Easy Jobs
Generalnie spałem, ile się dało. W nocy pracowałem, przez większą część dnia spałem. Nie miałem żadnych planów, dziewczyny ani przyjaciół. Nie miałem też normalnej pracy, jedynie Easyjobs.
Zajmowały mnie jeszcze tylko gry komputerowe i konsumowanie bananów. Grałem głównie w Crystal Quest, Lemmings i inne gry retro z minionego tysiąclecia, starsze niż ja sam, takie, w które grali mój ojciec, a później moja starsza siostra. Spędziłem miesiąc nad Prince of Persia. Trudno mi było doprowadzić ją do końca przez wojownika-szkielet na dziewiątym poziomie. Wczesnym rankiem w końcu udało się go pokonać i zmierzałem do uwolnienia uwięzionej córki sułtana. Kliknąłem w klawisz ze wskazówką w dół i do dźwięków zwycięskiego szesnastobitowego hymnu zacisnąłem lewą pięść, a książę przebiegł przez pełną ornamentów bramę i połączył się w perską noc ze swoją wybranką. Przez kilka minut odczuwałem to jako triumf, coś w rodzaju progresji.
Zjadałem ogromne ilości bananów. Chodziłem do Lidla+ i kupowałem dwadzieścia naraz. Po lekturze artykułu o marnowaniu jedzenia wybierałem tylko pojedyncze sztuki. Większość ludzi kupuje wiązkę i często oddzielają od niej jednego czy dwa banany. W ten sposób zostaje masa samotnych bananów singli, jak je nazwano w artykule. Nikt ich nie chciał kupować, dlatego sklepy mnóstwo takich singli wyrzucały. Czterdzieści procent klientów bało się, że inni dotykali pojedynczych bananów, tak było napisane. Trzydzieści procent po prostu wolało całe kiście. Innymi słowy: single miały pod górkę. Po przeczytaniu artykułu wszędzie je widziałem. W Lidlu, w Konzumie, w 7‑Eleven. Poszedłem nawet do Irmy i okazało się, że klienci tej sieci nie są bardziej tolerancyjni wobec banana singla, wręcz przeciwnie, wróciłem więc do domu z torbą drogich bananów.
Dużo czasu spędzałem, po prostu leżąc na sofie i patrząc w sufit. Oderwany od świata niczym samotny piechur pozostawiony w dżungli po dawno już zapomnianej wojnie. Obojętność okrywała mnie jak zimowa pierzyna, a w moim ciele osadzały się dodatkowe kilogramy. Z dnia na dzień wzbierała siła ciążenia. Nawet nie byłem podłamany. Chciałem czegoś chcieć, ale nie da się chcieć chcieć.
Możliwe, że w podobnej sytuacji było wielu ludzi. Ludzi, którzy kręcili się, udając, że coś robią. Ludzi funkcjonujących w społeczeństwie niczym aktorzy. Trudno powiedzieć ilu. Pozbawieni siły woli nie robią rewolucji.

Chodziło mi po głowie, że stracę mieszkanie, że całkiem wypadnę z systemu, że przebiję dno społeczeństwa; nie wiedziałem, czy Easyjobs to koszmar, czy źródło nadziei, bo nie dało się upaść na dno. System ciągnął mnie w dół, a zarazem utrzymywał kilka metrów nad dnem. Trudno było żyć, ale znaleźć się na dnie – to było niemożliwe. Dlatego spałem, ile się dało.
*
Pewnej nocy po dwóch godzinach spędzonych nad korektą dla jakiejś firmy z Florydy znowu nie mogłem zasnąć. Usiadłem na balkonie i zapaliłem szczególnie gęstego jointa. Ale zamiast senności poczułem kołatanie serca.
Wróciło podejrzenie, że zlecenia na Easyjobs generuje sztuczna inteligencja; dokładnie tyle, żeby utrzymać mnie przy życiu, ale nie na tyle, żebym – żebyśmy? – podniósł bunt. Czy zadaniem Easyjobs było kontrolowanie, czy aktywizowanie, a może to i to? Czy za Easyjobs stało państwo? Czy państwu opłacałoby się tworzenie fikcyjnych drobnych zleceń? Moje miesięczne zarobki z Easyjobs były nieco niższe od zasiłku dla nieużytecznych. A może państwo wyoutsourcowało najuboższą część społeczeństwa sektorowi prywatnemu?
Podczas ostatniego spotkania w pośredniaku konsultant zaproponował mi naukę w uniwersytecie ludowym. Ale wspomnienie pewnego dnia spędzonego na kursie w tego typu placówce i jego kierownika, który długo i z zachwytem mówił o ŻYCIU! i o wspólnocie ludzi, pozostawiło we mnie skojarzenie z sektą z innego tysiąclecia. A zresztą skąd miałbym wziąć kasę na pobyt w uniwersytecie ludowym? Zadałem to pytanie, wychodząc, po tym jak gość właśnie pozbawił mnie bezrobocia. Bądź trochę kreatywny – odpowiedział, mrugnął do mnie i zanim zamknął drzwi, wręczył mi ulotkę z logo Easyjobs.
Wyszedłem do kuchni i wypiłem szklankę wody. Wymieniłem na wylewce kranu filtr mikroplastiku. Włączyłem radio DAB, ale zaraz je wyłączyłem. Serce nadal waliło w nieprzyjemnym tempie. Żeby zająć myśli czymś innym niż Easyjobs i państwo, poszedłem do łazienki przyciąć brodę. Osiem milimetrów i cztery nad górną wargą. Poprawiłem nożyczkami i posprzątałem, usuwając z umywalki i z półeczki pod lustrem każdy włosek. Krótko potem zaczęło mi burczeć w brzuchu. Nie jadłem nic od popołudnia poprzedniego dnia, wróciłem więc do kuchni, żeby przygotować miseczkę owsianki z plasterkami bananów i odtłuszczonym mlekiem, po czym usiadłem przed komputerem. Przeczytałem wiadomości sportowe, a potem tekst o coraz większych wyspach plastiku na Oceanie Spokojnym. Wrzucając w siebie jedzenie, z czystego przyzwyczajenia sprawdziłem też kilkakrotnie Easyjobs. Za trzecim razem w najwyższej pozycji na stronie pojawiło się ogłoszenie:
„Redakcja. Honorarium: 60.000 koron”.
