teksty / Esej

Sondowanie słów

Tadeusz Sławek

Impresja Tadeusza Sławka, towarzysząca premierze książki Artemida pocieszycielka Pauli Meehan w tłumaczeniu Tadeusza Sławka, wydanej w Biurze Literackim 6 stycznia 2026 roku.

Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

1.

To wier­sze o żało­bie i stra­cie. Czy­li o tym, co dla czło­wie­ka istot­ne, co źró­dło­we dla spo­so­bu, w jaki zamiesz­ku­je (a może lepiej rzec: gości) w świe­cie. Na począt­ku wiel­kich wyda­rzeń, z któ­rych rodzi się kul­tu­ra i doko­nu­je się prze­mia­na (na dobre lub złe) ducha czło­wie­ka, jest jakaś for­ma ofia­ry. Wie­le z wier­szy Pau­li Meehan to poże­gnal­ne ele­gie, upa­mięt­nie­nie tych, co ode­szli, a do owe­go upa­mięt­nie­nia czas pan­de­mii dopi­sał swój ponu­ry komen­tarz: oddzie­lił ludzi od sie­bie sani­tar­nym kor­do­nem, uzmy­sła­wia­jąc nam, jak bar­dzo i jak para­dok­sal­nie, stra­ta zwią­za­na jest z bli­sko­ścią. Tra­dy­cyj­ny topos utrwa­lił ten obraz: śmierć to przej­ście na „dru­gą stro­nę”, a zada­niem pozo­sta­ją­cych po „tej stro­nie” jest tro­ska, by rusza­ją­cy w tę wędrów­kę miał wszyst­ko, co potrzeb­ne. Gre­cy mie­ści­li te wszyst­kie potrze­by w jed­nej mone­cie: obol miał być gwa­ran­tem niczym nie­za­kłó­co­nej prze­pra­wy. Mno­ży­my obo­le, zamie­nia­jąc w sło­wa: to, co i jak mówi­my, nie­ocze­ki­wa­ne lśnie­nia, jakie znaj­du­je­my w sło­wach tyl­ko pozor­nie dobrze zna­nych, wypo­sa­ża zmar­łe­go na dro­gę. A ponie­waż myśle­nie bada­ją­ce sło­wa zwie się poezją, prze­to rola poetów jest nie­ba­ga­tel­na: sto­ją na pogra­ni­czu życia i śmier­ci, spo­glą­da­jąc w obie stro­ny. Na kra­wę­dzi.

2.

Do tego okre­śle­nia przyj­dzie nam jesz­cze powró­cić. Na razie powiedz­my, że myśle­nie słów jako opła­ty za przej­ście na „dru­gą stro­nę” jest tak­że for­mą pocie­sze­nia.

Choć nie może­my wza­jem się pocie­szyć, izo­lo­wa­ni
w kuch­niach, urzę­dach, aka­de­mi­kach, pra­cow­niach,
zamknię­ci w zgrzeb­nych cha­tach albo rezy­den­cjach
roz­rzu­co­nych po całej zie­mi i kapry­śnych morzach,
prze­cież odpra­wia­my żało­bę za tobą. Jeśli mówi­my „god­ność”,
„miłość”, „cisza” i „tęsk­no­ta”… obra­ca­my te sło­wa w pal­cach niczym obo­le,
opła­tę za prze­jazd na tę dru­gą stro­nę… doda­my do nich jesz­cze
„honor”, „wdzięcz­ność” i na dzwo­nek komu­nii pochy­li­my gło­wę
przed samot­no­ścią, któ­rą czu­je­my, kie­dy nas opusz­czasz.

Misją tej, któ­ra nie­sie pocie­sze­nie, Poet­ka obda­rza Arte­mi­dę.

3.

Dziw­na to bogi­ni. W wyobra­żo­nej przez Rober­ta Calas­sa sce­nie mała Arte­mi­da sie­dzi na kola­nach Zeu­sa i snu­je opo­wieść o swo­im przy­szłym życiu. Chce miesz­kać w górach, z dala od miast, a towa­rzy­szyć jej mają mło­de kobie­ty: sześć­dzie­siąt oke­anid i dwa­dzie­ścia nimf. Naj­wi­docz­niej chce trzy­mać na dystans męż­czyzn, zamknąć się przed nimi, nie nara­żać się na ich wzrok. Kie­dy uro­dzi­wy Akte­on nie­bacz­nie ujrzy ją przez moment w kąpie­li, ta spry­ska go wodą ze stru­mie­nia i zamie­ni w jele­nia. Psy nie roz­po­zna­ją w roga­tym stwo­rze­niu swe­go pana i roze­rwą go na kawał­ki. Arte­mi­da nie chce się wią­zać ze świa­tem; jest bogi­nią dzie­wic­twa. Jeśli zaś świat będzie chciał się do niej zbli­żyć, Arte­mi­da (jak dowo­dzi przy­kład Akte­ona) nie cof­nie się przed okrut­ną reak­cją.

U Safo­ny Arte­mi­da, bliź­nia­cza sio­stra Apol­la, skła­da przy­rze­cze­nie:

„Dzie­wi­cą zosta­nę na zawsze, żyć będę
z polo­wa­nia w górach, na szczy­tach gór,
ojcze, daj mi swo­je bło­go­sła­wień­stwo”.
Otrzy­ma­ła bło­go­sła­wień­stwo ojca i bogów.

