debaty / WYDARZENIA I INICJATYWY

Je me souviens – czyli powidoki

Przemysław Rojek

Głos Przemysława Rojka w debacie "Z Fortu do Portu".

strona debaty

Z Fortu do Portu

1. Powidok to – jak stoi w jednym ze słowników języka polskiego, mniejsza o to, w którym: jak coś jest w słowniku, to ja w to wierzę – „utrzymywanie się wrażenia wzrokowego po ustaniu działania silnego bodźca świetlnego, który wywołał to wrażenie”.

2. Chodzi mi tutaj o powidoki pozostawione w mojej pamięci. Taki powidok to utrzymywanie się wrażenia wzrokowego po ustaniu działania tego, co rzeczywiste. Będę odtwarzał to, co było – tyle tylko, że zarówno z tym „odtwarzaniem”, jak i z tym „było” to trochę skomplikowane. No bo tak: Freud pisał, że powtarzając coś, co się kiedyś wydarzyło – na podstawie pozostawionego przez to coś obrazu pamięciowego – nigdy nie możemy być pewni, że odtwarzamy. Może tylko – po upływie czasu – mówimy o tym, co nam się teraz wydaje, że się wydarzyło? Lacan dopowiada: powtarzając z całą pewnością mówimy o czymś innym, bo to coś, o czym mówimy, co powtarzamy, było – w chwili wydarzania się – niewyrażalne, obce. Powtarzamy – przeto mówimy o czymś, co jeszcze jest i już nie jest tym samym. Derrida kontynuuje: właściwy, a zarazem jedyny sens tego, co powtarzamy, rodzi się w akcie powtórzenia – źródło tego, co powtarzamy, jest tak od nas odległe, że właściwie go nie ma. Powtórzenie jest wcześniejsze niż to, co powtarzane; sens powtarzanego rodzi się w momencie powtórzenia.

Będę więc mówił o tym, co widziałem, ale nie daję gwarancji, że to się wydarzyło – że wydarzyło się, jak to czasami powiadają, naprawdę.

3. Georges Perec napisał książkę – tak przynajmniej twierdzi profesor Markowski, a jak Markowski coś mówi, to ja mu wierzę, wierzę w to mocniej niż w słownik – pod tytułem Je me souviens. To podobno – podobno, mówię, bo nie znam francuskiego – znaczy po polsku „pamiętam”. Było w tej książce coś około czterystu zdań zaczynających się od tego najbardziej może idiotycznego – a tak, idiotycznego: absurdalnego, nieweryfikowalnego, nielogicznego, magicznego, życzeniowego – słowa. Pamiętam, że to. Pamiętam, jak tamto.

Książka Pereka, której oczywiście nie czytałem, ukazała się – jak pisze Markowski, któremu wierzę – w 1978 roku. Był to rok moich urodzin. Kręci mnie taka tandetna symbolika, nie ukrywam.

4. Pamiętam, że jak jechałem do Legnicy po raz pierwszy, to była piękna pogoda – złota polska jesień, jak to się mówi. Pamiętam, że ogłoszenie o warsztatach literackich organizowanych przez Biuro znalazłem w „Wyborczej”, albo w „Dzienniku Polskim”, które to gazety wertowałem podówczas zaciekle („Wyborczą” w poniedziałki, „Dziennik” bodajże w środy) jako początkujący, zdecydowanie kiepsko zapowiadający się bezrobotny. Pamiętam, że na jakieś trzy kwadranse przed przyjazdem do Wrocławia piłem kawę w restauracyjnym (ze styropianowego kubka – mam słabość do kawy w takich kubkach, mniejsza o to, dlaczego) czytając Długie pożegnanie Chandlera. Pamiętam, było tam jakieś takie zdanie „zamyśliłem się nad tym, podnosząc do ust filiżankę kawy”. Pamiętam oczywiście tylko ogólny sens tego zdania, bo jego dosłownego brzmienia z naturalnych względów pamiętać nie mogę – detektyw Marlowe zamyślił się, co nietrudno wykombinować, nad tym, kto zabił. Pamiętam, że kiedy mój wzrok padł na to zdanie, to też podnosiłem do ust kawę (w styropianowym kubku) zastanawiając się, kto zabił. Pamiętam, że taka koincydencja uderzyła mnie wtedy mocno, bardzo mocno, może nawet wzruszyła – i uznałem to za dobry omen.

