Przypomniałem sobie, kim jestem i kim jest mój lud. Nie po to przetrwaliśmy transport statkami niewolniczymi, samo niewolnictwo, okres rekonstrukcji, a potem segregacji, okrucieństwo, z jakim nas traktowano podczas działalności Ruchu Praw Obywatelskich, zabójstwa naszych przywódców, Wojnę z Przestępczością i Narkotykami i całą resztę aż do dnia dzisiejszego – nie po to przetrwaliśmy to wszystko, żeby pozwalać innym nas poniżać (…). Dlatego NIE OBCHODZI MNIE, co czują te dziewczyny z powodu mojej decyzji. Jedna z nich zamieściła zdjęcie w mediach społecznościowych. Więc niech się nie dziwi, że jej czyn zwraca się przeciwko niej. (…) Nie myślała o mnie, kiedy zamieściła to zdjęcie, więc dlaczego ja mam myśleć o niej? (…) Okres wyrozumiałości i przebaczenia już się skończył. Nie mamy już czasu. Trump i jego banda dorwali się do władzy. Teraz, tak jak za Nixona i Reagana, musimy być czujni. Musimy stanowczo sprzeciwiać się takim zachowaniom i nie dawać przyzwolenia na to, aby stały się normą.
Jestem tak zszokowana tonem dyskusji na Facebooku, że dopiero po tygodniu decyduję się porozmawiać o tej sprawie z moimi studentami. Okazja nadarza się na zajęciach z teorii literatury, na których omawiamy akurat pojęcie „kodów kulturowych” w strukturalizmie. Najpierw parafrazujemy razem fragment z podręcznika Beginning Theory Petera Barry’ego: „Kulturę można analizować tak jak język, bo składa się ze strukturalnych siatek, które działają na zasadzie kodu, czyli system znaków”. Potem podaję przykład: „Pomalowana na czarno twarz jest znakiem, który w różnych kontekstach kulturowych nabiera różnych znaczeń. W kontekście języka kosmetyki i zabiegów upiększających będzie tylko znakiem dbałości o cerę. Ale kiedy połączy się zdjęcie pomalowanej na czarno twarzy z napisem «Young, black and proud», ten znak natychmiast stanie się częścią innego sytemu znaczeń – języka rasistowskich minstrel shows”. Dla pewności tłumaczę, czym były minstrel shows i dlaczego blackface w tym kontekście jest tak obraźliwa.
– A co, jeśli ktoś o tym wszystkim nie wie? – prawie ze łzami w oczach wykrzykuje studentka, która zwykle całe zajęcia przegląda telefon, ale teraz słucha moich wyjaśnień z uwagą. – Przecież to mogłam być ja. Nigdy nie słyszałam o minstrel shows!
– Poważnie? – wpada jej w słowo trochę starszy student. – Ja uczyłem się o tym już w podstawówce.
– Ale dlaczego my w ogóle zajmujemy się tą sprawą? – pyta inny student z desperacją w głosie. – Mamy na kampusie tyle problemów związanych z PRAWDZIWYM rasizmem, a ktoś czepia się głupiego błędu. Znam dobrze te dziewczyny; nie są rasistkami. Nie miały złych intencji.
– Intencje nie mają znaczenia – zabiera głos studentka Latynoska, która przyznaje, że jest znajomą Kevina. – Nawet jeśli ktoś popełnia rasistowski czyn z głupoty albo z niewiedzy, też musi za to zapłacić.
– Ale zapłata powinna być adekwatna do czynu. Te dziewczyny dostają teraz codziennie telefony z pogróżkami.
– Kevinowi też grożono śmiercią.
– Jedna z tych dziewczyn studiuje na wydziale pedagogicznym. Wiecie, co to znaczy? Już nigdy nie będzie mogła zostać nauczycielką.
Znajoma Kevina zamyśla się:
– Nie wiem, może trzeba te dziewczyny potraktować jako ofiary dla sprawy. Dzięki ich wpadce ludzie nauczą się odnosić się do innych z szacunkiem.
