym w wierszach Kaczanowskiego. „Kto się nie boi Virginii Woolf”to absurdalna quasi-operetka, będąca popisem wyzwolonej wyobraźni, afektywnie i prowokacyjnie uruchamiającej skojarzeń, drażniących estetyczny smak czytelnika: „(…) a nam pozostaje pisuar z namalowaną muchą,/ muchą z uśmiechem: Sikaj na mnie, a nie na podłogę, przyjacielu!” Wiersz zamienia się w festiwal skryptu intensywności, wzmacnianej głównie o ruch, uwarunkowany ambiwalentną relacją między obrzydzeniem a pragnieniem. Sarah Ahmed nazywa taki pociąg „intensyfikacją ruchu jako takiego”. Wstrętna wyobraźnia wymusza pojawienie się zatem aktywności – czegoś bardzo rzadkiego w radykalnie pasywnym krajobrazie postreligijnym podmiotów-resztek. An-archia wydostaje się zatem z języka poezji i dopada (nie)smak realnego czytelnika: „Mam piersi jak dorodne bakłażany, podrap mnie po nich,/ a obiorę ze skórki twojego bana, co za tekst! Tekst roku!” Czytelnik zderza się z szorstką cielesnością, lecz każde ciało znaczy, jest politycznym i prywatnym głosem – „bakłażanowe piersi” to poetycka „somantyka” (określenie Joanny Mueller), to ciało, której jest najważniejszym i najdelikatniejszym semem w piśmie dyskursu politycznego i ekonomicznego.

W „Kto się nie boi Virginii Woolf” uparcie powraca obraz „bakłażanowych piersi”. To obraz celowo nieludzki, wchłaniający wszystko to, co budzi niesmak czy dystansującą niechęć. Wstrętna wyobraźnia, nieskrępowana i kompulsywna, umyślnie podrzuca odbiorcy niechciane obrazy-wizje. Bakłażanowe piersi kobiet, pracujących w sposób „niewidzialny” jako sprzątaczki, ekspedientki, uniformowe podmioty w sektorze usług, pojawiają się bardzo blisko, za blisko: „(…) powinno być tylko maksymalne/ zbliżenie na sutek sprzątaczki, sutek, a może koniuszek lekko/ sflaczałego bakłażana, z takim wgnieceniem po paznokciu klienta”. Są nasycone groteskową poetyką, uszczegóławiającą to, czego „zwykły” podmiot nie chciałby dopuścić do zmysłów. A jednak „bakłażanowe piersi” są życiodajne: „patrz, to one cię wykarmiły, te dwie krowy, bez nich byś zdechł,/ bez nich byś nie miał co do gęby włożyć, wcisnąć, memłać,/ nic byś nie miał, tylko zgryzotę, samotność i śmierć”. Trzeba się odważyć „po prostu” czerpać z nich energię, choćby nawet opluwając się mlekiem. Kaczanowski uwalnia strumień „wstrętnego” dyskursu, zawłaszczającego sposób mówienia o ciałach innych. O ciałach sprekaryzowanych, pozbawionych autonomicznej mowy. W teorii afektu (której przedstawicielką jest Sarah Ahmed) wielokrotnie problematyzuje się dyskurs obrzydzenia (opis Kaczanowskiego jest wtórny wobec istniejącego już przemocowego systemu językowego), konstruujący ciała innych jako przedmioty „przyprawiające o mdłości tylko dlatego, że pojawiły się za blisko” (Ahmed). W eseju Performatywność obrzydzenia dalej czytamy: „Przedstawia się je jako nieludzkie, na samym dnie i pod spodem ciał uznanych za obrzydliwe”. Wyobraźniowy skrypt pozwala przedstawić sytuacje an-archii, kiedy to „obrzydliwe ciała” buntują się i przestają spełniać normatywne wymogi (najczęściej powiązane z opresyjnym systemem ekonomicznym i politycznym): „Lotniskowe sprzątaczki nie chcą już więcej dawać mleka./ Wyłączają pasażerom światło w najbardziej nieodpowiednich momentach”. Absurdalna i nonsensowna an-archia (znana z „Utopii”) trwa nadal i paraliżuje przestrzeń lotniska – nowoczesnego nie-miejsca, podatnego na sabotażowy atak armii bez-sensownych bojówkarzy. Kaczanowski maksymalizuje poetykę absurdu i wstrętu, ironicznie recytując dyskursywne wiązanki. Paraliżuje tym samym czytelnika, który zdaje sobie sprawę, że przestrzeń publiczna w każdej