(tłum. Nikos Cha­dzi­ni­ko­lau)

Nie­próż­no nosi łuk i strza­ły; się­ga­ją­cy led­wie kolan chi­ton pozwa­la jej na pościg za dzi­ką zwie­rzy­ną. Sama dzie­wi­cza, potra­fi doce­nić roz­rod­cze siły natu­ry. W tej samej pie­śni Safo­ny czy­ta­my: „Arte­mi­dę, opie­kun­kę zasie­wów, nazy­wa­ją też Elafebolos./ Nigdy nie wyszła za mąż, nie pozna­ła miło­ści.

Para­doks czy­sto­ści Arte­mi­dy jest pię­tro­wy: (1) nie chce poznać miło­ści, jak­by powo­ły­wa­nie do życia było tak wiel­kim zada­niem, że prze­kra­cza­ło siły poje­dyn­cze­go kobie­ce­go cia­ła. Nazy­wa­no Arte­mi­dę agro­térē – złą­czo­ną opie­kuń­czo z zie­mią, gle­bą i tajem­ni­czy­mi pro­ce­sa­mi w niej zacho­dzą­cy­mi. Sama nie rodząc, sprzy­ja świa­tu jako zja­wi­sku wiel­kie­go, powszech­ne­go rodze­nia, prze­mia­ny form, obumie­ra­nia i odra­dza­nia. (2) „Czy­stość” Arte­mi­dy nie ozna­cza moral­nej nie­win­no­ści; jest „czy­sta”, powstrzy­mu­jąc się od roz­ko­szy cia­ła, ale nie zawa­ha się przed nacią­gnię­ciem łuku i wypusz­cze­niem strza­ły, by wywrzeć zemstę na śmiał­ku, któ­ry odwa­żył się naru­szyć jej tery­to­rium. Nie tyl­ko Akte­on, ale tak­że olbrzym Orion przy­pła­cił życiem pró­bę zama­chu na cześć bogi­ni. Powia­da­ją, że jej imię nawią­zu­je do sło­wa arta­mos („zabój­ca”), a i jej brat bliź­niak miał wie­le wspól­ne­go z zabi­ja­niem.

4.

Jakie więc pocie­sze­nie nie­sie Arte­mi­da? Ma ono nie­wie­le wspól­ne­go z „pocie­chą”, z uspo­ka­ja­ją­cym zapew­nia­niem, że „będzie lepiej”. Prze­ciw­nie – pocie­sze­nie bogi­ni nie doty­czy tej czy innej spra­wy; bie­rze się z poczu­cia przy­na­leż­no­ści do jed­ne­go wiel­kie­go pro­ce­su sta­wa­nia się, któ­ry z jed­nej stro­ny porząd­ku­je czas, ukła­da­jąc go w ewo­lu­cyj­ne cią­gi, z dru­giej – wstrzą­sa owym porząd­kiem, pozwa­la­jąc w jed­nym prze­bły­sku dostrzec zachwy­ca­ją­cą archa­icz­ność nasze­go dzi­siej­sze­go bycia, ujrzeć sie­bie jako ist­nie­nie wywo­dzą­ce się z prze­ży­wa­nej teraz pra­pa­mię­ci życia. Poezja jest dia­lo­giem dwóch cza­sów: Chro­nos dba­ją­cy o kon­ty­nu­ację nasze­go indy­wi­du­al­ne­go trwa­nia w histo­rii roz­ma­wia z Kairo­sem, któ­ry roz­kła­da nasze życie na nie­po­wią­za­ne z sobą momen­ty cza­su wyjąt­ko­we­go. Gdy myśl oży­wia ener­gia Kairo­sa, jed­nost­ka wycho­dzi ze swych gra­nic, znaj­du­jąc się w prze­stwo­rze cza­su geo­lo­gii i nie­zmie­rzo­nych prze­strze­niach wszech­świa­ta. Pocie­sze­nie Arte­mi­dy otwie­ra dro­gę mądro­ści, bowiem, jak utrzy­my­wał Sene­ka, „Sze­ro­ko roz­po­ście­ra się życie mędr­ca; nie zamy­ka­ją go te same gra­ni­ce, co innych” (tłum. Leon Joachi­mo­wicz). Ozna­cza to nie­zwy­kłą bli­skość tego, co odle­głe; oka­zu­je­my się wte­dy jak­by pustą łupi­ną, któ­rą teraz wypeł­nia­my czymś cał­ko­wi­cie nie­ocze­ki­wa­nym, boskim, dzi­kim, zwie­rzę­cym – innym niż „ja”, i dopie­ro wte­dy odczu­wa­my, jak bar­dzo myl­ne było nasze dotych­cza­so­we poj­mo­wa­nie „ja”. To doświad­cze­nie kairos.

Wte­dy sta­je­my się wyrzeź­bio­ny­mi przed tysią­ca­mi lat runa­mi przy­szłe­go życia. Prze­czy­ta­my w wier­szu, że kie­dyś, kie­dy

(…) smut­ny ten świat już w proch się obró­ci: dum­ne moje kości
prze­trwa­ją niczym sta­ro­daw­ne runy
na dnie morza, gdzie przy­szłe życie w pra­iłach się isto­czy,
jak try­lo­bi­ty, jak ramie­nio­no­gi, roz­ma­rzo­ne
kala­mi­ty – takie kru­che voodoo wiecz­no­ści.