– Jeśli ktoś naprawdę jest rasistą, to nie zmieni się dzięki tej historii. Raczej tylko się nakręci.
Jak zwykle, siedzimy w kręgu. Znajoma Kevina i znajomy tamtych dziewczyn siedzą po tej samej stronie klasy, oddaleni o kilka krzeseł. Kiedy mówią, nie patrzą na siebie.
Dowiaduję się później, że nawet studentki, które dzielą ze sprawczyniami skandalu ten sam korytarz w akademiku, odbierają telefony od osób grożących im śmiercią. Z telefonami walczy również rektor. Po artykule na temat całego zajścia, który opublikowano w lokalnej prasie, codziennie dzwonią do niego okoliczni mieszkańcy, żądając, aby zostawić dziewczyny w spokoju i nie nakładać na nie żadnych kar. A raczej takie żądania przedstawia większość telefonujących mieszkańców naszego w osiemdziesięciu pięciu procentach białego hrabstwa. Ale wśród dzwoniących zdarzają się też podobno ci, którzy domagają się, żeby dziewczyny wyrzucić z uczelni.
Przez resztę tygodnia dręczy mnie zagadka: co zdarzyło się przez ten miesiąc, kiedy Kevin zastanawiał się, czy ma udostępnić zdjęcie? Czy to tylko przypadek, że był to akurat pierwszy miesiąc prezydentury Trumpa? Czy któreś z decyzji nowego prezydenta mogły przeważyć szalę i popchnąć Kevina do wniosku, że „okres wyrozumiałości i przebaczenia już się skończył”? Może było to zaprzysiężenie nowego prokuratora generalnego, Jeffa Sessionsa, któremu z powodu rasistowskich wypowiedzi trzydzieści jeden lat wcześniej odmówiono stanowiska sędziego federalnego? A może wybór nowej minister edukacji, Betsy DeVos, której program wspomagania szkół prywatnych prawdopodobnie odbierze fundusze szkołom publicznym oraz osłabi i tak już stale niedoinwestowane miejskie szkoły, gdzie przeważają czarni uczniowie? A może czarę goryczy przepełnił prezydencki dekret o utworzeniu grupy roboczej do przeciwdziałania zbrodni przeciwko policji? Przecież niektórzy odczytali ten dekret jako próbę utrudniania działalności ruchu Black Lives Matter, jako szyderczą odpowiedź na ich protesty przeciwko rasizmowi wśród policjantów.
Trochę w poszukiwaniu odpowiedzi na te pytania idę zobaczyć sztukę Kevina na uczelnianej scenie. To właściwie seria tematycznie powiązanych epizodów przedstawiających głośne przypadki przemocy wobec Afroamerykanów. Zaczyna się od Emetta Tilla, czternastoletniej ofiary brutalnego linczu z 1955 roku, którego śmierć przyczyniła się do scementowania rodzącego się wówczas Ruchu Praw Obywatelskich. Potem przenosimy się do czasów współczesnych. Zabójstwo siedemnastolatka Trayvora Martina przez członka ochotniczej straży obywatelskiej, które – po uniewinnieniu sprawcy – doprowadziło do założenia Black Lives Matter. Kolejny epizod to samobójcza śmierć Sandry Bland w teksańskim areszcie, gdzie znalazła się po traumatycznym starciu z policjantem. W ostatnim epizodzie występuje sam Kevin. Odgrywa własną wyobrażoną śmierć na kampusie, z rąk białych rasistów.
Oglądam zakończenie sztuki ze świadomością, że jeszcze do niedawna w tym kontekście takie samouśmiercenie autora wydałoby mi się niepotrzebną prowokacją. Ale teraz niespodziewanie porusza mnie okrzyk Kevina przed sceniczną śmiercią: „Przecież to niemożliwe. To nasz kampus. Tu jest bezpiecznie!” Czytając kolejne nienawistne słowa na Facebooku, myślałam podobnie: „To niemożliwe. Przecież to nasi studenci!” A potem pojawił się strach: ilu jeszcze prezydenckich dekretów, tweetów i decyzji potrzeba, żeby ta internetowa nienawiść przeobraziła się w czyny?
