książki / PROZA

Bestiariusz nowohucki

Elżbieta Łapczyńska

Fragment książki Elżbiety Łapczyńskiej Bestiariusz nowohucki, która ukazała się w Biurze Literackim 21 grudnia 2020 roku, a w wersji elektronicznej 7 czerwca 2021 roku.

Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

(1)

W Nocnicy mieszkały kobiety, które nie musiały śnić. Miały mocne spojrzenia, usta zaciśnięte w stanowczości, ale nie w gniewie. Sońka opierała się o poręcz, wypychała biodra w bok i spoglądała spode łba, tak demonstrowała swoją wersję tej samej postawy. W Irmie coś trzeszczało, podnosiło się do lotu i drżenia. A ja zupełnie nie wiedziałam, jak stanąć, czy unieść brwi, czy zwilżyć wargi. Zamarzyłam, żeby szybko któraś z nich się odezwała, wtedy bym zniknęła.

– To będzie pusta noc. Noc przedśmiertna. Zaczynamy komunię – Sońka zaskoczyła mnie swoim poważnym głosem, a jeszcze bardziej blaszaną puszką z proszkiem, którą potrząsnęła tuż przy moim uchu.

W Nocnicy mieszkały kobiety, które hołdowały materii. To, co ulotne jak słowa, formowały w przedmioty. Rozpierzchły się po ciemnych pokojach i przytachały materace, przyniosły chleba ile miały, słoninę, smalec, olej, wódkę i nie byle jakie papierosy. Zaczęły wirować po korytarzu, dobrze wiedziały, co robią, co znoszą. Zaczęły opadać na materace jak śnieg po zawierusze. Irma pociągnęła mnie za sobą, usiadłyśmy obok Dianki, przysunęła się do nas dziewczyna o szerokich barkach i orlim nosie. Sońkę dostrzegłam po drugiej stronie. Oczekiwała.

W Nocnicy mieszkały kobiety, które jadły arszenik. Jadły go codziennie. Szczypta na kromkę chleba z tłuszczem. Szczypta życia pod postacią śmierci. Ciało żywe zmieniały w ciało stałe, ciało twarde, odporne na truciznę, na złamanie przez trud pracy, na ogień, żar, pożądanie, na przekleństwa, złe spojrzenia. W ciało posłuszne. Ciało stałe, niezmienne w czasie, niezmiennie własne. W ciało obce, obce tym, którzy je obserwowali. Nóż haratał skórkę chleba, okruchy odpryskiwały wraz z zapachem. Hotelowa i niska ruchliwa dziewczyna rozkrajały chleb, kolejne smarowały. Do Sońki trafiła blaszana puszka. Ona ma oko. Trzeba było podzielić chleb i tą resztką obdzielić wszystkie. Było nas ze trzydzieści, a w puszcze ‒ niewiadoma. Sońka badała ilość małym palcem. Przysięgłam sobie, że jeśli dostanę kromkę z arszenikiem, zjem ją, chociaż mi się nie należy. Chociaż nie należę. Ciche głosy się splatały, znów wypowiadały wspólnie różne słowa, a każde mówiło o ciele. Mięśnie nasycone żelazem. Ciało ma być ciałem stałym, wytrawionym przez truciznę jak stal przez kwasy. Jak miałam wytrawiać moje, skoro nie istniało? Nie było odporne. Złamało się. Było żywe za bardzo i za bardzo bolało. Przyciągało ręce, rodziło, broczyło. Aż przestało.

Pierwsze kromki już zaczęły krążyć, choć żadna z nas nie jadła. Głosy chóru brzęczały przy uchu jak szerszenie. Dianka dybała na mnie, jakby coś chciała powiedzieć, dorzucić do chóru swoją opowieść i wymierzyć ją w moją klatkę piersiową. O jej mocnym ciele? Ono jest przecież naznaczone klątwą. Biała czysta skóra nie może oblekać stalowych wnętrzności, przezroczyste oczy nie stanowią obrony, można wedrzeć się w jej duszę bez pardonu i zdewastować jednym kopniakiem. Czerwone usta wypluwają gniewne wyrazy, jakby chciała mojemu sądowi zaprzeczyć. Że wysyła złe spojrzenia, od których cierpną ręce i krew odpływa, że jej dłonie potrafią się zaciskać na krtani, że biała skóra w tym mieście jest odsłoniętą raną, każdy wkłada paluchy, ma prawo jej dotknąć, obrócić na lewą stronę. Nie tak jak tam, pod Łapszami, tam się białej skóry bali, a tutaj musi swoje ciało dozbrajać. Musi swoje białe ciało usposobić do pracy w słońcu, gdy podaje cegły, usposobić do pracy wśród twarzy ogorzałych.