Geo­lo­gia i magia (voodoo), archa­icz­ne isto­ty i czło­wiek, powie­trze i woda: wszyst­ko spla­ta się w jeden egzy­sten­cjal­ny węzeł nie­prze­li­czo­nych nici. Poezja jest Ariad­ną, któ­ra daje nam nić po to, by wpro­wa­dzić nas do labi­ryn­tu, bo dopie­ro tam, w środ­ku, prze­mie­rza­jąc krę­te kory­ta­rze i nasłu­chu­jąc odgło­sów dzi­kie­go miesz­kań­ca tej budow­li, z któ­rym będzie­my musie­li się zmie­rzyć, mamy szan­sę unik­nię­cia pułap­ki tego, co bez­oso­bo­we. Pocie­sze­nie Arte­mi­dy: „bądź jak ja, bogi­ni gór i lasów, ści­gaj dzi­kie zwie­rzę, choć wiesz, że na koń­cu cze­ka cię zagad­ko­we mil­cze­nie”. To zachę­ta do upra­wia­nia poezji i jed­no­cze­śnie prze­stro­ga przed zawie­rze­niem sło­wu.

5.

Arcy­waż­ne jest, że pocie­sze­nie Arte­mi­dy odsła­nia tak­że dwa rodza­je pamię­ci. Inne jest życie kogoś, kto jest „dziec­kiem maszy­ny”, dla kogo pamięć jest niczym wię­cej niż wciąż pomna­ża­ją­cym się zbio­rem danych. Infor­ma­cja nie sta­no­wi afir­ma­cji życia. Co naj­wy­żej życie doku­men­tu­je z zim­ną obo­jęt­no­ścią. Infor­ma­cja jest przed­mio­tem obro­tu han­dlo­we­go, podob­nie jak i pamięć, któ­rej tech­nicz­na, kom­pu­te­ro­wa postać pod­le­ga roz­sze­rze­niom, powięk­sze­niom; kto się poru­sza w tym krę­gu, poszu­ku­je „dobrej ceny”, jest czło­wie­kiem oka­zji. Béla Hamvas rzekł­by, że taki czło­wiek wpusz­cza w sie­bie to, co bez­oso­bo­we, udzie­la mu w sobie miej­sca i w ten spo­sób psu­je świat.

Poezja nato­miast to myśl nie­oka­zyj­na, na swój spo­sób bez­in­te­re­sow­na, myśl myślą­ca się nie z pobu­dek zewnętrz­nych, lecz sama z sie­bie. Jak pisze Pau­la Meehan, poezja to ska­no­wa­nie cza­su w zło­ci­stym ulu wiecz­no­ści. Jest w tym zda­niu obro­na tech­ni­ki (skan) i ludz­ka racjo­nal­ność (umysł), nauka (kodo­wa­nie), lecz jest i per­spek­ty­wa wyj­ścia poza ich gra­ni­ce (zło­ci­sty ul wiecz­no­ści).

Prze­czy­ta­łam, że każ­dy żyją­cy dzi­siaj niedź­wiedź polar­ny ma mito­chon­drial­ne
DNA
jed­nej wspól­nej mat­ki, irlandz­kiej bru­nat­nej niedź­wie­dzi­cy, któ­ra daw­no temu
prze­wę­dro­wa­ła przez pusty­nie ostat­niej epo­ki lodow­co­wej, i zna­la­złam w tym
pocie­sze­nie.
Trwał dłu­gi upal­ny pora­nek spę­dza­ny z dzieć­mi maszy­ny,

z ich gad­ką o pamię­ci, o tym, jak by ją kupić, i po dobrej cenie, ale ja,
straż­nicz­ka pamię­ci z zawo­du, ska­nu­ję myślą czas zako­do­wa­ny w zło­ci­stym ulu
umy­słu wiecz­no­ści.

6.

Nie porzu­caj­my jesz­cze tego nie­zwy­kle boga­te­go zda­nia: scan time coded in the gol­den hive mind/ of eter­ni­ty. Cza­sow­nik nada­ją­cy bieg tej fra­zie odno­si nas wprost do nowo­cze­sne­go oprzy­rzą­do­wa­nia, ale kry­je się w nim istot­na dys­ku­sja na temat rela­cji tech­ni­ki ze świa­tem. Słow­ni­ki pouczą dzi­siaj, że nowo­cze­sne uży­cie cza­sow­ni­ka scan to szyb­kie prze­bie­gnię­cie wzro­kiem po tek­ście (tak wła­śnie dzia­ła ska­ner); ale przy­po­mną tak­że, że daw­niej wręcz prze­ciw­nie – scan ozna­cza­ło uważ­nie i sta­ran­nie, nawet meto­dycz­nie, przy­pa­try­wać się dane­mu miej­scu. W następ­nym kro­ku powią­żą tę czyn­ność uważ­ne­go, a więc i poważ­ne­go spoj­rze­nia ze spo­so­bem, w jaki utrwa­la­my i prze­ka­zu­je­my to, co postrze­że­my: scan to obda­rzać jakąś wypo­wiedź ryt­mem, skan­do­wać, czy lepiej – recy­to­wać z zacho­wa­niem sto­sow­ne­go metrum. Oto i dru­gi rodzaj pamię­ci: rodzi się ona z uważ­ne­go spoj­rze­nia odkry­wa­ją­ce­go czas jako moment kairos, w któ­rym odkry­wa­my swe pocho­dze­nie od „jed­nej wspól­nej mat­ki”, doświad­cza­my DNA ist­nie­nia, a język sta­ra się doświad­cze­nie owo prze­two­rzyć w szcze­gól­ny spo­sób zwa­ny poezją.