W linijce z tytułem nie było nic więcej. Nigdy przedtem nie widziałem tak wielkiego honorarium, więc z czystego zachwytu i z obawy, że zlecenie znikłoby, gdybym zaczął czytać jego opis, natychmiast kliknąłem „Zamów”.
Chwilę później dopadł mnie strach, że przyjąłem pracę, której nie podołam. Mój rating na platformie natychmiast by dołował, może byłby to początek końca. Kołatanie serca jeszcze bardziej się wzmogło, kliknąłem w wejście do treści ogłoszenia, ręce miałem spocone. Ogłoszenie widniało na platformie od trzech minut, a przeczytano je już sto dwadzieścia dziewięć razy. Ale niewiele tam było do czytania:
„Redakcja powieści, ok. 250 stron. Honorarium: 60.000 koron”.
Odetchnąłem. Widocznie byłem jedną z lepiej wykwalifikowanych osób na Easyjobs do tego zadania, w końcu miałem wykształcenie w dziedzinie literatury. Po chwili zauważyłem termin wykonania pracy. Trzy tygodnie. Serce znowu zaczęło walić, jakby chciało się wyrwać z piersi. Dlaczego tak się najarałem? Wróciłem do strony ze statusem zlecenia. Na okrągłym czerwonym przycisku nadal widniało: „Zamówione”.
Zwykle przyjęcie zamówienia było potwierdzane w ciągu kwadransa. Często przycisk świecił na zielono już po kilku sekundach i w poczcie elektronicznej lądował e‑mail z plikiem zawierającym zlecone zadanie.
Sześćdziesiąt tysięcy koron! Dwadzieścia razy więcej, niż wynosiło moje dotąd najwyższe honorarium na Easyjobs. Nigdy jeszcze nie widziałem pięciocyfrowego ogłoszenia. Wyobrażałem sobie, pewnie ze względu na nazwę portalu, że istnieje jakaś górna granica.
Sześćdziesiąt tysięcy wystarczyłoby na opłacenie czynszu na wiele miesięcy w przód. Może zostałoby też na jakąś podróż? Odwiedzenie siostry w Brukseli i dalej, Normandia, południowa Francja, Hiszpania. Jeślibym wykonał zadanie dobrze, może wylądowałbym na najwyższej półce ratingu: elita+. Mógłbym wtedy przebierać w zleceniach i brać tylko te najciekawsze.
Nie potrafiłem usiedzieć spokojnie, cały czas chodziłem po mieszkaniu. Z kuchni do sypialni i na balkon. Oczy bez przerwy wracały do monitora. Nadal tylko „Zamówione”. Przycisk pulsował rozżarzoną czerwienią w rytmie bicia mojego serca.
Była piąta dwadzieścia siedem. Klient wstawił ogłoszenie o piątej cztery. Ale zlecenie było wyjątkowo duże, wybieranie wykonawcy trwało na pewno dłużej niż w przypadku zwykłych ofert. Niewykluczone, że klient czytał moje CV i porównywał mnie z innymi oferentami. A może poszedł spać?
Przycisk nadal świecił na czerwono.
„Przeczytane 482 razy” – informował portal.
Oczywiście to musiało trwać. I w gruncie rzeczy dziwne, że ktoś zamieścił tego rodzaju zlecenie w miejscu takim jak Easyjobs. Mimo wszystko nadal istniały wydawnictwa i jeśli autor dysponował gotówką, to wydanie książki z redakcją nie było problemem. To znaczy o ile miało się w sobie ten rodzaj próżności i chodziło tylko o to, żeby zobaczyć swoje nazwisko na staromodnym druku papierowym.
Znowu wyszedłem na balkon. Nocne niebo przemierzał samolot nisko nad miastem migający czerwonym światłami. W bloku naprzeciwko światło świeciło się w jednym jedynym pokoju, w którym mężczyzna w kamizelce odblaskowej jadł pizzę wprost z opakowania. Po chwili znowu wpatrywałem się z czerwony przycisk.
Dopadły mnie złe przeczucia. A może zgłosiło się dużo ludzi o ratingu wyższym od mojego? Czy nie ma wielu innych z jakimś pojęciem o literaturze i z większym doświadczeniem? Może już mnie wykasowali?
Wziąłem komputer do sypialni i przez jakiś czas patrzyłem na czerwony przycisk z łóżka. O pół do siódmej zrezygnowany wśliznąłem się pod kołdrę. Z tego czekania przynajmniej ogarnęła mnie senność.
W niespokojnym śnie biegłem przez pole rzepaku. Goniła mnie armia dronów. Biegłem i biegłem, aż dobiegłem nad ocean. Najwyraźniej nie umiałem pływać, bo odwróciłem się, żeby podjąć nierówną walkę. Ale drony znikły, za to woda była już wszędzie dokoła. Stałem na metrze kwadratowym lądu otoczony oceanem, który rozciągał się we wszystkich kierunkach po horyzont.
Obudziłem się mokry od potu. Słońce kłuło mnie w oczy.
W kłębowisku wilgotnej pościeli odszukałem laptopa i otworzyłem go, wciąż jeszcze częściowo zanurzony w ucieczkowym śnie.
Przycisk świecił się na zielono.