Chciałam zagadnąć ją o tę naszą sprawę: „Dianka, czy dalej bolą cię myśli?”, ale już z drugiej strony dolatywała inna piosenka. Irmy piosenka o ciele mocno rozedrganym. „Pamiętasz, jak mijałyśmy budowę kina po drodze, przy skarpie, przy łące? Tam był obóz pracy, tam była moja mama. A może ja też? Nie wiem sama, gdzie byłam, wiem tylko, że Huta mnie rozedrgała. W ciągłym ruchu dłonie, nogi, policzki, nawet słowa mi się trzęsły. Ciało wyłaziło ze mnie samej. A jak się trzęsie głowa, oczy odbijają się od czaszki jak szklane kulki o chodnik i cały obraz podryguje w ślad za ciałem. Tyle we mnie było trzęsienia, że nie zasnęłam przez wiele miesięcy. Był taki jeden, chciałam, żeby mnie odłączył od tego trzęsienia, ale nie wyczytał mojej boleści z papierków, które mu zostawiałam. Więc trzeba było to trzęsienie ciała powstrzymać jednym porządnym napięciem. Wiesz jak? Pewnie, że nie wiesz. Trzeba trzęsienie zakuć w gorset. Musisz mieć gorset od środka. Budować go sobie z białego proszku”.

Usłyszałam potem śpiew dobiegający z innej strony, z innego materaca. Nachyliła się do mnie dziewczyna z krótkimi włosami, drobne loczki odbijały się od skóry jakby uciekały. Obróciła się w naszą stronę, zawodziła: „Dociskam prasę, mięśnie muszą być z żelaza, a są z waty. W osiem godzin tysiąc trzysta ruchów dźwigni, na którą napieram całym ciałem, a ciało bezwolne i lekkie. Dodaję mu ciężaru, gęstości, masy. Równam się z maszyną, jestem dla niej przeciwwagą. Panuję nad nią jak nad własnym ciałem”.

Potem dziewczyna tuż przy mnie, ta z orlim nosem, gładziła mi uszy niskim tembrem, ale mówiła o sprawach dość okropnych. O tym, że ojciec by ją zatłukł, gdyby wiedział, co robi. A co robisz, wyszeptałam. Ona na to, że ojciec kiedyś kazał jej zjeść poplamioną krwią watę, gdy dowiedział się, że już krwawi. Ale co robisz takiego, zapytałam ponownie. Powiedziała, że próbuje ciało oswoić. Dotyka, ostukuje miejsca, gdzie krew płynie wartko tuż pod skórą. Szczypie sutki. Sunie poduszką po majtkach. Dwoma palcami masuje nabrzmiałe wargi, jednym bada głębokość, dwoma szerokość otworu. Wyje na cały hotel albo wstrzymuje oddech, aż robi się jej czarno. Krew z arsenem jest krwią jeszcze bardziej. Rwie korytarzami, wrze pod pergaminową warstwą. Oswaja przebudzone ciało.

Przerwała, bo dostała swoją kromkę, zbliżyła wydatny nos, by wciągnąć zapach smalcu i zapomniała o mnie. Ta ruchliwa, która rozdawała, nie patrzyła na twarze tylko zrzucała ładunek na lądowiska, wyciągnięte dłonie. Diana dostała kromkę, przyciągnęła do piersi. Irma popędzała, sięgała, szukała palcami pajdy chleba, a gdy ją znalazła, podgryzła skórkę tak, by nikt nie widział. Ruchliwa miała zaraz do mnie podejść. Przeskoczyła do dziewczyn na sąsiednim materacu. Odpływała ode mnie jak statek od tratwy.