Kolej­ne obli­cze pocie­sze­nia Arte­mi­dy przy­po­mi­na o tym, że musi­my przy­po­mnieć sobie, iż jeste­śmy „straż­ni­ka­mi pamię­ci z zawo­du”, przy czym nie ozna­cza to przy­pi­sa­nia do kon­kret­nej czło­wie­czej pro­fe­sji, lecz – wycho­dząc poza te ogra­ni­cze­nia – do życia jako wspól­no­ty tego-co-jest. W imię tej wspól­no­ty doświad­cza­my bycia nie jako gro­ma­dze­nia infor­ma­cji, lecz jako pro­ce­su komu­ni­ko­wa­nia się, co każe zasta­no­wić się nad for­mą owej komu­ni­ka­cji.

7.

W tej mate­rii pocie­sze­nie Arte­mi­dy sta­je się wska­zów­ką, jak prze­trans­po­no­wać doświad­cze­nie kairos i wspól­no­ty wszyst­kie­go-co-jest na sty­li­sty­kę i reto­ry­kę języ­ka, któ­ry prze­cież szyb­ko ujaw­nia swe ogra­ni­cze­nia. Czy język może wyjść z dome­ny tego, co czło­wie­cze, połą­czyć ludz­kie z nie-ludz­kim, ziem­skie z nie­biań­skim (w zna­cze­niu „boskim”) i nie­bie­skim (w sen­sie gwiazd i pla­net), śmier­tel­ne z nie­śmier­tel­nym? Pod­po­wia­da Poet­ka: by tak mogło się stać, a słusz­niej powie­dzieć – by roz­po­cząć ruch w tę stro­nę, nale­ży trak­to­wać język jak morze, po któ­rym żeglu­je­my. To, rzecz jasna, sta­ra meta­fo­ra ludz­kie­go losu, ale tym razem kła­dzie­my akcent gdzie indziej: nie na groź­ną nie­prze­wi­dy­wal­ność morza, goto­we­go w każ­dej chwi­li zmiaż­dżyć kru­chy sta­tek, lecz na koniecz­ność uważ­ne­go son­do­wa­nia pod­czas trwa­nia żeglu­gi.

pośród tego wszyst­kie­go, choć gro­za napie­ra,
ona zwa­ża na język, każ­dy dźwięk bada­jąc,
son­du­je każ­dą gło­skę i każ­dą lite­rę,

śpie­wa pieśń wody, płyn­ne­go lustra wszech­świa­ta.
Jak porwa­ny przez kosa nie­gdy­siej­szy skry­ba,
co na mar­gi­ne­sach kre­ślił dom lek­ki jak piór­ko,

przez wie­ki tro­pi­li­śmy tę gwał­tow­ną miłość,
sil­niej­szą od boskich suro­wych przy­ka­zań:
nasze gniaz­do tam, na kra­wę­dzi, któ­rą zwie­my wiersz.

Gwał­tow­na, sil­niej­sza od boskich przy­ka­zań miłość do języ­ka pole­ga na zgłę­bia­niu sło­wa i lite­ry po to, by moż­na było w mia­rę bez­piecz­nie – śpie­wa­jąc „pieśń wody” – dopły­nąć do gra­ni­cy wypo­wia­dal­no­ści, na któ­rej to gra­ni­cy to, co powsta­je, zysku­je mia­no „wier­sza”. Poezja, czy­li son­do­wa­nie sło­wa i lite­ry, to myśle­nie kra­wę­dzi i na kra­wę­dzi tego, co moż­na, co da się wypo­wie­dzieć. Życie na kra­wę­dzi jest zawsze życiem nie­bez­piecz­nym, ale wyma­ga od nas czuj­no­ści i uważ­ne­go spoj­rze­nia. Osta­tecz­nie, żyjąc w usie­cio­wio­nym świe­cie, w rze­czy­wi­sto­ści zła­pa­nej w sieć glo­ba­li­zu­ją­cych prze­pły­wów, znaj­du­je­my się (mówi Der­ri­da), „w isto­cie na kra­wę­dzi wojen, któ­re od 11 wrze­śnia mniej niż kie­dy­kol­wiek dotąd pew­ne są swe­go języ­ka, sen­su i mia­na”.

8.

Takie doświad­cze­nie nie zry­wa z codzien­no­ścią życia; son­du­jąc ją i nada­jąc jej ele­men­tom na nowo pozor­nie dobrze zna­ne, lecz w isto­cie grun­tow­nie prze­kształ­co­ne, nazwy, kształ­tu­je nasze oto­cze­nie niczym Hera­kli­tej­ską rze­kę. Wszyst­ko w niej jest rucho­me; wszyst­ko daje się uno­sić jed­nym powszech­nym nur­tem. Brak prze­cin­ków przy wyli­cza­niu owych ele­men­tów codzien­ne­go świa­ta jest zapi­sem owe­go pły­wu rze­ki zmie­rza­ją­cej do ciem­ne­go morza. Ale myśle­nie na kra­wę­dzi jest myśle­niem z głę­bi wdzięcz­no­ści za to, co nas spo­ty­ka w owej żeglu­dze. Jak w tym wier­szu poświę­co­nym Gary’emu Sny­de­ro­wi:

Sie­dzieć godzi­nę z wdzięcz­no­ścią, gdy ser­ce
chło­nie dro­bi­ny kurzu, pro­mie­nie słoń­ca, cień,
w tym gaju sekwoi umysł się roz­sze­rza
aż po samą kra­wędź lasu, co jest kra­wę­dzią

umy­słu, gdzie widzę zaklę­tą ścież­kę
pro­wa­dzą­cą przez gęsty las dzie­ciń­stwa,
linij­ki two­ich wier­szy na mych pustych dło­niach,
liście, stro­ny two­jej poezji śnią całą epo­kę:

Gdy pamię­tać, że rzym­ską bliź­nia­czą sio­strą Arte­mi­dy jest Dia­na, bogi­ni koja­rzo­na z księ­ży­cem, tajem­ni­cza „Luna – dama księ­ży­ca”, jak prze­czy­ta­my o niej w jed­nym z wier­szy, zoba­czy­my, że cho­dzi nie tyl­ko o bio­lo­gicz­ne kre­wień­stwo kobie­ty z ryt­ma­mi księ­ży­ca, ale rów­nież o zwią­zek z morzem, falo­wa­niem przy­pły­wów i odpły­wów, któ­re sły­szy­my w tylu wer­sach Meehan, i nie­zgłę­bio­ną siłę przy­cią­ga­nia, egzy­sten­cjal­ną gra­wi­ta­cję, antro­po-geo-logicz­ną łącz­ność, powi­no­wac­two cza­sów i prze­strze­ni. Tajem­ni­ca bli­sko­ści dwoj­ga przy­tu­lo­nych do sie­bie ludzi, to tajem­ni­ca ich „nie­śmier­tel­no­ści”: gdy ogar­nie ich blask Kairo­sa, sta­ją się uczest­ni­ka­mi wszyst­kich epok, wszel­kich form i kształ­tów. Czy­ta­my u Hamva­sa: „Baader mówi, że gdy obej­mu­je­my i przy­tu­la­my kobie­tę, przy­cią­ga­my ją z powro­tem do tego wyjąt­ko­we­go miej­sca mię­dzy żebra­mi, skąd zosta­ła wyję­ta”. Wiecz­ny ruch fal i prąd Hera­kli­tej­skiej rze­ki to obra­zy wiel­kiej Meta­mor­fo­zy, któ­rej czę­ścią jeste­śmy.

w wia­drze odbi­ja­ją się pla­ne­ty i świa­tło gwiazd,
słoń­ce i kome­ty, Luna – dama księ­ży­ca, służ­ka świę­tej Bry­gi­dy.
Mój oddech, sta­ry duch, drży w sza­rych nie­wy­raź­nych
odbi­ciach geo­lo­gicz­nych epok zie­mi, pra­sta­rych mórz,
lasów, gdzie kie­dyś – był taki czas – na huś­taw­ce lian
prze­la­ty­wa­li­śmy z drzew na pnie spła­wia­ne rze­ką,
pnie powa­lo­ne, co potem sta­ły się łup­kiem,
co potem stał się węglem, co potem stał się dia­men­tem.
Tych dwo­je to ogień:
dzie­wi­czy i pło­mien­ny. Są nie­śmier­tel­ni.

9.

Dzie­wi­czość Arte­mi­dy jest czy­sto­ścią westal­ki: vestal and fla­me, mówi Poet­ka. Cho­dzi więc o coś wię­cej niż o sek­su­al­ną wstrze­mięź­li­wość; o ile tak poj­mo­wa­na dzie­wi­czość zamy­ka jed­nost­kę w krę­gu jej wła­sne­go cia­ła, o tyle wystar­czy pamię­tać o roli westa­lek w sta­ro­żyt­nym Rzy­mie, by zacząć się domy­ślać, że staw­ka jest poważ­niej­sza. Cho­dzi prze­cież o peł­nie­nie stra­ży nad naj­waż­niej­szy­mi spra­wa­mi pań­stwa: jak dłu­go westal­ki pod­trzy­my­wa­ły świę­ty ogień Westy, tak dłu­go utrzy­my­wał się dobro­stan spo­łecz­nej wspól­no­ty. Wyga­śnię­cie ognia nio­sło wszyst­kim nie­chyb­ne nie­szczę­ście.

Pocie­sze­nie, jakie nie­sie Arte­mi­da, jest przy­po­mnie­niem o koniecz­no­ści (ale tak­że o pły­ną­cej z tego rado­ści) namy­słu nad rodza­jem i jako­ścią wspól­no­ty i zobo­wią­za­niem do roz­trop­ne­go połą­cze­nia sta­rań jed­nost­ki o jej dobro­stan z tro­ską o dobro­stan powszech­ny. Luna/Diana i Arte­mi­da two­rzą ze świę­tą Bry­gi­dą matriar­chal­ny ter­cet mądro­ści. Czter­na­sto­wiecz­na szwedz­ka mistycz­ka i teo­loż­ka razem z grec­ką i rzym­ską bogi­nią prze­wod­ni­czą tym, któ­rzy chcą myśleć o choć­by w mia­rę har­mo­nij­nym, a naj­waż­niej­sze – wol­nym od okru­cień­stwa – współ­ist­nie­niu ludz­kie­go i nie-ludz­kie­go, ziem­skie­go i kosmicz­ne­go, oso­bi­ste­go i spo­łecz­ne­go. O świe­cie, w któ­rym kur­czą się wpły­wy bez­oso­bo­we­go.

