książki / PROZA

Pieśń torby na pawia

Nick Cave

Fragment książki Pieśń torby na pawia Nicka Cave’a, w przekładzie Tadeusza Sławka, która ukazała się nakładem Biura Literackiego 9 kwietnia 2018 roku, a w wersji elektronicznej 16 stycznia 2019 roku.

Okladka__Pieśn_torby_na_pawia__DRUK.indd Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

Nashville
Tennessee

Chłopiec wspina się na nadrzeczną skarpę. Wchodzi na most kolejowy. Ma dwanaście lat.

Słońce pali niemiłosiernie, chłopiec klęka i przykłada ucho do szyn.
Szyny nie wibrują. Widocznie zza zakrętu po drugiej stronie rzeki nie nadjeżdża żaden pociąg.

Chłopiec rusza biegiem wzdłuż torów. Dobiega do środka mostu. Staje na krawędzi
i spogląda w dół na mętną wodę.

Po lewej stronie ma betonowy słup podtrzymujący most.
Po prawej, na wpół powalone drzewo zanurza się w rzece, jego gałęzie
wpijają się w ciemny nurt. Między nimi niewielki odstęp, nie więcej niż półtora metra.

Mówią, że w tym miejscu można skoczyć do rzeki, ale nie jest tego pewny,
nigdy nie widział, aby ktoś to zrobił.

Czuje drżenie kamieni pod stopami. Przykuca i znów przykłada ucho do szyn.

Teraz szyny zaczynają wibrować. Nadjeżdża pociąg.

Wpatruje się w ciemną, mulistą wodę, serce wali jak młot.

*

Dochodzi do niego, że nie jest wcale chłopcem, lecz chyba tylko wspomnieniem chłopca.

Ten chłopiec przebiega przez myśl mężczyzny, który zatrzymał się w apartamencie w hotelu Sheraton w samym centrum Nashville, Tennessee, i któremu teraz właśnie robią zastrzyk ze sterydów mających uczynić ze zmęczonego długim lotem i grypą pieśniarza przedmiot uwielbienia.

Za jakieś trzy godziny wypadnie jak oparzony z hotelowego pokoju. Ruszy przez puste miasto, przetnie szerokie rzeki, pokona puste prerie, jadąc wielopasmowymi autostradami pod zmierzchającym niebem, niczym jakiś małoważny bożek, a wszystko po to, aby jeszcze dzisiaj wieczorem dojechać do ciebie.



Kansas City
Missouri

Jestem systemem nerwowym wprawianym w ruch przez duchy i rymy.
Słowa dźwięczą dlatego, że słychać, jak skowyczą w nich duchy.
Nie przyszło mi do głowy, że to może ostatni raz,
Kosztowałem twego słodkiego oddechu,
I gdy pomyślę, że krzątasz się po domu, przez chwilę czuję w piersi
Rozpierający ból zatroskanej tęsknoty,
Tymczasem przejeżdżamy granicę stanu Missouri,
Zatrzymujemy autobus na poboczu i wysiadamy,
I w wolno zapadającym zmierzchu pełzniemy na brzuchu,
Niczym węże, przez niskie trawy prerii.

Odgrywamy rzeź, jaką sprawił bizonom William ‘Buffalo Bill’ Cody,
Potem wszystkie kampanie przeciwko Indianom łącznie z bitwą pod Coon Creek.
Tego samego wieczoru próbuję dodzwonić się do ciebie linią transatlantycką
z hotelu Intercontinental w Kansas City, ale nie odbierasz,
Więc słyszę tylko jak telefon rymuje swoje dzwonki.
Nagrywam jakąś niezborną, pozbawioną ciała wiadomość.
Szła mniej więcej tak –

Na prerii mej nieobecności jesteś jak bizon wielki niczym góra.
Jesteś smutkiem tego, który wrócił do domu z niewoli.
Jesteś łzą na rękawie kurtki z niewyprawionej jeleniej skóry.
Odbierz telefon
Odbierz telefon
Ja zaś zdołowany i kompletne zero, prerię maluję na czerwono.
Obsiadły mnie muchy. Śmierć oddechem swym w kark mi dmucha.
Gościem w trasie jestem, który kryjówki szuka.
Tym, co ożenił się i zbiegł, miast leżeć u twych stóp.
Odbierz telefon
Odbierz telefon
Jestem już zimny trup.

