Przemysław Owczarek: Mam silne przeświadczenie, że obcowanie z Twoim debiutem da się umieścić w kwadracie czterech konkretnych pytań: temat, język i konstrukcja, inspiracje, doświadczenie. Zarazem ta rama pozwoli uchwycić osobom czytelniczym wystarczający przyczółek dogodny dla pierwszych odczytań i interpretacji. Czy zgodziłbyś się na taką konstatację z owego przyczółku, iż twój debiut to poszukiwanie odpowiedzi na dwa ważne kryzysy: mieszkalnictwa w Polsce, nazwanej przez Ciebie „skrajem”, i męskości, zwłaszcza tej młodej, której system społeczny nie wydaje się wyznaczać żadnej tożsamościowej drogi?
Marcin Czerniawski: Zgodzę się, zastrzegając jednocześnie, że te dwa rodzaje kryzysów to składowe całej konstelacji mikrotąpnięć generowanych przez system społeczno-ekonomiczny, w którym przyszło nam wegetować, a który roboczo i może nieadekwatnie, bo on się zaraz wykopyrtnie, zmutuje i przepoczwarzy, nazwijmy technokapitalizmem. Mam wrażenie, że w powieści czasem między wierszami, innym razem zupełnie wprost, dosadnie i prima facie kły pokazują też inne potwory, albo, no właśnie, małe stworki płodzone przez to wielkie nienasycone bydlę. Bo co z pracą, rodziną, relacjami międzyludzkimi? Tak samo są tu kontrowane przez pędzącą na złamanie karku, przebodźcowaną teraźniejszość. Tylko czy to są kryzysy na miarę tego słowa? Miałbym jednak w tym wypadku problem z operowaniem wielkimi kwantyfikatorami. Byt społeczny i porządek się nie załamują, więc byłyby to właśnie raczej mikrotąpnięcia, załamania na planie egzystencjalnym najsłabszych, których system nie zauważa albo wręcz czyni zbędnymi. Z drugiej strony luminarzom tego systemu jest na rękę, żeby te problemy bagatelizować, zbywać wzruszeniem ramion i moralizatorską gadką o nierobach, nieudacznikach i leniach. Bo przecież mamy demokrację, wolność i dwudziestą gospodarkę świata, więc o co ci chodzi roszczeniowy karaluchu?
Reasumując, na pewno moją pierwotną intencją, jako autora, było przyjrzeć się problemowi mieszkaniowemu młodych ludzi i przetworzyć go literacko. Ale niejako wbrew tej intencji albo pomimo niej, w trakcie pisania kolejnych partii tekstu na pierwszy plan wysunął się ten mityczny „kryzys męskości”. Może dlatego, że wszyscy główni bohaterowie to mężczyźni i to ich bolączki, zmaganie się z trudami codzienności oraz szamotanie z własnymi frustracjami są tu wzięte na warsztat. Problemem numero uno jest jednak System, który wymagałby rozmontowania, System jako całość.
Twoja powieść opisuje wspólny los trzech męskich młodych indywiduów, który splata się w jeden warkocz problemów, gdy wspólnie zamieszkują razem w wynajętym lichym lokum nazwanym przez Ciebie „kwadratem”. Który z Twoich bohaterów: A., B., czy C. radzi sobie najlepiej z wyżej wspomnianymi mikrotąpnięciami? A może dopiero jako triada są w stanie stanąć w obliczu problemów, tworząc mikrowspólnotę w przestrzeni z horyzontem nadziei, chociaż ich wspólne działanie może wydawać się państwu czytającemu groteskowe?
Najlepiej radzi sobie, rzecz jasna, B. Najgorzej A., C. jako tako. Natomiast każdy z nich z osobna, gdyby pozostali tylko sami ze sobą, ze swoją jednostkową perspektywą i studnią bez dna problemów, nieskomunikowani i zamknięci na alians, poradziliby sobie licho. Alienacja i atomizacja tylko pogłębiłyby kryzys. Ten sojusz, zawiązany z konieczności i zarazem z przypadku, a nie z wyboru, czyni ich sytuację mniej beznadziejną, z horyzontem na mikrodawkę nadziei.
Język, którego używasz do konstrukcji swojej powieści, rezonuje z tzw. Bachtinowskim dołem i socjolektem swoistej graniczności wynikającej z funkcjonowania „na skraju” systemu społecznego. Ale rezonuje także z fazą liminalną właściwą dla wszelkich mediacji, a więc męskich inicjacji również. Stąd nieraz groteska i cudaczność, słownik genitalno-analny i swoisty „młodo-socjolekt” napędzany ironią wydają się dość żyźnie nasycać narrację. Czy takie przyjąłeś założenie, czy jednak mniej świadomie odnalazłeś się w owej strategii narracyjnej, tworząc swój debiut?
