Rafał Wawrzyńczyk: Napisałeś Pieśni, podróżujemy w nich po całym świecie i stuleciach historii białego człowieka – znalazłem nawet cytat z Hezjoda – oraz czytamy o astrologii, pieniądzu i florenckich bankierach. Ma się wrażenie, że lada moment zza rogu wyłoni się słynna USURA… Czy to wielki powrót Pounda na scenę polskiego wiersza?
Wojciech Kopeć: Czy powrót – może i tak, chociaż Pound nie jest przecież zupełnie nieobecny. Przypomina mi się chociażby 0°dll Patricka Leftwicha, on chyba mocno inspirował się Cantos (przynajmniej na tyle, na ile kojarzę ten wątek z rozmów z Patrickiem). I dla Justyny Kulikowskiej pewnie też w jakimś stopniu był to ważny poeta, skoro fragment jednego z jego wierszy przyjęła za motto swojej książki. Ale rzeczywiście, charakterystyczny dla Pounda historyczny rozmach w – przepraszam bardzo za to określenie – opiewaniu świata to nie tak znowu częsta rzecz na naszym poletku. Ta zamaszystość poetyki i ambicja, żeby np. pracować na wielkich pojęciach, strasznie mi się podoba u Puwalskiej (która jest teraz jedną z moich ulubionych poetek), ale ją interesują przede wszystkim „abstrakty”. Zresztą moja poprzednia książka też była mocno abstrakcyjna i chyba zaczęło mi brakować konkretu – może sięgnięcie po historię było dla mnie jedyną możliwością, żeby nie popaść w wydmuszkowatość, jeśli mogę tak powiedzieć?
Tak czy inaczej, kiedy pierwszy raz pomyślałem o tym, że mógłbym napisać cykl poetycki (żeby nie fiksować się stricte na książce poetyckiej jako całości), który byłby możliwie odpodmiotowiony (znowu: możliwe, że potrzebowałem tego po bardzo podmiotowej książce numer trzy), nie wiedziałem, że zawędruję w okolice historyczno-eseistyczne. Ale te bardzo minimalne założenia, które powziąłem (z grubsza: cykl odpodmiotowionych wierszy o zewnętrzu), w dość naturalny sposób zaprowadziły mnie i do Hezjoda, i historii giełdy. A, wcześniej była jeszcze fascynacja Pacyfikiem, ale o tym może później. Wracając jeszcze do Pounda: imponuje mi w jego pieśniach to, jak potrafił budować narrację na fragmentach – które przecież nie były zupełnie oddalonymi od siebie zdaniami, wręcz przeciwnie. Raczej fiksował się na jakimś wycinku historii albo, powiedzmy, jakimś zagadnieniu i te zdania tworzyły coś w rodzaju konstelacji, może słowo: zarys albo szkic byłoby tu odpowiednie. I tego rodzaju jukstapozycja, która nie polega na zderzaniu ze sobą różnych porządków, tylko właśnie takim obrysowywaniu zagadnienia, wydała mi się na poziomie pracy nad Siedemnastoma pieśniami czymś niezwykle interesującym.
A jednak pieśni są „wyprowadzone z przypadku”, jak stoi w tytule książki. Wyjaśnisz, na czym polegała jego rola? W sensie, rola przypadku. Być może ktoś się w tym momencie zastanawia, jak można go pogodzić z mniej lub bardziej sformalizowanymi założeniami konstrukcyjnymi i obrysowaniem zagadnień.