Łykam tabletkę i idę spać.

*

Nakrywam się z głową, pod kołdrą przykładam do ucha torbę na pawia, potrząsam.
Grzechoczą insygnia dziewięciu Muz – pulpit do pisania, zwój pergaminu, flet, strzała miłości, maska tragiczna, harfa, lira, maska komiczna, globus i kompas.

Gdy znów dzwonię do domu, a ty nie odbierasz, słyszę, jak ciepła krew z mej szyi, od której odcięto głowę wycieka na autostradę tworząc kałużę,

Słyszę jak przerażające serce chłopca dostraja się do rytmu pociągu pędzącego w jego stronę.

Słyszę szepty, użalania i knowania wykrwawionych ludzi.
Poznaję te głosy, towarzyszyły mi kiedyś w dalekiej przeszłości.

Dziewięć nagich muz śpi spokojnie na mej piersi, w poczuciu dobrze dziś wykonanej roboty.

Oddycham spokojnie, gdy aniołowie unoszą mnie na skrzydłach.

Śpię, i niosą mnie przez łagodny, purpurowy pejzaż północno-amerykańskiego snu –
gdzie wśród tego wszystkiego, co się stanie i nie odstanie mimowolnie dostrzegam
nasz następny ruch, który wykonamy z najlepszym dla siebie pożytkiem.


 


Minneapolis
Minnesota

Zaszkodziły mi muszle i precel, które zjadłem w Milwaukee, i teraz wymiotuję
W bocznej ulicy obok Teatru Stanowego w Minneapolis, w stanie Minnesota.
Minneapolis ma ulice z podcieniami, które się przydają w razie deszczu,
Ma też Teatr Stanowy, swobodną wariację na motywach włoskiego renesansu,
Z półkolistym proscenium zawieszonym jakieś trzydzieści metrów nad sceną,
W roku dwutysięcznym kupiła go firma Live Nation,
By w dwa tysiące ósmym sprzedać go Key Entertainment.
Przyjeżdżamy wcześniej, ale wysiadają nam żołądki i wychodzimy na scenę spóźnieni.
Gorące przyjęcie przez tłum na sali po prostu nas oszałamia. Spójrzcie!
Ciała widzów przemieniają się w betonowe słupy!
Ramiona wyciągają się niczym mordercze gałęzie na wpół zwalonych drzew!
Muzyka z łoskotem zmierza w naszą stronę kolejowym szlakiem!
Brodziliśmy po kostki we krwi bawołów
I wojowników z plemienia Czejenów, by spotkać się z wami dziś wieczorem. Spójrzcie!
Betonowe słupy rozjaśniają się w kolumny światła.
Stoję jak obdarty ze skóry pies na tylnych łapach i odsłaniam
Wydłużony pasek mokrej, różowej skóry. Skaczcie! – mówię
I niezdarnie bawię się torbą na pawia pełną rzygowin. Skaczcie, sukinsyny!
A kolumny światła chwytają się za ręce i jedna po drugiej wskakują do torby.

*

Późnym wieczorem w Grand Hotelu w centrum Minneapolis
Próbuję czytać Pieśni snu Johna Berrymana. Podchodzę je jak
Król kieszonkowców. Spowalniam rytm serca
I przyciskam ucho do osiemnastu szyn mrocznego,
Wibrującego wiersza. Bebechy łomocą we mnie jak pociąg.
Powoli i cierpliwie luzują się zapadki i z przerażeniem,
Ale jakby z ulgą świat wypada z szyn. Ziewam.

Potem śnię dalej, aż trafiam na most Washington Avenue,
Gdzie poeta, stojąc na wysokości, omawiał z przyjemnym trawiastym brzegiem
Subtelną różnicę między lataniem a spadaniem.
Pierwszy krok musisz zrobić sam –
Lipny anioł z papierowym skrzydłem przypiętym do pleców, niczym żagiel,
Powiedział: Pierwszy krok musisz zrobić sam! I ostatni też!
Po czym kopnął Johna Berrymana, aż ten przeleciał za barierę.

