debaty / ANKIETY I PODSUMOWANIA

Uchwycenie i zrozumienie

Paweł Kaczmarski

Głos Pawła Kaczmarskiego w debacie "Jak rozmawiać o poezji".

strona debaty

W Polsce głównym zadaniem krytyka literackiego jest dziś określanie głównego zadania krytyka literackiego. W związku z tym tak zwana „debata krytyczna” coraz częściej przypomina grę w dwadzieścia pytań z samym sobą: nie pytamy o nic konkretnego samych poetów (chyba, że – jak w wypadku Andrzeja Sosnowskiego – po prostu nie potrafimy nie pytać); pytamy samych siebie o to, jak mówić, dyskutować, zadawać pytania. Tego rodzaju ciągi iteracji i tautologii nie są co prawda niczym nowym w „profesjonalnej” dyskusji o literaturze, ale dziś zdają się nie tyle zwiększać alienację dyscypliny, co wzbudzać wśród samych jej przedstawicieli przechodzące w irytację poczucie, że „coś nie tak”.

Można oczywiście z rozważań o zadaniu krytyki uczynić pewną teoretyczną, językową grę – jak robi to choćby Krzysztof Uniłowski. Trudno jednak przypuszczać, by jego koncepcje – jakkolwiek ciekawe – stały się paradygmatem dla polskiej krytyki literackiej (choćby dlatego, że narzędzia z jakich korzysta, są ukształtowane niejako „pod prozę”, często nie uwzględniają specyfiki rozmowy o poezji). Spróbujmy zarysować więc dwa bieguny debaty, bądź dwa kontrastowe sposoby mówienia o literaturze: z jednej strony coraz wyraźniejszy nurt metakrytyczny; z drugiej – mówienie o książkach, ale niestety – zazwyczaj – za pomocą utartych formułek (doskonały przykład: laudacja jury Nike na cześć Dyckiego zabijająca wszystko, co skłonni bylibyśmy nazwać swoistością czy indywidualnością jego poezji). Ponad i pomiędzy tymi skrajnościami krąży widmo „zwykłego czytelnika”, dla którego rzekomo krytycy mieliby pisać i który dysponowałby „nieskażonym” podejściem do literatury. Jego status i rola pozostają nadal dość niejasne, a on sam stanowi temat na osobną dyskusję; choć z pewnością powróci jeszcze w poniższym komentarzu.

Jednocześnie można zaobserwować jednak szereg ciekawych inicjatyw krytycznych i metakrytycznych; takich, które starają się wykształcić nowe narzędzia i sposoby mówienia o literaturze, nie usuwając ze swojego horyzontu „pracy na tekście”. Taki kształt ma dyskusja krytyczna w „8. arkuszu Odry”, w takim kierunku zmierza cykl paneli krytycznych organizowanych we Wrocławiu przez Joannę Orską – żeby wymienić tylko dwa przykłady. Wynikałoby z tego, że żyjemy mimo wszystko w ciekawych – choć z pewnością niebezpiecznych dla literatury – czasach.

W zaproszeniu do wakacyjnej debaty w Przystani! pojawiło się – pokuszę się o pewne uogólnienie – pięć zasadniczych kwestii powracających od dłuższego czasu w kontekście rodzimego obiegu literackiego. Spróbuję odnieść się najpierw do każdej z osobna.

1.

Od dłuższego czasu koronnym dowodem na zanikanie dyskusji krytycznej jest debata o „poezji niezrozumiałej” (zainicjowana przez pamiętny tekst Podsiadły w „Tygodniku Powszechnym”). Jej rola jest dla mnie jeśli nie wątpliwa, to przynajmniej mocno przeceniona. Kto pamięta jeszcze kolejne argumenty padające w tej dyskusji? Czy wnioski płynące z niej – o ile jakieś były – stanowią dziś źródło nowych inspiracji? Nie wydaje się; debata o poezji hermetycznej stanowi krytyczny fetysz i wzór rozmowy między krytykami, ale z perspektywy czasu problem „zrozumiałości” i „niezrozumiałości” samych wierszy okazuje się nieszczególnie istotny. Paradoksalnie, tamta debata jest dziś wszystkim tym, czym miałaby rzekomo nie być – obiektem westchnień samych krytyków, sentymentalnym rezyduum, formalnym wzorem – ale z pewnością nie dyskusją o poezji; raczej wyłącznie „dyskusją (wśród) krytyków” (i kilku poetów).

2.