Ta kwestia przypadku jest dość podchwytliwa, a przynajmniej chciałem, by taka była. Żeby nie zdradzić zbyt wiele: można „wyprowadzać” z przypadku w sensie „wywodzenia” (tak jak wyprowadza się matematyczne twierdzenie), ale można też, bardziej dosłownie, „opuścić” przypadek, „odejść od” przypadku. I całkiem sporo jest momentów w książce, w których staram się tę przypadkowość zbadać – na ile rzeczy, które za przypadkowe uchodzą, faktycznie takie są, a na ile determinuje je historia, struktury ekonomiczne itd. Zestawianie ze sobą pozornie luźno powiązanych elementów często pozwala te różne ukryte połączenia wydobyć. Ktoś mógłby pomyśleć, co mają zjawiska pogodowe do florenckich bankierów albo do średniowiecznych Katarów, a ja chciałem pokazać, że jednak mają całkiem sporo.
Bardzo kojarzy mi się to z tym, co dzieje się w esejach Eliota Weinbergera.
O, to bardzo ciekawe, że o tym piszesz. Przyznam, że nigdy nie przeczytałem w całości żadnej z książek Weinbergera, choć rozmawiałem o Rzeczach pierwszych z co najmniej trzema osobami. I chyba pokłosiem jednej z takich rozmów była myśl o napisaniu tomu esejów, w międzyczasie pojawiła się fascynacja rybami głębinowymi i głowonogami (nawet założyłem z moim przyjacielem Szymonem Domańskim Jawne Stowarzyszenie Przyjaciół Głowonogów i Ryb Głębinowych). Dlaczego ja wtedy tego Weinbergera nie przeczytałem w całości? W sumie nie wiem. To trochę głupie, ale może bałem się, że zbyt łatwo pochłonę książkę i czekałem na moment, w którym moje zainteresowanie tego rodzaju esejem (rozumianym na tyle, na ile jestem w stanie zrekonstruować teksty Weinbergera z rozmów z moimi znajomymi, czyli z jakiejś trzeciej ręki) trochę opadnie.
Ale wracając do pisania: z jednej strony po prostu chciałem spróbować czegoś nowego, z drugiej – w tamtym momencie miałem już gotową zasadniczą część książki poetyckiej (zdaje się, że trzynaście pieśni), która mocno ciążyła w kierunku czegoś, co roboczo nazwałbym może „wierszem eseistycznym”. Wiem, że esej to strasznie pojemna kategoria, która w zasadzie nie wiadomo, co mieści. Ja mam na myśli zwłaszcza wiersz trochę meandrujący, ale zakorzeniony w opowiadaniu o jakimś konkretnym zdarzeniu, historii, rzeczy itd. Trochę dyskursywny, ale jak to w eseju – otwierający furtkę na większą swobodę myśli. W każdym razie – sposób pracy nad wierszem, który wymagał ode mnie, żeby zrobić research, poczytać o Katarach albo o tym, jak różnie opisywano w literaturze ośmiornice (od Greków, przez Darwina aż po późniejsze, zwłaszcza amerykańskie przedstawienia koncernów naftowych), był dla mnie niesamowicie ożywczy. Przy poprzednich trzech książkach nawet by mi do głowy nie przyszło, że tworząc wiersz, mogę wykonać pracę podobną do tej, którą znałem wcześniej tylko z pisania tekstów naukowych czy ewentualnie krytycznych.
