Artemida pocieszycielka
Przeczytałam, że każdy żyjący dzisiaj niedźwiedź polarny ma mitochondrialne DNA
jednej wspólnej matki, irlandzkiej brunatnej niedźwiedzicy, która dawno temu
przewędrowała przez pustynie ostatniej epoki lodowcowej, i znalazłam w tym pocieszenie.
Trwał długi upalny poranek spędzany z dziećmi maszyny,
z ich gadką o pamięci, o tym, jak by ją kupić, i po dobrej cenie, ale ja,
strażniczka pamięci z zawodu, skanuję myślą czas zakodowany w złocistym ulu
umysłu wieczności. Palę książki, palę swe archiwum:
płomień osmala skórę, synapsy strzelają między komórkami, w których
pamięć śpi w woskowych sześciobokach mojego skazanego na stopienie plastra.
Widzę go, jak sadzi susami w moją stronę przez wielkie pole lodu,
a ja siedzę u wejścia do jaskini, śni mi się, że moje małe baraszkują w gawrze,
moje słodziaki, pachnące śniegiem i słodką niepamięcią.
dla Catriony Crowe
Kobieta przy pracy
Myślę, że teraz przy świetle gwiazd i księżyca
lapis lazuli w jakimś skryptorium uciera,
sama promienna, swój gniew i smutek mieszając
w zachwycający pigment błękitu. Sygnały
rozbrzmiewają na alarm, słychać syren wycie,
pośród tego wszystkiego, choć groza napiera,
ona zważa na język, każdy dźwięk badając,
sonduje każdą głoskę i każdą literę,
śpiewa pieśń wody, płynnego lustra wszechświata.
Jak porwany przez kosa niegdysiejszy skryba,
co na marginesach kreślił dom lekki jak piórko,
przez wieki tropiliśmy tę gwałtowną miłość,
silniejszą od boskich surowych przykazań:
nasze gniazdo tam, na krawędzi, którą zwiemy wiersz.
dla Ailbhe Smyth

Łaski pełne godziny
Ponieważ wiemy, że Śmierć może być chwilą wielkiej trwogi –
nagłe pukanie do drzwi w środku nocy,
co wszystkich, jak wybłysk dnia, ze snu zrywa na równe nogi –
ten czas bezcenny, gdy czuwamy z tymi,
co w bramy spokoju wkraczają – to dar.
To kojące światło dla nas, którzy wciąż
jeszcze czekamy na niebo lub nicość,
my: kochankowie, matki i ojcowie,
dzieci. My śmiertelni, którzy marzymy,
by jeszcze choć chwilę iść razem tą drogą
do domu, w słońcu lub gdy pada, ręka w rękę,
mimo zakrętów i zwrotów, co czekać nas mogą.
Bądź wdzięczny: na pogrzeb weź kwiaty i świece,
za te wszystkie łaski pełne godziny w podzięce.
Ślubna fotografia rodziców
Kościół, przedmieścia Dublina
siedemdziesiąt lat temu,
zdjęcie czarno-białe:
coś w ich oczach, w spojrzeniu
woła do mnie przez te wszystkie lata –
pamiętaj o nas choć w grzęzawisko
zapomnienia wciąga nas historia,
uratuj nas, bośmy niebezpiecznie blisko
otchłani nicości – rodzaj zobowiązania wobec losu;
sądzę, że to na myśli mieli.
A mówią to do mnie młodym, mocnym głosem.
Zresztą pewnie już wtedy myśleli
o mnie, bo byłam płodem
pod matki sercem kipiącym od życia wytrwale.
Za mną już szykowali się siostry i bracia,
by odegrać swe role w rytuale
tej tajemnicy – dusze wcielone,
które miały odbyć podróż, aż do końca
przez krainy jej ciała. Przebłyski naszego istnienia
w mądrych oczach ojca.