5. Pamiętam, że jak dojechałem do Legnicy (pociąg był chyba piętrowy, jedna z moich dziecinnych fascynacji, do Sącza takie nie kursowały, bo tunel za Ptaszkową był podobnoż za niski), to było już ciemno i piękna pogoda poszła w diabły – nie pamiętam jednak, kiedy zaczęło się robić brzydko, bo jadąc zaczytałem się w Kamieniu pełnym pokarmu Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, który to Dycki miał wespół z Andrzejem Sosnowskim prowadzić warsztaty, choć w tamtym ogłoszeniu w „Wyborczej” czy też w „Dzienniku” przeczytałem, że z Sosnowskim będzie Bohdan Zadura, ale mogę się mylić. Pamiętam mgłę, gęstą jak mleko i (każdy, kto był w Legnicy, musiał zwrócić na to uwagę) gadające światła sygnalizacyjne przy przejściach dla pieszych; w tej mgle, gęstej jak mleko, robiło to, by tak rzec, niesamowite wrażenie, poetycki nastrój miasto Legnicę zasnuwał, surrealistyczny – gdybym wówczas znałMiasto zaginionych dzieci, to pewnie by mi się skojarzyło, a może i nie, w każdym razie wtedy jeszcze Miasta zaginionych dzieci nie oglądałem, więc chyba szkoda ozór po próżnicy strzępić. Pamiętam, że Legnica w tej mgle (w tej mgle w tej mgle – to ze Stachury, taka jedna z najwstydliwszych literackich miłości mego życia, w Sączu trudno to było kupić) wydawała się większa, niż była w rzeczywistości. Pamiętam z Legnicy (to było już nazajutrz, kiedy mgła przeszła w deszcz, zimny i dokuczliwy, chwilami nawet ulewny) jakiś taki architektoniczny chaos – po jednej stronie kamieniczki, po drugiej gomułczany blok, między wielkim neogotyckim kościołem a supersamem domek stareńki kształtu zupełnie nie z tej ziemi; i tak dalej, i temu podobne, że sobie na taki konwencjonalny wtręt pozwolę.

6. Pamiętam, jak Tkaczyszyn opowiadał: „idziemy, moja matka, jej matka i ja, Dyciątko, i moja matka schodzi z chodnika na pobocze, a babcia jej mówi: Funiu, nie idź poboczem, wróć na chodnik, nie idź poboczem, nie idź poboczem, bo po poboczu to Żydzi chodzili” – i tylko to, nic więcej, nie pamiętam, o co tam chodziło, ale tę opowieść powtórzył Dycki ze sto razy może i miało się wrażenie, że jest tu jakaś straszliwa tajemnica, której się nie da opowiedzieć inaczej, że ta mantra musi zapaść w trzewia i wątpia, i nie da się nikomu wyjaśnić, jaki jest jej sens, bo to niekomunikowalne, ale że bez tej wiedzy to czytanie Dycia psu na budę. Pamiętam też Tkaczyszyna recytującego wiersze – ale któż z tych, którzy to słyszeli, nie pamięta! Pamiętam, jak Sosnowski powiedział później: „tak, Eugeniusz to wielki czarodziej” i niech tak zostanie w dobrze pojętym interesie nas wszystkich, jak to się czasem mawia. Pamiętam, jak poprzedni wieczór i noc, i coraz to późniejszą noc, i kawałek poranka w sumie też, spędziliśmy w knajpie „Spiż”, bo to jedyne miejsce w Legnicy, gdzie spędzanie nocy ma sens – następna była już w takiej przystrojonej bożonarodzeniowymi światełkami-migotkami (Bóg jeden raczy wiedzieć, czemu) pizzerni, bo w „Spiżu” kupa luda, a Dycki zapytał, czy to nasi. Pamiętam, że dali nam pizzę (i to nie jedną bynajmniej) na koszt firmy, za co serdeczne Bóg zapłać. Pamiętam też, że następnego wieczora – czyli tego właśnie, o który tu chodzi, tylko wcześniej nieco – odprowadzaliśmy Klarę Nowakowską (Łukasz, ten trzeci, którego imienia nie pamiętam, przepraszam Cię stukrotnie, no i ja) na dworzec. Pamiętam, jakie wrażenie ten dworzec na mnie zrobił – majestatyczna w zamyśle poniemiecka hala, pusta jak nie wiem co, wiatr gwizdał i wszystkie śmieci, strzępy gazet, co bardziej ulotne, po części tylko namokłe kartony po czymś tam, puszki po piwie z metalu lżejszego od powietrza przybiegały i odbiegały jak niepyszne. Pamiętam, jak to nie pomyślałem wówczas o tym (przychodzi mi to do głowy, jak mawiają niektórzy, dopiero teraz), że tak będzie wyglądał główny kolejowy we Wrocławiu, do którego mam osobliwą słabość, kiedy nasza tak zwana cywilizacja będzie się już zwolna skłaniała ku końcowi, a słońce ostygnie i nie będzie miało specjalnej ochoty świecić, bo w sumie to po co i kogo. Pamiętam też, że Klara dużo przeklinała, na co zwróciłem uwagę – czego dowodem to, że pamiętam – ale mnie to zupełnie nie raziło, ani wtedy, ani teraz. Pamiętam śniadanie w niedzielny poranek (twarożek, bułka i kawa zbożowa z mlekiem z ogromniastego kotła) w barze mlecznym, gdzie chyba już byłem wieki wcześniej i zamówiłem wtedy ruskie, jak stało w jadłospisie, a pani rzuciła ze złością talerzem i powiedziała, że żadne ruskie, tylko legnickie.