Dobra, to co z tymi próbami prozatorskimi? Coś tam sobie pobocznie, niezobowiązująco pisałem – wciąż w dialogu z pieśniami. I nagle te prozy zaczęły się rozwijać w nieco niespodziewanym dla mnie kierunku, zaczęły pojawiać się strzępki fabuły, trochę przemyśleń dotyczących literatury w ogóle, jakieś wątki polemiczne, gdzie indziej coś, co miało być fragmentem dramatycznym. Trochę na takiej zasadzie, że jest jakiś tok narracyjny i na potrzeby rozwijania się tegoż dobiera się różne foremki, które akurat pozwalają ciekawiej uchwycić dany moment myśli. Wydaje mi się, że Anne Carson robi coś podobnego i jest fenomenalna. I chyba wtedy, gdy ujrzałem tę różnorodność w powoli rodzącej się książce prozatorskiej, pomyślałem: a jakby spróbować zrobić to samo na poziomie takiego konstruktu, jakim jest „książka poetycka”? Mam ostatnio sporo myśli tyczących się tego, jak rozwijała się na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat idea książki poetyckiej. Że w pewnym momencie pojawił się jej prototyp w postaci trzydziestu paru wierszy, związanych dość luźno jakimś jednym konceptem/tematem. Takich książek, zwłaszcza parę lat temu, powstawało bardzo dużo (trochę w opozycji do „tomiku” i „zbioru wierszy” czy „książki z wierszami”), a teraz mam wrażenie powstaje coraz więcej propozycji, którą starają się obejść ten paradygmat. To znaczy – całościami mogą być poematy, cykle, a niekoniecznie „książka poetycka”. Myślę o tym, jak to funkcjonowało w złotych czasach modernizmu, i przecież rzadko kiedy myślimy o konkretnych książkach np. Rilkego, raczej o jego cyklach, Elegiach duinejskich, Sonetach do Orfeusza itd. Podobnie z wcześniej przywoływanym Poundem – oczywiście ujmował kolejne pieśni w ramach odrębnych publikacji, ale był to raczej wtórny podział albo inaczej: dość mało znaczący. I moje próby obejścia „książki poetyckiej” na różne sposoby (umieszczenie w centrum cyklu, różnorodność gatunkowa) to trochę wynik fascynacji, że całość można sobie różnie skonceptualizować. Bo ostatecznie to, co w danym momencie historycznym uchodzi za formę dominującą, jest bardzo uzależnione od tego, w jakim systemie ekonomicznym żyjemy, jak wygląda rynek wydawniczy, jak działają maszyny promocyjne i tak dalej. A myśl, że mógłbym wypracowywać sobie jakąś formę na potrzeby danego dzieła, tak jakby każdorazowo zastanawiając się, jak skonstruować w jego obrębie świat przedstawiony, wydaje mi się niezwykle pociągająca i dająca dużo swobody.
Aha, a zaczęło się od Weinbergera, mam nadzieję, że w moich dygresjach znajdziesz odpowiedź na swoje pytanie.
Skoro już wspomniałeś o Stowarzyszeniu Przyjaciół Głowonogów, to nie ma rady: musisz opowiedzieć, jak to było z Twoją fascynacją „wielkim przedsięwzięciem, kryptonim »Pacyfik«”, jak piszesz w wierszu. No i oczywiście – o naczelnej chyba figurze książki, czyli ośmiornicy. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, że o Twoim tomie będzie się mówiło „ten z ośmiornicą”, niekoniecznie używając jego pełnego tytułu. Takie jest przynajmniej moje proroctwo, haha.
Bardzo możliwe, że końcowy projekt okładki jeszcze uprawdopodobni twoje proroctwo. Ale nie mam nic przeciwko: o książce Szymona Biry też się mówiło „ten z gorylem na okładce” – nie 3.1., a to świetny tom. Mam zresztą doświadczenie w stosowaniu trudnych do zapamiętania tytułów; nie wiem, czy ktokolwiek z wymawiających tytuł mojego debiutu, zrobił to prawidłowo (przyjmę? wyjmę? odejmę?).
Dobra, ale krotochwile na bok. Żeby odtworzyć całą historię, jak to z tym oceanem było, muszę zrobić parę dobrych kroków wstecz, ale obiecuję, że dobijemy do brzegu. Gdzieś na poziomie drugiej książki zaczęły mnie interesować „szare pola” literatury. Książki będące z dzisiejszego punktu widzenia zupełnymi ramotami, którymi nikt oprócz zapalonych pasjonatów i studentów polonistyki się nie zajmuje. Oświeceniowa drama mieszczańska, Żywot człowieka poczciwego, powieść produkcyjna, ale też: kalendarze, poradniki, wróżby, jakieś efemeryczne druki ulotne. Cały ogrom tekstów, które stanowią historyczne tło; nie są uniwersalne, wręcz przeciwnie – są całkowicie ulepione z czasu, w którym powstały.