Wyprowadzam ich z ramki fotografii,
wprowadzam w mój świat,
a oni wchodzą tam dzielnie jak wtedy, gdy
szli nawą kościoła prosto w światło dnia,
modlę się ich imionami,
myśląc, z jakim wielkim trudem
strzegli nas przed głodem, strachem,
gniewnym losem, nędzą, bólem.
Tutaj w tym miejscu i teraz tej jesieni
chcę ich odmalować,
umysł i rękę uwolnić od pośpiechu i naszym
życiem przeszłym nasycić ich przyszłość.
Ciss umrze w wieku lat czterdziestu dwóch,
biedny ptak, którego gniazdo zniszczyło cierpienie.
Larry będzie walczył prawie do osiemdziesiątki,
samotny, stoicki, niezmiennie
cieszący się cudownymi wnukami.
Lecz dzisiaj, znów trzymając się mocno za ręce,
zaglądają do mego pokoju,
gdzie właśnie mieszam odcień leśnej zieleni
na jej bukiet z liści paproci.
Kwiaty w kolorze cytryny, ciemnego błękitu,
na poduszce jej małych piersi
spoczywają cztery karminowe jeziora goździków.
Jest słoneczny październik,
pogoda piękna i ciepła,
gęsi lecą znad rzeki na pola.
Pracuje mi się lekko,
jakbym się unosiła w powietrzu, maluję
trzy guziki jego kamizelki w kolorze marengo;
maluję ich oczy hipnotyczne,
i czerń jego garnituru głęboką jak sadza.
Ją namaluję całą w kroplach pereł,
welon przetykany nitkami jedwabiu,
wszystko drobnymi dotknięciami pędzla.
Obdarzę ją przepychem niebywałym –
dam złote bransolety i pierścienie,
mszał będzie lśnił w ręce.
Wyobrażam sobie, że ich złożone dłonie kryją w sobie
to naczynie święte,
gdzie nasze konstelacje: Lew, Wodnik,
śpiewają swe hymny:
sakramentalna pustka,
w której noc nadchodzi, w której księżyc wstaje.
Przywracanie godności
Dawniej wszystko było prostsze: świat był wielką śnialnią,
gdy byliśmy dziećmi i w kajetach kaligrafowali
nazwy znanych rzeczy – grosik, kapelusz, zegarek i buty,
a stary dobry dom opowiadał swe dzieje. Dzisiaj stara kobieta
opowiada swoje, plecami zwrócona do przyszłości, oczy ma otwarte,
nie chcąc tracić z oczu w powietrzu od nieszczęścia gęstym
dziewczynki, którą kiedyś była, kiedy z każdym obrotem
skakanki wyrywała się do innego życia lub kiedy leżała pokotem
pod łóżkiem skulona niczym płód, gdy nad głową rozgrywały się klęski
dorosłego świata. Wy, którzy piszecie historię, a jest tego warta,
wpiszcie, zapiszcie ją w niej głęboko, nim zniknie, niestety,
stając się cieniem kształtu we wróżebnej misie, zróbcie to, by
nie zdołało Państwo, co jest we władzy kłamców i kanalii,
pamięć pozbawić jej zbawiennej łaski przemocą brutalną.
Clio – muzie historii
Erem
Moje światełko małe
A ogrom jest mroczny.
Ale ruszam w drogę.
Gdzie droga się kończy
Idę przez las szlakiem
Starym, co mnie prowadzi
Od jednego do drugiego
Patriarchy-drzewa, przez krzaki
I młode sadzonki.
Chata stoi, gdzie stała
Przy źródle; jest koc
Pod którym spaliśmy.
Tu szukałam schronienia
Przed nowymi purytanami
Prąd odłączyłam maszynom
I czekałam, aż oszołomy
Wydeptają ścieżkę do mojego domu.
A co przyniosłam z miasta?
Wspomnienie dnia ostatniego –
Buty studentów karnie ustawione w rzędzie
Przed drzwiami sali, gdzie miałam warsztaty
Zgarbieni nad wierszami
Na zewnątrz ślady stóp znikające
W topniejącym śniegu.