(2)

Wszystko się skończyło, gdy po raz pierwszy spuścili surówkę z Wielkiego Pieca. Spłynęła pomarańczowym zawijasem do kadzi, z kadzi przelali ją do żeliwiaka, dodali złomu i wyszła stal. Stal wrzucili w walcarkę. Tam się skończyłem i tam zacząłem. Ale to później. A wtedy był dzień Wielkiego Spustu. Zostało mi po nim życie zapisane na papierkach.

Pani I., chyba nie sypia pani dobrze.
PANIE E., NIE ZASNĘŁAM, ODKĄD PRZYJECHAŁAM DO HUTY.

Zanim surówka wżarła się w halę, wszystkie oczy, a były ich tysiące, śledziły ruch elektroświdra. Drążył dziurę w płaszczu kolosa, by upuścić rozżarzone do białości soki. Walczył już od dwóch godzin. Uroczysta chwila tonęła w kadzi. Brzuszysko opasane rurociągami górowało nad halą. Wszystkie twarze, a były ich tysiące, zwróciły się tam, skąd miał wybić żywioł. Wypatrywały początku. Oczy miałem zajęte, ale ręce wolne. Pod nieobecność myśli prawa dłoń złośliwie popełzła w dół, żeby dotknąć kieszeni spodni. Tej pustej. Głupia, głupia ręka. Palce sunęły po prążkach materiału jak po tarce, bo od wczoraj przedmioty są mi wrogie w dotyku.

Zrobiłem piruet w pamięci. Od pustej kieszeni do dni, gdy wypełniały ją papierki. Od papierków po dłoń, która je zapisywała. Była to dłoń w wiecznym ruchu. Nigdy nie leżała w spoczynku, targały nią spięcia i podrygi. Migała przy twarzy, momentalnie przenosiła się na udo i znów znikała gdzieś za uchem. Przesuwała palcami po czole w dół i górę, zostawiając czerwony ślad. Narzędzia uciekały od rąk na podłogę, byle dalej. Pracowała w stolarni, tak jak i ja. Gwoździe, piła, młot i szalone dłonie I. Od dzisiaj jest tylko stal, nie drewno. Ta stal właśnie miała się narodzić i może już było blisko, aby surówka w końcu trysnęła, ale w jednej chwili znów odpłynąłem w stronę I., która zapisywała skrawki papieru. Zamknąłem oczy i odłączyłem się od wspólnej sprawy. Może do spustu potrzebna była świadomość wszystkich zebranych i moja ucieczka w papierki sprawiała, że surówka nie chciała spłynąć. Albo Wielki Piec znikał, gdy o niej myślałem, i nigdy nie domyśliłem końcówki tego zdania, bo dłonie, bo ręce, jej pismo.

Nie tylko dłonie I. żyły po swojemu. Cała była jednym wielkim trzęsieniem. Myślę, że ktoś pomieszał coś w jej zasilaniu i jakiś impuls elektryczny nieustannie ją pobudzał, a ona z oczami rozwartymi jak u ryby wyrzuconej na piach bezradnie poddawała się temu stanowi rzeczy. Naprężone mięśnie, żyły na szyi, ścięgna w dłoniach domagały się: „Zatrzymajcie ją! Zatrzymajcie tę wariatkę”. Nawet jej zęby wydawały się gotowe do ucieczki, każdy w inną stronę. Na pociągłej twarzy wszystko było w ruchu. Łącznie z nieznacznym garbem na wąskim nosie. Trzymała w kieszeniach piętki chleba i jadła, gdy tylko miała wolne ręce. Gryzła tak, że bałem się o jej żuchwę. Obserwowałem ją nieraz z daleka, by uchwycić choćby jeden spokojny ruch.

Miała ochrypły głos, załamywał się na wyższych tonach. Nigdy nie domykała ust. Myślała galopem. Mówiła całym chudym ciałem, choć jeśli tak na to spojrzeć, należałoby powiedzieć, że raczej wrzeszczała. Jak inaczej mogła więc zapisywać słowa na papierze w kratkę niż tak, jak to robiła – wielkimi, rozwrzeszczanymi literami?