Powiedz­my otwar­cie: bogi­nie połu­dnia i świę­ta z pół­no­cy nio­są pocie­chę namy­słu nad Euro­pą, jej przy­szło­ścią i tym, co dla tej przy­szło­ści naj­istot­niej­sze. Nic dziw­ne­go, świę­ta Bry­gi­da jest obok Edy­ty Ste­in i Kata­rzy­ny Sie­neń­skiej ofi­cjal­ną patron­ką Euro­py. Swą medy­ta­cję nad Sta­rym Kon­ty­nen­tem wło­ski filo­zof Paolo Rumiz roz­pocz­nie od inwo­ka­cji do Luny, „syre­ny por­to­we­go zauł­ka”, dalej będzie supli­ko­wał o to, co już zna­my z poezji Pau­li Meehan – o kairo­tycz­ny roz­błysk cza­su, w któ­rym prze­szłość prze­ta­pia się w przy­szłość, a teraź­niej­szość odtwa­rza geo­lo­gicz­ne epo­ki: „Pomóż mi przy­wo­łać burze bły­sków wesel­nych nocy, dymią­ce wul­ka­ny, ostre ska­ły, śnie­gi Par­na­su i moje Cykla­dy, mate­rię kosmicz­ną, któ­ra sta­ła się wyspą, sta­do mło­dych krów wędru­ją­cych pod okiem pędzą­ce­go Byka”. To, co naj­star­sze, na co brak mia­ry ludz­kie­go cza­su, oka­zu­je się nowe.

10.

Oto pocie­sze­nie Arte­mi­dy: przy­pa­tru­jąc się mapie wysp roz­rzu­co­nych po Morzu Śród­ziem­nym wra­ca­my do źró­deł nasze­go bycia, bowiem, jak uczył inny wiel­ki rzecz­nik euro­pej­skiej przy­go­dy myśle­nia Béla Hamvas: „Czło­wiek nie jest, tyl­ko dzie­je się, a na doda­tek dzie­je się w cza­sie nie­skoń­czo­nym, pod­czas gdy wszyst­ko wokół nie­go roz­pa­da się i rośnie, roz­pa­da się i rośnie: dom, kra­jo­braz, oko­li­ca, las, morze, zie­mia, słoń­ce, gwiaz­dy”. Popra­wiam się zatem: Luna/Diana, Arte­mi­da, św. Bry­gi­da nie tyl­ko „prze­wod­ni­czą” tej medy­ta­cji nad wyzwa­niem, jakim jest Euro­pa. One prze­wo­dzą nasze­mu życiu, snu­ją opo­wie­ści będą­ce gwiaz­da­mi prze­wod­ni­mi.

Tak bar­dzo bra­ko­wa­ło mi Aten.
Chcia­łam cię zabrać na te wyspy,
do bia­łych, świe­tli­stych miast połu­dnia,
byśmy mogli odna­leźć genius loci epo­ki brą­zu,
mity, któ­re – prze­czu­wa­łam – mogły pro­wa­dzić mnie w życiu

Wyspa musi przy­cią­gać uwa­gę Euro­pej­czy­ka: w nie­ustan­nej meta­mor­fo­zie, gdy wszyst­ko wokół roz­pa­da się i rośnie, ten okruch lądu, nie­kie­dy led­wie punkt na bez­kre­snym błę­ki­cie, nie­wiel­ki kawa­łek mate­rii czę­sto o burz­li­wej prze­szło­ści, wzru­sza swą kru­cho­ścią. Wyspy to gwiaz­dy na nie­bie morza, któ­re wyobraź­nia łączy w archi­pe­la­gi, podob­nie jak wyima­gi­no­wa­ne linie pozwa­la­ją poje­dyn­czym gwiaz­dom snuć opo­wieść jed­nej, wspól­nej kon­ste­la­cji. By tak się sta­ło, nie­odzow­ne jest uważ­ne i tro­skli­we spoj­rze­nie, spoj­rze­nie son­du­ją­ce. Wte­dy wraz z tym kawał­kiem kosmicz­nej mate­rii powró­ci­my do pod­sta­wo­wej, fun­da­men­tal­nej macie­rzyń­sko­ści ist­nie­nia.

Ta wyspa chwy­ci­ła mnie za ser­ce: doli­ny rzeź­bio­ne lodow­cem,
gła­zy narzu­to­we, more­ny, ozy, tor­fo­wi­ska, jaski­nie kra­so­we,
łąki i rze­ki; i zesła­na nam tutaj z wyso­ko­ści –
pla­ne­ta Zie­mia – nasza peł­na powa­gi mat­ka widzia­na z wyso­ko­ści.

Wte­dy ewo­lu­cja odsło­ni przed nami doświad­cze­nie atro­po-geo-logicz­no­ści ist­nie­nia, wciąż nowych naro­dzin i nowych apo­ka­lips: doświad­cze­nie „pier­wot­ne­go ludu” odtwo­rzo­ne w bla­sku Kairo­sa:

Wiecz­ność wpra­wia w ruch mito­chon­dria,
wol­no bije puls ewo­lu­cji gdzieś głę­bo­ko
w pre­hi­sto­rycz­nym mózgu gada,
sie­dzi­ba instynk­tu; moja wyobraź­nia odro­dzo­ne­go
pier­wot­ne­go ludu spo­glą­da kry­tycz­nie z takiej odle­gło­ści
i śni nowe apo­ka­lip­sy, szu­ka słów pro­ro­czych,
choć oba­wia się, że potom­ność pew­nie ich nie usły­szy.

Nie tyl­ko głę­bo­ki sen zanu­rza nas w wiecz­no­ści; snem poety jest wiersz i pro­wa­dzą­ce przez nie­go ścież­ki języ­ka. Poeta son­du­je sny, a zatem nie może nie son­do­wać słów i liter, two­rzy ich mapy, szu­ka w nich tego, co nie­ocze­ki­wa­ne, obra­zów, któ­re kie­dyś śni­ły się owym sło­wom, a teraz z pozor­nie dobrze zna­nych, nie­mal nud­nych słów, czy­nią nowe, dają­ce do myśle­nia poję­cia.