7. Pamiętam, że jak wracaliśmy (Natalia, Kajetan, ten czwarty, którego imienia nie pamiętam, bardzo mi przykro, ale nie mam pamięci do imion, ktoś jeszcze – na pewno Łukasz – no i ja), to się zatrzymaliśmy na piwo w barze obok wrocławskiego dworca, do którego mam słabość, a który wygląda zupełnie jak tamten w Legnicy, tyle tylko, że tutaj tak zwana cywilizacja zdaje się kwitnąć, może nawet owocować. Pamiętam, że przed barem stał misiowaty barman i jakoś tak zabawnie zachęcał nas do wejścia – a w środku był telewizor, włączony, ustawiony na jakiś muzyczny kanał i leciało Pictures of You The Cure. Pamiętam, że do Krakowa jechałem już tylko z Natalią i rozmawialiśmy o tym i owym, i o poezji, co samo w sobie wydaje się szalenie poetyckim tematem, ale o tym to już może kiedy indziej – jak na razie, to Natalia wysiadła w Katowicach późną nocą. Pamiętam konduktora, który przyszedł i powiedział, żebyśmy się przesiedli, bo w tym wagonie wysiadło ogrzewanie, a w całym składzie jest dużo innych wolnych miejsc – zimno było, co prawda to prawda, i to bardzo zimno, cholernie zimno, za przeproszeniem.

8. Pamiętam drugą podróż do Legnicy, późną wiosną, pogoda też była piękna, czytałemKondycję ponowoczesną Lyotarda, z czego miałem przygotować jakiś referat – zdążyłem przeczytać całą, co natychmiast wziąłem za dobry omen. Pamiętam, że spóźniłem się na pociąg z Wrocławia do Legnicy, bo za Opolem (a może nawet za Brzegiem) był remont i normalnie bym się wkurzył, ale szczęśliwie na dworcu we Wrocławiu, który to dworzec szczególnie jakoś lubię, spotkałem znajomego i obaliliśmy piwo, co również należałoby przyjąć za dobry omen. Pamiętam Marcina Świetlickiego, który mówił o wierszach Zagajewskiego, że są to takie klocuszki ze szlachetnych materiałów, w każdym klocuszku jest drogocenny kamień, a z tych klocuszków Zagajewski buduje kościoły Paryża i Lwowa, i World Trade Center też – i Dyckiego, który miał cudowny spis najgłupszych tytułów jakichś tam zbiorów poezyj, śmialiśmy się z tych tytułów do łez i do tak zwanego rozpuku.