Znów dotknąłem pustej kieszeni, tym razem zupełnie przytomnie. Tym razem zupełnie niepotrzebnie, bo wiedziałem, czego się w niej nie spodziewać. Elektroświder pracował, choć kto wie, co się wydarzyło pod moją nieobecność. Nie mam pewności, czy cały kombinat nie zniknął w tym momencie nieuwagi. Miałem nadzieję, że tak. Wiem, że I. właśnie tak by pomyślała albo to wytańczyła roztelepanym ciałem, a najpewniej po prostu napisała. Zanim wydobyła z siebie zdanie, rozsypywała wokół mnóstwo niepotrzebnych sylab i słów. Dlatego pisała. Tak jak wtedy: PANIE E,. ZAMRUGAJMY KAŻDE POTEM. I znów dłoń‒kieszeń‒nic.

Nigdy ze sobą nie rozmawialiśmy.

Przemowy trwały. Świder borował. Oczy zebranych pragnęły iskier i blasku. Wypatrywały wielkiego początku. Niech spłynie, niech spłynie, we wszystkich głowach grały te same myśli. Za mną i przede mną ‒ fala oddechów. Rytmiczne uuuh, uuuh. Zadmuchać Wielki Piec prosto z płuc. Zadmuchać piec znaczy nadać mu ruch. Rytmiczne uuuh, uuuh, niech żyje stal, niech ożyje i ożywi miasto, ożywi machinę górującą nad nim. Zadmuchać piec, wydrążyć spust. A ja próbowałem zamrugać przyszłość. Zaciskałem powieki. Teraz. Teraz. Znikasz. Pod powiekami czarno, ale wiedziałem, że nie zniknął, bo uuuh, uuuh, echo oddechów w hali rozlewało się na wszelkie teraz i wszelkie potem. Niech zniknie teraz, niech nigdy nie wydarzy się potem, oby żadna kropla surówki nie spłynęła korytem, oby żaden poranek nie nadszedł. Mógłbym stanąć naprzeciw otworu, twarzą w twarz z żywiołem, krzyknąć: „Nie popłyniesz!”, gdyby tylko surówka miała na względzie człowiecze członki i powstrzymała swój rozlew. Niech nie nadchodzi wielki początek, niech żaden wlewek nie wpadnie pod walce. Niech nigdy. Nie. Przerwało. Trysk. Iskry. Lawa zalała halę. Fala oddechów ulgi spadła na posadzkę. Pomarańczowy strumień przeciął świat na pół, na wczoraj wypełnione rozchełstanym pismem i na nieszczęsne potem.

Po Wielkim Spuście nastąpiła długa, długa przerwa. Trwała trzy lata. W tym czasie odsuwałem od siebie poranki. Kombinat jak nie zniknął w chwili spustu, tak nie znikał i później. W dodatku wrastał w ziemię coraz bardziej. Zabierał kolejne hektary. Ta ziemia się przeżyła. Dawała dużo, ale nie tego, co trzeba. Czarna, soczysta, wilgotna. Ta ziemia oddała się pod budowę. Wydawało mi się nieraz, kiedy młoty i spawarki cichły w oddali, że stopami wyczuwałem drżenie.

Nikt nigdy nie widział takiej budowy, nikt nigdy nie kopał takich wykopów. Sięgały głębiej niż groby, głębiej niż pradawne skrawki codzienności. Hale martenów, hale warsztatów, hale walcowni, hale siłowni, mnóstwo innych hal, składowisk, torów z wagonami, rurociągów i kominów potrzebowały mocnych nóg. Trzeba mieć mocne nogi, żeby wytwarzać. Ja nie miałem mocnych nóg, w ogóle w niczym nie byłem mocny, więc nic nie wytwarzałem. Nikt nigdy nie widział takiej budowy, nikt nigdy nie kopał takich wykopów. Szpadlami odwrócili całą ziemię na lewą stronę, a przy okazji domy, które tu stały. Fundamenty sączyły soki z gleby, filtrował je beton, a stalowe pręty wypijały je i wtłaczały w ściany. Dźwigi jak szkielety ptaszysk. Krajobraz, gdzie nie spojrzeć, był pocięty w paski przez rusztowania i konstrukcje ze stali. Kiedyś wspiąłem się po deskach rozstawionych wokół komina w budowie. Chciałem wysoko, ale zatrzymałem się nisko. Serce biło pod językiem. Gdy dotykałem ściany, pustość komina aż dudniła, domagając się pędu gazów hutniczych. Cały kombinat żądał pracy. Wrastał w ziemię, a im bardziej wrastał, tym bardziej wytwarzał i tym bardziej mnie poganiał, bym wybiegał w, kroczył ku. A ja tym bardziej odsuwałem od siebie poranki.