I tak kie­dyś, na lek­cji, bli­sko Wszyst­kich Świę­tych, sie­dzia­łam w ostat­nim rzę­dzie
i doszło do mnie, że „galak­ty­ka” mie­ści w sobie grec­kie sło­wo
„gala” – czy­li „mle­ko”! Mogłam poczuć na wła­snym języ­ku
niczym sakra­ment smak Mlecz­nej Dro­gi, naszej kosmicz­nej mat­ki.
I lek­kim tanecz­nym kro­kiem wpro­wa­dzi­łam do wier­sza
to nie­zwy­kłe świa­tło – mle­ko ludz­kiej dobro­ci i kre­wień­stwa,
życio­daj­ne mle­ko. Co mnie znów spro­wa­dza

do Alma Mater, mat­ki żywi­ciel­ki, mat­ki opie­kun­ki, bli­skiej
krew­nej Ceres oraz Marii Pan­ny, Kró­lo­wej Nie­bios dla uczo­ne­go
medie­wi­sty, do tego zło­te­go łań­cu­cha pamię­ci, któ­re­go każ­de
lśnią­ce ogni­wo wią­że mnie z tym miej­scem,
daje mi poczuć się jak w domu, ose­sek u cyc­ka
ludz­kiej i nie-ludz­kiej wie­dzy,
to moje życio­daj­ne metrum, lito­ści­we, nie­prze­bra­ne zło­że.

O autorze

Tadeusz Sławek

Urodzony w 1946 roku w Katowicach. Ukończył Liceum im. Adama Mickiewicza w tymże mieście, absolwent filologii polskiej i angielskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Związany z Uniwersytetem Śląskim nieprzerwanie od 1971 roku, rektor Uniwersytetu w latach 1996-2002. Wraz z kontrabasistą Bogdanem Mizerskim autor i wykonawca esejów na głos i kontrabas. Zajmuje się historią literatury angielskiej i amerykańskiej, literaturą porównawczą, zagadnieniami życia publicznego. Ważniejsze publikacje: Calling of Jonah. Problems of Literary Voice (wspólnie z Donaldem Weslingiem), Maszyna do pisania. O teorii literatury Jacquesa Derridy (wspólnie z Tadeuszem Rachwałem), U-bywać. Człowiek, świat, przyjaźń w twórczości Williama Blake’a (2001), Antygona w świecie korporacji (2002), Ujmować. Henry David Thoreau i wsponota świata (2009), NIC-owanie świata. Zdania z Szekspira (2012), U-chodzić (2015).

Powiązania

Wiara, nadzieja i krwawa łaźnia

nagrania / transPort Literacki Różni autorzy

Spo­tka­nie z udzia­łem Fili­pa Łobo­dziń­skie­go, Tade­usza Sław­ka i Oli Bud­ki w ramach festi­wa­lu Trans­Port Lite­rac­ki 27. Muzy­ka Hubert Zemler.

Więcej

Pięć esejów Homerowskich

nagrania / transPort Literacki Bogdan Mizerski Hubert Zemler Tadeusz Sławek

Esej Tade­usza Sław­ka otwie­ra­ją­cy festi­wal Trans­Port Lite­rac­ki 27. Muzy­ka Bog­dan Mizer­ski i Hubert Zemler.

Więcej

Pięć esejów Homerowskich

recenzje / IMPRESJE Tadeusz Sławek

Impre­sja Tade­usza Sław­ka, otwie­ra­ją­ca festi­wal Trans­Port Lite­rac­ki 27.

Więcej

Książki z Biura: Odcinek 5 Wyspa na Księżycu

nagrania / między wierszami Tadeusz Sławek William Blake

Pią­ty odci­nek cyklu Książ­ki z Biu­ra. Nagra­nie zre­ali­zo­wa­no w ramach pro­jek­tu Kar­to­te­ka 25.

Więcej

Klasyka europejskiej poezji: Blake, Espriu, Todorović, Župančič

nagrania / stacja Literatura Różni autorzy

Spo­tka­nie wokół ksią­żek Wyspa na Księ­ży­cu Wil­lia­ma Bla­ke­’a, świ­nia jest naj­lep­szym pły­wa­kiem Mir­jo­lu­ba Todo­ro­vi­cia, Kie­lich upo­je­nia Oto­na Župa­nči­ča oraz Skó­ra byka Salva­do­ra Espriu z udzia­łem Tade­usza Sław­ka, Jakub Korn­hau­ser, Miło­sza Bie­drzyc­kie­go, Fili­pa Łobo­dziń­skie­go, Joan­ny Orskiej i Jaku­ba Skur­ty­sa w ramach festi­wa­lu Sta­cja Lite­ra­tu­ra 25.

Więcej

Żeby w sam raz to nie…. (coś, co mogłoby być listem do Filipa Łobodzińskiego, choć nie całkiem)

recenzje / ESEJE Tadeusz Sławek

Recen­zja Tade­usza Sław­ka, towa­rzy­szą­ca wyda­niu książ­ki Joh­na Len­no­na Prze­stwo­rzo­ne rze­czy, w tłu­ma­cze­niu Fili­pa Łobo­dziń­skie­go, któ­rą uka­za­ła się w Biu­rze Lite­rac­kim 30 listo­pa­da 2020 roku.