I gdy sprasowany w harmonijkę poeta dusił się na trawniku,
Wpadłem na „54 pieśń snu” niczym rozpędzony pociąg bez maszynisty
„Leżę na tym łóżku za drogie pieniądze i myślę o żonie”
I obudziłem się z gwałtowną i przemożną potrzebą,
Zadzwonić, zadzwonić, zadzwonić do żony! Boże! Tylko nie skacz!
Moja piękna, nie skacz! Podnieś słuchawkę!
Pamiętam, kiedy żegnaliśmy się na schodach domu,
Jej wilgotne, niespokojne oczy mówiły: Huh, huh, huh,
Nie zostawiaj mnie! Nie jedź! Zostań!

*

Pieśń Torby na Pawia to resztki.
Pieśń Torby na Pawia to obierki.
Pieśń Torby na Pawia to ścinki.
Pieśń Torby na Pawia to marne pozostałości.
Pieśń Torby na Pawia to żółć i flaki.
Pieśń Torby na Pawia to skrawki i osady.
Pieśń Torby na Pawia to to, co zostało na dnie, i okruchy przeszłości.
Pieśń Torby na Pawia to mętny osad na dnie beczki.
Pieśń Torby na Pawia to wybrakowany towar do zwrócenia.

Po to, byśmy mogli ruszyć dalej i jutro znów skoczyć, ale zupełnie inaczej.


San Francisco
California

Jak tylko przyjechałem do San Francisco, pochorowałem się.
W powietrzu gęsta zawiesina benzyny i jakiegoś ogólnego absurdu.
Może wszystko za bardzo kojarzyło się z płatkami owsianymi, które jadał Allen Ginsberg,
Columbus Avenue niczym smętny magazyn samolotowych torebek na pawia,
A może zbyt wiele było już nocy spod znaku tych torebek,
Może to, co zabiło smoka, dopadło teraz mnie!
Leżałem w apartamencie hotelu Ritz-Carlton,
Oddychając płytko powolnym oddechem, jakim oddychał smok,
Tak żeby wszyscy wiedzieli, że umarłem z miłości.

Niech się dowiedzą, że umarłem z miłości
I że telefonowałem do ciebie, nie zwracając uwagi na te osiem tysięcy kilometrów,
I przypomniałem sobie, co powiedzieli mi aniołowie:
Jesteśmy przy tobie, ale pierwszy krok musisz zrobić sam.
Do nich należy przeprowadzić nas przez mroki,
A gdy czas przyjdzie, zaprowadzić do domu.

Jesteś w domu, kochanie? Podnieś, podnieś, podnieś.
Podnieś słuchawkę, przyłóż do muszli ucha,
I niech szum anielskich skrzydeł sprawi,
Że sami zrobimy pierwszy krok.

Mój głos przemawia do ciebie z telekomunikacyjnej sieci
Hotelu Ritz-Carlton na Nob Hill. Jestem w łóżku.
Nie jadę do domu. Nie jadę do domu.
Chwytam niebieską plastikową płachtę i nakrywam się z głową.

*

Pociąg dudni na zakręcie po drugiej stronie rzeki. Żwirowy podkład chrzęści i drży. Chłopiec spogląda na kłębiącą się w dole rzekę. Widzi betonową podporę mostu. Widzi gałęzie drzewa. Podnosi głowę. Czoło pociągu jest niczym żółte, rozpalone słońce. Przemyka mu przez głowę, by biec dalej torem. Przemyka mu przez głowę, by skoczyć do rzeki. Nie może zrobić ani jednego, ani drugiego, i stoi jak skamieniały na torowisku. Oczy przepełnione łzami. Pociąg z ładunkiem ciemności pędzi prosto na niego z przeraźliwym piskiem.

Oto Dziewięć głównych plag zagrażających artyście:

Odkładanie na później z powodu strachu.
Odkładanie na później z powodu niezdecydowania.
Odkładanie na później z powodu perfekcjonizmu.
Odkładanie na później z powodu oczekiwania na natchnienie.
Odkładanie na później z powodu zamieszania i niepowodzeń.
Odkładanie na później z powodu choroby lub zmęczenia.
Odkładanie na później z powodu obowiązków rodzinnych.
Odkładanie na później z powodu przesądów i religii.
Odkładanie na później z powodu szaleństwa i samobójstwa.