Po Wielkim Spuście nastąpiła długa, długa przerwa. Przenosili mnie z warsztatu do warsztatu, w żadnym się nie sprawdzałem, bo moje nogi nie były mocne, ciało miałem małe i drobne, głowę kruchą, a ręce przywykłe do drewna. Moje ręce były inne niż jej. Nie dygotały, ale często zwisały bez żadnej chęci do pracy. Lubiłem dotykać imadła, ale nie lubiłem obracać jego ramieniem. Delikatnie gładziłem metalowe tłoki. Ścierałem smar z obrabiarki, a potem rozcierałem go dłonią o dłoń i wąchałem. Wodziłem palcami po odpryskach w cegłach. Opierałem się o słupy, żeby kręgami wyczuć krzywiznę. Po drabinie wchodziłem na bosaka, przez skórę umiałem wyczuć spróchniałe stopnie. Ostrożnie dotykałem świata, bo w ogóle byłem ostrożny. Na imię mi Emil, a imię to nadał mi ojciec. Sam też był ostrożnym człowiekiem, a mimo to zmarł.

Przez te trzy lata od Wielkiego Spustu zdołałem nie umrzeć, mimo że nie zdołałem na dobre odsunąć od siebie poranków. Niestety zawsze nadchodziły, niosąc ze sobą godziny i minuty, a każda z nich mogła oznaczać dla mnie zgubę. Bo mój ojciec, mimo że był człowiekiem ostrożnym, przegapił nadejście fatalnego poranka. Kiedy wyszedł nakarmić kury, duchy zerwały się z gałęzi, porwały jego duszę i krew zalała mu mózg. Tak samo jego ojcu, szykującemu się do bronowania, i jego matce, układającej len do suszenia. I ojcu jego ojca, napełniającemu świńskie jelita, i matce jego matki, młócącej zboże. I wielu, wielu wujom, kuzynom i kuzynkom, w końcu mojej starszej siostrze i młodszemu bratu. Ich wszystkich zabrał wylew o poranku, przy pracy, tylko każdego kiedy indziej. Dlatego nie kroczę ku, nie wybiegam w. Zamruguję potem. Odsuwam poranki. Moja krucha głowa wymaga ostrożności. Prostej drogi i łagodności świata. Nie mogę się potykać. Nie mogę się przewracać. Nie mogę doświadczać wstrząsów. Nie mogę się dać zbić. Ale i to mi nie pomoże. Mogę być bardzo ostrożnym człowiekiem, a mimo to duchy przyfruną o poranku niezapowiedziane. Wyciągną długie ptasie nogi, a krew popłynie, zaleje mi oczy i czaszkę. Upadnę twarzą w ziemię.

Tymczasem ukryłem się przed nimi w Nowej Hucie. Nad Nową Hutą ptaki nie latają. W Nowej Hucie można odsuwać poranki. W Nowej Hucie miałem spodnie z kieszenią, do której co rusz wędrowała mi ręka, i czerwoną skrzynkę zapełnioną papierkami. Zrobiłem ją sobie w stolarni. Chowałem w niej zapisane wrzeszczącym pismem karteczki.

Pani I., dzisiaj jest pani inna.
PANIE E., MUSZĘ SIĘ ZATRZYMAĆ, BO DŁUŻEJ TAK NIE DAM RADY.