Rola liternetu też nie jest tak oczywista. Zdaje się, że – nie tracąc wiele, nawet bez wrażenia „bycia poza obiegiem” – można dziś powstrzymać się od aktywnego, codziennego uczestnictwa w internetowych dyskusjach. Internet pozostaje wartościową przestrzenią publikacji – i właśnie w takim charakterze, a nie jako „przestrzeń dyskusji”, funkcjonuje obecnie wśród większości poetów i krytyków. Najciekawsze portale liternetu – od nieodżałowanego Cyc Gada, przez niedoczytania.pl, aż po Przystań! – zrozumiały tę różnicę bardzo szybko. „Forumowe” debaty nieuchronnie stają się środowiskowym odpowiednikiem komentarzy pod artykułami na Onecie – jeśli ktoś śledzi je, czyta i komentuje, to z niezrozumiałych lub osobistych pobudek (warto zaznaczyć, że to bardzo subiektywne wrażenie – sam staram się trzymać poza głównymi nurtami internetowego obiegu).

3.

Należałoby zaprotestować przeciwko prostej tezie, że w ostatnim czasie krytyka – zamiast na książkach – skoncentrowała się na osobach poetów. Twierdzenie, że sprawa autorstwa i autora została raz na zawsze rozstrzygnięta, przywoływanie w nieskończoność tych samych tekstów Wielkich Teoretyków sprzed 40 lat – to w większości wypadków symptomy rodzimego teoretycznoliterackiego zacofania. Krytyka mówi o autorach, bo nadal rozważa ich rolę; rzecz nie w tym, że to robi, tylko – jak to robi. Bowiem rozmowa o etycznym i personalnym wymiarze poezji Konrada Góry jest czymś zgoła odmiennym od rozmowy o kanapce Konrada Góry. Na marginesie: tutaj też dopada nas „zwykły czytelnik”, dla którego kanapka będzie istotniejsza od etyki (czyżby inspiracja Brechtem?); istotne wydaje się zrozumienie, że ten przeciętny odbiorca nie tylko szuka „człowieka za książką”, ale szuka w nim czegoś zupełnie innego, niż czytelnik niezwykły (powiedzmy – krytyk bądź czytelnik-hobbysta).

4.

Organizatorzy dyskusji piszą: Rozmowy zazwyczaj ograniczały się wymieniania nazwisk i prostych, wartościujących opinii – ta książka zła/dobra, ten autor zły/dobry. „Zazwyczaj” jest dla mnie kategorią dość abstrakcyjną, postawię więc daleko idącą tezę – owszem, rozmowa o literaturze często ogranicza się dziś do wartościowania, ale jest to symptomem procesów jak najbardziej pozytywnych. Należałoby postawić pytanie: czy nadmiar opinii typu „dobry/zły” wiąże się z tym, że krytycy zajmują się mniejszą liczbą autorów – albo piszą mniej szkiców, recenzji? Zapewne – ale w tak zwanym „mainstreamie”, dla którego (jak można dziś dowiedzieć się nawet z „Tygodnika Powszechnego”) certyfikatem jakości polskiej poezji współczesnej (czy wręcz „najnowszej”) są Herbert, Szymborska i Różewicz. „Wartościujące” komentarze poza mainstreamem wynikają: po pierwsze – z ciągłego rozszerzania się grupy młodych, wartych uwagi autorów, którzy wydają się wobec siebie zupełnie osobni (to zjawisko stanowi zresztą temat na kolejną dyskusję); po drugie – z faktu, że krytycy (starsi, młodsi) coraz lepiej zdają sobie sprawę z tego, że ilość interesujących nazwisk nie daje się ogarnąć w jednym szkicu, cyklu felietonów czy jednej książce – dlatego próbują wstępnych rozpoznań, zwiadów na różnych frontach, sondowania, które ma najwyżej przedsmak czytelniczej fascynacji. Ich „wartościujące” opinie przybiorą zresztą z czasem (może wraz z pokoleniową zmianą) formę bardziej treściwą, ciekawą, konstruktywną. Póki tego rodzaju komentarze nie zabierają miejsca (dosłownie – na łamach czasopism – lub w przenośni) pełnowymiarowym szkicom krytycznym, nie warto ich potępiać; szczególnie, że – ze swoją bezpośredniością i otwartością – stanowią miłą przeciwwagę dla „recenzji”, które w dwóch akapitach ujmują sedno nowej książki Sosnowskiego, Dyckiego czy Zadury.

5.