Trudno mówić tu o jakimś silnym założeniu. Założenie u mnie jest zawsze takie, żeby eksperymentować. Z językiem, strukturą narracyjną, konwenansami, cierpliwością czytelnika. To niejako podstawa programowa. W tym akurat konkretnym przypadku ten „młodo-socjolekt”, jak go określasz, przyszedł do mnie trochę z zewnątrz i jest obecny głównie w części trzeciej, gdzie w grę wchodzi język mówiony i wynikająca z tego potoczność, slangowość, czy zbuntowana emocjonalność. Czasem wulgarność czy prymitywizm. To trochę język ulicy, trochę niekontrolowana gawęda, trochę wreszcie literacko przetworzone i specjalnie podkręcone idiolekty ulepione z językowego konglomeratu wszelkiej maści znajomych, nieznajomych, ludzi mi bliższych i dalszych. Jest więc ta groteska, szczypta skatologii, ale są też parafrazy, kryptocytaty, dziwne powiedzonka, wykoślawiania czy lapsusy językowe charakteryzujące np. zamknięte grupy, czy bandy, które tworzą swój specyficzny slang. Ta akurat grupka, a raczej trójca, którą powołuję do kolektywnego życia, jest raczej niejednorodna i niespójna w wyrazie, bo takie jest też moje dziwaczne doświadczenie na planie wynajmowanych pokoi, rynku mieszkaniowego dla ubogich duchem i ciałem milenialsów. Czasami, a nawet często, mieszka się z przypadkowymi ludźmi, w niebywałych konfiguracjach personalnych. To moja przeszłość, mniej teraźniejszość. Przyszłość dla młodszych pokoleń przedstawia się w perspektywach jeszcze mniej różowych.
Mimo ewidentnych różnic w, nazwijmy je górnolotnie, poetykach egzystencjalnych estetyk, bohaterowie wytwarzają wspólny, trochę poszarpany, trochę nieadekwatny, a trochę „cudacki”, ale wynikający z proletariackiej, czy prekarnej kondycji, język, ponieważ najlepiej wyraża on ich nizinny status.
Powieść naznacza swoisty przełom dzielący ją na dwie wyraźne części. Najpierw po tym świecie wiedzie nas narrator wszystkowiedzący, który z góry patrzy na życie trójki bohaterów i w ten sposób tworzy biotopy ich egzystencji. Następnie narracja rozszczepia się na opowieści trzech „ja” bohaterów: A., B. i C. Co, według ciebie udało się osiągnąć w takiej zmianie perspektyw w strategii narracyjnej?
Nie wiem, co udało się osiągnąć, bo też rezultat nie jest w pełni satysfakcjonujący. Zamierzenie było takie, żeby zmienić narrację na pierwszoosobową i uczynić ją bardziej intymną, czy nawet konfesyjną, ale też wybić czytelnika z rytmu pierwszej części oraz wątpliwego, bo wątpliwego, ale komfortu obcowania z wszystkowiedzącym narratorem, który niejako z lotu ptaka i w laboratoryjnych warunkach rozbiera kondycje bohaterów na czynniki pierwsze. To że oni się potem spotykają w jednym mieszkaniu i tworzą dość specyficzne, przetrącone i popaprane ognisko domowe, miało być jednak zabiegiem kontrintuicyjnym. Czy to się udało, to inna sprawa. Niemniej jednak musiałem im oddać głos, żeby ten dziwny sojusz, alians pominiętych, przedstawili każdy po kolei ze swojej perspektywy i unaocznili go czytelnikowi jako realny i łatwopalny.
Jestem zresztą orędownikiem wszelkiego rodzaju zmian rytmu, perspektywy, rodzajów narracji w trakcie jednego utworu. To daje nowy oddech i zazwyczaj bywa ciekawszym doświadczeniem czytelniczym niż klasyczna, napisana w trzeciej osobie, w jednym rytmie, jednorodna językowo i formalnie, proza. Byle z tym nie przesadzić.
Zatem następne pytanie z tej linii. Jeśli wskazywać konkretne inspiracje, które mogły żywić ten debiut, to wydają się one pochodzić z francuskiej literatury, mocno zanurzonej w życiu doczesnym i badawczo mu się przyglądającej. Ale dostrzegłem też skrupulatność w tworzeniu świata, która pozwala mi przywołać np. Pereca. Zdradziłbyś, kto tu z republiki autorstwa dmuchał w twój żagiel?