W nocy przed Wielkim Spustem włożyłem do skrzynki ostatni papierek. Bo kilka dni wcześniej, gdy przyszedłem do stolarni, warsztat nie drżał, nie podrygiwał, nie pulsował od napięć. Żaden przedmiot nie upadł, nie rozsypały się sylaby. Jej rozstrojone ciało było bardzo nie w stolarni.

Pod nieobecność współlokatorów, którzy przygotowywali się do tego święta stali, rozłożyłem na kocu wszystkie pomięte świstki. Pod światłem gołej żarówki oglądałem słowa z prawej i lewej strony. Prasowałem je w dłoniach, jakby przez skórę litery miały wejść mi w krwiobieg. Czytałem nieporządne zdania. Katalogowałem chwile, konkretne przerwy w pracy, kiedy znajdowałem w spodniach wiszących w szatni odpowiedź. Albo pytanie. To nasze poszarpane rozmowy. Ale były w nich sens i porządek, nad którymi panowały moje palce. Przekładałem, odkładałem na miejsce w czasie. Między jedną a drugą karteczką poutykane były też wszystkie zerknięcia na zegar zakładowy oraz wyobrażenia, że znajdę i rozłożę nowy papierek. Przechodziła przez warsztat, potrząsając całym światem, ale nie patrzyła na mnie. Potem rozglądałem się na wszystkie strony, skrywałem się w kącie. Gdy byłem pewien, że inni są zajęci rozmowami, wyjmowałem zwinięte w kulkę zdania. Chowałem kartkę w dłoni i trzymałem na wysokości pępka. Wzrokiem nurkowałem w znaczeniach. Były ostre jak górska grań. Wyobrażałem sobie, że wybiegały z głowy I. Zapisywała je z ulgą, że zdołała pochwycić słowa. Nosiłem je w sobie przez resztę dnia, hołubiłem z przekonaniem, że łączy nas cienka, ale szlachetna nić.

Pani I., to ptaki z ludzkimi głowami.
PANIE E., PROSZĘ STAĆ SIĘ RZECZĄ, TO NIE PORWĄ PANU DUSZY.

Innym razem szarpały mną myśli, że być może to jej wewnętrzne spięcia i wzdrygnięcia dyktują dłoni słowa, pomijając udział głowy. To, co pisze, i fakt, że pisze, nie mają dla niej znaczenia. Jeszcze mniej ważne jest to, czy noszę jej słowa w sobie, czy nie. Zaszywałem się wtedy w zakamarkach budowy, żeby dławić żal. Ale kiedyś napisała coś, co na zawsze wytrzebiło mnie z tych wątpliwości. Zapamiętałem te słowa, powtórzyłem je bezgłośnie, a one pociągnęły za sobą myślo-obrazy: tamten fajrant i tamto spełzanie ręki do kieszeni, tamto rozczytywanie zdań poszarpanych jak nogawki spodni. Zdziwienie, że ona jak i ja. Biegłem do hotelu, żeby zamknąć kartkę w skrzynce. Zamknąć ją w głowie. Odbiłem się od myśli, by skoczyć z powrotem w papierki, by odnaleźć dowód, że te słowa rzeczywiście napisała. Pod światłem gołej żarówki przebierałem kartki ułożone w kolejności od najstarszych. Ta i ta, i ta – to już inny wątek, kolejne rozdanie. Przebierałem je ponownie. Rozgrzebywałem. Ale ciągle zostawałem z tym samym wnioskiem: wśród rozprasowanych zwitków nie było tego jednego. A więc to jasne. Duchy już mnie znalazły. […]

(3)

Odtąd ja jestem światem, a on utknął w sobie.

Opowiadam jego historię jeszcze raz. Wydaje mi się konieczna, tak jak jemu się wydawała. Bezwzględna jak rozżarzona surówka, która topi ciało. Dodaję zakończenie, jakie on by dodał. Opowiadam tę historię za niego, bo ja mam usta, a on nie.

A teraz siedzę w szpitalnej poczekalni. Przestaję się trząść.