A oto Dziewięć drugorzędnych plag zagrażających artyście:

Odkładanie na później z powodu działającego internetu.
Odkładanie na później z powodu niedziałającego internetu.
Odkładanie na później z powodu programu odwykowego Dwanaście Kroków.
Odkładanie na później z powodu terapii oraz literatury typu pomóż-sobie-sam.
Odkładanie na później z powodu dobroczynności i pracy na rzecz planety.
Odkładanie na później z powodu kształcenia się i pracy naukowej.
Odkładanie na później z powodu różnych hobby i zainteresowań.
Odkładanie na później z powodu nałogów.
Odkładanie na później z powodu seksu.

Takie jest Dziewięć trzeciorzędnych plag zagrażających artyście:

Odkładanie na później z powodu programów w HBO.
Odkładanie na później z powodu farbowania sobie włosów.
Odkładanie na później z powodu zarabiania pieniędzy.
Odkładanie na później z powodu niemożności zarobienia pieniędzy.
Odkładanie na później z powodu braku właściwego sprzętu.
Odkładanie na później z powodu higieny osobistej.
Odkładanie na później z powodu zakupów.
Odkładanie na później z powodu upiększania miejsca pracy.
Odkładanie na później z powodu sporządzania zbędnych spisów.

A takie jest Dziewięć czwartorzędnych plag zagrażających artyście:

Odkładanie na później z powodu wampiryzmu.
Odkładanie na później z powodu lobotomii.
Odkładanie na później z powodu amputacji.
Odkładanie na później z powodu kanibalizmu.
Odkładanie na później z powodu bankructwa i recesji.
Odkładanie na później z powodu kryzysu klimatycznego.
Odkładanie na później z powodu ataku terrorystycznego.
Odkładanie na później z powodu apokalipsy.
Odkładanie na później z powodu dekapitacji.

*

Pociąg pożera srebrzyste szyny, które wibrują wściekle. Pożera także żwirowy podkład. Pociąg nie zostawia za sobą nic – nie ma za nim ani przestrzeni, ani czasu, ani pamięci, ani miłości. Słońce wali jak młot, wypalając wszystko na popiół. Gwizdek wydziera się jak oszalały. Pociąg nicości pożre chłopaka. Chłopiec zaczyna teraz krzyczeć, woła matkę, zrywa się na równe nogi, huh, huh, huh, z hotelowego łóżka, spływają z niego pot, czarna farba do włosów, zblanszowane widma, przerdzewiałe sny, zrywa się, krzycząc:

Pamięć jest miłością! Boże, mój Boże! Miłość jest pamięcią! Pomocy!

Kim ja, kurwa, jestem? – wykrzykuję. – Kurwa mać, pomocy! – Wrzeszczę na cały głos.



Los Angeles
California

W końcu wszyscy się tu sprowadzili i zamieszkali we mnie.

Stoję na brzegu małżeńskiego łóżka,
Niczym posążek jakiegoś bóstwa,
W hotelu Sunset Marquis w West Hollywood,
A serce utknęło na torze, po którym, zgrzytając, jedzie pociąg.
Po lewej stronie mam betonową podporę, po prawej
Groźnie wyglądające gałęzie na wpół powalonego drzewa.
Niżej mętna woda zakrywa częściowo twoje nagie ciało,
A ty leżysz spokojnie, od niechcenia przerzucając strony
Poradnika jak-się-zmotywować.

W końcu wszyscy się tu sprowadzili i zamieszkali we mnie.

Zamieniam się w nawiedzony dom, w którym słychać wycie i pojękiwanie pamięci.
Łóżka trzęsą się, drzwi kredensu same się otwierają,
Krzesła układają się w coraz to nowe sterty,
Strumienie ektoplazmy szaleją w powietrzu,
Jakieś łańcuchy podzwaniają w moich bebechach.