Literatura francuska to zdecydowanie dobry trop. Perec to bardzo ważny dla mnie autor, ale też w ogóle grupa oulipo, której był reprezentantem. Na przykład te bardziej zawadiackie, chuligańskie momenty można by skojarzyć z niektórymi utworami Raymonda Queneau. Na pewno imponuje mi ich radykalizm w podejściu do eksperymentatorstwa i zabawy formą. Z innych literatów języka francuskiego wymieniłbym: Celina, Geneta, Sartre’a, Michaux, Leautremonta, Raymonda Roussela. Duży wpływ miała na mnie również literatura austriacka, głównie Bernhard i Handke, ale też Ingeborg Bachmann czy Marlen Haushofer. Trochę postmodernizm amerykański, ale bardziej beat generation na czele z osobnym Burroughsem. Z literatury polskiej: Gombrowicz, Lem, Choromański, Leo Lipski, Schulz, Leopold Buczkowski. Oprócz tego na osobnych planetach Robert Walser i Adolfo Bioy Casares.
Ho, ho, bogate zaplecze. Sięgnę zatem do francuskiej literatury, żeby mu powtórować. Flaubert zostawił po sobie słynne zdanie: „Pani Bovary to ja” – czy mógłbyś trochę opowiedzieć, jak formowało się twoje twórcze doświadczenie w trakcie powstawania debiutu, i co ofiarowało mu takie roztrojenie wszystkowiedzącego narratora na A., B. i C.?
Moje doświadczenie twórcze było już dość uformowane, zanim zasiadłem do pisania tej powieści. Fakt, to będzie formalny debiut książkowy, ale mam za sobą ukończonych już kilka dłuższych, mniej udanych tekstów prozatorskich, które od biedy można by nazwać powieściami. W tym konkretnym przypadku wszystko się być może bardziej zazębiło i intencja autorska w większym stopniu pokryła się z rezultatem. Samo pisanie było dość przyjemne i ekstatyczne na początku, gdy tworzyłem pierwszą część. A mozolne, rwane i bardziej chaotyczne, a co za tym idzie męczące, gdy przyszło rozpisać powieść na trzy osobne głosy w najdłuższej części trzeciej. Dało mi to pokorę jako autorowi, bo okazało się jednak bardzo trudnym zadaniem, a to rozstrojenie samo w sobie potrzebnym impulsem do bardziej pogłębionej i skomplikowanej gry literackiej. Dodam na koniec, że drugą, najkrótszą część, dopisałem już na samym końcu procesu twórczego, i po jakimś czasie od napisania dwóch wiodących partii tekstu. To z kolei wytworzyło potrzebny dystans autorski i oddzieliło od siebie te dwie gęstsze partie tekstu. Być może da to również oddech potencjalnemu czytelnikowi.
Wymykasz się pytaniu o osobistą, może nawet intymną, identyfikację z A., B. i C. Ale chyba nie z obawy przed osobistym mikrotąpnięciem, czy też z chęci zabawy w kokieta. Zarysowałeś już możliwą odpowiedź, przywołując osobiste doświadczenie współ-zamieszkiwań kwadratów. W jakiej mierze A., doktorant humanista, B., miłośnik walk MMA, samochodów i maszyn, oraz C. eko-anarcho-prymitywista to ty?
Te wszystkie trzy postaci stanowią, każdy z osobna, konglomeraty różnych postaw, taktyk życiowych, tożsamości kształtowanych przez współczesność albo niedaleką przeszłość. Podpatrzone przeze mnie energie, afekty, idiolekty, jedne bardziej uspójnione i mające swój odpowiednik w realu (patrz. B.), inne silniej rozmyte, kombinowane, ulepione z kilku wizerunków (patrz. A.). Nie jestem miłośnikiem motoryzacji, mordobicia i nie robiłem doktoratu. Skromny magister ze mnie i to też na wątłych papierach. Stąd mógłby się pojawić wniosek, że ja to po prostu C. albo że mi do niego najbliżej. I jest to prawie prawda, ale tylko więcej niż półprawda. Może ze trzy czwarte prawdy albo cztery szóste? Na pewno najbliżej mi do jego energii, ale czy nie wstępują we mnie, przynajmniej od czasu do czasu, demony rewolucyjnego gniewu i nie nastraja pozytywistycznie buntowniczy wkurw manifestowany przez tyrady B.? Czy nie mam predylekcji do intelektualnych masturbacji reprezentowanych przez A., jego ambicji i zarazem lęków oraz zahamowan? Ano właśnie. Zatem, cytując francuskiego klasyka: „Ja to ktoś inny”.