chwili może zostać opętana przez obłąkane „bakłażanowe piersi” – prywatne i sprekaryzowane może gwałtownie wtargnąć, przekraczając arbitralne granice neoliberalnego konsensu estetycznego i etycznego. Bakłażanowe misterium Kaczanowskiego to nieoficjalny greps poetycki, chaotycznie rozrastający się swoimi kłączami w stronę krytyki liberalnej demokracji, opartej na niewidzialności i nieuznaniu „brzydkich” ciał robotnic i pracownic. W podobnym kontekście padają słowa Didiera Eribona, francuskiego badacza wstydu społecznego: „starzejące się ciało robotnicy ukazuje oczom wszystkich, czym jest prawda istnienia klas”. Te poruszające słowa, opisujące matkę Eribona, są synonimiczne do poetyki Kaczanowskiego, która obiera jednak zupełnie inne kategorie operacyjne. Jednak punkt dojścia jest taki sam: „bakłażanowe piersi” mówią najwięcej o zabójczym istnieniu klas, pomijanych w liberalnej narracji o etyce samowystarczalności i rentowności egona fetyszystycznym targowisku próżności. Polityczna pornografia „bakłażanowych piersi” to jakaś forma kontr-dyskursu, czerpiącego z wywrotowego sabotażu. Dowód, że lotniskowe sprzątaczki nie są jedynie dzikimi lokatorkami demokratycznego piętrusa, lecz mają pełne prawo wkroczyć w przestrzeń publiczną, domagać się politycznego i etycznego uznania. Ostatecznie to również potwierdzenie tego, że groteskowe promieniowania estetyczne są efektem potężnej implozji na społecznym obszarze, którego linią demarkacyjną jest kapitalistyczna arche.

Implozja. Wyobraźnia zmusiła wszystkich do afektywnego cugu, do zatracania się w estetycznych i postreligijnych malwersacjach. Jaki jest krajobraz po an-archicznej apokalipsie sensów i znaczeń? „Bakłażanowe piersi” zakryły „koszulami zdartymi” neoliberalny (nie)ład, którego strażnikami byli idealni konsumenci, pokryci ciekawymi wzorami na tkaninach: „zabijany pawian, smażony wąż, siekany warkocz szczypiorku”. Ekstatyczna wyobraźnia wróżbiarskiego skryptu sprawiła, że inna rzeczywistość jest możliwa. To rzeczywistość martwoty i bezruchu. Wysokoenergetyczna immersja oraz intensywność momentalnie opada i wygasa: „Nie będzie żadnego ruchu. Przestaniemy gadać./ Przeczekamy, aż koszula zdarta z jakiego nieszczęśnika/ zupełnie zniknie, utonie w wiadrze”. Lotnisko, nowoczesne nie-miejsce, transformuje się w industrialną skamielinę, zasypaną godzinami stagnacji i bezruchu: „Na tym lotnisku, o tej godzinie, nic nie lata./ Skądś dolatuje śmiech”. Śmiech nie daje spokoju, nie daje wytchnienia. To śmiech cyborga, to pusty śmiech skryptu, trawestującego wszystkie pułapkowe klisze i ludzkie odruchy myślowe. W świecie an-archii nie ma łatwej i prostej nadziei. Nadeszła noc oczyszczenia, na lotnisku rozlega się głuchy alarm. Każdy projekt, który nie jest anty-projektem, okazuje się filozoficzną lichwą, teoretycznym kamieniem-zlepieńcem, spadającym z wysokiego urwiska „majestatu absurdu” (by posłużyć się sformułowaniem Andrzeja Szpindlera). Poetyka obrzydzenia jest antywartościową (aczkolwiek najpraktyczniejszą) walutą, którą płaci się, by mówić o politycznym uznaniu, o społecznej i ekonomicznej transparentności. Kaczanowski może nie przynosi szeregu praktycznych rozwiązań profilaktycznych, zabezpieczających świat przed „resztkowym” wyniszczeniem, lecz dostarcza funkcjonalne metody opisu rzeczywistości w przededniu nuklearnego rozkładu znaczeń i sensów. Co jest nie tak z tymi ludźmi? Chyba to, że nadal pozostają głusi na skryptowy śmiech cyborga. To, że nadal pozostają jedynie naiwną resztką „siekanego warkocza szczypiorku”. To, że… boją się być „po prostu”, chociaż nie boją się Virginii Woolf.