(…)

Gdy mnie wpuścili, nie mogłam go znaleźć. Mała lampka ledwo rozświetlała ciemną salę, ale nawet w pełnym słońcu bym go nie poznała. Wskazali: „Tamten, trzeci od okna”. Podeszłam powoli. Mięso błyszczało powleczone mazią. Powieki spłynęły żylastą tkanką. Nos przetopił się w policzki. Tam, gdzie były usta, teraz zastygała krwista magma. Gustaw nie miał już twarzy.

Hutnicy z brygady czekali pod szpitalem. Jak to się stało, pytałam, a oni trzymali mnie za łokcie, żebym nie upadła. Powiedzieli jak było, odklejali od niego stopione azbestowe ubranie, biały kapelusz zrywali z rudym skalpem. Ale jak to się stało, pytałam. Powtórzyli raz jeszcze, wstrząs na wyciągu, chlust, ale jak to się stało, jak przeżył, tego się nie da przeżyć. Uratowało go Bractwo. Stal słucha się Braci. Sygnet chroni.

Czekam na lekarza i dopowiadam tę historię. Wszystko jest dla mnie jasne. Bo dla Gustawa na pewno jest jasne. Gdyby miał usta, powiedziałby to, co ja teraz miałam zamiar. Ale nie mogę wyrzucić z myśli takiego obrazu: zamiast niego leży ni człowiek, ni plazma. Głowa pozbawiona twarzy. Obcowałam tylko z jakąś częścią ciała, nawet nie wiem, czy należącą do Gustawa. Nic nie dało się z niej wyczytać. Był przytomny, zdaniem pielęgniarki, ale skąd mógł wiedzieć, że przy nim siedziałam. Gdy mówiłam „to ja, Marianna”, mój głos nawet nie dotarł do poparzonych bębenków, odbił się pewnie od warstwy oślizgłej, rozognionej tkanki, w którą przetopiły się uszy, skronie i szyja. Nie mogłam go dotknąć, dotyk jest jak milion igieł wbitych na raz. Był więc obok, pół siedział, pół leżał, ale nic do niego nie docierało. Mogłaby stanąć przed nim cała armia, a on nie wiedziałby o tym. Jest tylko w sobie i w sobie pozostanie. Być może myśli to, co myślę, ale nie wie, w co się zmienił. Nie widać, czy cierpi, przeklina, czy może stoicko znosi ból, nie poznam tego po owalnej części ciała obciągniętej kawałkiem tkanki.

Przywołuję się jednak do porządku. Muszę dokończyć rozpoczęte przez niego zdanie. Historię o winie uzupełnić o karę. Jest w niej też krótki fragment o sile czyjejś woli.

(…)

Nadal siedzę przed salą, czas tu nie płynie w ogóle albo płynie tak, że chwile się powtarzają, fermentują w zamkniętym obiegu tych samych myśli i zdarzeń. Zupełnie odległy i niemożliwy wydaje mi się moment, w którym magma zastygnie, cienką różową tkankę pokryją strupy i zrosty. Oczy, nos, usta, uszy zleją się w jedną całość, wypukłości pojawią się nie tam, gdzie pierwotnie bywały, nie będą odpowiadać żadnym ludzkim kształtom. Gustaw przemieni się w nieprzeniknioną fasadę. Zrozumiałam, że wyobrażam sobie coś, co już dawno się stało.

Wracam w kółko do tej historii, staram się ją domknąć jego językiem, powiedzieć coś o sprawiedliwości losu, ale wyrywają mi się obce słowa albo znane mi, choć dawno zagrzebane. Mówię upartym głosem oporu. Wracam do „ja”, „moje”, „chcę”, bo zderzają się z żylastą fasadą i nie pozostawiają w niej śladu.

O AUTORZE

Elżbieta Łapczyńska

ur. w 1987 r. Z wykształcenia filozofka, z zawodu copywriterka. Bestiariusz nowohucki, czyli surrealistyczna powieść o Nowej Hucie lat 50., jest jej debiutem książkowym. Autorka miała przygodę z dramatem, reżyserią, literaturą dziecięcą i komiksem. Jest laureatką Nagrody Krakowa Miasta Literatury UNESCO oraz dwóch programów wspierania debiutantów i debiutantek („Debiuty prozą” w ramach Stacji Literatura, Kurs kreatywnego pisania KLMU), półfinalistką Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej oraz finalistką konkursu dla młodych reżyserów i reżyserek Papaya Young Directors. Urodziła się i mieszka w Krakowie.

powiązania

Człowiek bez twarzy

recenzje / KOMENTARZE Elżbieta Łapczyńska

Autorski komentarz Elżbiety Łapczyńskiej, towarzyszący wydaniu książki Elżbiety Łapczyńskiej Bestiariusz nowohucki, która ukazała się w Biurze Literackim 21 grudnia 2020 roku.