9. Pamiętam, że dużo wtedy piliśmy: zaczęliśmy głuchą nocą na skwerze pod komisariatem od taniego wina, zwanego też przez Kajetana – wdzięcznie, dźwięcznie i może nawet, kto wie, trochę kresowo, jako że Kajetan jest z Zamościa i nawet mieszka tuż przy rynku – berbeluchą; niektórzy pili wódkę; drugiego dnia było piwo, które konsumowaliśmy w cieniu drzew okalających wyschłą fontannę w samym centrum Legnicy i pogoniła nas straż miejska albo jakaś inna policja, ale tak raczej pobłażliwie, za co w tym miejscu zasyłamy drogim funkcjonariuszom pozdrowienia, łącząc wyrazy szacunku i wdzięczności; ktoś musiał być niewiarygodnie przy kasie, bo ciągnęliśmy też z bełta ciepłego Jacka Danielsa (potem zaordynowałem sobie iście zabójczą kawę – ze sześć łyżeczek rozpuszczalnej do plastikowego kubka 0,2 l, do którego celem zneutralizowania smaku wsypałem jeszcze z pięć podobnych łyżeczek cukru – po której, jak to się mówi, chodziłem po ścianach, język mi się literalnie plątał, słowa nie chciały się nijak zsynchronizować z myślami, co uczyniło moją dyskusję z Jerzym Jarniewiczem, jak dla mnie przynajmniej, szczególnie ekstatyczną i ekscytującą, a wszystko to przez Kajetana). Pamiętam też, że pod wyżej wzmiankowaną fontanną Bohdan Zadura i Arkadiusz Kremza wypatrzyli kolarza (przez Legnicą prowadziła wtedy trasa jakiegoś ważnego wyścigu), który pedałował zaciekle, na ramieniu miał zawieszoną dętkę i prawdziwie po sportowemu jarał szluga, co wszystkich szczerze ubawiło. Pamiętam jeszcze wcale sporą grupę tych, co to się uczą tego takiego bardzo widowiskowego, brazylijsko-murzyńskiego stylu walki, którego nazwy nie umiem prawidłowo zapisać, a którzy trenowali na rynku, czemu przyglądaliśmy się z niekłamanym zainteresowaniem, zwłaszcza – nie ukrywam – nieziemsko zgrabnym i w swej drapieżności tym bardziej pociągającym dziewczętom. Pamiętam – bo tego akurat, czego jak czego, ale tego właśnie zapomnieć się nie da – że żywiła nas i gościła, i opiekowała się nami, i dała schronienie na spory kawałek tamtej nocy, kiedy już się rozjeżdżaliśmy, Agnieszka: Bóg zapłać, Agnieszko, serdeczne Bóg zapłać. Pamiętam, że dyskutowaliśmy u niej o poezji, trochę chyba za głośno jak na tak późną godzinę, ale szło o stawkę absolutnie najwyższą, o najwyższej wagi sprawy, o fundament i uniwersalia: czy da się jeszcze napisać coś oryginalnego; Łukasz, bełkotliwym już cokolwiek z niewyspania głosem dowodził, że tak, ja twierdziłem, że raczej nie, i niechże już tak zostanie.