Kolejne powracające pytanie: Czy poeci niezajmujący się zawodowo krytyką powinni publicznie wypowiadać się o wierszach koleżanek i kolegów? Stawiam bardzo prostą, naiwną może tezę: o poezji może i powinien wypowiadać się każdy, kto poezję czyta; jednak powinien wypowiadać się właśnie jako czytelnik. Oczywiście, są pewne sposoby mówienia o literaturze „zarezerwowane” dla poetów, krytyków, teoretyków, etc. Ostatecznie chodzi jednak – mam nadzieję – nie o to, by „środowiskowe” relacje przenieść na poziom interpretacji tekstu, ale o to, by zamienić kilka słów z kimś, kto z podobnym oddaniem i zaangażowaniem sięga do najnowszych wierszy naszych ulubionych autorów (bądź swoich ulubionych autorów, choćby zupełnie nam nieznanych), dając wyraz własnej fascynacji? Może więc „zwykły czytelnik” poezji to nie tyle istniejąca fizycznie osoba (nawet nie wyidealizowany wizerunek tej osoby), co pewien stan – chwiejny, rozedrgany, nietrwały, lecz osiągany czasem przez każdego czytelnika; stan uwspólnionego języka? Być może sentyment do „szerokiego grona odbiorców” jest po prostu tęsknotą do otwartej rozmowy o literaturze, do odtworzenia w literaturze wspólnoty innej niż wspólnota instytucji i poglądów; a „zwykły” znaczy: chcący rozmawiać? Byłby on w takim razie zupełnie różny od tego fizycznie istniejącego „zwykłego” (nazwijmy go „statystycznym”), który poezję czyta od wielkiego święta, sięgając raczej do rodzinnej biblioteczki (w wydaniu awangardowym: po nabyte w czasach licealnych tomiki Stachury i Poświatowskiej). W tym miejscu następuje dygresja.

***

W szkicu poświęconym zbawieniu (przetłumaczonym zresztą niedawno na polski i opublikowanym w „Nagości”) Giorgio Agamben pisał o literaturze, która już tylko stwarza – nie zbawiając – i o krytyce, która wyłącznie zbawia – nie tworząc.

Włoski filozof nie tylko uruchamia w ten sposób ważny wątek refleksji na temat teologii i mesjanizmu; niejako na marginesie sygnalizuje coś innego, równie istotnego z literackiego punktu widzenia: postępującą unifikację dyskursu krytycznego. To „wyłączne zbawianie” staje się symbolem narracji przesadnie ujednoliconej, dającej się podsumować jednym hasłem, negującej własną różnorodność. Dyskurs krytyczny, który jest „tylko” i „jedynie” jakiś zaprzecza obecności rozsadzających czy zwielokrotniających go elementów, pozbawia się swojego krytycznego potencjału.

Wydaje się, że powracające w „debacie o debacie o literaturze” pytania mają przynajmniej jedną wspólną podstawę. Jak rozumiem, pytając o konkretne zjawiska z pola krytyki – wartościujące komentarze, poetów-recenzentów, rozmowy o „osobach poetów”, etc. – stawiamy je przed sobą jako pewne problemy, które należy rozwiązać przez usunięcie lub włączenie ich do krytycznej (tu w sensie: metaliterackiej) narracji. Zakładamy w ten sposób, że w jakiejś projektowanej lepszej czy w zasadzie bliższej doskonałości dyskusji wszystkie te kwestie znajdą swoje miejsce – niczym drewniane klocki z dziecięcej zabawki, z których część trafi w otwory o odpowiednich kształtach, natomiast reszta – niepasująca – zostanie zupełnie odrzucona. W tej „poprawionej” debacie o literaturze pojawią się ważniejsze i „bliższe poezji” problemy. Mamy tło, jakim jest sposób mówienia o wierszach – i niepożądanych aktorów pierwszego planu, którzy stali się niepożądani właśnie dlatego, że wyszli na pierwszy plan.

Warto jednak zaproponować traktowanie tych zjawisk nie jako trwałych elementów, przeszkód czy „orzechów do zgryzienia”, ale jako momentów dyskusji. Nie byłyby one do końca ani jej częściami składowymi, ani nie zawierałyby się w niej; nie byłyby też strukturalnymi elementami dyskursu. Tak jak u Agambena akt zbawienia świadczy (czy powinien świadczyć) o momencie stworzenia – i na odwrót – tak w każdej dyskusji o literaturze znajdą się punkty, które będą przede wszystkim świadectwem istnienia innego (w pewnym sensie pierwotnego, w innym – wtórnego) porządku. Ich główną rolą jest nie tyle tworzenie spójnych narracji, wytyczanie im kierunku, co właśnie rozsadzanie tego, co jednolite i zamknięte w sobie. Nie da się ich usunąć, nie da się ich przezwyciężyć, zastąpić, ominąć ani wchłonąć; muszą nastąpić, wcześniej czy później – to swego rodzaju cisi „agenci destrukcji”, których zadanie ogranicza się do rozpraszania, rozbijania i mnożenia głosów.