WIĘCEJ

Czytanie z symptomów

wywiady / O KSIĄŻCE Aleksandra Grzemska Elżbieta Łapczyńska

Rozmowa Aleksandry Grzemskiej z Elżbietą Łapczyńską, towarzysząca wydaniu książki Elżbiety Łapczyńskiej Bestiariusz nowohucki, która ukazała się w Biurze Literackim 21 grudnia 2020 roku.

WIĘCEJ

Książki z Biura: Odcinek 4 Bestiariusz nowohucki

nagrania / Między wierszami Elżbieta Łapczyńska

Czwarty odcinek cyklu Książki z Biura. Nagranie zrealizowano w ramach projektu Kartoteka 25.

WIĘCEJ

Bestiariusz nowohucki (2)

utwory / zapowiedzi książek Elżbieta Łapczyńska

Fragment zapowiadający książkę Elżbiety Łapczyńskiej Bestiariusz nowohucki, która ukaże się w Biurze Literackim 21 grudnia 2020 roku.

WIĘCEJ

Bestiariusz nowohucki (1)

utwory / zapowiedzi książek Elżbieta Łapczyńska

Fragment zapowiadający książkę Elżbiety Łapczyńskiej Bestiariusz nowohucki, która ukaże się w Biurze Literackim 31 grudnia 2020 roku.

WIĘCEJ

Człowiek bez twarzy

recenzje / KOMENTARZE Elżbieta Łapczyńska

Autorski komentarz Elżbiety Łapczyńskiej, towarzyszący wydaniu książki Elżbiety Łapczyńskiej Bestiariusz nowohucki, która ukazała się w Biurze Literackim 21 grudnia 2020 roku.

WIĘCEJ

Moloch z fałdami

recenzje / ESEJE Inga Iwasiów

Recenzja Ingi Iwasiów, towarzysząca wydaniu książki Elżbiety Łapczyńskiej Bestiariusz nowohucki, która ukazała się w Biurze Literackim 21 grudnia 2020 roku.

WIĘCEJ

Czytanie z symptomów

wywiady / O KSIĄŻCE Aleksandra Grzemska Elżbieta Łapczyńska

Rozmowa Aleksandry Grzemskiej z Elżbietą Łapczyńską, towarzysząca wydaniu książki Elżbiety Łapczyńskiej Bestiariusz nowohucki, która ukazała się w Biurze Literackim 21 grudnia 2020 roku.

WIĘCEJ

Książki z Biura: Odcinek 4 Bestiariusz nowohucki

nagrania / Między wierszami Elżbieta Łapczyńska

Czwarty odcinek cyklu Książki z Biura. Nagranie zrealizowano w ramach projektu Kartoteka 25.

WIĘCEJ

Bestiariusz nowohucki (2)

utwory / zapowiedzi książek Elżbieta Łapczyńska

Fragment zapowiadający książkę Elżbiety Łapczyńskiej Bestiariusz nowohucki, która ukaże się w Biurze Literackim 21 grudnia 2020 roku.

WIĘCEJ

Bestiariusz nowohucki (1)

utwory / zapowiedzi książek Elżbieta Łapczyńska

Fragment zapowiadający książkę Elżbiety Łapczyńskiej Bestiariusz nowohucki, która ukaże się w Biurze Literackim 31 grudnia 2020 roku.

WIĘCEJ

Moloch z fałdami

recenzje / ESEJE Inga Iwasiów

Recenzja Ingi Iwasiów, towarzysząca wydaniu książki Elżbiety Łapczyńskiej Bestiariusz nowohucki, która ukazała się w Biurze Literackim 21 grudnia 2020 roku.

WIĘCEJ