10. Pamiętam też poezję: Dycio śpiewa i cała sala śpiewa z Dyciem, ale niektórzy się boją, że Dycio nie wyrobi i – jak to Dycio czasem mawia – pierdolnie ze schodów; czyta Podczaszy, czyta Kierc, czyta Machej i zupełnie mnie to, szczerze przyznam, nie kręci; Foks czyta (kiedy starsi bracia czytają Kierca, nie należy im przeszkadzać, bo mogą też przeczytać Macheja) i bardzo mnie to śmieszy, Kajetana chyba mniej, bo zasnął – szczególnie zabawny jest kawałek o tym, jak to „blaszana godzilla” (czyli smok wawelski, któremu krakowska gazownia chce odciąć dopływ, bo bestia nie płaci rachunków, co podobno rodzi pomysł, żeby tak smoka pobudzać do ogniem-ziania tylko w razie doraźnej i najzupełniej prywatnej czyjejś potrzeby, zgłaszanej drogą esemesową) rzygnęła ogniem, przepłaszając japońskich turystów – czy jakoś tak; czyta Siwczyk i kręci mnie to tak średnio, ale doceniam odwagę, nowatorstwo, świeżość i tak dalej, i temu podobne, choć wiadomo, że niepodobne; czyta Sosnowski i wszyscy są zahipnotyzowani, a ta poezja, w czytaniu oporna i odporna, teraz uwodzi, opływa i wciąga na dno, którego niepodobna zgruntować; Sommer czyta swoje tłumaczenia D. J. Enrighta, wielkiego nieobecnego, jak to się mówi, który zasnął w Panu zamiast być tu z nami. Pamiętam zresztą, że czytało wielu i że grał i śpiewał Olaf Deriglasoff z nowym swoim zespołem Os Gatos, i był jak zwykle charyzmatyczny, i do jedzenia łyżkami, jak to się też czasem mówi, coraz rzadziej niestety.

11. Pamiętam powrót, oj pamiętam: półprzytomny byłem z niewyspania i cieszyłem się jak nie wiem co na tych parę godzin względnego spokoju w pociągu, ale gdzie tam – zwaliło się całe mnóstwo poetek i poetów, wielbicielek i wielbicieli poetek, poetów i poezji samej. Pamiętam, że noc spędziłem pomiędzy przedziałem, gdzie rozmawialiśmy z Dyciem o tym i owym, i o poezji, a między restauracyjnym, gdzie tak zwana impra była huczna, a czasami nawet elegancko agresywna i gdzie barman był na tyle uprzejmy, że pozwolił nam palić, lekce sobie ważąc najsurowsze nawet zakazy swych mocodawców i słusznie licząc na tym większy zarobek – od zezwolenia na palenie uzależniliśmy bowiem naszą wolę korzystania z jakże drogich usług firmy „Wars”: nie kto inny przecież, jak Bohdan Zadura, który uprzejmie zauważył, że zapalenie przeze mnie tu fajki było najbardziej wymowną manifestacją ostatecznego zwycięstwa nad bezdusznością litery tutejszego regulaminu, pisał ongiś, że nie lubi pić kawy w polskich wagonach restauracyjnych, bo cóż to za przyjemność, kawa bez papierosa. Pamiętam wreszcie – i było to jedno z ostatnich wspomnień, bo zaraz potem z głuchej nocy nadpłynęły Katowice, gdzie wielu wysiadło, a ja wreszcie zasnąłem, nie stanąwszy na wysokości prośby Dyckiego, bym dopilnował pana Maraszka, żeby wysiadł na właściwej stacji – jak w radiu zapodali pieśń Rynkowskiego o tym, że na coś tam jesteśmy niby za starzy, a na coś tam znowu za młodzi, i któryś z gniewnych śląskich poetów nakazał ciszę, bo oto teraz nareszcie przemówiła prawdziwa poezja.