Kiedy dotarłem do tego miejsca, które roboczo nazwałem sobie: „literatura użytkowa”, spostrzegłem całe nieodkryte przestrzenie podobnie „użytkowej” muzyki. I to są nieprawdopodobne rzeczy. Muzyka lounge’owa, easy listening, muzak, library music, no i w końcu – exotica. Dowiedziałem się o takim fenomenie jak kultura tiki. Po drugiej wojnie światowej Amerykanie potrzebowali czegoś na kształt miejsca, które będzie poza czasem i przestrzenią, trochę na zasadzie „rajskiego” zewnętrza: wieczne wakacje w sztucznie wypreparowanej, wydzielonej przestrzeni. Coś, co pozwoliłoby im poczuć się jak w domu, przy jednoczesnym wrażeniu oddalenia, zamrożenia czasu. Oczywiście studia postkolonialne, krytyki orientalizmu itd. dawno już to odkryły, nie będę więc się niepotrzebne powtarzał. Dla Ameryki lat 50. takim „dalekim-ale-bliskim miejscem” były przede wszystkim traktowane zbiorczo kultury narodów Pacyfiku; powstawały jakieś strasznie kiczowate rzeźby mające imitować religijne posągi, mieszkańcy suburbiów stawiali je sobie w ogródkach, rozwijała się cała kultura koktajlowa. Wtedy też pojawiły się na większą skalę turystyczne loty transoceaniczne. No i muzyka.
Exotica, która powstawała na początku lat 50., to chyba pierwsze jaskółki czegoś, co można nazwać „awangardowym popem”. Zaczęto tworzyć muzykę ściśle studyjną – nagrania, które nie są tylko prostym przełożeniem żywego wykonania na płytę, ale w obrębie których kombinuje się jakoś z brzmieniem, korzysta się z nowych możliwości studia, przede wszystkim ze stereofonii, manipuluje się dźwiękiem. W tych warunkach narodziła się praktyka słuchania muzyki w domu, w wydzielonej przestrzeni; siadasz przed zestawem stereo, zamykasz oczy i znajdujesz się w Tokio, Honolulu, Hong-Kongu, gdzie tylko chcesz. I jasne, że exotica była muzyką korzystających z nieprawdopodobnych uproszczeń kulturowych, ale był w niej ten niesamowicie fascynujący nerw „wybiegania w przyszłość” – adaptowania awangardowych technik produkcji, próby wplatania muzyki elektronicznej (theremin!), i to wszystko w ramach w gruncie rzeczy bzdurkowatych kompozycji; z dzisiejszego punktu widzenia – zupełnie nieatrakcyjnych staroci.
Jeszcze z innej strony – czy Pacyfik nie jest najzwyczajniej w świecie PRZERAŻAJĄCY? Te wszystkie wysepki, atole rozsiane po geograficznej pustce; ogromna przestrzeń, której nie jesteśmy w stanie zignorować, bo jakkolwiek byśmy próbowali wypierać istnienie tych wszystkich głębin i żyjących w nich głowonogów i wielorybów, to one cały czas są. I możemy myśleć o Pacyfiku jako o błękitnej plamie z broszurki zapraszającej nas na wczasy, jak o jakimś „nigdzie”, ale przecież upiorna materialność tego „nigdzie” cały czas pracuje. W wyniku globalnego ocieplenia sporej części tych wysp (na przykład Malediwów) za sto lat nie będzie i to jest bardzo dojmujące.
Ha, czyli być może brzeg nam już dawno uciekł i nigdy do niego nie dobijemy.