Więcej

Santarém, Samotność przestrzeni oraz Nie gódź się

nagrania / stacja Literatura Różni autorzy

Spo­tka­nie wokół ksią­żek San­ta­rém Eli­za­beth Bishop, Samot­ność prze­strze­ni Emi­ly Dic­kin­son i Nie gódź się Pat­ti Smith z udzia­łem Tade­usza Sław­ka, Fili­pa Łobo­dziń­skie­go, Joan­ny Muel­ler oraz Juliu­sza Pie­li­chow­skie­go w ramach festi­wa­lu Sta­cja Lite­ra­tu­ra 24.

Więcej

Dopiero wyobraźnia wyzwoli rozum, czyniąc go faktycznie rozumnym

wywiady / o książce Krzysztof Siwczyk Tadeusz Sławek

Roz­mo­wa Krzysz­to­fa Siw­czy­ka z Tade­uszem Sław­kiem, towa­rzy­szą­ca wyda­niu książ­ki Wil­lia­ma Blake’a Wyspa na Księ­ży­cu, w tłu­ma­cze­niu Tade­usza Sław­ka, któ­ra uka­za­ła się w Biu­rze Lite­rac­kim 2 mar­ca 2020 roku.

Więcej

List rozbitka z Wyspy na Księżycu

recenzje / KOMENTARZE Tadeusz Sławek

Autor­ski komen­tarz Tade­usza Sław­ka, towa­rzy­szą­cy wyda­niu książ­ki Wil­lia­ma Blake’a Wyspa na Księ­ży­cu, w tłu­ma­cze­niu Tade­usza Sław­ka, któ­ra uka­za­ła się w Biu­rze Lite­rac­kim 2 mar­ca 2020 roku.

Więcej

Wyspa na Księżycu (2)

utwory / zapowiedzi książek Tadeusz Sławek William Blake

Frag­ment zapo­wia­da­ją­cy książ­kę Wil­lia­ma Blake’a Wyspa na Księ­ży­cu, w tłu­ma­cze­niu Tade­usza Sław­ka, któ­ra uka­że się w Biu­rze Lite­rac­kim 2 mar­ca 2020 roku.

Więcej

Wyspa na Księżycu

utwory / zapowiedzi książek Tadeusz Sławek William Blake

Frag­ment zapo­wia­da­ją­cy książ­kę Wil­lia­ma Blake’a Wyspa na Księ­ży­cu, w tłu­ma­cze­niu Tade­usza Sław­ka, któ­ra uka­że się w Biu­rze Lite­rac­kim 2 mar­ca 2020 roku.

Więcej

Wiersze i opowiadania doraźne 2019

utwory / zapowiedzi książek Różni autorzy

Frag­ment zapo­wia­da­ją­cy alma­nach Wier­sze i opo­wia­da­nia doraź­ne 2019, któ­ry uka­że się w Biu­rze Lite­rac­kim 4 wrze­śnia 2019 roku.

Więcej

Wiersz jak granulka czasu

wywiady / o książce Juliusz Pielichowski Tadeusz Sławek

Roz­mo­wa Juliu­sza Pie­li­chow­skie­go z Tade­uszem Sław­kiem, towa­rzy­szą­ca wyda­niu książ­ki Samot­ność prze­strze­ni Emi­ly Dic­kin­son, w tłu­ma­cze­niu i wybo­rze Tade­usza Sław­ka, któ­ra uka­za­ła się w Biu­rze Lite­rac­kim 24 czerw­ca 2019 roku.

Więcej

Poetycka książka trzydziestolecia: rekomendacja nr 23

debaty / ankiety i podsumowania Tadeusz Sławek

Głos Tade­usza Sław­ka w deba­cie „Poetyc­ka książ­ka trzy­dzie­sto­le­cia”.

Więcej

Samotność przestrzeni

utwory / zapowiedzi książek Emily Dickinson Tadeusz Sławek

Frag­ment zapo­wia­da­ją­cy książ­kę Samot­ność prze­strze­ni Emi­ly Dic­kin­son, w tłu­ma­cze­niu Tade­usza Sław­ka, któ­ra uka­że się w Biu­rze Lite­rac­kim 24 czerw­ca 2019 roku.

Więcej

Pieśń torby na pawia i Tarantula

nagrania / stacja Literatura Różni autorzy

Spo­tka­nie autor­skie wokół ksią­żek Taran­tu­la Boba Dyla­na oraz Pieśń tor­by na pawia Nic­ka Cave­’a z udzia­łem tłu­ma­czy Fili­pa Łobo­dziń­skie­go i Tade­usza Sław­ka w ramach festi­wa­lu Sta­cja Lite­ra­tu­ra 23. Pro­wa­dze­nie Jerzy Jar­nie­wicz.

Więcej

Pieśń torby na pawia (2)

utwory / zapowiedzi książek Nick Cave Tadeusz Sławek

Frag­ment zapo­wia­da­ją­cy książ­kę Pieśń tor­by na pawia Nic­ka Cave’a w prze­kła­dzie Tade­usza Sław­ka, któ­ra uka­że się nakła­dem Biu­ra Lite­rac­kie­go 9 kwiet­nia 2018 roku.

Więcej

Pieśń torby na pawia (1)

utwory / zapowiedzi książek Nick Cave Tadeusz Sławek

Frag­ment zapo­wia­da­ją­cy książ­kę Pieśń tor­by na pawia Nic­ka Cave’a w prze­kła­dzie Tade­usza Sław­ka, któ­ra uka­że się nakła­dem Biu­ra Lite­rac­kie­go 9 kwiet­nia 2018 roku.

Więcej