12. Pamiętam też, jak jechałem na pierwszy festiwal Biura w wydaniu wrocławskim, ale z samego festiwalu, by tak rzec, skorzystałem niewiele, bo bardziej interesował mnie sam Wrocław, jedno z najpiękniejszych miast Polski, do którego tym razem zjechałem samochodem, wzorowo prowadzonym przez Kasię, którą nazwać mi tu wypadnie – nie dość precyzyjnie, ze względu na znaną niezdatność polszczyzny do opisywania relacji damsko-męskich, nad którą to niezdatnością ubolewał już ze swadą sobie właściwą Tadeusz Żeleński (Boy) – towarzyszką mego życia, wraz z dwójką bliskich znajomych. Pamiętam też, że starej z mojego punktu widzenia gwardii było jakoś tak mało, ale spotkałem niezawodnego Kubę, któremu szczerze i jak najserdeczniej pogratulowałem administracyjno-instytucjonalnego zbliżenia z Biurem, które to zbliżenie, o czym nie wątpię, rychło zmieni się w zbliżenie literackie i na tym niestety rozmowa nasza się zakończyła, bo Kuba miał mnóstwo pracy; spotkałem też Łukasza, którego pomyliłem z jakimś za przeproszeniem bezdomnym żulem, bo w jakiejś ciemnej i pustej ulicy natknąłem się na jego długie nogi wystające z równie ciemnej i podobnie pustej bramy, bramy stanowczo – by jakoś tak delikatnie rzecz całą ująć – nieświeżej. Pamiętam, że Łukasz w tej dość, co tu dużo gadać, nieortodoksyjnej pozie oddawał się, bynajmniej nie pozbawiony niewieściego towarzystwa, głośnej lekturze wierszy Sosnowskiego, do których się wreszcie, jak mi to ze źle maskowanym entuzjazmem wyznał, przekonał. Pamiętam również inne jego wstydliwe wyznanie: książek, które mu pożyczyłem, nikt nie ukradł, jak pisał mi w liście, ale gdzieś się zapodziały, choć teraz już zostały zlokalizowane i zabezpieczone, więc w sumie to nie ma sprawy – i ten wątek chętnie bym tu zamknął, jeśli nikt nie wyraża tak zwanego sprzeciwu, bo sam trzymam książki Łukasza już ze dwa lata i jest mi z tego względu straszliwie głupio, ale to się zmieni, co Ci, Łukaszu, solennie w tym miejscu, korzystając z okazji, obiecuję… i nie mówmy już o tym, jak to pisze w ostatnim zdaniu Podróży do kresu nocy Céline.

13. Pamiętam jak jechałem po raz czwarty, tym razem do Kudowej Zdroju – tudzież do Kudowy, bo nie wiem, jak się nazwę tego zacnego i wielce zasłużonego nadgranicznego uzdrowiska odmienia, a sprawdzać mi się zwyczajnie nie chce. Pamiętam, że czytałem Pisma prawie wszystkie Jerofiejewa (Wienedikta, nie Wiktora, co, jak sam Wiktor opowiadał, ma swoje znaczenie, bynajmniej nie bagatelne), konkretnie Moskwę – Pietuszki i była paskudna pogoda, godzina stanowczo przedwczesna, dzień dopiero się budził, zdecydowanie bez przekonania, piłem kawę w przytulnym barze na wrocławskim dworcu i chyba jadłem jakieś ciasto-ciastko-ciasteczko. Pamiętam również ogrom wzruszeń, jakich dostarczyła mi dalsza podróż, zwłaszcza po przesiadce w Kłodzku – trochę sentymentalna, stanowczo melancholijna, a pogoda była coraz bardziej do niczego, chyba zniechęcona. Pamiętam, że czytałem ten ostatni tom Tadeusza Pióry – a raczej usiłowałem czytać, bo nadmiar wspomnień zamglonych jak świat za porośniętym brudem oknem pociągu nie pozwalał mi się skupić. Pamiętam nazwy materializujące się na zewnątrz, zanurzone w wilgoci, w butwieniu, otulone mdłą poświatą ściekającą na Ziemię ze skrytej za ołowiano-rtęciowymi chmurami planety Saturn. Pamiętam: Kłodzko, Lewin, Kulin, Polanica, Duszniki – ileż dwuznacznej radości w konfrontowaniu ich chwilowej obecności z tym, co spamiętałem, a co jakoś tam było dziesięć, może nawet piętnaście lat temu. Pamiętam, że przez Kudową przeszedłem pewnie, zdecydowanym krokiem i nawet pomogłem Kubie trafić tam, gdzie chcieliśmy dojść, czyli do kawiarni w parku zdrojowym, kawiarni o nazwie bardziej niż typowej: „Pod palmami”. Pamiętam, że dokonałem tam aktu konsumpcji podwójnego espresso (które smakowało dokładnie tak, jak podwójne espresso smakować powinno), dwudziestu pięciu gram wódki (której przecież nie mogłem nie wypić, będąc tak czy inaczej, ale jednak w trakcie lektury Moskwy – Pietuszek) i szarlotki na ciepło z bitą śmietaną i gałką lodów (na którą miałem zrazu irracjonalną, ale – jak miało się okazać po pierwszym kęsie – słuszną i całkowicie uzasadnioną ochotę); za wszystko to zapłaciłem jakieś piętnaście złotych, co napełniło mnie wielką sympatią do pretensjonalnej skądinąd kawiarni o niezbyt, co tu kryć, gustownej nazwie „Pod palmami” i co uznałem za dobry omen. Pamiętam też, że odbyłem w teraz już bezdyskusyjnie ulewnym deszczu standardową pielgrzymkę do kaplicy czaszek w Czermnej, która przez tych, jak to niektórzy mówią, ładnych parę lat uprzejmie przybliżyła się do Kudowej (ewentualnie Kudowy), znacznie się przybliżyła.