No to co, tak w sumie chyba pływa się po tych oceanach. Przypomniałeś mi, że ciągle nie obejrzałem Pacifiction Serry; to jest film, którego istnienie od czasu do czasu wynurza się na powierzchnię mojej świadomości, zbieram się wtedy do zdobycia go, robię jakieś zakładki w przeglądarce, ale potem nie dopinam sprawy, zapominam, rozwiewa się to jak mgła w tropikach. Że tak poetycko powiem. Chciałbym, żebyśmy pomówili jeszcze o wątkach autobiograficznych w Twojej książce. Bo nie jest tak, że latamy w niej tylko po Mikronezji, ale, czemu nie, przedzieramy się też przez chaszcze przy opuszczonej bocznicy w Tarnobrzegu. Albo słuchamy szumu open space’u w call center.
Nie dość, że wątki autobiograficzne, to jeszcze ubrane w autofikcję. Zatem jesteśmy na antypodach tego, co do tej pory pisałem; gdzie mi tam było do odsłaniania, wywlekania rodzinnych historii. Ale pomyślałem – a jakby tę autofikcję, która zresztą (podobnie jak reportaż) nieszczególnie mnie interesuje jako czytelnika (możliwe, że niesłusznie – nie chcę rozstrzygać tej kwestii), ugryźć od innej strony? Stąd wziął się wiersz o tym, że u mnie w domu rodzinnym nie było żadnych demonów przeszłości, że nie potrzebuję ROZLICZAĆ SIĘ, bo to mnie nie bardzo obchodzi. I pojawia się co prawda wątek „powrotu do domu”, który od Eribona przeniknął na nasz polski grunt i jest obracany wte i wewte, ale mnie paradoksalnie w autofikcji bardziej interesuje tło niż „ja” i relacje rodzinne. Chciałem napisać o rozpadzie rzeczywistości, który ma tutaj konkretne realizacje (zamknięcie się kopalni, wyludnianie się byłego miasta wojewódzkiego, erozje). To „ja” raczej meandruje, wyłania się co jakiś czas z tła – pod tym kątem bliska jest mi proza Sebalda. O, jeszcze ważnym punktem odniesienia było dla mnie On Land Briana Eno. Intuicyjnie wydawało mi się, że jest w tej płycie coś podobnego do atmosfery rozpadu z Pierścieni Saturna, a potem okazało się, że i Eno, i Sebald opowiadają o tym samym miejscu, o Suffolk. To jeden z najbardziej przerażających albumów, jakie znam.
Wątki autobiograficzne, o które pytasz, są też obecne w krótkich prozach meandrujących wokół pracy w korpo. Bardzo nie chciałem, żeby to były po prostu „udziwnione” opowiadania wykrzywiające nudną rzeczywistość. Podobnie jak w tych fragmentach „tarnobrzeskich”, ważne jest dla mnie tło; to, co mnie jako podmiot przerasta, wszystkie te cyfry, dane przelewające się gdzieś daleko ponad głową i ja wynurzający się z nich od czasu do czasu. Zależało mi na tym, by nie popaść w pisanie rodzaju: „och, moja praca jest tak nudna” albo „och, moja praca jest tak ciężka”. Piszę z pierwszoosobowej perspektywy, ale niekoniecznie ta praca, którą opisuję, jest moja. Albo inaczej: to, czy jest moja, nie ma aż tak dużego znaczenia.
Tak tak, to jakby nie budzi żadnych wątpliwości w lekturze. Jest tylko taki silny kontrast, wiesz, kiedy przechodzisz z tych wysoko nastrojonych pieśni do drugiej części tomu, Elegii, i tam pada na przykład „nikt nie biegał wściekle napruty/ wszyscy siedzieli / i nic się nie działo”. Bardzo to jest ożywcze, moim zdaniem. W ogóle cały ten rozbudowany utwór – czy cykl utworów? – który idzie pod mianem Elegii jest dla mnie atrakcyjny przez swoją polifoniczność, operowość nawet… Mówisz tam językami, przymierzasz stylistyki, demonstrujesz różne stany skupienia wiersza. Tu i tam słyszałem echa Sosnowskiego i pomyślałem sobie, że to zabawne, widzieć po latach jego wynalazki zatrudnione do innej pracy. Zabawne, a może nawet pouczające. W pewnym momencie opisujesz upadek poczty takim puentylistycznym wierszem, który widziałem chyba w Tęczy. Czy Po tęczy, nieważne. No więc przebiegło mi przez myśl: aha, tu jest pokoleniowa zmiana. Tęcza dotknęła w końcu ziemi.