Jestem przekonany, że taką rolę pełni – przykładowo – każda z osób, które zasiadają do dyskusji o literaturze przy słynnym stoliku nakrytym zielonym suknem. Warto zauważyć, że zwykle wartość i jakość ich rozmowy są proporcjonalne do precyzji, z jaką określono temat, na który mają debatować. Najgorzej wychodzi podsumowywanie i streszczanie; najlepiej – uchwycenie i rozwinięcie jednego wątku, jednego problemu wynikającego ze wspólnej bazy przeczytanych książek. Poeci i krytycy okazują się przecież najciekawsi kiedy mówią coś, czego od nich jeszcze nie słyszeliśmy. Jeśli przychodzimy na spotkanie z nimi, oczekujemy wyzwania, jakiegoś rozbicia i podważenia – jeśli nie ich własnych koncepcji, to naszych interpretacji; jeśli nie ich pomysłów – to obrazów, jakie wokół tych pomysłów osnuliśmy. Jednak tego rodzaju dyskusja nie przyniesie wiele osobie „z zewnątrz”, która nie obcuje na co dzień z omawianymi książkami.

Nie chciałbym bronić słynnego poetyckiego elitaryzmu czy koncepcji „getta poetów”. Chodzi o to, że dyskusja o literaturze nie może być wprowadzeniem, podsumowaniem czy odtworzeniem tego, co znajdujemy w książkach (w zasadzie może – ale wtedy ograniczy się do wyliczeń i cyklu sprawozdań przedstawianych przez każdego uczestnika z osobna) – gdyby tak było, na wydziałach filologicznych polskich uniwersytetów zapewne dawno temu zaniknęłaby forma wykładu (której też nie pragnę tutaj bronić). Tego rodzaju „rekonstrukcyjne”, sprawozdawcze podejście prowadzi bowiem do wtórności i niepotrzebnych uogólnień.

Dlatego – a również ze względu na pamięć o Woli odróżnienia – z pewnym niepokojem odebrałem wiadomość o zbliżającej się premierze Bumerangu Anny Kałuży (mam nadzieję, że szeroki zamach, jaki bierze młoda krytyczka – przy skupieniu na bardzo ogólnych kategoriach teoretycznych i jeszcze ogólniejszym zbiorze „poezji po 1989” – nie skończy się uproszczeniami i uogólnieniami na poziomie jej książkowego debiutu). Z drugiej strony, ze względu na przeciwne zjawisko – pewną celową, choć miejscami agresywną „niepełność” Zwrotu politycznego – warto podejmować polemikę z Igorem Stokfiszewskim (który, nawiasem mówiąc, od pewnego czasu bardzo dobrze wypada w dyskusjach na żywo). Umiejętność selekcji i specyficzna krytyczna skromność stanowiły mocną stronę i fundament świetnego Świata nie scalonego Kacpra Bartczaka. Można by długo wymieniać przykłady tego zjawiska: negatywne – gdy chęć ogarnięcia mniejszych lub większych „całości” rozmywa książkę w jałowych próbach odkrycia mitycznego sedna wiersza, grupy wierszy, poezji w ogóle; i pozytywne – gdy badacze literatury na potrzeby książki w pewnym sensie ograniczają się, pozostawiając miejsce na pewien czynnik doraźności, nieprzewidywalności, nieokreśloności.

Nie chodzi o to, że każdy z takich nietypowych, możliwych do wyodrębnienia „momentów dyskursu” – jak spotkanie autorskie, debata, książka krytyczna – wywracają do góry nogami wszystkie istniejące sposoby mówienia o literaturze. Znajdą się osoby – wśród czytelników, poetów, krytyków – dla których najistotniejsza będzie dyskusja na żywo z innymi czytającymi; znajdą się tacy badacze literatury, którzy będą funkcjonować głównie dzięki publikacjom książkowym. Warto zauważyć jedynie, że nie da się wszystkich tych momentów, punktów i zagadnień uporządkować w ramach jednej narracji. Jeśli oczekujemy pewnej „zupełności”, nie możemy oczekiwać „wymiany” (zdań, wrażeń, poglądów), a więc również – krytyki.

Uchwycenie i zrozumienie tego niedopowiedzianego momentu nieokreśloności okazuje się najpoważniejszym zadaniem dla wszystkich, którzy o poezji chcą rozmawiać. Można je opisać jako próbę pogodzenia „nieuprzedzonego” nastawienia do literatury (jakie proponuje choćby Jacek Gutorow) z akceptacją faktu, że moment rozmowy jest chwilą bardzo radykalnego cięcia i selekcji. Póki będziemy chcieli odbijać krytykę samą w sobie – debaty w spotkaniach, spotkania w szkicach, szkice w dyskusjach – powielać będziemy coś, co można nazwać monadycznym modelem czytania poezji; każdy sobie, każdy wtórnie, każdy – aż nazbyt rzetelnie.