14. Pamiętam, że mówił Tadeusz Pióro, siedzieliśmy przy stole, który pozwolę sobie nazwać (z uwagi na drażniące ubóstwo mojego słownictwa) prezydialnym, piło się na ogół kawę rozpuszczalną, paliło się raczej papierosy, schliśmy, pielęgnowaliśmy subtelną ironię, czuliśmy się mądrze i jakoś tak leniwie, a wszystko to – żeby było, jak to się na ogół w takich sytuacjach mawia, zabawniej – w klubie seniora. Pamiętam, że mówił Andrzej Sosnowski i było (jak wtedy, jak zawsze) hipnotycznie, błyskotliwie i elokwentnie, momentami zabawnie, siedzieliśmy przy stole zdatnym do obgadywania spraw poważnych, o poważnym znaczeniu, kaloryfery musiały grzać, bo wszystko schło, piliśmy to kawopodobne paskudztwo, paliłem kolejną fajkę, choć miałem nie kurzyć aż tyle, bo lekarz zabronił. Pamiętam, że wieczór był deszczowy i autorski, w znanej już skądinąd kawiarni „Pod palmami” – pijemy (to znaczy ja piję) dwadzieścia pięć gram wódki i podwójne espresso, a Kuba mówi, że to może wywoływać stany lękowe, dyskusje są mniej lub bardziej istotne, o wszystkim i o poezji, o wszystkim i o Bogu wraz z religią, Pióro i Sosnowski czytają wiersze i nikt oprócz nas ich nie słucha, wszyscy oprócz nas mają to za przeproszeniem w dupie, szczególnie w dupie mają to jacyś tacy ni to Turcy, ni to Arabowie o urodzie gangsterskiej, tnący w karciochy, Sosnowski się złości i z tej złości czyta zamiast swoich tekstów jeden z liryków lozańskich Mickiewicza i W WeronieNorwida, i nikt oprócz nas nie śmieje się z tego do łez i do rozpuku. Pamiętam spacer późną nocą przez park, który był dokładnie taki, jaki powinien być spacer późną nocą przez park, kiedy jesień, deszcz, gnijące liście, zapach wilgoci i smak mgły.

Pamiętam, że wracaliśmy samochodem – Magda, która prowadziła, Piotr obok niej, Ania, Kuba i ja z tyłu – i było tak urokliwie, że ech, i że ach, i nie mówmy już o tym.

15. – Na tym zakończyłem przegląd prób, które zaliczyć można do czysto literackich i które są zupełnie niedostateczne do nawiązania rzeczywistego kontaktu z planetą nocy, tak napisał Jules Verne w powieści Wokół księżyca, co Sosnowski przepisał i użył jako motta do swojego poematu Gdzie koniec tęczy nie dotyka ziemi, a co ja przepisuję teraz, by użyć tego jako zakończenia, bo po co wymyślać lepsze zakończenie, skoro to jest akurat w sam raz, rzekłbym, że lepszego być nie może.

„To do zobaczenia”, etc.

O AUTORZE

autorzy_leksykon_300x300_Rojek
Przemysław Rojek

Urodzony w 1978 roku w Nowym Sączu. Doktor literaturoznawstwa, nauczyciel języka polskiego w Liceum Ogólnokształcącym Zakonu Pijarów, były redaktor w kilku sieciowych przestrzeniach Biura Literackiego. Laureat Nagrody Archiwum Emigracji Biblioteki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, stypendysta Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej. Autor m. in. książki o Aleksandrze Wacie, bloga Bartleby de Angola oraz biBLiotecznego cyklu Wieża Kurremkarmerruka. Mieszka w Krakowie.