Świetnie, że tak widzisz tę różnorodność, mnie też się ona podoba, haha. Pewnie dałoby się z samych pieśni zrobić książkę (pojawiały się myśli przeróżne: „zrób z tego materiału dwa tomy…”), ale mogłoby to być trochę zbyt ciężkie; ja sam jako czytelnik lubię jak książka gra na kontrastach kompozycyjnych. Kiedy już wydaje ci się, że przyswoiłeś sobie materiał, i wtedy pojawia się coś, co cię z tego poczucia zupełnie wytrąca.
Sosnowski to wielki temat. Nie powiem, że jakoś bardzo wnikliwie śledziłem (czy raczej ze względów metrykalnych – rekonstruowałem) recepcję, ale mam pewną intuicję; popraw mnie proszę, jeśli się mylę. Czy Sosnowski nie był czytany jeszcze kilkanaście lat temu w duchu dekonstrukcji i różnego rodzaju wariacje na temat tej poezji nie skupiały się przede wszystkim na „hermetyczności języka”? Wiesz, nie mówię np. o Piórze, który zresztą jest wielkim jajcarzem polskiej poezji, ale gdzieś tam mi migoczą różne próbki z Połowów, jakieś pojedyncze publikacje, i pisać w idiomie Sosnowskiego znaczyło przede wszystkim pisać o „języku”.
Zresztą Pułka jest chyba dobrym przykładem – tylko w jego poezji jest o wiele, wiele więcej niż tylko to zafiksowanie się na możliwościach bądź niemożliwościach języka. Później sam Sosnowski był już inaczej czytany i chyba ta odmienna lektura nadeszła wraz z falą politycznego zaangażowania. W każdym razie, to bardzo ważny dla mnie twórca, ale niekoniecznie czytany jako wielki dekonstruktor języka. Mnie się szalenie podoba poezja, która bierze sobie na tapet, dajmy na to, pojęcie „piękna”, i na serio zastanawia się, czym ono jest (tak, chodzi o Kulikowską). Oczywiście nie mam na myśli prostej jednoznaczności, ale wpisana w projekt poetycki „skończoność”, to że gdzieś ostatecznie lądujemy, dotykamy tej ziemi albo przynajmniej próbujemy, mimo tego, że ziemia się od nas oddala, jest dla mnie istotne. W innym wypadku możemy skończyć na wiecznej wędrówce wokół Mikołowa.
Ja myślę, że mało kto daję radę być na serio oderwanym przez dłuższy czas, musisz mieć do tego dobrze przemyślane, jak ruszać piórami. I widzieć tam w górze jakieś dość konkretne jednak dla siebie rzeczy. Co jest może nawet jakimś paradoksem. Inaczej powstają różne odpisywanka, naśladownictwa, słomiane artefakty kultu cargo. Dużo by mówić. Ale patrz, znowu jesteśmy na Pacyfiku [śmiech]. Nie boisz się, że zostaniesz uznany za czołowego ekopoetę, bo zająłeś sobie największy akwen na świecie?
Ja z radością przyjmę i taką łatkę, pytanie, czy ekopoeci i ekopoetki chcieliby mnie w swoich szeregach. Ostatnio czytałem Solarysze Marcina Mokrego i jest to dość odważna próba poszerzenia polskiego wiersza ekologicznego. Wychodzi mu to naprawdę bardzo dobrze: odzywają się w nich Słopiewnie Tuwima, gdzie indziej pobrzmiewa Leśmian. Może po oceanie przyjdzie czas na mniejsze akweny, na przykład rzeki. Zobaczymy.