Być może podświadomie szukam jednak jasnej strony rzeczy, bo w myślach uparcie powraca do mnie komentarz absolwenta, który proponował, żeby podejść do sprawy „z miłością”. Coś mi ten komentarz przypomina. Sięgam po Niewidzialnego człowieka Ralpha Ellisona, jedną z najważniejszych powieści amerykańskich, wydaną w 1952 roku. W epilogu powieści czarny bohater, który „hibernuje” pod ziemią z powodu wielkiego rozgoryczenia amerykańskim życiem społecznym i politycznym, oświadcza: „(…) na przekór wszystkim stwierdzam, że kocham. Po to, by spisać choćby część tego, muszę kochać. Nie sprzedaję wam żadnego fałszywego przebaczenia, jestem człowiekiem zdesperowanym… ale stracicie zbyt wiele ze swojego życia, stracicie sens, jeśli nie podejdziecie do niego z taką samą miłością jak nienawiścią. Tak więc ja podchodzę do niego przez podział. A więc oskarżam i bronię, nienawidzę i kocham”[1].
Czy pisząc „let’s approach it with love”, ten młody człowiek na Facebooku cytował Ellisona? Czy w internecie byłoby mniej nienawiści, gdyby wszyscy przeczytali Ellisona? W przypływie emocji stawiam sobie takie pytania – może po to, żeby ocalić wiarę w sens mojej nauczycielskiej pracy. Jednak, kiedy po pewnym czasie przeglądam jeszcze raz tamtą dyskusję na Facebooku, przeżywam rozczarowanie. Nie mogę znaleźć komentarza o miłości. Są inne opinie absolwenta z St. Louis; jest wymiana zdań, potem wymiana obelg. Prośby o miłość brak. A przecież mam dowód, że tam była – zanotowałam ten komentarz w dzienniku. Najwidoczniej autor go usunął. Ale dlaczego? Zawstydził się słowa „miłość”? Czy słowo „miłość” jest bardziej wstydliwe niż słowo „dick”?
Wkrótce potem kończy się rok akademicki. Pomiędzy wystawianiem ocen a pakowaniem walizek na mój doroczny wyjazd do Polski gromadzę ostatnie wiadomości. Dowiaduję się, że dziewczyny z feralnego zdjęcia nie zostały wyrzucone z uczelni, ale i tak postanowiły przenieść się na inny uniwersytet. Dowiaduję się, że Kevin ukończył studia z bardzo dobrymi wynikami. Dowiaduję się, że w sąsiednim stanie Maryland, na uniwersytecie stanowym – czyli takim jak nasz – biały student o znajomym nazwisku Urbanski zadźgał nożem przypadkowo napotkanego czarnoskórego studenta Richarda Collinsa. Dowiaduję się, że Urbanski był związany z rasistowskim portalem internetowym Alt-Reich Nation. Dowiaduję się, że Collins miał w tym roku ukończyć studia z bardzo dobrymi wynikami. W jednym z artykułów prasowych czytam, że na jego pogrzebie naczelnik policji hrabstwa zacytował Ewangelię świętego Jana: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” – i dodał, że „ofiara Collinsa zainspiruje nas wszystkich do wykrzewienia nienawiści, rasizmu i nietolerancji z naszych społeczności”. Słowo „ofiara” na podświetlonym ekranie nagle zaczyna mnie razić i przynosi nieprzyjemne echo mojej dyskusji ze studentami. Uświadamiam sobie, że mam dosyć tego słowa. Dziwnym zbiegiem okoliczności na ekranie świeci także i rozbrzmiewa echem słowo „miłość”. Ale słyszę, że i w jednym, i w drugim echu dźwięczy mocny dysonans. Uświadamiam sobie, że miłość, o której mówił pan naczelnik i miłość, o której pisał Ellison, to jednak dwa bardzo różne rodzaje miłości.
Przypisy:
[1] R. Ellison, Niewidzialny człowiek, przeł. A. Jankowski, Poznań 2004.