Odkładasz książkę na bok i ranę widać jak na dłoni.
Jęczysz, a nagła błyskawica dzikiego kurczu wykręca ci
Ręce i nogi, gardło twardnieje w ostrą krawędź,
Sztywniejesz i otwierają się rany,
A nikłe czarne zwierzątko twego języka
Wije się ku mnie w pomarańczowej poświacie.
I wtedy mówię:

Zszedłem ze wzgórz.
Przekroczyłem góry i rzeki.
Przemierzyłem wielkie autostrady.
Wkroczyłem do twej cienistej i wilgotnej fortecy,
Wszystko po to, aby dziś wieczór być z tobą.

Ja jestem pojazd, który wybrałaś – wsiadasz do niego i z niego wysiadasz.

Ty jesteś biała jak śnieżynka w porannym świetle.

Ja rzucam ogromny cień na całe niebo.

Wpatruję się w brunatną wodę niczym miniaturowy bożek.

Wyciągam spod ciebie moje piosneczki.

Jak maleńki bożek wlokę się dokoła niezmierzonego świata,

Ale tyję i jako roztyły bóg wlokę się dokoła niewielkiego świata.

Nie kryj się dłużej, kochanie, pokaż, jaka jesteś!

Dziś wieczorem w tym łóżku my wszyscy skaczemy w nieznane nam światło.

Razem odmieniamy naszą wspólną przyszłość.


Montreal
Quebec

Przed starym hotelem St. Paul
Żegnamy się ze sobą, robimy niedźwiedzia,
Po czym idę w stronę jeziora Montreal
I pod srebrzystymi gałęziami klonowego zagajnika
Obserwuję, jak z wolna zapada zmierzch
I z jeziora dźwiga się poświata.

Na brzegu tego dziwnie rozświetlonego jeziora,
Pod srebrnymi gałęziami klonów,
Delikatnie wytrząsam moją torebkę na pawia
I wypadają z niej wszystkie te straszne, gniewne serca.
Po kolei rozbiegają się i giną,
A ja znów dzwonię do ciebie.

I kiedy światło księżyca kładzie się na wodzie,
Siadam w tym zagajniku na trawie,
Pod srebrnymi gałęziami klonów,
I wiem, że, prawdę rzekłszy, nie jesteśmy tu sami,
Zginam torebkę na pawia na czworo,
Dzyń, dzyń. Klik. Halo?

*

Wracam do domu.

Nick Cave, 2014

O AUTORZE

Nick Cave photographed in Kemp Town, East Siussex, on 24 October 2012 by Bleddyn Butcher
Nick Cave

Urodzony w 1957 roku. Australijski muzyk, poeta, pisarz, kompozytor i aktor. Założyciel i członek zespołu The Boys Next Door (później The Birthday Party) oraz współzałożyciel grupy Nick Cave and the Bad Seeds, z którym wydał szesnaście albumów studyjnych.  W 1989 ukazała się jego pierwsza powieść Gdy oślica ujrzała anioła, wyróżniona nagrodą Time Out Magazine, a w 2009 druga – Śmierć Bunny’ego Munro. Torba na pawia jest ostatnią publikacją autora. Nick Cave mieszka w Brighton.

powiązania

01_WYWIADY__Nick CAVE__Z czasem twoje życie się kurczy

Z czasem twoje życie się kurczy

wywiady / O KSIĄŻCE Nick Cave

Wypowiedzi Nicka Cave’a na temat książki Pieśń torby na pawia, w przekładzie Tadeusza Sławka, która ukazała się w Biurze Literackim 9 kwietnia 2018 roku.

WIĘCEJ
01_WYWIADY__Nick CAVE__Z czasem twoje życie się kurczy

Z czasem twoje życie się kurczy

wywiady / O KSIĄŻCE Nick Cave

Wypowiedzi Nicka Cave’a na temat książki Pieśń torby na pawia, w przekładzie Tadeusza Sławka, która ukazała się w Biurze Literackim 9 kwietnia 2018 roku.

WIĘCEJ
03_RECENZJE__Paweł_TAŃSKI__Przykładam do ucha torbę na pawia

Przykładam do ucha torbę na pawia

recenzje / ESEJE Paweł Tański

Recenzja Pawła Tańskiego towarzysząca premierze książki Pieśń torby na pawia Nicka Cave’a, w przekładzie Tadeusza Sławka, która ukazała się nakładem Biura Literackiego 9 kwietnia 2018 roku.

WIĘCEJ