Szczęśliwa ręka to powieść-kłącze. Jakub Kulasa rozpisał ją niczym libretto, na akty splecione z rozmów, głównie między wydawcą-zleceniodawcą a (napiszmy) architektką i jednocześnie ekspertką od twórczości zmarłego powieściopisarza, wstawiając pomiędzy owe akty „partie śpiewu” z odrębnych opowiadań. W taki oto sposób spinają tę rozkorzenioną powieść wartkie dialogi między A., która prowadzi śledztwo w sprawie spuścizny po wybitnym i popularnym pisarzu, a wydawcą i innymi osobami posiadającymi wiedzę mogącą doprowadzić do publikacji odnalezionych opowiadań. To główna „korzenna łodyga” tej powieściowej materii, od niej zaś ukorzeniają się odkryte opowiadania tegoż pisarza, tworząc rodzaj bocznych odnóg, jakby strukturę tekstowego wieloświata, w którym role zostały rozpisane także na głosy pozaludzkiej menażerii.
Kulasa to tryskający energią demiurg, dbający o szczegóły mechanizmu zegarmistrz-inżynier, jeśli nie wystarczy nam metafora artysty-ogrodnika. Materia powieści jest precyzyjnie skonstruowana i dopracowana w wielogłosowym, giętkim od zwrotów akcji języku, fabularnych szczegółach i frapującej, często „nieludzkiej” narracji. Ale w tym, co się tak „rozchodzi” po różnych „korzonkach” tej historii o talencie autora, który zginął w wypadku – jego wciąż żywej ręce, przeszczepionej komuś innemu, odkrytych opowiadaniach, które rzekomo spod niej wyszły i ich depozytariuszach – pobrzmiewa echo wyniesionej na meta-poziom potyczki z tajemnicą procesu twórczego. Silnie odzywa się w niej nieco „wyparty” przez realizm i literaturę non-fiction duch wyobraźni.
Bohaterowie tej opowieści są zatem istotami ludzkimi i nieludzkimi: mątwą, psem, obcym z innej planety, żółwiem, a nawet dziełem, które wyszło spod przeszczepionej ręki jako gadający posąg Buddy. Kulasa czyni ich głosy równoprawnymi. Zamykający tę plejadę bohater, który ujawnia się, by zwieńczyć dzieło, jest jednocześnie autorem opowiadania, ostatnim „korzonkiem” owego kłącza i zarazem stwórcą całej powieści. To w pewnym sensie meta– albo ur–autor, żeby się to Państwu nie wydało za proste. Cienie, jakie rzuca w snopach interpretacji, mają kontury Calvino, Borgesa, Eco, DeLillo i innych prześwietnych pisarzy. Sam ich zresztą Kulasa wywołuje Szczęśliwą ręką. A to oznacza, że nie tylko wskazuje swoich antenatów, ale i zarazem powierza się pragnieniu, by ich przekroczyć ku czytelniczemu zwieńczeniu własnego dzieła. Dla Kulasy, nie lada prozatorskiego bystrzaka, nie ma rzeczy niemożliwych. W jego „szczęśliwej ręce”, jak zresztą u antenatów, żyje odpowiednia ilość komórek humoru i auto/ironii, dzięki czemu status autora jest ciągle testowany. I bynajmniej owe komórki nie pochodzą z przeszczepu.
Dokąd zatem prowadzi nas śledztwo A., która sprytnie indaguje swoich rozmówców, nieraz toczy z nimi intelektualne sparingi, usiłując dojść do prawdy, rozegrać tak partie głosów, by przejąć nad nimi kontrolę, zawładnąć odkrytymi opowiadaniami nie-żyjącego pisarza? A., czytając ostatnie opowiadanie z odnalezionego zbioru owego wybitnego i popularnego pisarza, demaskuje przed nami alter ego autora – Jakuba Kulasy. Czym jest bowiem figura przeszczepionej ręki, która nie poddaje się woli jej nowego właściciela, tylko sama pisze opowiadania? Przeszczep żyjący po śmierci autora innym ciałem, ale oddany w paroksyzmach pisania swojemu poprzedniemu, pochowanemu przecież zewłokowi, to niepokojąca metafora lęku przed wpływem. Przecież to sam Kulasa zmaga się z ideą „przeszczepu” jako prześwietnego połączenia pisarskich ciał antenatów (jakby językowych profili autorów dzieł) w „szczęśliwą rękę”, metonimię hybrydy ojca-prekursora, którego trzeba przekroczyć w jego wcieleniach Calvino, Borgesa, Eco, DeLillo i innych wielkich.
I tu już Państwo sami musicie się przekonać, jak Kulasie wychodzi owo „przekroczenie” w obronie własnej oryginalności. Obstawiam, że jest dobrym zegarmistrzem-inżynierem, jeśli nie czułym ogrodnikiem, który wyhodował kłącze i sam się udatnie w nie wszczepił. Kto pokonał antenata, ten go zachowa dla siebie w taki sposób, którego powieściowy przodek-autor nie przewidział. Ów zwycięzca-potomek może tego dokonać na własnych warunkach, tutaj za pośrednictwem alter ego. Co prawda, składają się na nie wszystkie postacie powieści, ale autor wybiera sobie tę, w której chce się ujawnić, jakby w najbardziej istotowej dla powieści roli. Są nimi A. i sama przeszczepiona ręka, jest nim ujawniająca się w jej ostatnim opowiadaniu postać twórcy całego dzieła.
Zwróćmy uwagę na A. Jest po operacji nogi, porusza się w ortezie i o kuli. Poniekąd ta kondycja ilustruje starą antropologiczną zasadę mitologiki: tam, gdzie kulawość, szukaj węża. Owa kulawość pełza w pionie, prześlizguje się przez różne historie, jest przebiegła i sprytna, ale czy zdobędzie dla siebie skarb, ów owoc artystycznego roz-poznania? Czy pokona wszystkich konkurentów, zwłaszcza wydawcę, dla którego wykonuje zlecenie?
Nie ma co dalej spojlerować. Powieść Kulasy wiedzie nas zatem przez meandry procesu twórczego i rynku wydawniczego, umiejętnie gra suspensem i tajemnicą, dla których pożywką jest przeszczep ręki. Czyj umysł i czyja ręka stworzyły opowiadania? Kto jest autorem odkrytych po śmierci tegoż autora opowiadań? Kim jest wobec tego Jakub Kulasa? Meta-autorem? Ur-autorem? W każdym razie twórcą, który precyzyjnie rozmieścił w swojej powieści świetnie ucharakteryzowane własne awatary. Jest ta powieść poniekąd sama „przeszczepem” niby oczywistych motywów, a także przede wszystkim dziełem, które właśnie objawiło się, jako bardzo dobry debiut. Myślę, że on doskonale „zrośnie się” z oczekiwaniami tych osób czytających, które zawsze stawiają na ambitną prozę i rzucane przez nią intelektualne wyzwanie.